Dołącz do nas

Piłka nożna

[RELACJA] Jak co mecz – porażka

Avatar photo

Opublikowany

dnia

W sobotę 27 października w ramach 16 kolejki Fortuny 1 Ligi na Bukową przyjechała drużyna Warty Poznań. Trener Dariusz Dudek w pierwszym składzie na ten mecz wystawił aż 3 młodzieżowców: Tymoteusza Puchacza, Kacpra Tabisia i Adriana Łyszczarza. Pozostałą część wyjściowej 11-stki stanowili Pawełek, Remisz, Wawrzyniak, Lisowski, Poczobut, Piesio, Woźniak i Rumin. Spotkanie rozpoczęło się o godzinie 17:45.

Już po 60 sekundach gorąco zrobiło się pod bramką strzeżoną przez Mariusza Pawełka. Po dalekim wyrzucie z autu jeden z piłkarzy Warty uderzył z przewrotki, a piłka minimalnie minęła słupek. Katowiczanie powoli budowali swoje akcje od tyłu, natomiast zawodnicy z Poznania po przejęciu piłki starali się szybko przedostać z nią pod bramkę GieKSy. Po szybkiej wymianie podań w 15 minucie z dystansu uderzył Tabiś, ale bardzo lekko. W 17 minucie Warta wyszła na prowadzenie. Po rykoszecie piłka trafiła do Spławskiego, któremu pozostało umieścić ją w bramce. Po chwili Woźniak w polu karnym Poznaniaków nawinął rywala na zamach, po czym uderzył prosto w bramkarza. W 23 minucie żółtą kartkę otrzymał Poczobut, a 2 minuty później Lisowski. W 30 minucie również zawodnik Warty wpisał się do protokołu – „żółtko” obejrzał Wypych. Kilkanaście sekund później Piesio wjechał rywalowi w nogi i także otrzymał kartkę. W 38 minucie było już 0:2. Kontrę strzałem przy krótkim słupku wykończył Fadecki. Chwilę później Wawrzyniak dał się wyprzedzić, a piłka po przelobowaniu Pawełka minimalnie minęła słupek. W 43 minucie sędzia kolejny raz wyjął kartonik i pokazał go Szymusikowi. Po pierwszej połowie przegrywaliśmy 0:2.

Na drugą połowę nie wyszedł już Grzegorz Piesio, a jego miejsce zajął Adrian Błąd. Ponownie mieliśmy przewagę w posiadaniu piłki, ale nic to nie dawało, bo byliśmy okropnie niedokładni. W 60 minucie Łyszczarz stracił piłkę i próbował ją odzyskać wślizgiem, ale trafił w nogi i dostał żółtą kartkę. W 61 minucie Rumina zastąpił Śpiączka. 6 minut później Cierpka kopnął Błąda i sędzia znów pokazał kartonik. 69 minuta to kolejna kartka – tym razem dla Grobelnego. W 70 minucie Śpączka z dystansu uderzył niecelnie. Po chwili Artur Marciniak zmienił Łukasza Spławskiego. W 78 minucie Fadecki otrzymał kartkę. 3 minuty później został on zastąpiony przez Fiedosiewicza. Po chwili drugą, a w konsekwencji czerwoną kartkę otrzymał Poczobut. Jednocześnie „żółtko” dostał także Woźniak. W 88 minucie piłkarz Warty z linii pola karnego uderzył minimalnie niecelnie. Mecz zakończył się wynikiem 0:2.

GKS Katowice – Warta Poznań 0:2
Bramki: Spławski, Fadecki

13 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

13 komentarzy

  1. Avatar photo

    KOSZUTKA.EU

    27 października 2018 at 19:47

    Każdy milion wpompowany przez Urząd Miasta w tych partaczy to kolejne zero w tabeli. Tak grają piłkarze spasieni kasą z zasiłku.

