Felietony
Post scriptum do meczu z Rakowem
Mecz z Rakowem już za nami. Katowiczanom udało się zrewanżować za jesienną (letnią) niezasłużoną porażkę i wygrać przy Limanowskiego. Tym post scriptum zamykamy temat spotkania z Medalikami. W niedzielę czeka nas kolejny ważny pojedynek, czyli derbowe starcie z Piastem Gliwice.
1. Runda wiosenna wyjazdowo będzie dość trudna, bo czeka nas sporo wyjazdowych delegacji. W obliczu choćby następnych – do Lublina i Białegostoku w ciągu tygodnia – wycieczka do Częstochowy jawiła się jako błyskawiczna. I taka w istocie też była, zarówno tam i z powrotem przemieściliśmy się w ekspresowym tempie.
2. To pozwoliło nam też na dość późny wyjazd, bo z Katowic ruszyliśmy o 14:30. Dosłownie po niecałej godzinie byliśmy na miejscu. Pogoda była piękna, słoneczna, choć jak wiemy – jeśli zimą jest słońce, to bywa mroźno. I tak też było podczas samego spotkania.
3. Stadion znajduje się w takiej nieekskluzywnej okolicy, raczej przypominał nam te obiekty i okolice, które świetnie znamy z pierwszo- i drugoligowych potyczek. Gdzieś między domkami, niedaleko jakiegoś niewielkiego osiedla wyłania się stadion Mistrza Polski sprzed dwóch lat. Zanim do niego dojechaliśmy, musieliśmy przepuścić tramwaj, który niczym pociąg przecinał drogę.
4. Niektórzy kpią sobie ze stadionu Rakowa, że jest praktycznie położony na pętli tramwajowej. Kpić nie ma co, bo taki Stadion Śląski również jest obok pętli. Natomiast fakt jest faktem i zabawnie wyglądał tramwaj, który przejeżdżał praktycznie tuż za trybuną, niczym ten pociąg – chyba w Czechach – który przejeżdża przez stadion.
5. My zaparkowaliśmy w jakiejś uliczce tuż obok obiektu i udaliśmy się po odbiór akredytacji. Wszystko przebiegło bez problemu. Klub przyznał nam cztery akredytacje, czyli tyle, ile potrzebowaliśmy – byliśmy w składzie Patryk i ja na prasówce, Magda i Werka na foto. Dziękujemy!
6. Mając niemal dwie godziny do meczu, udaliśmy się pod namiot do strefy cateringowej VIP. No cóż, uznaliśmy, że jeśli coś nie jest zabronione, to jest dozwolone. Nie nadużyliśmy tej strefy VIP aż za bardzo, uznajmy, że poczęstowanie się żurkiem (pychotka) i herbatą/kawą na dwie godziny przed meczem jest uzasadnione ze względu na temperaturę i konieczność zarówno ogrzania się, jak i uzupełnienia energii, by móc pracować przy meczu 😉
7. Mimo, że stadion nie posiada wybitnej infrastruktury, to te takie okrągłe niby-namioty, co czasem w nich są normalne knajpy, tutaj dawały radę. W środku jest ciepło (są ogrzewacze), a samo jedzenie, w bemarach, też prezentowało się bardzo dobrze – zarówno na ciepło, jakieś kiełbaski, karczki, wspomniany żurek, można sobie było też złożyć hamburgera, jak i zimna płyta. Bardzo w porządku.
8. Po posileniu udaliśmy się już na sektor prasowy. Bardzo dobre oznaczenia powodowały, że nie było możliwości się zgubić. Szybko byliśmy na miejscu. Nadal mieliśmy ponad godzinę do meczu, byliśmy tak wcześnie, że jeszcze przez rozgrzewką widzieliśmy trenerów prowadzonych przez Cezarego Olbrychta do wywiadu w Canal Plus.
9. Rany, rozstrzał moich obecności na stadionie Rakowa jest znaczny. Byłem tu po raz trzeci – w 2007 w trzeciej (0:0) oraz w 2018 w pierwszej lidze (0:2). Po tym pierwszym spotkaniu przeprowadziłem wywiad z Jakubem Błaszczykowskim, który rozgrywał ostatni sezon w Wiśle Kraków przed swoimi europejskimi wojażami z ośmioletnią przygodą w Borussii Dortmund.
10. W 2017 roku, gdy trenerem Rakowa był Marek Papszun, a GieKSa wygrała w Częstochowie 3:1, nie byłem na meczu, gdyż bawiłem… w Zakopanem na wakacjach.
11. Ogólnie o ile bardzo dobrze pamiętałem tę przestrzeń w pobliżu budynku klubowego, to samych trybun już nie bardzo. Jednak co regularna obecność, to regularna obecność. Musiałem sobie odświeżyć pamięć.
