Piłka nożna
Post scriptum do meczu ze Śląskiem
Mecz we Wrocławiu uradował nas bardzo. Dobra gra i zwycięstwo przed świętami było jak znalazł. Liga jednak się toczy, więc zamykamy temat meczu ze Śląskiem tradycyjnym post scriptum i teraz myślimy już tylko o sobotnim spotkaniu z Legią Warszawa.
1. Obecna kolejka została rozłożona nietypowo, gdyż liga nie grała w Wielki Piątek, ani Wielkanoc. W związku z tym cztery mecze odbyły się w Wielką Sobotę, cztery w Poniedziałek Wielkanocny, a przed nami jeszcze starcie w Mielcu. Nam przypadła gra w Wielką Sobotę i to o rozsądnej godzinie. Cieszyliśmy się, że nie mamy meczu w święto.
2. Z racji niedalekiej odległości nie musieliśmy wyjeżdżać z Katowic skoro świt. W ogóle wyjazdy w tym sezonie były takie, że nie startowaliśmy np. o szóstej. Te dalekie bowiem graliśmy o dość późnej godzinie dnia: 17.30, 19.00 czy 20.15, jak na Legii. Wiązało się to natomiast z późnymi powrotami do domu, dlatego często wracaliśmy do Katowic po drugiej czy nawet trzeciej.
3. Wyruszyliśmy w trójkę: ja, Patryk i Magda. Innym osobom obowiązki świąteczne przeszkodziły w wyjeździe. Wyjechaliśmy o 10:30 i prościutką drogą, autostradą zmierzaliśmy do Wrocławia.
4. Po drodze mijaliśmy wiele aut z kibicami GKS Katowice, którzy tłumnie wybrali się na ten niezbyt odległy wyjazd. Co rusz były w samochodach widoczne barwy klubowe czy żółty kolor. Wiedzieliśmy, że atmosfera na stadionie będzie bardzo dobra.
5. Kibice jak to kibice na wyjazdach, czasem stawali za potrzebą. Mnie szczególną uwagę przykuł na poboczu załatwiający pewną sprawę kibic z numerem 4 na plecach i nazwiskiem Jędrych. Przez ułamek sekundy miałem mały mindfuck – „dlaczego Arek to robi?”. Koszulki kapitana sprzedają się dobrze.
6. Droga przebiegła szybko i (prawie) sprawnie, czasem musieliśmy gwałtownie hamować, bo kolumna poruszała się tak, a nie inaczej, a policja kilkukrotnie wjeżdżała w środek i powodowała pewne zamieszanie na drodze.
7. Po dwóch godzinach dojechaliśmy do Wrocławia. Skorzystaliśmy ze stacji benzynowej, a uwagę zwrócił pewien jegomość, który wyszedł z budynku stacji i prowadził rower, ale prowadził go będąc do niego on face, czyli de facto pchał go do tyłu. Magda skwitowała to słusznym „tutaj rowery prowadzi się odwrotnie”.
8. Po chwili byliśmy pod stadionem, którą mijaliśmy niedawno, gdy jechaliśmy chyba do Poznania. Stadion z zewnątrz prezentuje się… nieładnie. Narzucony jakiś wór niczym te plandeki na rusztowaniach remontowanych budynków, do tego sprawiający wrażenie brudnego. No i to logo Tarczyński Arena – centralnie. No nie prezentuje się to jakoś estetycznie i w ogóle nie widać na początku, że to stadion.
9. To co zawsze jest mile przez nas widziane to możliwość wjazdu na stadionowy parking. Nie zawsze jest to oczywistością, a tutaj wjazdówka była zapewniona. Dlatego komfortowo mogliśmy zostawić samochód i udać się do wejścia.
10. Pewnym mankamentem jest to, że akredytacje wydawane są na zaledwie godzinę przed meczem. Na większości stadionów wejściówki te można odebrać wcześniej, a właśnie dużo wcześniej jesteśmy w tym sezonie zawsze.
11. No ale trudno, jest taki hol, poczekalnia ze stolikami i krzesłami, więc przynajmniej jest gdzie usiąść w oczekiwaniu. I tak sobie siedzieliśmy ponad pół godziny i ostatecznie akredytacje przyszły… o 13:20, czyli i tak 25 minut przed zapowiadanym czasem.
