Siatkówka
Siatkarska czapa czyli – Co słychać w sieci? – po przegranej w Zawierciu
Kolejne rozczarowanie spotkało sympatyków siatkarskiej GieKSy. Tym razem przegraliśmy w sposób bezdyskusyjny z Wartą Zawiercie… przykre to również dlatego, że w dwóch meczach, jakby nie było, z beniaminkiem ligi NIE ugraliśmy nawet seta!… No comment…
katowickisport.pl –Ucieczka od baraży. Pewne zwycięstwo siatkarzy z Zawiercia
Cenny triumf Aluronu Virtu Warty Zawiercie. Dzięki pokonaniu GKS-u Katowice znacznie poprawili swoje położenie. Dla zawiercian starcie z ekipą z Katowic miało kolosalne znacznie. Po porażce MKS-u Będzin z PGE Skrą Bełchatów i Espadonu Szczecin z ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle ich ewentualny triumf pozwoliłby im przeskoczyć te drużyny w tabeli i opuścić strefę barażową. Nic dziwnego, że gospodarze wyszli na parkiet bardzo skoncentrowani. I od początku grali znakomicie. Silną zagrywką odrzucili rywali od siatki, popisywali się efektownymi blokami i świetnymi atakami. W tym ostatnim elemencie błyszczał Grzegorz Bociek, z kolei w polu serwisowym najskuteczniej prezentował się Grzegorz Pająk. Zawiercianie szybko objęli wysokie prowadzenie i wygrali pewnie, choć w końcówce stracili koncentrację. GieKSa zdobyła trzy punkty z rzędu. Losów partii odmienić się nie dało, ale był to zwiastun lepszej postawy katowiczan w dalszej części meczu. I faktycznie w kolejnych setach grali lepiej, nie na tyle jednak, by zagrozić twardo grającym gospodarzom. Końcówki należały do nich. Goście zresztą ułatwili im trochę zadanie, bo w kluczowych momentach mylili się na potęgę. W trzeciej odsłonie na przykład – przy prowadzeniu 22:20 – mogli aż trzykrotnie skończyć akcję, a nie zrobili tego. I zamiast odrobić punkt, to po wymuszonym ataku z drugiej linii Grzegorza Pająka zrobiło się 20:23. Dzięki temu zwycięstwo siatkarze Aluronu zajmują 11. miejsce w PlusLidze. Nad pierwszym miejscem gwarantującym grę w barażach o utrzymanie (13. pozycję zajmuje MKS Będzin) mają 3 punkty przewagi. (…)
siatka.org – PL: Ważne zwycięstwo zawiercian w meczu z GKS-em Katowice
Cenne trzy punkty na swoje konto zapisali siatkarze Aluron Virtu Warty Zawiercie. Podopieczni Emanuele Zaniniego pokonali 3:0 GKS Katowice i opuścili strefę barażową. Katowiczanie tylko w drugim i trzecim secie postawili większy opór ekipie z Zawiercia, pomimo porażki ekipa ze stolicy Górnego Śląska pozostała na dziesiątym miejscu w tabeli. W mecz lepiej weszli gospodarze, po nieskończonych atakach przez Gonzalo Quirogę i udanej kiwce Davida Smitha prowadzili już 4:0. Szybko zatem o przerwę poprosił Piotr Gruszka, po niej katowiczanie zaczęli odrabiać straty. Skutecznie atakował Pietraszko, a punktowym serwisem popisał się Quiroga. Cały czas jednak przewagę utrzymywali „Jurajscy Rycerze”, którzy dobrze prowadzeni przez Grzegorza Pająka popisywali się skutecznymi atakami. Katowiczanie z kolei mieli problemy z przyjęciem zagrywki, a także ze skończeniem akcji, popełniali też sporo błędów własnych (13:6). W ataku po stronie gospodarzy skuteczny był chociażby Grzegorz Bociek, przyjezdnym zaś nie wychodziło praktycznie nic (16:7). Zawiercianie dominowali na boisku i po kolejnym już udanym ataku Boćka i zagrywce Grzegorza Pająka na tablicy było już 20:8. Piłkę setową swojej ekipie dał udanym atakiem Michał Żuk (24:12). Dzięki błędom rywali i zagrywce katowiczanie obronili trzy setballe, ostatecznie po czasie dla Emanuele Zaninigo premierową odsłonę zakończył Matej Patak. (…)
polsatsport.pl – PlusLiga: GKS zdominowany. Przekonujące zwycięstwo Aluronu
