Dołącz do nas

Siatkówka

Siatkarska czapa czyli – Co słychać w sieci? – po zwycięstwie w Kędzierzynie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

W internecie aż huczy po naszej wygranej z mistrzem Polski, ale nie ma co się dziwić. Słowa – „SENSACJA I NIESPODZIANKA” – odmienione zostały chyba przez wszystkie przypadki! GKS odniósł już piąte zwycięstwo z rzędu i teraz w Spodku liczymy oczywiście na podtrzymanie tej passy w starciu z wicemistrzem Polski!

 

katowickisport.pl –Mistrz im nie straszny

Wielki mecz GKS Katowice, który pokonał mistrza Polski, ZAKSĘ Kędzierzyn-Koźle i to na jego terenie. (…)  Takiego przebiegu meczu w Kędzierzynie-Koźlu nikt się nie spodziewał. Do tej pory ZAKSA przegrała tylko dwa ligowe spotkania i to z czołowymi drużynami, Asseco Resovią i ONICO Warszawa. Teraz mieli „rozjechać” GieKSę. Tymczasem katowiczanie, który zagrali kompletną siatkówkę, sprawili największą sensację rundy zasadniczej. Nie tylko pokonali mistrzów Polski, ale zgarnęli trzy punkty. Co więcej, przez niemal cały mecz nadawał ton grze.
Przyjezdni przystąpili do meczu z wielkim animuszem. W ataku szaleli Gonzalo Quiroga i Serhij Kapelus, skuteczne bloki stawiali środkowi, a Karol Butryn i cała reszta błysnęli formą na zagrywce. W efekcie trójkolorowi zbudowali czteropunktowe prowadzenie (13:9), które konsekwentnie utrzymywali. ZAKSA robiła wszystko, by odrobić straty, ale rozpędzony zespół Piotra Gruszki na to nie pozwolił.
Po zwycięstwie katowiczanie „poczuli krew”. Nadal grali jak natchnieni. Gospodarze przecierali oczy ze zdumienia, a ich kibice swoje niezadowolenie zaczęli wyrażać gwiazdami. Miejscowych stać było jedynie na przedłużenie spotkania. W czwartej partii gracze z Katowic znów zaprezentowali wyborną formę.
– Jesteśmy bardzo zadowoleni. Wygrać z najlepszą drużyną ostatnich sezonów i to na jej terenie, za trzy punkty to naprawdę duży wyczyn. Nie możemy się do niczego przyczepić. Zresztą, aby wygrać z takim zespołem jak ZAKSA, to trzeba zagrać na ponad sto procent. To nam się udało – powiedział po meczu Piotr Gruszka.  (…)

siatka.org – PL: Sensacyjna porażka ZAKSY z GKS-em

Do ogromnej sensacji doszło w Kędzierzynie-Koźlu, gdzie ZAKSA zmierzyła się z GKS-em Katowice. Mistrzowie Polski źle rozpoczęli mecz, przegrywając już 0:2. Przerwa zmobilizowała miejscowych, którzy po zaciętej partii wygrali 26:24. Walczyli również, by doprowadzić do tie-breaka, ale tym razem końcówka należała do ekipy prowadzonej przez Piotra Gruszkę i GKS zgarnął w tym meczu komplet oczek. Mecz rozpoczął się po myśli mistrzów Polski, którzy po kilku pierwszych akcjach wyszli na dwupunktowe prowadzenie (3:1). Przy stanie 6:4 najpierw asem serwisowym popisał się jednak Quiroga, a następnie skutecznie w bloku zagrał Pietraszko i GKS doprowadził do remisu (6:6). Zespoły przez moment grały punkt za punkt, ale przy wyniku po 9 podopieczni Piotra Gruszki znów zaczęli przejmować inicjatywę. Tym razem odskoczyli rywalom na cztery oczka (13:9). Długo jednak tej przewagi nie utrzymali, zaczęli popełniać błędy, a po drugiej stronie siatki punktował Semeniuk. Wkrótce prowadzenie przyjezdnych stopniało do punktu (14:15). O czas poprosił wtedy trener GKS-u. Po powrocie zespołów na boisko atak Butryna i błąd rozegrania w ekipie gospodarzy ponownie podwyższyły przewagę katowiczan do trzech oczek (17:14). Goście na zbyt wiele kędzierzynianom już w tym secie nie pozwolili, wygrywając go pewnie 25:20.  (…)