12. Wyszło… tak średnio. Trochę się nie dziwię, że Raków nie mógł grać u siebie w pucharach, więc musiał korzystać ze stadionów w Bielsku i Sosnowcu. Choć w zeszłym sezonie rundy eliminacyjne odbywały się przy Limanowskiego, ale już Kopenhaga, Atalanta czy Sporting musiały zostać przyjęte na innym stadionie.
13. Obiekt, choć estetycznie prezentuje się ładnie, cały czas jest niewielkim stadionem w ultrastarym stylu. Niskie trybuny, zwłaszcza ta gówna, na której siedzieliśmy. Podłoga metalowa, jak na prowizorycznych przenośnych trybunach, z tymi dziurkami. Swoją drogą od tego metalu szło takie zimno, że najbardziej odczuwały to stopy. Na vipach przynajmniej mieli kocyki, a i Kacper Janoszka, dziennikarz jeżdżący za GieKSą wycwanił się i też miał swój kocyk.
14. Przewodniczący Rady Nadzorczej Rakowa, niegdyś m.in. prezes GKS Katowice Wojciech Cygan w wywiadzie w Canal Plus przed meczem mówił, że czeka na ruch prezydenta Częstochowy w sprawie stadionu. Chyba wszyscy zdają sobie sprawę, że lepszy obiekt jest w tym mieście potrzebny, bo obecny w żadnym stopniu nie koreluje z jakością drużyny, która przecież wpisała się spektakularnie do absolutnej czołówki ligi.
15. Sektor prasowy jest ciasny. O ile latem pewnie jeszcze jakoś ujdzie, to zimą zmieścić się na swoim stanowisku w grubej zimowej kurtce, przy tych rozkładanych, studenckich stolikach, jest dość ciężko. Dodatkowo te stoliki, malutkie, że ciężko się rozłożyć i trzeba się gimnastykować. Gdy już osiągnie się pożądaną pozycję, lepiej – dla swojego dobra – pozostać w bezruchu, by przypadkiem nie strącić laptopa na ziemię. Na plus, miękka wkładka na krzesełkach, co powodowało, że choć gdy się usiadło, to w dupsko było zimno, ale gdyby nie to – byłoby jeszcze zimniej.
16. Mając tyle czasu do meczu, puściłem jeszcze Radomiak – Śląsk, który oglądałem w dużej części w drodze do Częstochowy. Radomianie strzelili gola w czasie doliczonym, czym załamali Śląsk, który już półtorej nogi ma w pierwszej lidze. Niesamowity upadek sportowy. A przecież w ostatniej kolejce sezonu zespół nadal walczył o mistrzostwo i w meczu na wodzie wygrał właśnie na tym obiekcie.
17. Przed meczem został uhonorowany Bartosz Nowak, za swój wkład w sukcesy Rakowa. Bardzo miły gest ze strony klubu. Zawodnik chciał się przypomnieć częstochowskiej publiczności, dlatego strzelił gola z rzutu wolnego przepięknym strzałem z połowy boiska. Niestety sędzia tej bramki nie zaliczył. Szkoda, mógł być gol sezonu. Tak samo szkoda, że Sebastian Milewski nie wykorzystał sytuacji sam na sam, bo asysta Bartka byłaby tej samej wysokiej klasy, co w meczu ze Stalą Mielec.
18. Swój honor dostał też Fran Tudor, którego Marek Papszun nazwał „legendą klubu”, a który rozegrał w Rakowie 200 meczów. To prawda, być może Fran to najważniejsza postać piłkarska na przestrzeni tych ostatnich, naznaczonych sukcesami, lat.
19. Różne kluby na początek meczu mają swój odgłos, który leci z głośników z pierwszym gwizdkiem. Pogoń Szczecin ma swój tyfon, Raków dźwięk chyba stukających się medalików. Przynajmniej tak to brzmi.
20. Co to był za mecz! Emocje były naprawdę wielkie. Najpierw Sebastian Bergier strzelił jedną z najbardziej nietypowych bramek, jakie widziałem. Żeby sobie podprowadzić piłkę jeszcze z linii końcowej, wypuścić ją de facto za daleko, bo przecież obrońca Rakowa powinien tysiąc razy do niej dobiec, i posłać takiego szczura w mysią dziurę. Sebastian zrobił to jak rasowy golfista.
21. W przerwie było już tak zimno, że musiałem odstawiać tańce połamańce. Nie dało się inaczej wystać, bo piłkarze nie rozgrzewali między połowami.
22. Jaga miała swojego Halitiego, my w tym meczu mieliśmy Dawida Kudłę, który popełnił błąd przy wyprowadzaniu piłki. To pierwszy tak poważny błąd naszego golkipera, więc nie ma co tutaj robić jakiejś afery. Faktem jest, że taka gra niesie za sobą ryzyko, bo musi być zbliżona do perfekcji. Ivi Lopez wykorzystał sytuację.
23. Ten Ivi to jednak antypatyczny typ. Skakał do Arkadiusza Jędrycha po niestrzelonym karnym, niczym ten Czech do Ruuda van Nistelrooya kiedyś. Szkoda, że Arek po meczu nie podszedł do Iviego w geście triumfu, tak jak słynny Holender, który w tamtym meczu ostatecznie strzelił gola. No ale samym zwycięstwem GKS utarł przeciwnikowi nosa. Sytuację uchwycił Tomek Błaszczyk z oficjalnej strony.
24. Arkadiusz Jędrych co jakiś czas nie wykorzystuje rzutu karnego, choć dawno mu się to nie zdarzyło. Ten element mimo wszystko jest do poprawy, bo choć wiele bramek z jedenastek też strzelił, to proporcje mogłyby być bardziej na plus. Ale piłkarz i tak strzela mnóstwo goli, więc może się zdarzyć pudło z jedenastki. Trzeba też przyznać, że strzał nie był najgorszy, ale Trelowski świetnie obronił.
25. Wierzyliśmy, że mimo tej jedenastki, GieKSa będzie dalej parła do przodu, bo przecież grała świetny mecz. I to, że po naporze Rakowa i tym karnym, katowiczanie się nie podłamali, świadczy tylko o jakości tej drużyny. Radość, którą sprawił nam Mateusz Kowalczyk strzelając tego gola była ogromna.
26. Na ostatni kwadrans wszedł na boisko Leonardo Rocha, który po raz trzeci zagrał z GKS w tym sezonie. Jakże dał nam się we znaki na inaugurację na Bukowej, kiedy ustrzelił dublet, gdy pogubiona GieKSa jeszcze nie wiedziała, jak się w tej lidze gra. Ten stan trwał tylko jedną połowę. A Rocha pokarał nas jeszcze w Radomiu. Swoistego hat-tricka nie ustrzelił.
27. Na szczęście na boisku nie pojawił się Michael Ameyaw. Ten też nam strzelił pięknego gola, jeszcze w barwach Piasta. Na szczęście też Piast już go nie ma.
28. Co do Rochy, to miło się zrobiło, jak za mną jacyś lokalni dziennikarze mówili, że „na GieKSa.pl pisali, że Rocha może jako pierwszy w historii strzelić w trzech meczach z jednym rywalem”. Co prawda aż tak nie pisałem, bo nie wiem czy pierwszy, do tego były sezony, w którym kluby grały ze sobą nawet trzy czy cztery razy, ale w systemie dwurundowym – kto wie. Ale i tak było to miłe 🙂
29. Na konferencji padło sporo pytań do Rafała Góraka, podobnie jak tydzień temu to Janusza Niedźwiedzia na Bukowej. Może to trenerom gości zadaje się teraz więcej pytań? Marek Papszun natomiast nieco zasępiony narzekał na rotacje w linii obrony, uniemożliwiające stabilizację tej formacji.
30. Mixed Zona tym razem, w związku z samą infrastrukturą stadiony, była szeroka i umowna. Dostęp do piłkarzy był łatwiejszy niż na dużych obiektach typu Lech i Legia, gdzie jest to bardzo mocno wydzielone. Trochę stary vibe stadionów, po których jeździliśmy w dawnych latach.
31. Po konferencji zebraliśmy się bardzo szybko i znów momentalnie byliśmy w Katowicach. W radosnych nastrojach, bo GieKSa odniosła naprawdę spektakularne zwycięstwo.
32. Katowiczanie tym samym wyprzedzili Motor Lublin i na ten moment jesteśmy najlepszym beniaminkiem. Kiedyś były takie turnieje beniaminków w Mławie i tam awansujące ekipy mogły udowodnić swoją wyższość. Tym razem pojedynek jest korespondencyjny, oczywiście oprócz bezpośredniego starcia, a to czeka nas już za dwie kolejki. Jesteśmy na ósmym miejscu i do czwartej Legii tracimy zaledwie cztery punkty.
33. Czekamy na mecz z Piastem!
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.
Felietony Piłka nożna
„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”
Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.
Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.
I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…
Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.
Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.
Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.
Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.
Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.
Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.
Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.
Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.
Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.
Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.
I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!
Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.
Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.
Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.
Wesołych Świąt!
PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.
Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.
Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.
Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.
Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?
Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.
Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.
Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?
Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?


























Najnowsze komentarze