Felietony Piłka nożna
Post scriptum do Chojnic
Wyjazd do Chojnic był chyba najciekawszym wyjazdem redakcyjnym w tej rundzie. Chociaż wszystko może się zdarzyć w Ostródzie, w każdym razie jedno jest pewne, jeńców nie bierzemy. Poniżej tradycyjne „Post scriptum” na podsumowanie:
- Wyjazd zaplanowaliśmy z zapasem 2 godzin do meczu, więc około godziny 11:00 wyruszyliśmy w trasę.
- Tym razem wybraliśmy się z Miśkiem (foto), który zapowiadał się od dawna, że takiego widowiska nie przepuści.
- Przejazd w stronę Chojnic umilał nam HejtPark z Jasiem poetą, ponieważ dzień wcześniej wpadłem na ten program emitowany na żywo i nie mogłem uwierzyć w te głupoty, które tam słyszałem.
- 6 godzin w podróży wydawało się idealne do tego, jak coś to nie wiem, czy to komukolwiek polecić. Ten program był bardziej popierdolony niż los kibica GieKSy.
- Niestety za Częstochową złapał nas potworny korek, przez co nasz zapas zmniejszył się o godzinę.
- Potem, pokonując dalsze kilometry, dowiedzieliśmy się, że ów korek wynikał z braku umiejętności jazdy na suwak oraz włączania się do ruchu na rondzie – dramat.
- Za Łodzią wskoczyliśmy na szybkiego Maca, zbijając żółwika z oficjalną i poszliśmy w długą.
- Mieliśmy 3 drogi do wyboru na zjazd z A1 w stronę Chojnic.
- Wybraliśmy tę, która od początku się wyświetlała jako najszybsza.
- Podpowiem tak – chuja była, nie najszybsza, ponieważ straciliśmy kolejne 30 minut na remontowanych odcinkach drogi.
- Wkurzała narastająca presja związana z czasem, powinniśmy być na stadionie 45 minut przed spotkaniem, żeby na spokojnie wszystko przygotować i znaleźć miejsca prasowe.
- Cisnęliśmy na pełnej w stronę stadionu po informacji, że miejscowy Michał z Chojnic miał dla nas wuszty.
- Przed Chojnicami mijaliśmy po lewej stronie spory patrol psiarni, który zmierzyła nas wzrokiem.
- Mówimy uhuh, na pewno pojadą, jednak nie podjechali.
- Natomiast 1,5 km dalej wyskoczył pan z lizakiem z prawej niczym sierżant Owczarek z Kilera.
- Nie mieliśmy fest czasu, a tu jeszcze nas zatrzymują, no trudno, zjeżdżamy na bok.
- Pytanie: „aspirant blabla, w jakim celu podróżujecie w rejonie Gminy Chojnice blablabla” odp: „na mecz”. Zapadła cisza… „No kurwa na mecz, redakcja Gieksa.pl, spóźnieni jesteśmy”. Nie zadziałało, padło pytanie o legitymacje dziennikarskie, a, jako że nie mieliśmy, to tłumaczę, że mamy w aucie aparat, kompy i na mailu przyznane akredytacje. Wziął, otworzył drzwi, kuknął i mówi, żeby jechać dalej, trochę tak jakby nietakt. Myślę sobie, że z prawnikiem Maykiem, to byśmy na drugą połowę i nie zdążyli przy tej kontroli.
- No to kij, 3 minuty stracone, ale jedziemy. Nagle jednak podbiega po uwadze kolegi i pyta: „psst, chłopaki, a nie wiecie, czy kibice jadą na ten mecz z Katowic?” Nie zastanowiłem się, mówię: „nie mam pojęcia, kurwa spieszymy się serio”.
- No i pojechaliśmy, potem myślałem, że warto było mu wrzucić, że jadą i są 10 minut za nami. Pewnie by się zebrali i siedzieli przygotowani, odliczając te mityczne 10 minut. HE HE.
