Kibice Piłka nożna
Raków Częstochowa kibicowsko
Raków Częstochowa to stara, ale bardzo charakterna ekipa, która ruch kibicowski zapoczątkowała na dobre w połowie lat 80. – wtedy, kiedy już w całej Polsce każde większe miasto zaczęło tworzyć swoje pierwsze kluby kibica.
W ostatnich latach sukcesy klubu sprawiły, że Medaliki stały się popularnym klubem piłkarskim przez nagłe sportowe osiągnięcia, ale dorobili się również fali nowych antykibiców wychowanych w erze internetu, którzy brakiem wiedzy i krótkim stażem na swoich trybunach, próbują umniejszyć RKS-owi dorobku kibicowskiego, tworząc z nich fanów sukcesu, co jest oczywiście błędem.
Pierwsze i dawne zgody Rakowa to: Arka Gdynia, GKS Bełchatów, GKS Tychy, ŁKS Łódź, Odra Wodzisław, Stal Mielec, Stal Stalowa Wola, Zawisza Bydgoszcz czy Zagłębie Lubin. Mieli także chwilowy układ chuligański z Góralem Żywiec, który nie przetrwał próby czasu.
Sam wachlarz powyższych ekip pokazuje, że Racovia nie była byle kim, budując od połowy lat 80. pozycję w mieście, w którym nie mieli łatwo. W samej Częstochowie zwłaszcza w latach 90. kibicowanie jednej drużynie było niezwykle trudne. AZS Częstochowa był solidnym kibicowsko siatkarskim składem, a z kolei Włókniarz Częstochowa, ściągający na mecze żużla po kilkanaście tysięcy widzów, dorobił się także potężnej ekipy, która w latach 90. wyjaśniłby niejedną ekipę piłkarską. Przez chwilę był też układ wszystkich stron, ale obecnie miastem spod Jasnej Góry rządzi Raków.
Sporo w Częstochowie namieszał prężnie działający fan club Widzewa Łódź, który miał niesamowity piłkarski okres, ściągając do Łodzi kibiców w całej Polsce. RKS w północnej części miasta miał także z tym problem, a zgoda z ŁKS-em w latach 90. była wtedy także wspólnym mianownikiem niechęci do RTS-u. Problem powstał później, gdy część ludzi z Częstochowy postanowiła odbić z Limanowskiego i także zostać FC ŁKS-u, co było przyczyną końca zgody wiosną 1995 roku.
W sierpniu 1998 roku doszło do apogeum kosy między Rakowem a Widzewem. RTS grał u nas na Bukowej mecz ligowy, który wygrał 2:0. Na GieKSę dotarło 120 Widzewiaków natomiast 15-osobowa załoga, przez brak pieniędzy, została zawrócona przez policję i wysłana pociągiem, który miał przesiadkę w Częstochowie. Tam godzinne oczekiwanie na pociąg do Łodzi zrodził konflikt kręcących się na dworcu żuli, którzy od słowa do słowa zaczęli się z kibicami Widzewa gonić i wymieniać pięściami. Jeden z nich – ŚP. Łukasz (Widzewiak z Bełchatowa) został dźgnięty nożem w plecy, później w nerkę, a kończący cios został zadany Mu prosto w serce…
Na dworcu zebrali się fani Widzewa z Częstochowy, AZS-u i CKM-u (Włókniarz), którzy składali wieńce oraz znicze. Niestety wszystko później zostało rozkopane, a na murze niedaleko tragedii powstał napis „Raków 1:0 Widzew”. Wiele powstało mitów na temat tego incydentu, mogła być to prowokacja, mógł być to jakiś kibic Rakowa bez kręgosłupa moralnego, ale wtedy było jedno pewne – zabójstwo zostało przypisane fanom Rakowa, którzy jadąc na swój wyjazd do Opoczna, zostali trafieni przez Widzew. Jakiś czas temu w miesięczniku „To My kibice!”, ukazał się wywiad z chuliganami Rakowa i wyparli się tego zabójstwa – nikt z ich ogarniętego otoczenia nie był osobą zamieszaną w zabójstwo Łukasza.
Raków podobnie jak my ma dwie zgody – zagraniczną i z naszego podwórka. Z węgierskim Videoton Székesfehérvár trzymają się od 2012 roku i podczas gry RKS-u w niskich ligach mieli okazję pojeździć po Europie ze swoimi braćmi, jak i oglądać inne europejskie ekipy na stadionie swojej zgody. Druga zgoda, to Chemik Kędierzyn-Koźle, z którym początkowo związali się układem chuligańskim zapoczątkowanym w 2013 roku. W lutym 2016 roku obie ekipy podjęły decyzję, że układ przekują w zgodę i ta zgrabna sztama trwa już 8. rok na kibicowskiej mapie Polski. Także w 2016 roku zapoczątkowali kontakty z Lechią Gdańsk i później ze Stomilem Olsztyn, ale ciężko dobrać właściwe słowo, czy łączy ich układ chuligański czy są to prywatne kontakty. Coraz więcej powstających w Polsce relacji ciężko opisać jednoznacznie.
Nasza kibicowska rywalizacja zaczęłą się w sezonie 1994/1995, w którym Medaliki zrobiły historyczny awans do Ekstraklasy. Nasza pierwsza wizyta na Limanowskiego to sierpień 1994 roku. Na wyjazd pod Jasną Górę wybrało się 500 fanatyków GieKSy.
W marcu 1995 roku fani Rakowa pierwszy raz mieli okazję pokazać się na Bukowej. Zawitali w 220 gardeł, a wspierali ich tego dnia zgodowicze z GKS-u Tychy oraz Stali Stalowa Wola.
W sierpniu 1995 roku RKS ponownie pojawił się na GieKSie. Tym razem przyjechali składem w 250 głów i ponownie oglądali porażkę 0:1 swojej drużyny. Nas tego dnia wspierała Avia Świdnik w 14 osób.
Styczeń 1996 roku to druga edycja turnieju halowego w katowickim Spodku i skład Rakowa po raz pierwszy zawitał w 35 osób. GieKSiarze oczywiście stanowili najliczniejszy skład jako gospodarz, a wspierała nas tego dnia Avia Świdnik w 9 osób. Raków niespodziewanie triumfował w finale pokonując Ruch Chorzów 6:5.
Wiosną 1996 roku (kwiecień) pojechaliśmy ponownie do Częstochowy w 450 głów. GieKSa na piaskowym boisku przegrała 0:3.
W lipcu 1996 roku zaczęliśmy nowy sezon i Racovia pierwszy wyjazd miała do Katowic. Pojawili się na tamte czasy znakomitą liczbą, bo w 312, w tym 7 Zawisza Bydgoszcz, z którymi wciąż trwała zgoda. GieKSa wygrała 2:1.
We wrześniu w ramach rozgrywek Pucharu Polski GieKSiarze wylosowali Raków II Częstochowa, ale oczywistym było, że zagramy na stadionie Rakowa, na który wybrało się 250 głów. W Sosnowcu po przebojach z policją za brak biletów, skład został zawrócony i na Limanowskiego ostatecznie dotarło 70 GieKSiarzy. Piłkarze pewnie pokonali rezerwy częstochowian 4:0.
Listopad 1996 roku to kolejna wizyta GKS-u w Częstochowie tym razem w 350 osób. Równolegle w Opawie pierwszy raz była obecna delegacja GieKSy na derbach SFC – Banik Ostrava. Była to rewizyta za przyjazd Banika na derby z Górnikiem Zabrze (na mecz, w którym powstała nasza międzynarodowa zgoda. Na boisku padł wynik 1:1.
Styczeń 1997 to już wtedy wydawałoby się tradycja, czyli EB Sport Cup w Spodku. Raków zawitał 120 osób i zasiadł z Odrą Wodzisław, która przyjechała składem w 100 osób. Tego dnia postanowili przybić zgodę. Najliczniejszy skład wystawiła GieKSa i Ruch – po 2000 szali.
W sierpniu 1997 roku Medaliki miały ponowną wizytę na Bukowej. Przyjechali w 190 osób, w tym 10 Odra Wodzisław i 2 Zawisza Bydgoszcz. GKS pewnie wygrał 3:0.
