Siatkówka
Siatkarska czapa czyli – Co słychać w sieci? – po przegranej w Jastrzębiu
Zawodnicy GKS-u zagrali lepiej niż w poprzednich dwóch meczach, wygrywając w końcu jakiegoś seta, ale to było za mało aby pokonać Olivę, Muzaja i Kampę…
katowickisport.pl – Golonka z Olivą. Derby Śląska dla Jastrzębia
„Przedbarbórkowa” sobota okazała się szczęśliwa dla kibiców Jastrzębskiego Węgla. Trzy punkty zawdzięczają oni świetnej grze kubańskiego… „przodowego”. Przyjezdni trochę niepewnie zaczęli pierwszą partię, ale trener Piotr Gruszka szybko wziął czas. I efekt był piorunujący. GKS zaczął grać jak w najlepszych swoich momentach tego sezonu. Jastrzębianie zupełnie nie potrafili sobie poradzić ze znakomitą zagrywką gości, a w tym elemencie brylowało aż trzech zawodników. Rafał Sobański, Gonzalo Quiroga i Karol Butryn. W dodatku ostatni z wymienionych był praktycznie nie do zatrzymania w ataku i „GieKSa” pierwszą partię wygrała nadspodziewanie łatwo. W jastrzębskim zespole nie funkcjonowało dobrze praktycznie nic. Dopiero w drugim secie „odpalił” przygaszony wcześniej Salvador Hidalgo Oliva i poprowadził swój zespół do zwycięstwa. Kubańczyk, w swoim stylu, popracował zagrywką i tym razem to goście mieli problemy w przyjęciu. Ponadto Kubańczyk wykonał kilka efektownych ataków. Loty obniżył z kolei Butryn i mimo bardzo dobrej gry blokiem (5 punktów w II secie) katowiczanie tę partię przegrali. W trzecim secie oba zespoły grały zrywami. Jastrzębianie objęli trzypunktowe prowadzenie, by po chwili wynik oscylował wokół remisu. W decydującej fazie seta znów dał o sobie znać Oliva. Najpierw świetnie zareagował na siatce, bo jeszcze w tej samej akcji zdobyć punkt atakiem, a po chwili zablokował Butryna. Dzięki temu jastrzębianie wypracowali sobie taką przewagę, której nie mogli zmarnować, a bohaterem końcówki seta został Wojciech Sobala. W jednej akcji obronił dwie trudne piłki, a seta skończył… asem serwisowym. W początkowej fazie czwartej partii, przy stanie 4:4, na zagrywce pojawił się nie kto inny, tylko kubański przyjmujący Jastrzębskiego Węgla. Po kilku jego „bombach” całą hala zaczęła skandować „Oliva, Oliva!”. Nic w tym dziwnego, ponieważ gospodarze zdobyli siedem punktów z rzędu i było w zasadzie po meczu. Katowiczanie, którzy mieli ogromne problemy, zdołali się jednak podnieść i mozolnie odrabiali straty. Zbliżyli się nawet na dwa punkty, ale w końcówce nerwy na wodzy utrzymał Maciej Muzaj, a Marcin Komenda w bardzo ważnym momencie… dotknął siatki. Mecz skończył skończył Jason De Rocco i ostatecznie „przedbarbórkowa” sobota okazała się szczęśliwa dla kibiców Jastrzębskiego Węgla. Trzy punkty zawdzięczają oni świetnej grze kubańskiego… „przodowego”. (…)
siatka.org – PL: Jastrzębski Węgiel lepszy od GKS-u Katowice
Jastrzębski Węgiel niezbyt dobrze rozpoczął pojedynek z GKS-em Katowice, bowiem od przegranego 19:25. W trzech kolejnych partiach dominowali już jednak podopieczni Marka Lebedewa, którzy tym samym zapisali na swoim koncie komplet ligowych punktów. Spotkanie rewelacyjnie rozpoczęli gospodarze, po problemach z przyjęciem katowiczan skutecznym blokiem na Karolu Butrynie popisał się Maciej Muzaj, wyprowadzając swój zespół na trzypunktowe prowadzenie (4:1), które podopieczni Marka Lebedewa utrzymywali przez dłuższy czas. Siatkarze GKS-u nie podłamali się, dzięki asowi serwisowemu Macieja Fijałka na tablicy wyników widniał remis (10:10), a po ustrzeleniu w przyjęciu Salvadora Hidalgo Olivy goście mieli „oczko” przewagi (11:10), którą powiększyli za sprawą wykorzystania kontry przez Karola Butryna (14:12). Katowiczanie rewelacyjnie grali w polu serwisowym, co pozwoliło im na powiększanie zaliczki (16:13), a po błędzie w ofensywie Macieja Muzaja prowadzili już 21:17. Pierwszą odsłonę spotkania zakończył świetnym atakiem Karol Butryn (25:19). (…)
polsatsport.pl – PlusLiga: Kolejna porażka GKS Katowice
(…) Premierowa odsłona starcia Jastrzębian z GKS, po początkowej przewadze gospodarzy (4:1, 8:5), przebiegała po myśli przyjezdnych. Kluczem do osiągnięcia przewagi były serwisy Macieja Fijałka (10:11). Dobra zagrywka była mocną bronią katowiczan w tym secie, rywale często mieli problemy z wyprowadzeniem ataku, a goście utrzymywali przewagę (13:16, 16:19, 17:21). Gonzalo Quiroga asem serwisowym dał przyjezdnym piłkę setową (17:24), a niezwykle skuteczny w tej partii Karol Butryn ustalił jej wynik na 19:25.
W drugim secie role się odwróciły. Siatkarze Jastrzębskiego Węgla szybko przejęli inicjatywę i w środkowej części zaczęli budować przewagę (10:7, 15:9 – po asie serwisowym Salvadora Hidalgo Olivy). Katowiczanie próbowali jeszcze nawiązać walkę, wygrali trzy piłki z rzędu (17:14), jednak w końcówce skutecznie w ofensywie prezentował się Oliva, a seta zakończył atak Jasona De Rocco (25:20). (…)
sportowefakty.wp.pl – Jastrzębski Węgiel – GKS: derby Śląska dla jastrzębian
(…) W trzeciej partii na rozegranie w szeregach GKS-u wrócił Maciej Fijałek. Nie miał on jednak łatwego zadania, w związku z słabym przyjęciem gości. Natomiast jastrzębianie utrzymywali poziom gry z poprzedniego seta. Rozgrywający Lukas Kampa mógł spokojnie rozrzucać piłki do Muzaja czy Hidalgo Olivy, bo obaj mieli wysoką skuteczność w ataku. Ostatecznie Jastrzębski Węgiel triumfował w tej części meczu 25:19. Jastrzębski świetnie wszedł w czwartego seta i szybko objął prowadzenie 3:0. Na wydarzenia na boisku szybko musiał zareagować Gruszka, który widział, że gra GKS-u nie układa się i przy stanie 8:4 poprosił o czas. Na niewiele się to zdało. Swoje show w tej partii odgrywał Oliva, który imponował skutecznością w ataku i polu zagrywki. Katowiczanie znaleźli się za to na deskach. Popełniali proste błędy, nie radzili sobie w przyjęciu. W efekcie czwarty set okazał się tylko formalnością. Trener Mark Lebedew dał nawet szansę pograć zmiennikom. Jastrzębianie wygrali 25:22 i całe spotkanie 3:1. (…)
czassiatkowki.pl – PlusLiga: Jastrzębianie zwyciężają po czterech setach
Siatkarze Jastrzębskiego Węgla w meczu dwunastej kolejki zmierzyli się na własnym terenie z ekipą GKS-u Katowice. W pierwszym secie dosyć wyraźnie, po dobrej grze, skuteczniejsi okazali się katowiczanie. W kolejnej partii do gry powrócili gospodarze i ostatecznie to oni zakończyli ten pojedynek na swoją korzyść. (…) Trzeciego seta rozpoczęła wymiana punktów między zespołami. Ponownie drużyny od początku nawiązały między sobą walkę punkt za punkt, dostarczając kibicom emocjonujących akcji. Atak Grzegorza Kosoka wyprowadził gospodarzy na dwupunktowe prowadzenie (8:6), a błąd po stronie katowiczan powiększył je do trzech „oczek” (9:6). Katowiczanie nie składali jednak broni, utrzymując kontakt z rywalami. As serwisowy Emanuela Kohuta doprowadził do remisu (10:10) i w hali w Jastrzębiu-Zdroju nadal trwała zacięta walka. Minimalny komfort bezpieczeństwa spoczywał jednak po stronie gospodarzy. Podopieczni trenera Marka Lebedewa nie wypuszczali z rąk swojej przewagi, a powiększenie jej do czterech punktów zmusiło do reakcji trenera Piotra Gruszkę (19:15). Katowiczanie próbowali odrabiać straty, jednak ostatecznie jastrzębianie nie stracili inicjatywy w tym secie, obejmując prowadzenie w całym meczu (25:19). (…)
jastrzebskiwegiel.pl – Wygrywamy siatkarskie Derby Śląska za trzy punkty!
(…) Czwartego seta nasza drużyna zaczęła w imponującym stylu (3:0). Katowicki zespół szybko się jednak otrząsnął (3:3). Później jednak sprawy w swoje ręce wziął Oliva, który albo punktował serwisem, albo odpalał takie „rakiety”, że piłka wracała na naszą stronę. W jednym ustawieniu Pomarańczowi zdobyli siedem punktów! (11:4). Kiedy rywale przerwali naszą serię, publiczność w podzięce zaczęła skandować na cześć autora „show”: „Oliva, Oliva, Oliva”. Trener Piotr Gruszka sięgnął w tym secie po zmiany, ale Jastrzębski Węgiel był już wówczas mocno rozpędzony. Dystans punktowy na korzyść naszej drużyny został wprawdzie nieco uszczuplony (16:13), ale nasza drużyna na szczęście zachowała „zimną krew”. Osobne brawa należą się świetnie dysponowanemu w obronie Jakubowi Popiwczakowi, który podbijał wiele piłek, dając kolegom z zespołu okazję do kontry. W najważniejszym momencie seta rozgrywający GKS-u Marcin Komenda dotknął siatki, a to oznaczało pierwsze meczbole dla JW (24:21). Raz gości wyszli z opresji, ale wobec ataku De Rocco byli bezradni. (…)
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.
Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.
Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.
Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.
Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?
Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.
Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.
Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?
Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.


Najnowsze komentarze