- Pod bramę dotarliśmy finalnie o godzinie 18:20, więc mieliśmy 25 minut do rozpoczęcia spotkania. Uff, pomyślałem, że damy radę.
- Tutaj kolejny zonk, ponieważ typ na bramie stwierdził, że nas nie wpuści, tylko mamy zaparkować tu przed stadionem po lewej.
- Po kilku wymianach zdań mówię ok, zaparkujemy. Jeździmy jak debile po zapełnionym parkingu i oczywiście nie ma miejsca, więc wracamy do typa (już była 18:30) i mówię, że ma nas kurwa wpuścić, bo nie możemy sobie pozwolić na spóźnienie i będzie miał potem problemy z tego powodu.
- Pierwszy raz się spotkałem, żeby nie zadziałały na ochroniarzy moje, czy innych kolegów z redakcji zajawki słowne na wejściu. Przecież równo 5 lat temu wjechaliśmy w 5 za bramę na stadion Zawiszy, gdzie potem okazało się, że nawet nam akredytacji nie przyznali.
- Dobra, zaczęliśmy krążyć wokół stadionu w poszukiwaniu miejsca, typ pod bramą wskazał nam, że w budynku VIP odbierzemy akredytacje.
- Finalnie, po ogarnięciu terenu w okolicy godziny 18:40 parkujemy w odległości około kilometra od stadionu, przy samym rynku.
- Doskonałe miejsce, mijał je każdy kibic Chojniczanki.
- Dalej zaczęliśmy krążyć między wszystkimi ludźmi w poszukiwaniu akredytacji.
- Wbiliśmy na wejście VIP i tam musieliśmy czekać, aż przyjdzie rzecznik prasowy.
- Każdy nas tam wpuszczał i mówił, że to tutaj, itp.
- Mecz się już rozpoczął, a my dalej czekamy na rzecznika.
- Przyszedł po 5 minutach rzecznik i mówi, że mamy sobie iść, bo to nie tutaj i o co nam w ogóle chodzi.
- Wytłumaczyła nam pani, że mamy obejść cały murek dookoła i tam jest wejście.
- Niestety znowu nie zadziałała perswazja, żeby nas jakoś wprowadziła, bo mecz już jest i jesteśmy w dupie.
- Po wyjściu dalej krążymy między miejscową ekipą i szukamy, każdy już nas tam dokładnie zna, bo trudno nie rozpoznać wkurwionych, nieogarniętych do wejścia mietków.
- W końcu Misiek przeczytał dokładnie maila z Accredito i jest info, że brama jest na ul. Okrężnej.
- No ok, to brama gdzie podjeżdżaliśmy autem, ale typ nas wysłał na VIP, jednak poszliśmy tam wzdłuż betonowego płotu, bo tamtego skrawka terenu jeszcze nie zweryfikowaliśmy.
- Okazało się za 200 metrów, że są w tym płocie wstawione takie drzwi jak w bunkrach z okienkiem, gdzie jak wchodzisz do meliny, to musisz powiedzieć hasło, mówię: PTAKI LECĄ KLUCZEM!
- A tak na poważnie wołam, żeby nas wpuścili, bo jesteśmy w dupie. Na szczęście był tam ochroniarz i siedziały dwie miłe panie, które wydały nam akredytacje i pokazały wejście.
- Okazuje się, że tam są ultra BOXy dla mediów i miałem swój własny Chojnicki SKY BOX do relacjonowania dla Was meczu. Był doskonale wyciszony, więc dobrze by się prowadziło relację radiową.
- Sam mecz pod nasze dyktando, obok mnie zasiadała ekipa z oficjalki. Po każdej bramce skakali w tym boksie, a ja miałem problem z tym co się dzieje na boisku. Nie mogłem w to szczerze uwierzyć, że tak gromimy te Chojnice.