Styczeń 1998 to jak media nazwały „Spodek Terror Cup”, gdzie dochodzi do dantejskich scen i tylko Bóg wie, jak tego dnia nie było żadnej ofiary śmiertelnej. GieKSa w tym dniu sama musiała stoczyć dwie potężne bitwy z Ruchem i Górnikiem Zabrzem z którym wtedy relacje nie były zdrowe. Raków zawitał z Odrą licząc wspólnie 150 osób, ale z tego składu 120 głów stanowił sam RKS. Mając nieopodal siebie GKS Tychyi ŁKS Łódź, od nich zaczęli rzucanie krzesełkami, a na samej hali trwał już potężny popłoch.
W marcu 1998 roku miał miejsce wyjazd do Częstochowy, który miał wyjątkowy moment dla naszej sceny kibicowskiej. Był to pierwszy mecz, na którym obowiązywała ustawa o braku sił policyjnych na stadionie. Chuligani GieKSy, którzy pojechali w 400 osób, postanowili to oczywiście „sprawdzić” i ruszyli murawą w stronę gospodarzy, gdzie doszło do bitki i ganianek z ochroną wzdłuż murawy. GKS wygrał 1:0. Na zakończenie ligi Raków pożegnał się z Ekstraklasą, ale GieKSa nie była gorsza i rok później dołączyła do obecnej 1. ligi, która wtedy była „polskim premiership” bo liczyła aż 24 kluby.
W sezonie 1999/2000 pierwsze spotkanie z RKS-em było na Bukowej. Mecz rozegrany był we wrześniu, a Raków pojawił się jedynie w 109 osób, co było ich najsłabszym wyjazdem do Katowic. GieKSa po ekscytującym pojedynku wygrała 4:3.
Rewanż to koniec kwietnia. GieKSa obecna w 450 głów. Piłkarze wygrali ważny mecz 1:0, który zbliżył nas do Ekstraklasy, a Medalików przybliżył do spadku… (co nastąpiło).
Nasza ligowa rozterka trwała 6 lat, aż spotkaliśmy się wspólnie w 2. lidze. Mecz miał dziwne zbiegi okoliczności, aby fani z Częstochowy do Katowic nie zajechali. Najpierw przełożono spotkanie z weekendu na wtorek, później nadzór budowy stwierdził że Trybuna Północna już nie nadaje się do przyjmowania kibiców gości (pod naciskiem policji), aż sama psiarnia stwierdziła, że goście nie wejdą, bo nie mają gdzie ich ulokować. Hasło „Piłka nożna dla kibiców” zwyciężyło i Raków w 173 osoby na zakazie wszedł na sektor 6, będąc wspieranym przez ówczesny układ z Górala Żywiec i delegację Stalówki. Policja, która została nabita w butelkę, nie chciała dać za wygraną i po meczu była próba zatrzymania wszystkich gości w celi wylegitymowania i szukania byle pretekstu do zatrzymań na dołek, ale ponownie GieKSiarze pomogli wyjaśnić sytuację i otwarli bramki na murawę, dzięki czemu goście mogli się ulotnić bez przypału. Na boisku 0:0.
Wiosną 2007 roku było ogromne ciśnie po obu stronach, aby pokazać się jak najlepiej. Raków na tamten czas wystawił najliczniejszy młyn w swojej historii, z kolei GieKSa w ramach szacunku za pomoc w wejściu na zakazie, dostała gwarancję od Rakowa, że dostaniemy tyle biletów ile będziemy potrzebować. Tym sposobem w klatce zasiadło 540 Szaleńców z Bukowej, co zapisało się jako nasz historyczny rekord na Limanowskiego. Na murawie padł bezbramkowy remis.
Minęło 10 lat. GieKSa zaczęła kopać się przez dekadę po czołach na zapleczu Ekstraklasy, a Raków po wieloletniej tułaczce w niższych szczeblach awansował do 1. ligi. Nas na wyjazd jesienią wybrało się 300 osób, z czego 240 znalazało się w sektorze gości (otrzymaliśmy 200 wejściówek). Po awansie Rakowa wiele się zmieniło na stadionie i co gorsze było więcej ograniczeń niż udoskonaleń. Piłkarze wygrali 3:1.
Wiosna 2018 roku to mecz na Bukowej. Raków ponownie na zakazie i w tym samym miejscu (sektor 6) – zawitał w 157 osób. Na Blaszoku zadebiutowała odrestaurowana legendarna flaga „Banditen”. GKS wygrał 2:1.