12. Same plakietki na różnych stadionach są większe, mniejsze, czasem zalaminowane, czasem nie, ze smyczką lub bez. Tutaj trzeba przyznać, że akredytacja była jedną z najładniejszych na polskich stadionach. Estetyczna, z dużymi herbami obu drużyn. No i i zalaminowana i ze smyczką. Widać, że klub przykłada wagę do takich rzeczy. A na ściance były też wzory wszystkich wejściówek z objaśnieniem kto, gdzie może wchodzić. Wszystko przejrzyste.
13. Na dole zrobiłem zdjęcie loginu i hasła do WiFi. I tutaj kolejna pochwała dla Śląska, bo internet stadionowy, na przecież dużym stadionie, działał bez zarzutu cały mecz. Dzięki temu nie musieliśmy kombinować z naszymi internetami. To znacznie ułatwiało pracę.
14. Wjechaliśmy windą na czwarte piętro, czyli już było wiadomo, że będziemy wysoko. Gdy wyszliśmy na trybunę oczom naszym ukazał się potężny jak na polskie warunki obiekt. Ponad czterdzieści tysięcy miejsc, przy czym miejsce to widziało już taką frekwencję na meczach ligowych. Prawdziwy kocioł. I bardzo wysokie trybuny.
15. Miałem okazję być na tym stadionie dwa razy, w którychś eliminacjach (chyba za Waldemara Fornalika) na meczu z Mołdawią i przede wszystkim na ostatnim meczu fazy grupowej Euro 2012 z Czechami. Choć bilet na ten mecz było zdobyć zdecydowanie najtrudniej z wszystkich trzech meczów grupowych – udało się. Polska przegrała 0:1, grając niestety ultradefensywnie. Co ciekawe w samej końcówce na murawie pojawił się Tomas Pekhart, obecny zawodnik Legii Warszawa.
16. W tamtym meczu mijałem między sektorami panów Krysiaka i Bryłkę. Pamiętacie tych ancymonów? Dobrze, że to zamierzchłe czasy.
17. Przeszliśmy na prasówkę, która była obok. I naprawdę była godna, a stanowisk mnóstwo, z dużymi blatami. No w końcu musieli pomieścić telewizje z całego świata na Euro. Dzięki temu teraz nie ma problemu z miejscami prasowymi.
18. Widoczność – idealna. Niby daleko, bo wysoko, a jednak ma się wrażenie, że boisko jest na wyciągnięcie ręki, właśnie dzięki stromym trybunom. Już było wiadomo, że relacjonowanie tego meczu to będzie czysta przyjemność.
19. No, może poza moim samopoczuciem, które było fatalne, na święta złapała mnie jakaś infekcja, która nie była na tyle silna, żeby zrezygnować z wyjazdu, jak jesienią na Cracovię, i nie na tyle słaba, by… dobrze się czuć. Przez cały mecz towarzyszył mi silny ból głowy, a podczas nagrywek jakieś problemy z gardłem były. No ale praca to praca.
20. Zanim zasiedliśmy na stanowiskach, na stoliczku na trybunie można było sobie zrobić herbatę lub kawę. To super rozwiązanie w kontekście, że jakiś tam poczęstunek pewnie był dopiero niedługo przed meczem i na parterze, więc daleko. Dla mnie osobiście fakt, że na prasówce była moja ulubiona herbata, czyli czarny Lipton Earl Grey, by dodatkowym plusem. Magda też zachwalała, że mieli jej ulubioną kawę – Jacobs.
21. Mając tak dużo czasu do meczu odpaliłem końcówkę meczu Piast – Korona. Niebywałe, ale zawodnik totalnie marginalny zarówno w Piaście, jak i GieKSie strzelił wyrównującego gola i miał swój moment chwały. W GKS Katowice rozegrał tylko sześć meczów. Z Piastem Mistrz Polski, ale w dziesięć sezonów rozegrał około sto meczów.
22. Bardzo fajnym pomysłem jest studio przedmeczowe na telebimie. Co prawda mało było ono poświęcone meczowi, ale zawsze coś. Najpierw jakiś pan opowiadał o koniach i evencie z końmi w roli głównej. Skwitował to tym, że będzie „końska dawka emocji”. A potem była jakaś kobieta chyba z Urzędu Miasta. Fajne urozmaicenie.
23. Podczas rozgrzewki piłkarze obu drużyn byli w koszulkach „Szwaniu jesteśmy z Tobą”. Ta solidarność z nietypowo kontuzjowanym Petrem Schwarzem całej ligi – był m.in. film z wypowiedziami piłkarzy każdego klubu – jest naprawdę godna uwagi. Także i nasz trener przed kamerami Canal Plus był w tejże koszulce.
24. W końcu wyszli na boisko główni aktorzy tego widowiska. Przy 20-tysięcznej publiczności rozpoczął się mecz – dla nas o kolejny dobry wynik, dla Śląska – o potrzebne jak tlen ligowe punkty. Gospodarze muszą wygrywać, jeśli chcą się utrzymać.
25. Ciekawi byliśmy występu Sebastiana Bergiera, który po raz pierwszy miał okazję zagrać we Wrocławiu przeciw Śląskowi. Zawodnik miał kilka okazji, jedną nawet bardzo dobrą, choć jak mówił w wywiadzie, dobić wyplutą przez Leszczyńskiego piłkę było trudno, bo mało było miejsca. Hm… brak miejsca nie przeszkadzał napastnikowi w Częstochowie, kiedy posłał futbolówkę do mysiej dziury 😉
26. Mimo stadionu wypełnionego w połowie, młyn i sektor gości prezentowały się bardzo godnie. Siedzieliśmy na środku i mieliśmy wrażenie, że głośniejsi są kibice GieKSy. Zewsząd zresztą chwaleni za postawę w tym meczu, zarówno przez kibiców Śląska, jak i w całej Polsce. Żółta Armia w dużych liczbach znakomicie prezentuje się na ekstraklasowych stadionach.
27. Za dobrym dopingiem poszła świetna gra naszych piłkarzy w pierwszej połowie. I dwie bramki. Dobrze, że w końcu trafił Oskar Repka, bo brakowało jego goli ostatnio, a wiemy przecież, że zawodnik raz na jakiś czas wpisuje się na listę strzelców.
28. Za to po świetnej akcji Mateusza Kowalczyka (wykupić!) Petkow wpakował piłkę do własnej siatki. Istny to pechowiec, bo przecież w poprzednim meczu na Cracovii również pokonał własnego bramkarza. Rzadka sytuacja. Co prawda do Mateusza Kamińskiego, który też na Dolnym Śląsku pokonał swojego golkipera dwa razy w meczu nieco mu brakuje, ale niewiele.
29. W przerwie podostrzył w wywiadzie Adrian Błąd, który zapytany przez Cezarego Olbrychta o kwestię lubińską powiedział, że cieszy się, że może pomóc Zagłębiu Lubin w utrzymaniu. Dobry gagatek 😉 A Zagłębie pomogło samo sobie wygrywając w Białymstoku.
30. A Śląsk czekają derby z Zagłębiem już za dwa tygodnie i to również będzie kluczowy mecz, jeśli chodzi o pozostanie w lidze.
31. My natomiast musieliśmy mały sprint zrobić do salki, w której częstowali żurkiem. Patryk nic tego dnia nie jadł, ja ze względu na infekcję miałem zwiększone łaknienie, więc też byłem fest głodny. Żureczek – pierwsza klasa. Gęsty, pożywny, kiełbasa, jajko. Nie poprzestałem na jednej miseczce. Bardzo sympatyczna sprawa i co najlepsze – w mailu potwierdzającym akredytację zapowiadana, więc wiedzieliśmy, że możemy się tego spodziewać.
32. Druga połowa była już z atakami Śląska, ale pudłował bardzo Arnau Ortiz. Al-Hamlawi też na szczęście ostatnio nie jest sobą. Za to niektórzy uważają, że ostatnio jest sobą Rafał Leszczyński. Przemilczymy to.
33. GieKSa grała ofiarnie i choć druga połowa była trudna, to nie musieliśmy jakoś rozpaczliwie się bronić, aby dowieźć wynik. Katowiczanie zachowali czyste konto i po czterech wyjazdowych porażkach w końcu zgarnęli w delegacji trzy punkty.
34. Po niedosycie z meczu z jesieni, kiedy Śląsk był w kryzysie, tym razem GKS wygrał. Cztery punkty sumarycznie z wicemistrzem Polski, ale też drużyną ze strefy spadkowej to ostatecznie dobry wynik.
35. Piłkarze świętowali z kibicami, na co na wyjeździe czekali od meczu z Rakowem. W końcu GieKSa wygrała przy dużej publice, bo wszelkie mecze, które graliśmy przy publiczności w granicach 20 tysięcy lub więcej, były przegrywane. Także i jest to pierwsze zwycięstwo przy tak licznie wypełnionym sektorze gości.
36. Gdy kibice śpiewali po meczu można było wyczuć na tym wielkim stadionie vibe wielkiej piłki. Przez lata wielkim sukcesem wszystkich polskich klubów była frekwencja w granicach 10 tysięcy, bo takie też były stadiony. I ten doping też brzmiał inaczej. Tutaj dwa tysiące ryknęło i naprawdę to był inny wydźwięk, niż gdy ryknie dwieście.
37. Zjechaliśmy na dół, Patryk poszedł do mix zony, ja na konferencje prasową. Salka bardziej przypomina salkę kinową z jakiegoś kina studyjnego niż konferencyjną. Zamocowane miękkie fotele w rzędach (akurat te fotele mają vibe PRL-u), mnóstwo, naprawdę mnóstwo miejsc. Trenerzy przyszli dość szybko.
38. Trener Rafał Górak życzył wszystkim wesołych świąt, a Ante Simundza wypowiadał się za pomocą tłumaczki. Trochę dziwne wrażenie wywarł albo raczej nie wywarł. Szkoleniowiec przecież był mistrzem kraju z Mariborem czy Łudogorcem, grał w Lidze Mistrzów, gdzie remisował z Schalke, Chelsea czy Sportingiem, a tutaj wydał się taki mało charyzmatyczny.
39. Oczywiście to tylko maleńki wycinek i pierwsze wrażenie. Faktem jest, że musi mieć coś w sobie, skoro odmienił Śląsk z rundzie wiosennej. Ciekawe, jak to się dalej potoczy, bo utrzymanie Śląska może być większym sukcesem niż te tytuły.
40. Ze stadionu zebraliśmy się szybciej niż zwykle, bo wiedzieliśmy, że kibice jeszcze nie wyjechali, więc chcieliśmy wjechać przed nimi, aby uniknąć potem spowolnień. Z mojej strony więc padła jeszcze szybka miska chłodnego już żurku (nie może się zmarnować) i ruszyliśmy w drogę powrotną.
41. W Katowicach byliśmy około dwudziestej, jeszcze za widna. Bardzo szybko i bardzo wcześnie, czym byliśmy ukontentowani.
42. Warunki dla mediów na stadionie Śląska są doskonałe, więc z tego miejsca serdeczne podziękowania dla WKS za tak sprawną i miłą obsługę. Jeśli Śląsk utrzyma się w ekstraklasie, z przyjemnością ponownie zawitamy na ten stadion.
43. No i w parze poszedł wynik. Brawo GieKSa!
44. Czekamy na wynik z Mielca. Jeśli Górnik nie wygra, wyprzedzimy zabrzan w tabeli. Zrównaliśmy się też punktami z Cracovią i mamy lepszy mecz bezpośredni.
45. Legio, bój się!
Piłka nożna Wywiady
Jędrych: Stempel mocnej wiary
Po wygranym meczu z Termalicą porozmawialiśmy z kapitanem GieKSy Arkadiuszem Jędrychem, który podkreślił znaczenie procesu i stabilności w klubie dla osiągania sukcesów, a także docenił doping ponad 13 tysięcy fanów.
Wszystko w porządku po tych dwóch sytuacjach?
Arkadiusz Jędrych: Tak. Trochę mi gdzieś wygięło nogę, później dostałem w brzuch, ale na gorąco myślę, że tak. Wiadomo, adrenalina jeszcze musi opaść i wtedy zobaczymy. Na tę chwilę wszystko jest okej i mam nadzieję, że jutro i pojutrze także wszystko będzie dobrze.
Po takich szalonych spotkaniach chyba już możecie powiedzieć, że pojawiają się myśli o europejskich pucharach?
Wiadomo, mając na koncie 47 punktów, czemu mamy nie marzyć? Tak to na razie zostawię.
Eman Marković dzisiaj dwukrotnie przekroczył prędkość przy tych trafieniach.
Jesteśmy świadomi, że Eman w miarę upływu sezonu czuje się coraz lepiej. Zresztą chyba nie tylko my, ale wszyscy, którzy chodzą i oglądają te mecze widzą, że w Emanie drzemią naprawdę ogromne możliwości. Pokusiłbym się wręcz o to, że on jeszcze swoich maksymalnych umiejętności nie pokazał. Zostały nam trzy mecze i życzmy sobie, żeby tymi swoimi wartościami nas jeszcze pozytywnie zaskoczył.
Przyszedłeś do GieKSy w trudnym momencie, wtedy zaraz spadek i druga liga, a niedługo mogą być puchary. Dla ciebie to też długa droga?
Nie da się ukryć, że moja droga w GKS-ie była dosyć kręta. Na chwilę obecną powtarzam, że ja mam takie podejście do tego wszystkiego: to, co się teraz dzieje wokół GieKSy to stempel mocnej wiary w to wszystko, w ten proces w którym tkwimy. Mamy nadzieję, że ten proces dalej będzie się napędzał, rozwijał i wszyscy ludzie wokół GKS-u będą tak ukierunkowani na Klub, na pomaganie, tak jak widzieliśmy dzisiaj na trybunach. Nie idzie o tym nie wspomnieć, jak stanęliśmy sobie chwilę przed meczem, to te trybuny powodują ciarki na całym ciele. Dwunasty zawodnik miał wpływ na to, że wygraliśmy dziś tak okazale.
Piłka nożna Wywiady
Wasielewski: Tutaj się odnalazłem
Po wysokiej wygranej z Termalicą porozmawialiśmy z Marcinem Wasielewskim, reprezentującym w przeszłości barwy Termalici oraz z Mateuszem Kowalczykiem, wracającym na boisko po kontuzji.
Długo zastanawiałeś się nad przedłużeniem kontraktu?
Marcin Wasielewski: Zależy od punktu widzenia. Fajnie, że się po prostu dogadaliśmy i przedłużyłem kontrakt. Jest mi tutaj dobrze, świetnie się czuję. Fajnie, że będzie więcej o dwa lata.
Po twojej przygodzie z Termalicą dziennikarze mówili, że niekoniecznie się sprawdziłeś, a…
Nie lubię mówić o przeszłości. Są to pewne rzeczy, których wiele osób nie rozumie i nie wie. Tutaj się po prostu odnalazłem, dostałem większą szansę. Byłem w stanie pokazać na co mnie stać i myślę, że teraz nieźle to wygląda.
Teraz wiele osób ocenia cię jako najlepszego wahadłowego ligi.
Czy najlepszy? Znam swoją wartość, każdym meczem próbuję robić swoje i nie odpuszczać. Przede wszystkim nie mieć żadnych pretensji do siebie, robić wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli to tak fajnie wygląda, to się cieszę. Mam nadzieję, że będę to powielał w każdym kolejnym występie.
Fassbender już pewnie widział tę piłkę w siatce, a ty wyskoczyłeś mu zza pleców i wybiłeś za linię końcową.
Taktyka jest na początku trudna do zrozumienia, ale po okresie wdrożenia to są już automatyzmy. Robi się to automatycznie, intuicyjnie, nie zastanawia się nad tym. Po prostu to wychodzi – jeśli gra się ciągle tym systemem, to jest znacznie łatwiej. Mnie on odpowiada, bo mogę pokazać w całej krasie moje umiejętności, w grze do przodu i z tyłu.
Wybiegasz już myślami w europejskie puchary?
Przede wszystkim następny mecz. Piast Gliwice – to jest najważniejsze. Żadne puchary i myślenie gdzieś w przód. Najważniejszy jest zawsze następny rywal.
Pierwsza bramka w tym sezonie, od razu po powrocie po kontuzji.
Mateusz Kowalczyk: Dokładnie. Nie ukrywam, że siedziało mi gdzieś w głowie to, że nie strzeliłem, ale w końcu się udało. Wygraliśmy wysoko, chociaż wydaje mi się, że mecz nie porywał piłkarsko zarówno w moim wykonaniu, jak i drużyny. Cieszę się, że ta bramka przyszła, lekka ulga.
Jaki był plan na ten mecz?
Chcieliśmy zagrać swoje i strzelić jak najszybciej bramkę i cieszy, że to się udało w pierwszej połowie. Termalica naprawdę wyglądała dobrze piłkarsko, ale mieliśmy gdzieś łatwość z dochodzeniem do sytuacji, to był klucz.
Jaki był przekaz w szatni po tym, jak straciliście bramkę, która mogła dać wiatru w żagle rywalowi?
To nie było potrzebne. W szatni sobie powiedzieliśmy, że musimy zacząć lepiej grać w piłkę i więcej się przy niej utrzymywać, bo w pierwszej połowie za szybko się jej pozbywaliśmy, to nie było potrzebne.
Długo byłeś poza grą, jak czułeś się dziś na boisku?
Pogoda nie pomagała. W 60-70. minucie odczuwałem ten mecz, ale miałem dużo ćwiczeń dodatkowych, biegania. Też trenuję z drużyną ostatnie 1,5 tygodnia, fizycznie jest coraz lepiej. Te ostatnie trzy mecze będą jeszcze lepsze fizycznie.
Od początku był taki plan, że grasz te 60-70 minut?
Nie mam pojęcia *śmiech*. Trenera trzeba spytać.
Jesteśmy na trzecim miejscu, chyba możemy o tym mówić głośno, że w tym momencie, na tym etapie sezonu, europejskie puchary to jest cel GKS-u Katowice.
Patrzymy w górę. Teraz wygraliśmy ważne mecz z Termalicą, za tydzień jedziemy na Piasta. Ta liga jest taka, że nie można nic zlekceważyć. Jedna porażka może cię zepchnąć w dół, a jedna wygrana wywindować do góry. Musimy być skupieni na kolejnym zadaniu.
Dzisiaj fantastyczna atmosfera na Arenie Katowice, czuliście to na boisku?
Super było. Mimo tego, że gramy o 12 w niedzielę, to kibice dali radę. To niesie się, doping po każdym wślizgu czy udanym zagraniu pomaga zawodnikowi na boisku.
Felietony Piłka nożna
Marsz ku marzeniom
No to nam się ułożyła tabela. Po niedzielnych spotkaniach GieKSa znajduje się na podium. Niepojęte. Wiadomo, że Raków nie rozegrał swojego meczu z Jagiellonią, jednak gdyby pojedynek ten się odbył, to w przypadku zwycięstwa jednej z drużyn Katowiczanie znaleźliby się na czwartym miejscu, a gdyby był remis – na piątym. Zaległości zostaną odrobione 13 maja i będziemy je śledzić z zapartym tchem. Wcześniej natomiast odbędzie się jeszcze cała kolejka ligowa.
Niezależnie jednak od starcia Raków – Jagiellonia, GKS na trzy kolejki przed końcem znalazł się na miejscu premiowanym grą w rozgrywkach europejskich. Wysoka porażka Wisły Płock oraz remis Zagłębia Lubin spowodował, że Wisłę przeskoczyliśmy, a od Lubinian odskoczyliśmy. Ostatecznie ta kolejka jest na wielki plus. I jeszcze ten Widzew przegrał. Nieważne.
Wyświechtany już jest ten termin „logika ekstraklasy”, ale trudno go nie używać, bo ma on swój wielki sens w tym sezonie. Czyli to, że gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w danym meczu jakaś drużyna wygra, to wygrywa drużyna przeciwna. Niektórzy snuli teorię, że i tak może być w pojedynku z Termaliką. Tym razem jednak GieKSa tej „logice” zaprzeczyła. Będąc zdecydowanym faworytem i grając o swoją wysoką stawkę nasz zespół rozbił i dobił rywala zmierzającego prostym traktem do pierwszej ligi. Sensacji czy niespodzianki nie było. Wygrała drużyna z większym potencjałem i w końcu nie musieliśmy do ostatnich sekund drżeć o wynik, co w ostatnich czasach zdarzało nam się bardzo często.
Ale wcale nie musiało być tak różowo. Termalica postawiła wszystko na jedną kartę i na początku meczu przyatakowała znacznie. Nasz zespół trochę się w tej pierwszej fazie pogubił i raz po raz w polu karnym Dawida Kudły było jakieś zamieszanie. Goście wykonywali sporo rzutów rożnych. Raz po interwencji Lukasa Klemenza było blisko bramki samobójczej, a piłka spadła na poprzeczkę. Bardzo czujny był Dawid Kudła, który nie popełnił błędu Bartłomieja Drągowskiego i jakoś tę piłkę poza boisko wybił. Wyglądało na to, że czeka nas ciężkie – wbrew papierowi – spotkanie.
GieKSa jednak po raz kolejny pokazała, że w piłce liczą się konkrety. Piłkarze Marcina Brosza bowiem robili to zamieszanie, ale niedługo potem w ciągu kilku minut GKS zdobył dwie bramki, dał sobie bardzo duży komfort i zwiększył prawdopodobieństwo zwycięstwa. Wrócił Mateusz Kowalczyk do składu i zabawił się w szczypiornistę czy tam koszykarza i wrzucił se piłkę do bramki. A że musnął ją po drodze Kasperkiewicz to już tylko drobny szczegół, ale konieczny, by bramka z autu mogła zostać uznana. Od razu przypomniała mi się taka sytuacja kiedyś z derbów Birmingham, kiedy zawodnik drużyny broniącej wyrzucał z autu do swojego bramkarza (chyba fińskiego), ten chciał przyjąć, ale piłka przeturlała mu się po stopie i to był jeszcze bardziej kuriozalny gol – ale tego typu. Tak więc Kowal już na wstępie zaliczył efekt ze swojego powrotu. I mieliśmy do czynienia z dość zabawną sytuacją, kiedy fetowane i skandowane jest nazwisko nie strzelca bramki, a człowieka, który wyrzucał aut.
Czy Ilja strzelił drugiego gola? Miałem pewne wątpliwości w trakcie meczu, sądziłem, że potrzeba by grona fizyków, którzy skomplikowanymi obliczeniami dowiedliby, że piłka uderzona pod tym kątem, trafiająca w słupek, odbije się tak, że wpadnie do bramki. Na spokojnie jednak patrząc na tę sytuację, na chłopski rozum, wydaje się, że wpadłaby. Bezpośrednio lub właśnie po odbiciu od słupka. Drugiego samobója więc nie było, a Ilja mógł się cieszyć ze swojej bramki. Dodajmy, że jego pierwszy strzał głową przy tym rzucie rożnym też był bardzo dobry i dał szansę na dobitkę.
Trzeci gol to już był majstersztyk naszego zespołu. Jak w meczu z Motorem nasza drużyna robiła atak z siedmioma czy ośmioma uczestniczącymi zawodnikami, to teraz poszło bardzo prosto – Wasyl, Nowak, Szkurin, Marković. Przy czym dwóch naszych zawodników (Milewski, Wasielewski) było w tej akcji znokautowanych, ale to nie przeszkodziło Bartkowi wypuścić Ilję, a Białorusinowi kapitalnie wyłożyć piłkę do Emana. Sprint, jaki w tej sytuacji wykonał Norweg to też było coś niesamowitego. A od strzału Jimeneza do gola minęło 14 sekund. Nie wiem, czy tory kolejowe w Polsce są gotowe na tak szybkie pociągi. Alan Czerwiński z dawnych czasów w GieKSie – kiedy to sam miał swoje „tory kolejowe” i po nich pędził – ma godnych następców. Choć nie powiem – i Alan czasem jak za starych dziejów potrafi się rozpędzić, ale to rzadko, bo z wiekiem postawił na inne atuty.
I brawa dla sędziego Malca za puszczenie tej akcji.
GieKSa miała świetny wynik i naprawdę niepotrzebnie straciła tę bramkę po koniec pierwszej połowy. Z drugiej strony bardzo dobrze w tej sytuacji zachował się Zapolnik i po prostu wymanewrował Arkadiusza Jędrycha. Tak to się zdarza w sporcie.
Nie wiem czy jestem jakimś wrodzonym pesymistą (nie sądzę) czy opieram się na doświadczeniu, ale w związku z tą straconą bramką byłem niezadowolony w przerwie. Oczami wyobraźni już widziałem powtórkę z Motoru, kiedy rywal zaraz po przerwie znów trafia do siatki i robi się kwas. A przecież po trafieniu Zapolnika Fassbender miał zaraz znakomitą sytuację. Za dużo GieKSa w ostatnim czasie tych prowadzeń traciła, żebym był spokojny. Dlatego niezbędna dla mnie była czwarta bramka.
Ta na szczęście w miarę szybko padła, a swój swoisty dublet ustrzelił Kowal. Żarty żartami, zastanawialiśmy się w pierwszej połowie, kiedy ostatnio zawodnik strzelił bramkę. No i w końcu zaliczył swoje premierowe trafienie w tym sezonie, a wynik stał się spokojniejszy. Fantastycznie wypuścił Mateusza Eman, do swojego gola dokładając asystę. Swoje przy tej akcji zrobił oczywiście Szkurin. No a odbiór początkujący tę akcję zaliczył… Kowal.
No a potem mieliśmy kolejny popis Norwega, który indywidualnie popędził, nawinął obrońcę, minął bramkarza i strzelił do pustej bramki.
Różne te wszystkie gole były i świadczące o wszechstronności. GieKSa parła do przodu tak jak nas ostatnio przyzwyczaiła. I strzelała bramkę za bramką.
I najlepsze jest to, że nie był to jakiś wybitny mecz naszej drużyny. Mogło to wyglądać trochę lepiej, bez tej nerwówki na początku czy po golu na 1:3. Ale drugiej strony – efektywność ofensywna w tym meczu to był kunszt. Widziałem kilka lepszych meczów – choćby z Lechią Gdańsk u siebie, gdzie druga połowa ocierała się o perfekcję. Ale jeśli GieKSa gra mecz dobry, a nie wyśmienity, a mimo to gromi przeciwnika, to wiedz, że jest dobrze. Że są jeszcze rezerwy, a i tak jest świetnie. Fajnie, że Mateusz Kowalczyk w pomeczowym wywiadzie też podszedł z pewnym krytycyzmem do postawy drużyny, a jego słowa zabrzmiały na bardzo merytoryczne i stonowane.
Niesamowita jest ta nasza Nowa Bukowa. Bilans GKS Katowice u siebie od otwarcia stadionu to 15-4-5, bramki: 47-30.
Ostatnie 10 meczów to ligowy bilans 7-1-0 plus dwa awanse w Pucharze Polski.
Niepojęte. Twierdza od samego startu.
Z kronikarskiego obowiązku dodam też, że Termalica była jakąś totalną zmorą GieKSy u siebie, choć wszystkie poprzednie mecze odbyły się jeszcze na starej Bukowej. Na dziewięć takich prób, naszemu zespołowi ani razu nie udało się wygrać. Pamiętam debiut trenera Rafała Góraka za pierwszej kadencji – to właśnie piłkarze z Niecieczy pokonali nas w Katowicach po pięknym golu Pawlusińskiego. Niedawno GKS był bliski wygranej, ale grając z przewagą jednego zawodnika przez cały mecz dał sobie wbić trzy gole, w tym na 3:3 w czasie doliczonym. Była porażka po dogrywce w Pucharze Polski. Innym razem rywale również w doliczonym czasie strzelili zwycięskiego gola.
W końcu przeciwnik ten został odczarowany. Ale dziewięć meczów na Bukowej, w których ani razu nie przegrali to swoisty rekord.
Po tym meczu nasz zespół wskoczył na podium. Można się powoli bawić w analizy terminarza. Na ten moment mamy dwa punkty przewagi nad Zagłębiem Lubin i Wisłą Płock oraz lepsze mecze bezpośrednie z oboma tymi ekipami. To mówi, że w przypadku naszej jednej wygranej w trzech ostatnich kolejkach, rywale ci musieliby wygrać dwa swoje mecze.
Zagłębie gra z Górnikiem na wyjeździe, Pogonią u siebie i Jagiellonią na wyjeździe. Wisła z Motorem i Górnikiem u siebie oraz Lechem na wyjeździe. W każdym z tych przypadków dwie wygrane byłyby dużym wyczynem. I choć nie są to scenariusze niemożliwe (zwłaszcza w przypadku Wisły), to zadanie to będzie dla tych ekip piekielnie trudne.
Nie wspominam na razie (wspomniałem na wstępie) o Rakowie i Jagiellonii, bo nikt nie powiedział, że i z tymi zespołami nie możemy rywalizować o miejsce na podium. Tym bardziej, że z Jagą zagramy mecz bezpośredni.
Ale tak jak powiedziałem – swoje punkty trzeba zrobić. A i nasz terminarz do łatwego nie należy. Piast pod wodzą trenera Myśliwca znów zaczął grać bardzo dobrą i skuteczną piłkę. Starcie w Gliwicach będzie niebywale trudne. Staną na siebie dość podobne dwie drużyny i znów będziemy mieli piłkarską wojnę. Później przyjdzie czas na ekipę Adriana Siemieńca, która zawodzi w ostatnim czasie, ale nadal jest to przecież świetna drużyna. I na koniec zawsze mocna u siebie Pogoń.
Rywale więc w tej kolejce nam pomogli, a my to wykorzystaliśmy kapitalnie. Zawsze najlepiej zacząć od siebie i swój mecz wygrać. A co się wydarzy na innych boiskach jest równie ważne – ale lepiej to obserwować mając już spokojną głowę i swoje zadanie wykonane najlepiej jak się potrafi.
A Termalica? To była piękna przygoda. Ktoś musi w lidze zająć ostatnie miejsce, ale grunt, żeby zrobić to z honorem. To nie jest drużyna bardzo słaba. Byle kto nie wygrywa w Białymstoku, Warszawie i Zabrzu. Za dużo jednak potracili punktów w innych meczach. Pewnie Słonie znów gdzieś za dwa lata awansują. Folklor więc spada z tej ligi – pytanie co będzie w zamian. A może Puszcza, która pod wodzą legendarnego Tomasza Tułacza uchwyciła świetną serię i zaczyna się dobijać do baraży?




























Najnowsze komentarze