  2. Avatar photo

    Solski

    27 października 2018 at 20:05

    Może oni koniecznie chcą się zrewanżować smrodom i dlatego tak ich ciągnie do II ligi? Ale tak na poważnie, to jest poprostu tragedia. Paszulewicz ich zajechał, teraz mecze co 3 dni, brak możliwości spokojnego treningu. Lisowski pierwszy do odstrzelenie, Wawrzyniak nie radzi sobie zupełnie, Piesio drugi po Lisowskim. Chcieliśmy grać młodzieżą? Dzisiaj było ich 3 w wyjściowej. Może to i trudne, ale powinniśmy się do II ligi szykować. Powtórzę się kolejny raz, ale taka jest prawda, że GieKSa zawsze dobrze grała na jesień a na wiosnę był piach. Więc skoro tak graja na jesień, to resztę należy sobie dopowiedzieć. II liga i derby z ROW-em, Rozwojem i smierdzielami

  3. Avatar photo

    Robson

    27 października 2018 at 20:23

    Pierdzielisz Koszuta, tu nie chodzi o kasę ale o nietrafione transfery i zajechanie piłkarzy przez Paszula. Odpowiedzialni za to byli Paszulewicz i Bartnik jednego już nie ma drugi niestety jest i boję się kim się wzmocnimy a kogo pożegnamy w przerwie zimowej..

  4. Avatar photo

    lwyszo

    27 października 2018 at 20:52

    Trzeba sobie uswiadomic ze oni z meczu na mecz do konca tej rundy beda grac jak dzis – topornie ciezko bez szybkosci, widac ze nogi maja w cemencie zero dynamiki. To nie do konca ich wina bo wydaje sie ze im sie chce ale po prostu sie nie da. Fatalnie jak przygotowanie fizyczne zostalo zajebane, a to podstawa jakiejkolwiek gry. Zima a potem walka o byt … podobnie jak za Nawalki – oby z tym samym skutkiem….

  5. Avatar photo

    majck

    27 października 2018 at 21:18

    w normalnym klubie odwiedziny kibiców na treningu piłkarzy…… tu nic

  6. Avatar photo

    peter

    27 października 2018 at 21:49

    Karteczki z życzeniami. … kurwa czy to jest powazny klub czy przedszkole, tu trzeba męskich decyzji, pierdolniecia pięścią w stół, chopa na miarę Mariana Dziurowicza. Po tym co dziś widziałem oni są zajechani. Odpowiada za to Paszul ,tak samo przygotował Olimpie rok temu ,jak można było zatrudnić chopa ,który doprowadził zespół na ostatnie miejsce a zwolnić po swinsku Mandrysza ,który rok temu o tej porze ogarnął temat. Odpowiada za to Bartnik.

  7. Avatar photo

    Oberschlesien

    27 października 2018 at 21:53

    co wy kurwa pierdolicie ,pilkarze zajechani przez Paszula????czy wyscie ku…grali kiedys w pile kaj indziej niz na placu albo pod trzepakiem????JAK pilkarz ktory zawodowo gar w pilke i tak zarabia na zycie nie umie wytrzymac cyklu meczowego na poziomie naszej kopaniny w 2 lidze ,to co to jest za sportowiec???OGLADACIE lige angielska ,tam tez graja czesto co 3 dni i w tempie 3 razy szybszym niz u nas….i co??? i wytrzymuja…temat jest prosty ,Paszul wziol te towarzycho za mordy ,kazal trenowac i zapierdalac na boisku,to na poczatku jeszcze w miare szlo…a potem standard tym hujom obibokom bylo za ciezko ,to zaczeli grac przeciw trenerowi,a Dudek miekka faja im nie podskoczy ,bo w skladzie znowu sa starzy wyjadacze co pilnuja tylko by pensja byla co miesiac!! KTO SCIAGNAL TEGO CIULA WAWRZYNIAKA???????kto sie pod tym podpisal zeby takie drewno sciagac do klubu na emeryturze???NASTEPNE PODPISANIE KONTRAKTU Z JAKIMKOLWIEK GRACZEM powinno byc tylko podparte wynikami ,inaczej minus 80% pensji…wtedy by grali….bo jak na razie to mozna miec pewnosc ze oni sami lub ich rodzinki sa czestymi goscmi u bukow po czeskiej stronie granicy…

  8. Avatar photo

    peter

    27 października 2018 at 21:59

    Był moment na uratowanie sytuacji jak były te dwa tygodnie przerwy, wtedy zatrudnienie doświadczonego trenera mogło dać efekt. Teraz jest zamiecione te dwa mecze były kluczowe. Są rozjebani fizycznie i psychicznie.

