Piłka nożna Prasówka
Media o meczu: Niespodzianka w Katowicach
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania GKS Katowice – Piast Gliwice 1:3 (0:2).
weszlo.com – GKS miał spuścić łomot Piastowi, a wyszło lanie w drugą stronę
3:1 to żadna niespodzianka, GKS jest w gazie, a Piast się męczy, zmienił trenera i będzie z nim lepiej, bo trudno żeby było gorzej, ale na razie wciąż jest ciężko i spokojna wygrana GKS-u nie jest żadną niespodzianką. Niech się Piast cieszy z honorowej bramki! A… Że to Piast wygrał 3:1? No to faktycznie – zaskoczenie!
W taki scenariusz przed meczem mogli uwierzyć przecież tylko fani Piasta, ale też nie wszyscy, jedynie ci obdarzeni darem bezkresnego optymizmu. GKS ostatnio punktował bardzo solidnie, rozbił Motor, pokonał Koronę, przejechał się po Bruk-Becie, więc dlaczego miał nie zrobić tego samego z gliwiczanami? W końcu to zespół z dna tabeli, który będzie potrzebował czasu, by pozbierać się po trzyletniej trzymiesięcznej wizycie szwedzkiego magika.
Jednak cóż – może już się zbiera i faktycznie nie trzeba szukać trenera po dziwnych lokalizacjach, skoro na miejscu jest sporo fachowców?
Piast wyglądał dziś znakomicie, był pełen rozmachu w ofensywie, a w tyłach bardzo sensownie się bronił. Owszem, GKS coś sobie stworzył, ale jak na siebie skrajnie mało i do przerwy miał wręcz żenujące statystyki. Nowak próbował rozdzielać piłki, natomiast jego dośrodkowania były marnowane, a po prostopadłych podaniach koledzy mieli taki pomysł, żeby walczyć o rzut karny, nie zaś strzelać na bramkę, co okazało się bez sensu (żadnej jedenastki Raczkowski nie podyktował, choć raz odwiódł go od tego VAR).
I tak, na końcu GKS-owi wpadło, tym razem do właściwej bramki trafił Klemenz, ale to nie była siódma woda po kisielu, tylko siedemnasta.
Piast wcześniej strzelił wspomniane trzy sztuki:
przyłożenie Drapińskiego po rzucie z autu
samobój Klemenza
pewny strzał Jirki z pola karnego
A mogło być wyżej, Piastowi było mało, momentami bawił się tym meczem, stwarzał sobie kolejne okazje, ale albo bronił Strączek, albo brakowało centymetrów do szczęścia. Niemniej widzowie mogli przecierać oczy ze zdumienia – ta drużyna grała do przodu, odważnie, a nie w poprzek i bez sensu.
Miała w swoim składzie bardzo pewnego Juande, błyskotliwego Jirkę, mocnych w środku Tomasiewicza i Dziczka, jak zwykle stojącego na wysokości zadania Placha, ale on – jako się rzekło – aż tak wiele pracy nie miał i nie musiał dokonywać cudów. Czyli nagle się okazało, że po wyjeździe szamana ktoś tam potrafi grać w piłkę i to całkiem sprawnie.
To swoją drogą ciekawe – Lech i Legia gdyby zagrały z Piastem wcześniej, w ciemno mogłyby sobie dopisać po trzy punkty. A teraz? A teraz nie wiadomo, te przełożone spotkania to nie musi być spacerek.
dziennikzachodni.pl – GKS Katowice rozbity przez Piasta Gliwice! Czerwona latarnia tabeli przyćmiła rozpędzoną ekipę Rafała Góraka
Wysokie i pewne zwycięstwo Piasta Gliwice z GKS Katowice i to na Nowej Bukowej stanowi dużą niespodziankę. Zespół Daniela Myśliwca zgarnął jednak pewną pulę całkowicie zasłużenie.
– W ekstraklasie nikt nie jest w stanie wygrać czterech spotkań z rzędu – stwierdził przed spotkaniem z GKS Katowice trener Piasta Daniel Myśliwiec. Szkoleniowiec gliwiczan nawiązał w ten sposób do serii ekipy Rafała Góraka, która w dodatku w trzech ostatnich występach strzeliła dziewięć goli przy dwóch straconych.
Klub z Okrzei przyjeżdżając na Nową Bukową musiał szukać jakiegokolwiek optymistycznego punktu zaczepienia, bo zarówno sytuacja w tabeli, jak i gra Piasta, były ze sobą nierozerwalnie związane. Zaledwie jedno zwycięstwo w ogóle i zaledwie dwa punkty zdobyte w sześciu występach wyjazdowych mówiły same za siebie.
– GKS jest mocny, przewidywalny, znam model gry drużyny trenera Rafała Góraka. Mamy mnóstwo pomysłów, żeby wygrać – podkreślał Myśliwiec.
Zdecydowanymi faworytami sobotniego późnowieczornego starcia byli gospodarze.
– Naszym największym błędem byłoby zaniedbanie czegokolwiek, albo zlekceważenie rywala w jakiś sposób. To jak strzał w kolano – przestrzegał jednak Rafał Górak.
Jedyną zmianą w jedenastce GKS w porównaniu do poprzedniego meczu była obecność Mateusza Kowalczyka. Pomocnik reprezentacji U-21 zagrał jednak tylko siedem minut, po czym zszedł z kontuzją pleców.
Piast walczył twardo, kości trzeszczały, ale w 23 minucie osiągnął cel. Wrzut z autu Patryka Dziczka wywołał chaos w polu karnym i Igor Drapiński strzałem z 11 metrów pod poprzeczkę dał gościom prowadzenie. A 180 sekund później było już 0:2! Tym razem wrzutka Erika Jirki zamieniła się w asystę dla samobójczego uderzenia Lukasa Klemenza. GKS i jego kibice znaleźli się w stanie szoku.
Katowiczanie zdołali się jednak z niego otrząsnąć i zaatakowali. Występująca bez Jakuba Czerwińskiego obrona Piasta spisywała się jednak bez zarzutu. Dopiero tuż przed końcem pierwszej połowy kontra sprawiła defensywie wielkie problemy zakończone starciem Adama Zrelaka z Juanderem Rivasem i Jakubem Lewickim, które Paweł Raczkowski zinterpretował jako faul. Po analizie VAR zmienił jednak zdanie i do przerwy było 0:2.
A po niej GKS wciąż nie znajdował sposobu na sforsowanie oporu rywali. Rafał Górak po niespełna 60 minutach gry dokonał potrójnej zmiany. Na niewiele to się zdało. Piast punkty trzymał już mocno w garści, a na kwadrans przed końcem zadał rozstrzygające trafienie. Błyskawiczna kontra zakończyła się dośrodkowaniem Hermana Barkouskiego i pewnym trafieniem Erika Jirki.
W 90 minucie na otarcie łez Lukas Klemens trafił drugi raz do tej samej siatki, ale było to wszystko na co w sobotę było stać katowiczan.
gol24.pl – Piast Gliwice z wielkim przełamaniem. GKS Katowice rozbity u siebie
Piast Gliwice w sobotni wieczór sięgnął po swoje drugie zwycięstwo w tym sezonie PKO Ekstraklasy. Gliwiczanie wygrali na wyjeździe z ekipą GKS Katowice 3:1. Było to pierwsze zwycięstwo zespołu prowadzonego przez Daniela Myśliwca, który objął drużynę 23 października.
Pierwsza połowa spotkania świetnie ułożyła się dla Piasta Gliwice, który dwukrotnie zaskoczył defensywę gospodarzy. Najpierw w 22. minucie ze świetnego wrzutu z autu i zgrania głową jednego z zawodników perfekcyjnie lewą nogą uderzył 21-letni Igor Drapiński.
Natomiast zaledwie 3 minuty później dośrodkowanie ze skrzydła trafiło do Erika Jirki, z pierwszej piłki zagrał w pole bramkowe, gdzie niefortunnie interweniował Lukas Klemenz, pakując futbolówkę do własnej bramki.
[…] Po zmianie stron GKS Katowice starał się odwrócić niekorzystny rezultat, ale brakowało jakości. Z biegiem czasu gospodarze coraz bardziej się odkrywali i w 75. minucie nadziali się na kontrakt, który był gwoździem do trumny GieKSy. Szybką akcję precyzyjnym strzałem sfinalizował Erik Jirka.
W samej końcówce Lukas Klemenz zrehabilitował się i strzelił gola honorowego, ale to tylko lekko poprawiło fatalny i tak dla katowiczan wynik. Piast Gliwice odniósł drugie ligowe zwycięstwo i pierwsze pod wodzą Daniela Myśliwca. Jego drużyna awansowała na przedostatnie miejsce w tabeli PKO Ekstraklasy.
slaskie.eska.pl – Niespodzianka w Katowicach. Piast Gliwice rozbił GKS na jego terenie. Kibice zawiedzeni
Kibice GKS Katowice przeżyli spory zawód. Ich drużyna, po serii zwycięstw, niespodziewanie przegrała na własnym stadionie z Piastem Gliwice 1:3. Co zawiodło? Kontuzje, błędy w obronie, a może świetna taktyka trenera Daniela Myśliwca.
GKS Katowice doznał bolesnej porażki na własnym stadionie, przegrywając z Piastem Gliwice 1:3 w meczu 15. kolejki Ekstraklasy. Spotkanie, które miało być kolejnym krokiem w górę tabeli dla katowiczan, zakończyło się rozczarowaniem i frustracją dla kibiców.
Pierwsza połowa była wyjątkowo pechowa dla gospodarzy. Już w 9. minucie trener Rafał Górak musiał dokonać zmiany z powodu kontuzji pomocnika Mateusza Kowalczyka, co wyraźnie wpłynęło na grę zespołu.
Niedługo później GKS Katowice stracił dwa gole. Najpierw Igor Drapiński wykorzystał zamieszanie w polu karnym po dalekim wyrzucie Patryka Dziczka, a następnie Lukas Klemenz pechowo skierował piłkę do własnej bramki po uderzeniu Erika Jirki. Katowiczanie próbowali odpowiedzieć, ale strzały Borji Galana i Jessego Boscha nie przyniosły efektu. Sędzia, po analizie VAR, wycofał się z decyzji o rzucie karnym dla GKS.
W drugiej połowie obraz gry nie uległ zmianie. Piast Gliwice kontrolował przebieg spotkania, a GKS Katowice nie potrafił stworzyć realnego zagrożenia pod bramką rywali. W 61. minucie Jason Lokilo był bliski podwyższenia prowadzenia dla gości.
Mimo protestów kibiców, arbiter nie podyktował rzutu karnego dla GKS po starciu Ilji Szkurina z obrońcą Piasta. Frantisek Plach, bramkarz gości, musiał interweniować dopiero po mocnym strzale Galana zza pola karnego.
W 73. minucie Erik Jirka, po podaniu Giermana Barkowskiego, wykorzystał sytuację sam na sam i podwyższył prowadzenie Piasta. Dopiero w samej końcówce Klemenz zrehabilitował się, zdobywając gola po dograniu Marcina Wasielewskiego. To jednak nie ucieszyło kibiców GKS Katowice, którzy do końca meczu dopingowali swój ulubiony zespół. Ze stadionu wychodzili wyraźnie niezadowoleni.
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.
Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.
Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.
Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.
Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?
Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.
Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.
Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?
Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.


Najnowsze komentarze