Jesienią 2018 roku zaliczyliśmy swoją ostatnią wizytę w Częstochowie. Na Limanowskiego zawitało 319 GieKSiarzy, w tym 7 Banik Ostrava i 3 Górnik Zabrze. Mimo otrzymania 200 biletów Racovia ponownie przyszła z pomocną dłonią i prokibicowskim podejściem. Piłkarze przegrali 0:2.
Wiosna 2019 to nasz ostatni wspólny pojedynek, który ma kilka historii. Pierwsza to pierwsze pojawienie się RKS-u na Trybunie Północnej. Tego dnia zawitali oni w 397 osób, w tym 10 Lechia, co sprawiło, że odnotowali swój najliczniejszy w historii wyjazd na Bukową. Ten sezon zakończył się tym, że my spadliśmy do 2. ligi, natomiast Raków wszedł do Ekstraklasy. Nasi piłkarze dla formalności dostali w łeb 0:3.
Do zobaczenia w sobotę na Bukowej. Raków w komplecie zobaczy Blaszok w najlepszym wydaniu!
Piłka nożna Wywiady
Jędrych: Stempel mocnej wiary
Po wygranym meczu z Termalicą porozmawialiśmy z kapitanem GieKSy Arkadiuszem Jędrychem, który podkreślił znaczenie procesu i stabilności w klubie dla osiągania sukcesów, a także docenił doping ponad 13 tysięcy fanów.
Wszystko w porządku po tych dwóch sytuacjach?
Arkadiusz Jędrych: Tak. Trochę mi gdzieś wygięło nogę, później dostałem w brzuch, ale na gorąco myślę, że tak. Wiadomo, adrenalina jeszcze musi opaść i wtedy zobaczymy. Na tę chwilę wszystko jest okej i mam nadzieję, że jutro i pojutrze także wszystko będzie dobrze.
Po takich szalonych spotkaniach chyba już możecie powiedzieć, że pojawiają się myśli o europejskich pucharach?
Wiadomo, mając na koncie 47 punktów, czemu mamy nie marzyć? Tak to na razie zostawię.
Eman Marković dzisiaj dwukrotnie przekroczył prędkość przy tych trafieniach.
Jesteśmy świadomi, że Eman w miarę upływu sezonu czuje się coraz lepiej. Zresztą chyba nie tylko my, ale wszyscy, którzy chodzą i oglądają te mecze widzą, że w Emanie drzemią naprawdę ogromne możliwości. Pokusiłbym się wręcz o to, że on jeszcze swoich maksymalnych umiejętności nie pokazał. Zostały nam trzy mecze i życzmy sobie, żeby tymi swoimi wartościami nas jeszcze pozytywnie zaskoczył.
Przyszedłeś do GieKSy w trudnym momencie, wtedy zaraz spadek i druga liga, a niedługo mogą być puchary. Dla ciebie to też długa droga?
Nie da się ukryć, że moja droga w GKS-ie była dosyć kręta. Na chwilę obecną powtarzam, że ja mam takie podejście do tego wszystkiego: to, co się teraz dzieje wokół GieKSy to stempel mocnej wiary w to wszystko, w ten proces w którym tkwimy. Mamy nadzieję, że ten proces dalej będzie się napędzał, rozwijał i wszyscy ludzie wokół GKS-u będą tak ukierunkowani na Klub, na pomaganie, tak jak widzieliśmy dzisiaj na trybunach. Nie idzie o tym nie wspomnieć, jak stanęliśmy sobie chwilę przed meczem, to te trybuny powodują ciarki na całym ciele. Dwunasty zawodnik miał wpływ na to, że wygraliśmy dziś tak okazale.
Piłka nożna Wywiady
Wasielewski: Tutaj się odnalazłem
Po wysokiej wygranej z Termalicą porozmawialiśmy z Marcinem Wasielewskim, reprezentującym w przeszłości barwy Termalici oraz z Mateuszem Kowalczykiem, wracającym na boisko po kontuzji.
Długo zastanawiałeś się nad przedłużeniem kontraktu?
Marcin Wasielewski: Zależy od punktu widzenia. Fajnie, że się po prostu dogadaliśmy i przedłużyłem kontrakt. Jest mi tutaj dobrze, świetnie się czuję. Fajnie, że będzie więcej o dwa lata.
Po twojej przygodzie z Termalicą dziennikarze mówili, że niekoniecznie się sprawdziłeś, a…
Nie lubię mówić o przeszłości. Są to pewne rzeczy, których wiele osób nie rozumie i nie wie. Tutaj się po prostu odnalazłem, dostałem większą szansę. Byłem w stanie pokazać na co mnie stać i myślę, że teraz nieźle to wygląda.
Teraz wiele osób ocenia cię jako najlepszego wahadłowego ligi.
Czy najlepszy? Znam swoją wartość, każdym meczem próbuję robić swoje i nie odpuszczać. Przede wszystkim nie mieć żadnych pretensji do siebie, robić wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli to tak fajnie wygląda, to się cieszę. Mam nadzieję, że będę to powielał w każdym kolejnym występie.
Fassbender już pewnie widział tę piłkę w siatce, a ty wyskoczyłeś mu zza pleców i wybiłeś za linię końcową.
Taktyka jest na początku trudna do zrozumienia, ale po okresie wdrożenia to są już automatyzmy. Robi się to automatycznie, intuicyjnie, nie zastanawia się nad tym. Po prostu to wychodzi – jeśli gra się ciągle tym systemem, to jest znacznie łatwiej. Mnie on odpowiada, bo mogę pokazać w całej krasie moje umiejętności, w grze do przodu i z tyłu.
Wybiegasz już myślami w europejskie puchary?
Przede wszystkim następny mecz. Piast Gliwice – to jest najważniejsze. Żadne puchary i myślenie gdzieś w przód. Najważniejszy jest zawsze następny rywal.
Pierwsza bramka w tym sezonie, od razu po powrocie po kontuzji.
Mateusz Kowalczyk: Dokładnie. Nie ukrywam, że siedziało mi gdzieś w głowie to, że nie strzeliłem, ale w końcu się udało. Wygraliśmy wysoko, chociaż wydaje mi się, że mecz nie porywał piłkarsko zarówno w moim wykonaniu, jak i drużyny. Cieszę się, że ta bramka przyszła, lekka ulga.
Jaki był plan na ten mecz?
Chcieliśmy zagrać swoje i strzelić jak najszybciej bramkę i cieszy, że to się udało w pierwszej połowie. Termalica naprawdę wyglądała dobrze piłkarsko, ale mieliśmy gdzieś łatwość z dochodzeniem do sytuacji, to był klucz.
Jaki był przekaz w szatni po tym, jak straciliście bramkę, która mogła dać wiatru w żagle rywalowi?
To nie było potrzebne. W szatni sobie powiedzieliśmy, że musimy zacząć lepiej grać w piłkę i więcej się przy niej utrzymywać, bo w pierwszej połowie za szybko się jej pozbywaliśmy, to nie było potrzebne.
Długo byłeś poza grą, jak czułeś się dziś na boisku?
Pogoda nie pomagała. W 60-70. minucie odczuwałem ten mecz, ale miałem dużo ćwiczeń dodatkowych, biegania. Też trenuję z drużyną ostatnie 1,5 tygodnia, fizycznie jest coraz lepiej. Te ostatnie trzy mecze będą jeszcze lepsze fizycznie.
Od początku był taki plan, że grasz te 60-70 minut?
Nie mam pojęcia *śmiech*. Trenera trzeba spytać.
Jesteśmy na trzecim miejscu, chyba możemy o tym mówić głośno, że w tym momencie, na tym etapie sezonu, europejskie puchary to jest cel GKS-u Katowice.
Patrzymy w górę. Teraz wygraliśmy ważne mecz z Termalicą, za tydzień jedziemy na Piasta. Ta liga jest taka, że nie można nic zlekceważyć. Jedna porażka może cię zepchnąć w dół, a jedna wygrana wywindować do góry. Musimy być skupieni na kolejnym zadaniu.
Dzisiaj fantastyczna atmosfera na Arenie Katowice, czuliście to na boisku?
Super było. Mimo tego, że gramy o 12 w niedzielę, to kibice dali radę. To niesie się, doping po każdym wślizgu czy udanym zagraniu pomaga zawodnikowi na boisku.
Felietony Piłka nożna
Marsz ku marzeniom
No to nam się ułożyła tabela. Po niedzielnych spotkaniach GieKSa znajduje się na podium. Niepojęte. Wiadomo, że Raków nie rozegrał swojego meczu z Jagiellonią, jednak gdyby pojedynek ten się odbył, to w przypadku zwycięstwa jednej z drużyn Katowiczanie znaleźliby się na czwartym miejscu, a gdyby był remis – na piątym. Zaległości zostaną odrobione 13 maja i będziemy je śledzić z zapartym tchem. Wcześniej natomiast odbędzie się jeszcze cała kolejka ligowa.
Niezależnie jednak od starcia Raków – Jagiellonia, GKS na trzy kolejki przed końcem znalazł się na miejscu premiowanym grą w rozgrywkach europejskich. Wysoka porażka Wisły Płock oraz remis Zagłębia Lubin spowodował, że Wisłę przeskoczyliśmy, a od Lubinian odskoczyliśmy. Ostatecznie ta kolejka jest na wielki plus. I jeszcze ten Widzew przegrał. Nieważne.
Wyświechtany już jest ten termin „logika ekstraklasy”, ale trudno go nie używać, bo ma on swój wielki sens w tym sezonie. Czyli to, że gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w danym meczu jakaś drużyna wygra, to wygrywa drużyna przeciwna. Niektórzy snuli teorię, że i tak może być w pojedynku z Termaliką. Tym razem jednak GieKSa tej „logice” zaprzeczyła. Będąc zdecydowanym faworytem i grając o swoją wysoką stawkę nasz zespół rozbił i dobił rywala zmierzającego prostym traktem do pierwszej ligi. Sensacji czy niespodzianki nie było. Wygrała drużyna z większym potencjałem i w końcu nie musieliśmy do ostatnich sekund drżeć o wynik, co w ostatnich czasach zdarzało nam się bardzo często.
Ale wcale nie musiało być tak różowo. Termalica postawiła wszystko na jedną kartę i na początku meczu przyatakowała znacznie. Nasz zespół trochę się w tej pierwszej fazie pogubił i raz po raz w polu karnym Dawida Kudły było jakieś zamieszanie. Goście wykonywali sporo rzutów rożnych. Raz po interwencji Lukasa Klemenza było blisko bramki samobójczej, a piłka spadła na poprzeczkę. Bardzo czujny był Dawid Kudła, który nie popełnił błędu Bartłomieja Drągowskiego i jakoś tę piłkę poza boisko wybił. Wyglądało na to, że czeka nas ciężkie – wbrew papierowi – spotkanie.
GieKSa jednak po raz kolejny pokazała, że w piłce liczą się konkrety. Piłkarze Marcina Brosza bowiem robili to zamieszanie, ale niedługo potem w ciągu kilku minut GKS zdobył dwie bramki, dał sobie bardzo duży komfort i zwiększył prawdopodobieństwo zwycięstwa. Wrócił Mateusz Kowalczyk do składu i zabawił się w szczypiornistę czy tam koszykarza i wrzucił se piłkę do bramki. A że musnął ją po drodze Kasperkiewicz to już tylko drobny szczegół, ale konieczny, by bramka z autu mogła zostać uznana. Od razu przypomniała mi się taka sytuacja kiedyś z derbów Birmingham, kiedy zawodnik drużyny broniącej wyrzucał z autu do swojego bramkarza (chyba fińskiego), ten chciał przyjąć, ale piłka przeturlała mu się po stopie i to był jeszcze bardziej kuriozalny gol – ale tego typu. Tak więc Kowal już na wstępie zaliczył efekt ze swojego powrotu. I mieliśmy do czynienia z dość zabawną sytuacją, kiedy fetowane i skandowane jest nazwisko nie strzelca bramki, a człowieka, który wyrzucał aut.
Czy Ilja strzelił drugiego gola? Miałem pewne wątpliwości w trakcie meczu, sądziłem, że potrzeba by grona fizyków, którzy skomplikowanymi obliczeniami dowiedliby, że piłka uderzona pod tym kątem, trafiająca w słupek, odbije się tak, że wpadnie do bramki. Na spokojnie jednak patrząc na tę sytuację, na chłopski rozum, wydaje się, że wpadłaby. Bezpośrednio lub właśnie po odbiciu od słupka. Drugiego samobója więc nie było, a Ilja mógł się cieszyć ze swojej bramki. Dodajmy, że jego pierwszy strzał głową przy tym rzucie rożnym też był bardzo dobry i dał szansę na dobitkę.
Trzeci gol to już był majstersztyk naszego zespołu. Jak w meczu z Motorem nasza drużyna robiła atak z siedmioma czy ośmioma uczestniczącymi zawodnikami, to teraz poszło bardzo prosto – Wasyl, Nowak, Szkurin, Marković. Przy czym dwóch naszych zawodników (Milewski, Wasielewski) było w tej akcji znokautowanych, ale to nie przeszkodziło Bartkowi wypuścić Ilję, a Białorusinowi kapitalnie wyłożyć piłkę do Emana. Sprint, jaki w tej sytuacji wykonał Norweg to też było coś niesamowitego. A od strzału Jimeneza do gola minęło 14 sekund. Nie wiem, czy tory kolejowe w Polsce są gotowe na tak szybkie pociągi. Alan Czerwiński z dawnych czasów w GieKSie – kiedy to sam miał swoje „tory kolejowe” i po nich pędził – ma godnych następców. Choć nie powiem – i Alan czasem jak za starych dziejów potrafi się rozpędzić, ale to rzadko, bo z wiekiem postawił na inne atuty.
I brawa dla sędziego Malca za puszczenie tej akcji.
GieKSa miała świetny wynik i naprawdę niepotrzebnie straciła tę bramkę po koniec pierwszej połowy. Z drugiej strony bardzo dobrze w tej sytuacji zachował się Zapolnik i po prostu wymanewrował Arkadiusza Jędrycha. Tak to się zdarza w sporcie.
Nie wiem czy jestem jakimś wrodzonym pesymistą (nie sądzę) czy opieram się na doświadczeniu, ale w związku z tą straconą bramką byłem niezadowolony w przerwie. Oczami wyobraźni już widziałem powtórkę z Motoru, kiedy rywal zaraz po przerwie znów trafia do siatki i robi się kwas. A przecież po trafieniu Zapolnika Fassbender miał zaraz znakomitą sytuację. Za dużo GieKSa w ostatnim czasie tych prowadzeń traciła, żebym był spokojny. Dlatego niezbędna dla mnie była czwarta bramka.
Ta na szczęście w miarę szybko padła, a swój swoisty dublet ustrzelił Kowal. Żarty żartami, zastanawialiśmy się w pierwszej połowie, kiedy ostatnio zawodnik strzelił bramkę. No i w końcu zaliczył swoje premierowe trafienie w tym sezonie, a wynik stał się spokojniejszy. Fantastycznie wypuścił Mateusza Eman, do swojego gola dokładając asystę. Swoje przy tej akcji zrobił oczywiście Szkurin. No a odbiór początkujący tę akcję zaliczył… Kowal.
No a potem mieliśmy kolejny popis Norwega, który indywidualnie popędził, nawinął obrońcę, minął bramkarza i strzelił do pustej bramki.
Różne te wszystkie gole były i świadczące o wszechstronności. GieKSa parła do przodu tak jak nas ostatnio przyzwyczaiła. I strzelała bramkę za bramką.
I najlepsze jest to, że nie był to jakiś wybitny mecz naszej drużyny. Mogło to wyglądać trochę lepiej, bez tej nerwówki na początku czy po golu na 1:3. Ale drugiej strony – efektywność ofensywna w tym meczu to był kunszt. Widziałem kilka lepszych meczów – choćby z Lechią Gdańsk u siebie, gdzie druga połowa ocierała się o perfekcję. Ale jeśli GieKSa gra mecz dobry, a nie wyśmienity, a mimo to gromi przeciwnika, to wiedz, że jest dobrze. Że są jeszcze rezerwy, a i tak jest świetnie. Fajnie, że Mateusz Kowalczyk w pomeczowym wywiadzie też podszedł z pewnym krytycyzmem do postawy drużyny, a jego słowa zabrzmiały na bardzo merytoryczne i stonowane.
Niesamowita jest ta nasza Nowa Bukowa. Bilans GKS Katowice u siebie od otwarcia stadionu to 15-4-5, bramki: 47-30.
Ostatnie 10 meczów to ligowy bilans 7-1-0 plus dwa awanse w Pucharze Polski.
Niepojęte. Twierdza od samego startu.
Z kronikarskiego obowiązku dodam też, że Termalica była jakąś totalną zmorą GieKSy u siebie, choć wszystkie poprzednie mecze odbyły się jeszcze na starej Bukowej. Na dziewięć takich prób, naszemu zespołowi ani razu nie udało się wygrać. Pamiętam debiut trenera Rafała Góraka za pierwszej kadencji – to właśnie piłkarze z Niecieczy pokonali nas w Katowicach po pięknym golu Pawlusińskiego. Niedawno GKS był bliski wygranej, ale grając z przewagą jednego zawodnika przez cały mecz dał sobie wbić trzy gole, w tym na 3:3 w czasie doliczonym. Była porażka po dogrywce w Pucharze Polski. Innym razem rywale również w doliczonym czasie strzelili zwycięskiego gola.
W końcu przeciwnik ten został odczarowany. Ale dziewięć meczów na Bukowej, w których ani razu nie przegrali to swoisty rekord.
Po tym meczu nasz zespół wskoczył na podium. Można się powoli bawić w analizy terminarza. Na ten moment mamy dwa punkty przewagi nad Zagłębiem Lubin i Wisłą Płock oraz lepsze mecze bezpośrednie z oboma tymi ekipami. To mówi, że w przypadku naszej jednej wygranej w trzech ostatnich kolejkach, rywale ci musieliby wygrać dwa swoje mecze.
Zagłębie gra z Górnikiem na wyjeździe, Pogonią u siebie i Jagiellonią na wyjeździe. Wisła z Motorem i Górnikiem u siebie oraz Lechem na wyjeździe. W każdym z tych przypadków dwie wygrane byłyby dużym wyczynem. I choć nie są to scenariusze niemożliwe (zwłaszcza w przypadku Wisły), to zadanie to będzie dla tych ekip piekielnie trudne.
Nie wspominam na razie (wspomniałem na wstępie) o Rakowie i Jagiellonii, bo nikt nie powiedział, że i z tymi zespołami nie możemy rywalizować o miejsce na podium. Tym bardziej, że z Jagą zagramy mecz bezpośredni.
Ale tak jak powiedziałem – swoje punkty trzeba zrobić. A i nasz terminarz do łatwego nie należy. Piast pod wodzą trenera Myśliwca znów zaczął grać bardzo dobrą i skuteczną piłkę. Starcie w Gliwicach będzie niebywale trudne. Staną na siebie dość podobne dwie drużyny i znów będziemy mieli piłkarską wojnę. Później przyjdzie czas na ekipę Adriana Siemieńca, która zawodzi w ostatnim czasie, ale nadal jest to przecież świetna drużyna. I na koniec zawsze mocna u siebie Pogoń.
Rywale więc w tej kolejce nam pomogli, a my to wykorzystaliśmy kapitalnie. Zawsze najlepiej zacząć od siebie i swój mecz wygrać. A co się wydarzy na innych boiskach jest równie ważne – ale lepiej to obserwować mając już spokojną głowę i swoje zadanie wykonane najlepiej jak się potrafi.
A Termalica? To była piękna przygoda. Ktoś musi w lidze zająć ostatnie miejsce, ale grunt, żeby zrobić to z honorem. To nie jest drużyna bardzo słaba. Byle kto nie wygrywa w Białymstoku, Warszawie i Zabrzu. Za dużo jednak potracili punktów w innych meczach. Pewnie Słonie znów gdzieś za dwa lata awansują. Folklor więc spada z tej ligi – pytanie co będzie w zamian. A może Puszcza, która pod wodzą legendarnego Tomasza Tułacza uchwyciła świetną serię i zaczyna się dobijać do baraży?




















Dąbrówka Mała Norma
4 sierpnia 2024 at 02:08
Zawsze wobec nich używało się określenia medolikorze.