(…) Faworytem meczu byli katowiczanie. Podopieczni Piotra Gruszki od dłuższego czasu są na fali, co udowodnili zwycięstwami w pięciu z ostatnich sześciu spotkań. Jak się jednak okazało dobra passa kiedyś musiała się skończyć. Gospodarze, którzy w krajowej elicie rozgrywają swój pierwszy, notują słabsze wyniki. Spadek formy spowodował też znaczne pogorszenie sytuacji beniaminka w tabeli PlusLigi. Pierwsza akcja zapowiadała ciekawe widowisko. Dłuższa wymiana zakończyła się nieporozumieniem rozgrywającego z blokującymi GKS. Gospodarze poszli za ciosem, a to już na otwarcie dało im prowadzenie 4:0. Dopiero po przerwie na żądanie trenera Gruszki przyjezdni wzbogacili swój dorobek punktowy. Zjawisko to powtarzało się jednak bardzo rzadko. Gospodarze dominowali na boisku i wygrali wysoko 25:15. Również w drugiej partii od początku na prowadzeniu byli siatkarze z Zawiercia. W środkowej fazie seta goście zebrali się jednak do walki i doprowadzili do remisu 14:14. Od tego momentu walka punkt za punkt trwała do końca. Dopiero skuteczne bloki zdołały zatrzymać katowiczan i gospodarze na dziesięciominutową przerwę schodzili prowadząc 2:0. Wytrąceni z równowagi goście w finałowej odsłonie popełniali bardzo dużo własnych, niewymuszonych błędów. Mimo tego w środkowej fazie seta zdołali nawiązać bezpośrednią walkę. Nie udało im się jednak odwrócić losów spotkania i z Zawiercia musieli wracać bez punktów. Komplet punktów zapewnił zawiercianom awans z miejsca barażowego w tabeli PlusLigi spychając tam MKS Będzin. (…)
sportowefakty.wp.pl –Aluron Virtu Warta Zawiercie – GKS Katowice: beniaminek wyskoczył ze strefy zagrożenia
(…) Na drugiego seta goście wyszli odmienieni. Za sprawą dobrej gry Pawła Pietraszki i Emanuela Kohuta, katowiczanie utrzymywali kontakt z rywalami (7:7). Moment dekoncentracji w przyjęciu zagrywki, kosztował ich stratę kilku punktów. As serwisowy Davida Smitha i udane akcje Grzegorza Boćka pozwoliły zawiercianom nieznacznie odskoczyć (11:8). Gracze beniaminka posiadali inicjatywę i kontrolowali grę do momentu, kiedy to im przytrafił się słabszy moment. GKS odrobił straty po serii czterech skutecznych ataków ze skrzydeł (15:14). Od tego momentu rozpoczęła się walka cios za cios. Szala zwycięstwa przechyliła się na stronę zawiercian dopiero w końcówce, kiedy pomylił się Gonzalo Quiroga. W kolejnej akcji udanym blokiem popisał się Grzegorz Pająk, praktycznie pogrążając przeciwnika. Dziesięciominutowa przerwa nie przysłużyła się siatkarzom beniaminka. Zawiercianie po powrocie na parkiet nie imponowali już tak bardzo w polu zagrywki, nieco gorzej prezentował się także Grzegorz Pająk, któremu momentami brakowało precyzji. Katowiczanie, którzy poprawili przyjęcie, nie potrafili jednak wykorzystać słabości rywali. Z begiem czasu sami zaczęli natomiast popełniać błędy (9:12). Niesieni dopingiem kompletu publiczności gospodarze, przy zagrywce swojego rozgrywającego powiększyli dystans (15:10). Przyjezdni poderwali się do walki po zagrywkach Rafała Sobańskiego, niemal doprowadzając do remisu. W kluczowym momencie błąd popełnił Gonzalo Quiroga (17:19). Podopieczni Piotra Gruszki do końca próbowali odmienić losy seta i meczu, jednak zawiercianie mieli w swoich szeregach niezawodnych Grzegorza Pająka i Grzegorza Boćka, którzy dokończyli dzieła. (…)
czassiatkowki.pl – PlusLiga: Kibice ponieśli zawiercian do zwycięstwa z katowiczanami
Dwudziestą szóstą kolejkę PlusLigi zakończyło starcie pomiędzy Aluronem Virtu Wartą Zawiercie a GKS-em Katowice. Mecz ten padł łupem podopiecznych trenera Emanuele Zaniniego, którzy pokonali przeciwników w trzech odsłonach i awansowali na jedenaste miejsce w tabeli, wydostając się tym samym ze strefy barażowej. (…) Początek drugiej odsłony był wyrównany (2:2). Po pomyłce Grzegorza Boćka katowiczanie prowadzili dwoma punktami (4:2), lecz zawiercianie odrobili starty i gra toczyła się punkt za punkt (8:7). Wyrównany stan rzeczy nie trwał jednak długo i po dobrych zagrywkach Davida Smitha o czas poprosił Piotr Gruszka (10:7). GKS Katowice zatrzymał blokiem kontratak w wykonaniu Grzegorza Boćka (11:12), kilka chwil później doszło do wyrównania (14:14). Kolejnym skutecznym atakiem na środku popisał się David Smith (18:17), między zespołami ponownie nawiązała się walka co spowodowało przerwę na żądanie Emanuele Zaniniego. W końcówce dobrze funkcjonował blok gospodarzy (32:21), a seta zakończył siatkarskim gwoździem David Smith (25:21). (…)
aluronvirtu.pl – Jurajscy Rycerze z pewnym zwycięstwem, w bezpiecznej strefie!
W 26. Kolejce PlusLigi Aluron Virtu Warta Zawiercie rozegrała drugie spotkanie z GKS-em Katowice. Warto przypomnieć, że w poprzednim sezonie, to właśnie Gieksa była ligowym beniaminkiem. Jednak w pierwszej rundzie fazy zasadniczej, zawiercianie pokonali katowiczan w ich własnej hali 3:0. Wynik powtórzyli w dzisiejszym meczu, wygrywając 3:0 (25:15, 25:21, 25:21). Dzięki temu wyszli ze strefy barażów. Jurajscy Rycerze bardzo dobrze weszli w pierwszą partię meczu, wychodząc na prowadzenie 4:0. Katowiczanie zaczęli zdobywać punkty dopiero po czasie, o który poprosił Piotr Gruszka, jednak jego zawodnicy musieli trochę się napocić, by wrócić do gry. Zawiercianie kontynuowali swoją dobrą passę, a w drużynie gospodarzy świetnie spisywał się Matej Patak. Rywalom nie dał o sobie zapomnieć Grzegorz Bociek, który atakował oraz zagrywał z niesamowitą siłą. Środka siatki pilnował natomiast Łukasz Swodczyk, a dużo błędów popełniał GKS Katowice (13:6). W polu serwisowym punkty Żółto-Zielonym zapewniał Grzegorz Pająk, posyłając na stronę Katowic asy (20:8). Tę premierową odsłonę na 25:15 zakończył atakiem z lewego skrzydła Matej Patak. Obrona jurajskiej twierdzy – Drugą partię skutecznym atakiem otworzył Grzegorz Bociek, jednak tym razem to Gieksa od początku prowadziła 4:2. Wynik na tablicy nie zniechęcił gospodarzy, którzy bardzo szybko odwrócili losy tej odsłony na swoją korzyść (6:4). David Smith i Grzegorz Pająk zatrzymali na siatce gości, tym samym dopisując do konta zespołu kolejne oczko (14:11). Podopieczni Piotra Gruszki sprawiali nieco problemów Jurasjkim Rycerzom, wychodząc przy tym na niewielkie prowadzenie 19:18. Tymczasem o chwilę przerwy poprosił Emanuele Zanini, szkoleniowiec Aluronu Virtu Warty Zawiercie. Wyraźnie kilka rad od trenera dało zamierzony skutek, ponieważ Żółto-Zieloni nie pozwolili przyjezdnym na zwycięstwo i pokonali ich po ataku Davida Smitha 25:21. Kolejny set podobnie jak drugi lepiej rozpoczął się dla katowiczan (3:5), ale gospodarze szybko wyrównali wynik na 5:5. Podopieczni Emanuele Zaniniego nie pozostawiali złudzeń Gieksie, kto dziś jest w lepszej dyspozycji i powiększali swoją przewagę z każdą akcją (14:10). W końcówce partii zaczęło robić się nerwowo, zwłaszcza po zmianie decyzji sędziego, która okazała się słuszna po sprawdzeniu tego przez szkoleniowca Aluronu Virtu Warty Zawiercie. Żółto-Zieloni do samego końca spotkania zachowali chłodne głowy i przypieczętowali zwycięstwo 25:21. Tym samym znaleźli się w bezpiecznej strefie, znajdując się przed MKS-em Będzin. (…)
Felietony Piłka nożna
GieKSa bawi się w Opalenicy
No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.
Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.
Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.
„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.
To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.
Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.
No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.
I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.
Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.
Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!
Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.
Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.
Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.
PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!
Piłka nożna
Gabriel Kobylak 2028
GKS Katowice zdecydował się na transfer definitywny Gabriela Kobylaka z Legii Waszawa. 24-letni bramkarz podpisał z nami umowę do końca czerwca 2028 roku. Kontrakt zawiera opcję przedłużenia o kolejny sezon.
Kobylak występował w podkarpackich drużynach młodzieżowych (Zgoda Zarszyn, Orzeł Bażanówka, Ekoball Sanok i Karpaty Krosno). W 2018 roku trafił do Legii, gdzie najpierw grał w rezerwach a następnie został wypożyczony do Puszczy Niepołomice (2020-22) oraz Radomiaka Radom (2022/23 i wiosna 2024). Po sezonie 2023/24 wrócił do Legii Warszawa, ale nie przebił się na stałe do pierwszej jedenastki. Ze stołeczną drużyną zdobył Puchar i SuperPuchar Polski.
W ostatnim sezonie wystąpił w 8 spotkaniach (6 w rezerwach Legii w III lidze, 1 w Lidze Konferencji i 1 w Pucharze Polski). Na poziomie Ekstraklasy ma rozegrane 47 spotkań, a na jej zapleczu – 50. Ma także skromne doświadczenie pucharowe – wystąpił w 6 meczach w Lidze Konferencji (w tym 1 w eliminacjach).
Życzymy powodzenia w naszych barwach!
Foto: GKSKatowice.eu
Felietony Piłka nożna
Dawid Kudła GKS!
Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.
W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.
Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.
Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.
Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.
Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.
Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.
Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.
GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.
Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.
W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.
W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.
Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.
Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.
Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.
A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.


Najnowsze komentarze