- Po meczu wrzuciliśmy posty i wyruszyliśmy w poszukiwaniu samochodu z nadzieją, że jeszcze stoi.
- Wiecie, jakbyśmy przegrali to wszyscy mega gościnni, ale jak wygraliśmy, no to już jest różnie.
- Niestety przez spóźnienie nie udało się uścisnąć ręki z Chojnickim Michałem, który miał dla nas wuszty, ale mam nadzieję, że uda się to przy następnej okazji! W mojej ocenie robi bardzo dobrą robotę.
- Idziemy sobie spokojnie już po rynku w stronę samochodu między ludźmi po meczu i wtedy Misiek decyduje się odebrać telefon od córki.
- Słyszę, że lecą tam GieKSiarskie przyśpiewki i widzę kątem oka, że Misiek wpadł na pomysł odpalenia tego w tryb głośnomówiący przy tym chojnickim rynku.
- No to świetnie, zaraz nas wyniosą, jeszcze zanim dojdziemy do tego auta w ramach podziękowania za starą wizytę GieKSiarzy na ich sektorze.
- Na szczęście Misiek ze śmiechu wyłączył ten telefon i przemknęliśmy przez rynek do samochodu.
- Udało się wyjechać z Chojnic, a ja jeszcze dalej nie ogarniałem sytuacji, że wygraliśmy 3:0 i jesteśmy o krok od celu.
- Dopiero na trasie zaczęło dochodzić do mnie, że my przyjechaliśmy sobie po swoje, wciągnęliśmy rywala do lewej dziurki, wycharkaliśmy, przemieliliśmy i wypluliśmy.
- Na powrocie mieliśmy doskonałą atmosferę, śmialiśmy się z całego tego chaosu na wejściu i córki Miśka śpiewającej HEJ GIEKSA GOOL na chojnickim rynku. Czytanie niektórych komentarzy na TT również powodowało, że kilka razy wypadłbym z trasy ze śmiechu, a nagrodę publiczności wygrał Yaro ze swoim Pepco.
- Na powrocie znowu zdecydowaliśmy się w późniejszej fazie posłuchać HejtParku, tym razem z fajnym, inteligentnym gościem, czyli KęKę. Dotarliśmy do domów w okolicach godziny 3:00 naładowani pozytywną energią.
- Dobrze, że nie było wyścigów z kurczakami, natomiast niestety nie wiem, co za umysłowa ameba wsadziła dwukrotnie bardzo długi, odcinkowy pomiar prędkości na remontowanym odcinku z ograniczeniem 70 km/h. Wydaje mi się, że ten wyjazd będzie nas kosztował nieco więcej z tego powodu, ale i tak – warto było!
Galeria Piłka nożna
Feta na Arenie Katowice
Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.
Felietony Piłka nożna
Esencja piłki nożnej
Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.
Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.
Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.
W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.
A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.
No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.
Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.
Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.
Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.
W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.
Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.
I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.
No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.
Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.
Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.
Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.
Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.
Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.
Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.
W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.
Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.
Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…
Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.
Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.
Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.
Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.
Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.
Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.
Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.
Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.
Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.
To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.
Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.
W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.
Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.
Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.
Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.
Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.
Galeria Piłka nożna
Z drugiej ligi do Europy
Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek.


Jarosław
30 maja 2021 at 20:19
Coraz bardziej lubię te wasze pot scriptum. Czytając to czułem się jakbym był z wami. Robicie dobra robotę. Tak trzymać chłopaki.
tomassi
30 maja 2021 at 22:42
Fajnie się to czyta. Super robota.
Kibic
30 maja 2021 at 22:49
Kawał dobrej roboty redakcja ???????? ????????????
Scifo
30 maja 2021 at 23:55
Super!
Łukasz Z.
31 maja 2021 at 10:41
Świetna robota! Dzięki Wam przetrwaliśmy złe czasy a teraz przyjemniej będzie świętować pierwszy sukces od lat. Dzięki!!!