 

polsatsport.pl – PlusLiga: Sensacyjna porażka ZAKSY! Trzy punkty GKS-u Katowice

Do sensacji doszło w meczu 24. kolejki PlusLigi. GKS Katowice niespodziewanie wygrał 3:1 (25:20, 25:19, 26:24, 25:23) z ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle. To trzecia porażka mistrzów Polski w tym sezonie. Tego, co wydarzyło się w Kędzierzynie-Koźlu z pewnością nie spodziewała się znaczna większość kibiców. Zdecydowanym faworytem spotkania była drużyna gospodarzy, lecz jak się okazało po raz trzeci w tym sezonie musiała przełknąć gorycz porażki. Wyrównany początek nie zwiastował tego, co miało się za chwilę wydarzyć. Od stanu 8:8 zaczęła się uwidaczniać przewaga GKS-u. Mistrz Polski zerwał się jednak do walki i złapał kontakt z rywalem, lecz ten rozegrał końcówkę na naprawdę wysokim poziomie i wygrał 20:25. Druga partia od początku układała się pod dyktando przyjezdnych. Siatkarze Andrei Gardiniego nawet na chwilę nie osiągnęli prowadzenia. Walka nawiązała się dopiero w trzecim secie. Postawieni pod ścianą kędzierzynianie wzięli się do pracy i wygrali na przewagi 26:24. Mogło wydawało się, że ZAKSA odwróci losy tego spotkania po kilku skutecznych akcjach i wyrównanej grze. Wątpliwości rozwiali jednak bardzo skuteczni tego dnia katowiczanie, którzy po kapitalnym zagraniu Rodrigo Quirogi zanotowali spektakularne zwycięstwo. Podopieczni Piotra Gruszki wywieźli z niezwykle trudnego terenu komplet punktów. Z dorobkiem 34 punktów zajmują bezpieczną 9. lokatę.  (…)

sportowefakty.wp.pl – ZAKSA – GKS: niespodzianka dużego kalibru! Katowiczanie ograli mistrza Polski

Tego nie spodziewał się chyba nikt! GKS Katowice rozprawił się na wyjeździe z mistrzem Polski i liderem PlusLigi – ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle 3:1. Najlepszym zawodnikiem batalii został wybrany Marcin Komenda. Będący liderami rozgrywek kędzierzynianie liczyli w środę na szybkie, trzysetowe zwycięstwo z katowiczanami, którzy w dotychczasowych starciach nie wygrali z nimi choćby jednej partii. Natomiast GKS miał nadzieję, że przynajmniej uda mu się postawić rywalowi trudne warunki gry. Początkowo na boisku trwała wymiana ciosów i nikomu nie udawało się wypracować bezpiecznej przewagi (8:8). Z czasem tempo podkręcili podopieczni Piotra Gruszki, którzy po skutecznym zagraniu w wykonaniu Serhiya Kapelusa objęli prowadzenie 13:9. Bardzo dobrze zagrywał Paweł Pietraszko, zaś pewnie atakowali Gonzalo Quiroga oraz Karol Butryn. Bez kompleksów grał Kamil Semeniuk, ale goście mieli wszystko pod kontrolą (17:20). Katowiccy zawodnicy już nie zaprzepaścili swojej szansy i triumfowali w inauguracyjnej partii do 20. Gospodarze, ku zaskoczeniu miejscowych kibiców, po zmianie stron wciąż prezentowali się słabo i mieli problemy w przyjęciu zagrywki, przez co przegrywali 2:5. Co prawda siatkarzy prowadzonych przez Andreę Gardiniego było stać na zryw przy serwisie Mateusza Bieńka, jednakże tym samym odpowiedział GKS i to ze zdwojoną siłą (12:17). Problemy w ofensywie miał Rafał Buszek, który był jednym z najsłabszych ogniw w swojej drużynie. Ostatecznie przyjezdni odnieśli wiktorię 25:19 i byli o krok od sprawienia dużej niespodzianki.   (…)

 

plusliga.pl – Wydarzenie 24 kolejki: efektowna wygrana GKS-u Katowice

(…)  To właśnie zwycięstwo podopiecznych Piotra Gruszki w naszej ocenie zasługuje na miano wydarzenia ostatniej kolejki.

Sensacyjna porażka ZAKSY! Trzy punkty GKS-u Katowice (Polsat Sport), Ponad sto procent GKS! Sensacja w Kędzierzynie-Koźlu, mistrz Polski przegrywa (Przegląd Sportowy), Sensacyjna porażka ZAKSY z GKS-em (siatka.org), ZAKSA – GKS: niespodzianka dużego kalibru! Katowiczanie ograli mistrza Polski (sportowefakty.wp.pl), Sensacja w PlusLidze! Mistrz Polski uległ GKS-owi Katowice (sport.pl) to tylko kilka nagłówków w mediach po środowym zwycięstwie drużyny z Katowic w konfrontacji z aktualnym mistrzem Polski – ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle.

GKS Katowice to trzecia drużyna po Asecco Resovii Rzeszów i ONICO Warszawie, która znalazła receptę na pokonanie kędzierzynian w sezonie 2017/18. Katowiczanom udało się znaleźć sposób na ZAKSĘ albo jak kto woli antidotum na mistrzów Polski. Kluczem do wygranej okazał się bardzo równo rozłożony atak na prawym i lewym skrzydle oraz środku pomiędzy Karola Bytryna (16 punktów), Siergieja Kapula, (14 punktów) oraz Pawła Pietraszko (13 punktów). Jeśli dodamy do tego przyjęcie Bartosza Mariańskiego na poziomie 43% dokładnego i 9% perfekcyjnego oraz dziesięć punktowych bloków to mamy gotowy przepis na sukces.

– To bardzo fajne uczucie, ponieważ nie spodziewaliśmy się, że wygramy ten mecz. Chcieliśmy nawiązać walkę, mając jednocześnie świadomość tego, że ZAKSA to najlepsza drużyna w kraju. Wszyscy chcieli pokazać się z jak najlepszej strony. Jednak okazało się, że mamy potencjał, a także siłę, aby pokonać tak silną drużynę jak mistrz Polski. Zagraliśmy zespołowo. Popełniliśmy mało błędów własnych. Podeszliśmy do tego spotkania z pewną „agresją” i zaangażowaniem, co nam bardzo pomogło. Takie zwycięstwo naprawdę cieszy – powiedział Siergiej Kapelus w pomeczowym wywiadzie dla oficjalnej strony klubu.

Z kolei szkoleniowiec GKS-u dodał – Aby wygrać z takim zespołem jak ZAKSA wiele elementów musi dobrze funkcjonować. Cieszymy się bardzo przede wszystkim z nastawienia i determinacji zawodników w tym spotkaniu. Wiedzieliśmy z kim gramy, z kim się mierzymy, ale to jest siatkówka. Dopóki jest 0:0 trzeba szukać swoich szans. W środę bardzo dobrze zagrywaliśmy i to przełożyło się na naszą agresję na siatce. Bardzo szanujemy te trzy punkty, które wywalczyliśmy.

Piotr Gruszka 8 marca obchodził 41 urodziny. Trzeba przyznać, że jego podopieczni sprawili mu wspaniały i jednocześnie niepowtarzalny prezent w postaci wygranej i trzech punktów.

– Fajnie jest je mieć w taki dzień, bo wszyscy o nich pamiętają. To był wspaniały prezent dla mnie od zespołu. Zdobyliśmy ważne punkty, chłopcy poczuli smak wygranej z mistrzem na jego terenie. Wyszliśmy na to spotkanie z szacunkiem, ale podczas meczu trzeba się naparzać. Tak było i nasza determinacja została nagrodzona. Drużyna poczuła się mocna. Graliśmy równo cały mecz, to było bardzo ważne – wyznał Gruszka.

Niestety katowiczanie nie mają zbyt dużo czasu, żeby cieszyć się z wygranej. Już w najbliższy piątek w Spodku zmierzą się z PGE Skrą Bełchatów. Jednak nic nie stoi na przeszkodzie, aby siatkarze ze stolicy Śląska pokusili się o kolejną efektowną wygraną. Kibice PlusLigi na pewno nie będą mieli im tego za złe, wręcz przeciwnie.  (…)

 

czassiatkowki.pl – PlusLiga: Niespodzianka w Kędzierzynie-Koźlu, katowiczanie z kompletem punktów

W Kędzierzynie-Koźlu niewiele brakowało do niespodzianki i sensacyjnej wygranej katowiczan 3:0, którzy pewnie zwyciężyli w pierwszych dwóch partiach, a trzecią przegrali dopiero po grze na przewagi. Podopieczni trenera Andrei Gardiniego zdołali jednak wygrać zaledwie tylko jednego seta i nie zdobyli w tym starciu żadnego punktu.  (…)  W drugim secie gra od pierwszych akcji toczyła się wyrównanie i żadna ze stron nie była w stanie zapewnić sobie więcej niż jednopunktowej zaliczki. Mistrzowie Polski mieli problemy z kończeniem pierwszej akcji, co powodowało, że GKS Katowice łatwo zdobywał kolejne punkty (15:12) i straty kędzierzynian rosły (16:21). ZAKSA Kędzierzyn-Koźle myliła się w polu zagrywki, co znacząco utrudniało ratowanie wyniku i gospodarze musieli uznać wyższość rywali również w drugim secie (25:19). Trzeci set również toczył się wyrównanie, ale GKS Katowice szybko zdołał zapewnić sobie zaliczkę i o czas poprosił Andrea Gardini (5:8). Przerwa nie przyniosła oczekiwanych efektów i kędzierzynianie tracili kolejne cenne „oczka” (7:11). Kamil Semeniuk próbował poderwać drużynę do walki (9:11) i tym razem przerwę wziął Piotr Gruszka. Od tego momentu gra zaczęła toczyć się wyrównanie i żadna z drużyn nie była w stanie zapewnić sobie zaliczki (16:16). Taki stan utrzymywał się również w decydującej fazie i po grze na przewagi wymagane dwa punkty prowadzenia wywalczyli gospodarze (26:24).  (…)

zaksa.pl – Trzy punkty wracają do Katowic

Środowe popołudnie nie ułożyło się po myśli naszego zespołu. ZAKSA Kędzierzyn-Koźle przegrała 1:3 z GKS-em Katowice. Mimo porażki nasz zespół wciąż pozostaje liderem PlusLigi.  (…)  Po dobrym początku odsłony kolejnej i przewadze naszego zespołu GKS ponownie wyszedł na prowadzenie. Po naszej stronie siatki nie brakowało celnych ataków, Torres i Rejno uaktywnili się również w bloku i odzyskaliśmy kontakt punktowy (6:7). W konfrontacji z naszym blokiem radził sobie Quiroga, rywalowi niemniej skutecznym zagraniem odpowiedział Rafał Buszek (9:10). W tej części spotkania żadna z ekip nie była w stanie wypracować wyższej przewagi, do momentu kiedy w polu serwisowym nie pojawił się Quiroga. Po raz kolejny w meczu musieliśmy odrabiać straty (9:12). Zagraniem niezmiennie przynoszącym oczekiwane rezultaty było posyłanie piłek na środek do Krzysztofa Rejno, na odpowiedź nasz środkowy nie musiał długo czekać (13:16). Kiedy goście zaczęli popełniać błędy w polu serwisowym element zagrywki sprzyjał naszej drużynie, sporo problemów przyjmującym rywali sprawił Maurice Torres i doprowadziliśmy do remisu 16:16. W końcówce seta nasz atakujący poprawiał jeszcze swoje noty w ataku, jednak błędy na siatce niweczyły te wysiłki (20:22). Mimo walki w końcówce nasz zespół przegrał 23:25, spotkanie zakończył Gonzalo Quiroga.  (…)

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Z drugiej ligi do Europy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga