Piłka nożna
Post scriptum do meczu ze Śląskiem
Mecz we Wrocławiu uradował nas bardzo. Dobra gra i zwycięstwo przed świętami było jak znalazł. Liga jednak się toczy, więc zamykamy temat meczu ze Śląskiem tradycyjnym post scriptum i teraz myślimy już tylko o sobotnim spotkaniu z Legią Warszawa.
1. Obecna kolejka została rozłożona nietypowo, gdyż liga nie grała w Wielki Piątek, ani Wielkanoc. W związku z tym cztery mecze odbyły się w Wielką Sobotę, cztery w Poniedziałek Wielkanocny, a przed nami jeszcze starcie w Mielcu. Nam przypadła gra w Wielką Sobotę i to o rozsądnej godzinie. Cieszyliśmy się, że nie mamy meczu w święto.
2. Z racji niedalekiej odległości nie musieliśmy wyjeżdżać z Katowic skoro świt. W ogóle wyjazdy w tym sezonie były takie, że nie startowaliśmy np. o szóstej. Te dalekie bowiem graliśmy o dość późnej godzinie dnia: 17.30, 19.00 czy 20.15, jak na Legii. Wiązało się to natomiast z późnymi powrotami do domu, dlatego często wracaliśmy do Katowic po drugiej czy nawet trzeciej.
3. Wyruszyliśmy w trójkę: ja, Patryk i Magda. Innym osobom obowiązki świąteczne przeszkodziły w wyjeździe. Wyjechaliśmy o 10:30 i prościutką drogą, autostradą zmierzaliśmy do Wrocławia.
4. Po drodze mijaliśmy wiele aut z kibicami GKS Katowice, którzy tłumnie wybrali się na ten niezbyt odległy wyjazd. Co rusz były w samochodach widoczne barwy klubowe czy żółty kolor. Wiedzieliśmy, że atmosfera na stadionie będzie bardzo dobra.
5. Kibice jak to kibice na wyjazdach, czasem stawali za potrzebą. Mnie szczególną uwagę przykuł na poboczu załatwiający pewną sprawę kibic z numerem 4 na plecach i nazwiskiem Jędrych. Przez ułamek sekundy miałem mały mindfuck – „dlaczego Arek to robi?”. Koszulki kapitana sprzedają się dobrze.
6. Droga przebiegła szybko i (prawie) sprawnie, czasem musieliśmy gwałtownie hamować, bo kolumna poruszała się tak, a nie inaczej, a policja kilkukrotnie wjeżdżała w środek i powodowała pewne zamieszanie na drodze.
7. Po dwóch godzinach dojechaliśmy do Wrocławia. Skorzystaliśmy ze stacji benzynowej, a uwagę zwrócił pewien jegomość, który wyszedł z budynku stacji i prowadził rower, ale prowadził go będąc do niego on face, czyli de facto pchał go do tyłu. Magda skwitowała to słusznym „tutaj rowery prowadzi się odwrotnie”.
8. Po chwili byliśmy pod stadionem, którą mijaliśmy niedawno, gdy jechaliśmy chyba do Poznania. Stadion z zewnątrz prezentuje się… nieładnie. Narzucony jakiś wór niczym te plandeki na rusztowaniach remontowanych budynków, do tego sprawiający wrażenie brudnego. No i to logo Tarczyński Arena – centralnie. No nie prezentuje się to jakoś estetycznie i w ogóle nie widać na początku, że to stadion.
9. To co zawsze jest mile przez nas widziane to możliwość wjazdu na stadionowy parking. Nie zawsze jest to oczywistością, a tutaj wjazdówka była zapewniona. Dlatego komfortowo mogliśmy zostawić samochód i udać się do wejścia.
10. Pewnym mankamentem jest to, że akredytacje wydawane są na zaledwie godzinę przed meczem. Na większości stadionów wejściówki te można odebrać wcześniej, a właśnie dużo wcześniej jesteśmy w tym sezonie zawsze.
11. No ale trudno, jest taki hol, poczekalnia ze stolikami i krzesłami, więc przynajmniej jest gdzie usiąść w oczekiwaniu. I tak sobie siedzieliśmy ponad pół godziny i ostatecznie akredytacje przyszły… o 13:20, czyli i tak 25 minut przed zapowiadanym czasem.
12. Same plakietki na różnych stadionach są większe, mniejsze, czasem zalaminowane, czasem nie, ze smyczką lub bez. Tutaj trzeba przyznać, że akredytacja była jedną z najładniejszych na polskich stadionach. Estetyczna, z dużymi herbami obu drużyn. No i i zalaminowana i ze smyczką. Widać, że klub przykłada wagę do takich rzeczy. A na ściance były też wzory wszystkich wejściówek z objaśnieniem kto, gdzie może wchodzić. Wszystko przejrzyste.
13. Na dole zrobiłem zdjęcie loginu i hasła do WiFi. I tutaj kolejna pochwała dla Śląska, bo internet stadionowy, na przecież dużym stadionie, działał bez zarzutu cały mecz. Dzięki temu nie musieliśmy kombinować z naszymi internetami. To znacznie ułatwiało pracę.
14. Wjechaliśmy windą na czwarte piętro, czyli już było wiadomo, że będziemy wysoko. Gdy wyszliśmy na trybunę oczom naszym ukazał się potężny jak na polskie warunki obiekt. Ponad czterdzieści tysięcy miejsc, przy czym miejsce to widziało już taką frekwencję na meczach ligowych. Prawdziwy kocioł. I bardzo wysokie trybuny.
15. Miałem okazję być na tym stadionie dwa razy, w którychś eliminacjach (chyba za Waldemara Fornalika) na meczu z Mołdawią i przede wszystkim na ostatnim meczu fazy grupowej Euro 2012 z Czechami. Choć bilet na ten mecz było zdobyć zdecydowanie najtrudniej z wszystkich trzech meczów grupowych – udało się. Polska przegrała 0:1, grając niestety ultradefensywnie. Co ciekawe w samej końcówce na murawie pojawił się Tomas Pekhart, obecny zawodnik Legii Warszawa.
16. W tamtym meczu mijałem między sektorami panów Krysiaka i Bryłkę. Pamiętacie tych ancymonów? Dobrze, że to zamierzchłe czasy.
17. Przeszliśmy na prasówkę, która była obok. I naprawdę była godna, a stanowisk mnóstwo, z dużymi blatami. No w końcu musieli pomieścić telewizje z całego świata na Euro. Dzięki temu teraz nie ma problemu z miejscami prasowymi.
18. Widoczność – idealna. Niby daleko, bo wysoko, a jednak ma się wrażenie, że boisko jest na wyciągnięcie ręki, właśnie dzięki stromym trybunom. Już było wiadomo, że relacjonowanie tego meczu to będzie czysta przyjemność.
19. No, może poza moim samopoczuciem, które było fatalne, na święta złapała mnie jakaś infekcja, która nie była na tyle silna, żeby zrezygnować z wyjazdu, jak jesienią na Cracovię, i nie na tyle słaba, by… dobrze się czuć. Przez cały mecz towarzyszył mi silny ból głowy, a podczas nagrywek jakieś problemy z gardłem były. No ale praca to praca.
20. Zanim zasiedliśmy na stanowiskach, na stoliczku na trybunie można było sobie zrobić herbatę lub kawę. To super rozwiązanie w kontekście, że jakiś tam poczęstunek pewnie był dopiero niedługo przed meczem i na parterze, więc daleko. Dla mnie osobiście fakt, że na prasówce była moja ulubiona herbata, czyli czarny Lipton Earl Grey, by dodatkowym plusem. Magda też zachwalała, że mieli jej ulubioną kawę – Jacobs.
21. Mając tak dużo czasu do meczu odpaliłem końcówkę meczu Piast – Korona. Niebywałe, ale zawodnik totalnie marginalny zarówno w Piaście, jak i GieKSie strzelił wyrównującego gola i miał swój moment chwały. W GKS Katowice rozegrał tylko sześć meczów. Z Piastem Mistrz Polski, ale w dziesięć sezonów rozegrał około sto meczów.
22. Bardzo fajnym pomysłem jest studio przedmeczowe na telebimie. Co prawda mało było ono poświęcone meczowi, ale zawsze coś. Najpierw jakiś pan opowiadał o koniach i evencie z końmi w roli głównej. Skwitował to tym, że będzie „końska dawka emocji”. A potem była jakaś kobieta chyba z Urzędu Miasta. Fajne urozmaicenie.
23. Podczas rozgrzewki piłkarze obu drużyn byli w koszulkach „Szwaniu jesteśmy z Tobą”. Ta solidarność z nietypowo kontuzjowanym Petrem Schwarzem całej ligi – był m.in. film z wypowiedziami piłkarzy każdego klubu – jest naprawdę godna uwagi. Także i nasz trener przed kamerami Canal Plus był w tejże koszulce.
24. W końcu wyszli na boisko główni aktorzy tego widowiska. Przy 20-tysięcznej publiczności rozpoczął się mecz – dla nas o kolejny dobry wynik, dla Śląska – o potrzebne jak tlen ligowe punkty. Gospodarze muszą wygrywać, jeśli chcą się utrzymać.
25. Ciekawi byliśmy występu Sebastiana Bergiera, który po raz pierwszy miał okazję zagrać we Wrocławiu przeciw Śląskowi. Zawodnik miał kilka okazji, jedną nawet bardzo dobrą, choć jak mówił w wywiadzie, dobić wyplutą przez Leszczyńskiego piłkę było trudno, bo mało było miejsca. Hm… brak miejsca nie przeszkadzał napastnikowi w Częstochowie, kiedy posłał futbolówkę do mysiej dziury 😉
26. Mimo stadionu wypełnionego w połowie, młyn i sektor gości prezentowały się bardzo godnie. Siedzieliśmy na środku i mieliśmy wrażenie, że głośniejsi są kibice GieKSy. Zewsząd zresztą chwaleni za postawę w tym meczu, zarówno przez kibiców Śląska, jak i w całej Polsce. Żółta Armia w dużych liczbach znakomicie prezentuje się na ekstraklasowych stadionach.
27. Za dobrym dopingiem poszła świetna gra naszych piłkarzy w pierwszej połowie. I dwie bramki. Dobrze, że w końcu trafił Oskar Repka, bo brakowało jego goli ostatnio, a wiemy przecież, że zawodnik raz na jakiś czas wpisuje się na listę strzelców.
28. Za to po świetnej akcji Mateusza Kowalczyka (wykupić!) Petkow wpakował piłkę do własnej siatki. Istny to pechowiec, bo przecież w poprzednim meczu na Cracovii również pokonał własnego bramkarza. Rzadka sytuacja. Co prawda do Mateusza Kamińskiego, który też na Dolnym Śląsku pokonał swojego golkipera dwa razy w meczu nieco mu brakuje, ale niewiele.
29. W przerwie podostrzył w wywiadzie Adrian Błąd, który zapytany przez Cezarego Olbrychta o kwestię lubińską powiedział, że cieszy się, że może pomóc Zagłębiu Lubin w utrzymaniu. Dobry gagatek 😉 A Zagłębie pomogło samo sobie wygrywając w Białymstoku.
30. A Śląsk czekają derby z Zagłębiem już za dwa tygodnie i to również będzie kluczowy mecz, jeśli chodzi o pozostanie w lidze.
31. My natomiast musieliśmy mały sprint zrobić do salki, w której częstowali żurkiem. Patryk nic tego dnia nie jadł, ja ze względu na infekcję miałem zwiększone łaknienie, więc też byłem fest głodny. Żureczek – pierwsza klasa. Gęsty, pożywny, kiełbasa, jajko. Nie poprzestałem na jednej miseczce. Bardzo sympatyczna sprawa i co najlepsze – w mailu potwierdzającym akredytację zapowiadana, więc wiedzieliśmy, że możemy się tego spodziewać.
32. Druga połowa była już z atakami Śląska, ale pudłował bardzo Arnau Ortiz. Al-Hamlawi też na szczęście ostatnio nie jest sobą. Za to niektórzy uważają, że ostatnio jest sobą Rafał Leszczyński. Przemilczymy to.
33. GieKSa grała ofiarnie i choć druga połowa była trudna, to nie musieliśmy jakoś rozpaczliwie się bronić, aby dowieźć wynik. Katowiczanie zachowali czyste konto i po czterech wyjazdowych porażkach w końcu zgarnęli w delegacji trzy punkty.
34. Po niedosycie z meczu z jesieni, kiedy Śląsk był w kryzysie, tym razem GKS wygrał. Cztery punkty sumarycznie z wicemistrzem Polski, ale też drużyną ze strefy spadkowej to ostatecznie dobry wynik.
35. Piłkarze świętowali z kibicami, na co na wyjeździe czekali od meczu z Rakowem. W końcu GieKSa wygrała przy dużej publice, bo wszelkie mecze, które graliśmy przy publiczności w granicach 20 tysięcy lub więcej, były przegrywane. Także i jest to pierwsze zwycięstwo przy tak licznie wypełnionym sektorze gości.
36. Gdy kibice śpiewali po meczu można było wyczuć na tym wielkim stadionie vibe wielkiej piłki. Przez lata wielkim sukcesem wszystkich polskich klubów była frekwencja w granicach 10 tysięcy, bo takie też były stadiony. I ten doping też brzmiał inaczej. Tutaj dwa tysiące ryknęło i naprawdę to był inny wydźwięk, niż gdy ryknie dwieście.
37. Zjechaliśmy na dół, Patryk poszedł do mix zony, ja na konferencje prasową. Salka bardziej przypomina salkę kinową z jakiegoś kina studyjnego niż konferencyjną. Zamocowane miękkie fotele w rzędach (akurat te fotele mają vibe PRL-u), mnóstwo, naprawdę mnóstwo miejsc. Trenerzy przyszli dość szybko.
38. Trener Rafał Górak życzył wszystkim wesołych świąt, a Ante Simundza wypowiadał się za pomocą tłumaczki. Trochę dziwne wrażenie wywarł albo raczej nie wywarł. Szkoleniowiec przecież był mistrzem kraju z Mariborem czy Łudogorcem, grał w Lidze Mistrzów, gdzie remisował z Schalke, Chelsea czy Sportingiem, a tutaj wydał się taki mało charyzmatyczny.
39. Oczywiście to tylko maleńki wycinek i pierwsze wrażenie. Faktem jest, że musi mieć coś w sobie, skoro odmienił Śląsk z rundzie wiosennej. Ciekawe, jak to się dalej potoczy, bo utrzymanie Śląska może być większym sukcesem niż te tytuły.
40. Ze stadionu zebraliśmy się szybciej niż zwykle, bo wiedzieliśmy, że kibice jeszcze nie wyjechali, więc chcieliśmy wjechać przed nimi, aby uniknąć potem spowolnień. Z mojej strony więc padła jeszcze szybka miska chłodnego już żurku (nie może się zmarnować) i ruszyliśmy w drogę powrotną.
41. W Katowicach byliśmy około dwudziestej, jeszcze za widna. Bardzo szybko i bardzo wcześnie, czym byliśmy ukontentowani.
42. Warunki dla mediów na stadionie Śląska są doskonałe, więc z tego miejsca serdeczne podziękowania dla WKS za tak sprawną i miłą obsługę. Jeśli Śląsk utrzyma się w ekstraklasie, z przyjemnością ponownie zawitamy na ten stadion.
43. No i w parze poszedł wynik. Brawo GieKSa!
44. Czekamy na wynik z Mielca. Jeśli Górnik nie wygra, wyprzedzimy zabrzan w tabeli. Zrównaliśmy się też punktami z Cracovią i mamy lepszy mecz bezpośredni.
45. Legio, bój się!
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.
Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.
Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.
Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.
Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?
Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.
Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.
Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?
Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.




























Najnowsze komentarze