  9. Avatar photo

    Krzysiek

    28 października 2018 at 00:40

    Zgadzam się w 100% z Oberschlesien – jeśli piłkarze są „zajechani” to tylko o nich źle świadczy. Niestety ale mentalność polskich piłkarzy pozostawia wiele do życzenia i potem prezentują taką padakę. Zresztą to jest ogólny problem polskiej piłki. Ledwo jeden jest trochę lepszy niż koledzy z placu to od razu bujaka, a jak jeszcze trochę  zarobi za to, że kopie gałę to już w ogóle król świata. A potem przychodzi trener, który wymaga profesjonalizmu w podejściu do swojego zawodu i lament, że zajeżdza zawodników. Nawet nie trzeba zawodowo grać w piłkę, żeby wiedzieć o czym mówię.

  10. Avatar photo

    GieKSiorz

    28 października 2018 at 00:40

    No i fajnie.frajersko sprzedane 2 awanse teraz ma być kara 2 liga i huj, jebie mnie ten syf, GieKSa była kiedyś,teraz to żenada,banda huja bez ambicji i nieudolny zarząd, ktoś fajny kurwidolek do cyckania udupic, blaszok bijcie brawo, śpiewajcie nic się nie stało, wierzcie biuuuhhaaaa

  11. Avatar photo

    GieKSiorz

    28 października 2018 at 00:52

    Zniszczono ten klub pod każdym względem (piłka nożna chopow),lata stagnacji w 1 lidze,brak ambicji awansowania,nieudolne zarządzanie, nie stawianie na młodych i jest po klubie, frekwencja i poziom kibicowania upadł,klub stal się pośmiewiskiem,a młodzi dalej swoje, kiedyś by już był wpier…, manifestacja pod um,a teraz żenada.Gieksa prawdziwą na którą ja chodziłem już nie istnieje,teraz to jakiś twór Krupy.po 2 frajersko zdupionych awansach przestałem być kibicem obecnej GieKSy, choć uważam że obecny klub hańbi historię Wielkiej GieKSy i lepiej jakby występował pod inną nazwą

  12. Avatar photo

    Tymron

    28 października 2018 at 07:06

    Zniszczono GKS. To co teraz występuje w 1 lidze to twór Krupy i Janickiego. Zniszczono także Nas – kibiców mamiąc wizją kasy i „opieką” nad klubem Urzędu Miasta. Dalej jesteśmy ślepi i wolimy nie ingerować w to co się dzieje. Dwa razy klub uratowali kibice ale chyba do trzech razy sztuka… Wiadomo że problem jest u góry a nie na boisku tylko czemu kurwa nikt z tym nic nie zrobi? Kosa , inni „wpływowi” kibice, siedzicie w gabinetach u zarządzających klubem ?? Boicie się że miasto odetnie prąd?? Co jest do stracenia ?? Za chwilę nie będzie nic, kibiców już nie ma.

  13. Avatar photo

    Krzysiek

    28 października 2018 at 12:58

    Klubem powinnien zarządzać prywatny właściciel a nie miasto albo kibice. To zawsze prowadzi do patologii. Mam na myśli zdrowy biznesowy układ tak jak ma to miejsce na zachodzie, a nie polskich biedabiznesmenów, którzy też już wykończyli niejeden klub. Ale niestety nie widzę nawet światełka w tunelu bo cała ta polska liga to jedna wielka porażka, gdzie byś nie spojrzał. Boli, że akurat Gieksa jest aktualnie jednym z klubów gdzie najbardziej to widać.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Z drugiej ligi do Europy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga