Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Skowronek: „Kozioł ofiarny? -Tak właśnie się czułem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Minęło już trochę czasu od zwolnienia trenera Skowronka. Postanowiliśmy się spotkać z trenerem by porozmawiać o sytuacji jaka panowała w GieKSie. Poczytajcie co miał do powiedzenia trener.

Zacznijmy może od początku, gdy przychodził Pan do GieKSy i miał przed sobą okres przygotowawczy to czy dostał Pan wszystko to, czego oczekiwał w kontekście piłkarzy, przygotowań, treningów?

Prezes wiedział, że profesjonalnie podchodzę do tematu i sprostał moim oczekiwaniom. Pomógł mi finansowo w organizacji codziennego funkcjonowania zespołu. Nie mówimy tu jednak o cudach, tylko o podstawowych sprawach zawodowej piłki. Zdziwienie było duże kiedy np. prosiłem o zorganizowanie miejsca do pracy dla mnie i sztabu szkoleniowego czy np. skompletowanie sytemu Polar do monitoringu piłkarzy. Śmieszne tematy, ale nie wyglądało to profi. Przekonałem i codzienna robota funkcjonowała w dobrych warunkach. Zaklepano 10-cio dniowe zgrupowanie, na którym niczego mi nie brakowało czy wreszcie możliwość współpracy z firma „Sports Performance Bortnik”, a więc dogadywaliśmy się z zarządem.
Co do piłkarzy to przed zimą mieliśmy jeszcze 5 meczów, gdzie mogłem poznać i zobrazować sobie ten zespół. Zobaczyć , gdzie są największe dziury. Tych zawodników, których chciałem dostałem. Inną sprawą jest to, jakiebyły możliwości GieKSy. Pamiętajmy, że klub miał ciągle nadzór PZPNu. Braliśmy wolnych zawodników. Myślę, że z tych piłkarzy, których wzięliśmy, to z 70% kibiców mogła być zadowolona. Najważniejsze było to, żeby Ci zawodnicy się wkomponowali, bo papier przyjmie wszystko, a umiejętności i głowa, to nie wszystko co decyduje o sukcesie. Byłem zadowolony z transferów przed ligą, ale życie w niektórych przypadkach pokazało, że wybory nie były dobre.

Mógłby Pan zobrazować, kogoGieKSa nie wzięła, aby zobrazować sytuację kibicom?

Wszyscy chcieliśmy np. Plizgę. Myślę, że to nie była tylko decyzja zarządu, ale również samego Dawida. Byłem z nim w kontakcie i wydaje mi się, że można to było złapać i Plizga mógł grać w GieKSie. Chory przepis młodzieżowca wymuszał też wzmocnienie, dlatego chciałem Tomka Zająca z Wisły, z którym też nieraz rozmawiałem i był chętny do wspólnej roboty. Kontuzja Wołkowicza pokazała, że Gieksa ma duży problem z młodymi. Dalej nie chce punktować.
Wracając do wcześniejszego pytania, to jeśli chodzi o bramkę – Rudnicki pojawił się w momencie, w którym myśleliśmy o zmianie bramkarza. Wiedzieliśmy, że mamy duży problem z młodzieżowcami i miałem nadzieję, że Krystian będzie alternatywą. Rudnickiego znałem ze Szczecina, Kluczbork był dla niego mocnym krokiem w przód. Wiedziałem jak jest pracowity i jaki ma potencjał. Jego statystyki nie były przypadkowe i stąd decyzja, że go bierzemy. Słabą stroną GieKSy były boki obrony. W kręgu zawodników, którzy byli wolni wzięliśmy nasze „jedynki”. Jest Frańczak i Petasz – chciałem grać bokami, są to ofensywni zawodnicy, którzy lubią grę do przodu. Zabezpieczeniem dla ich gry miało być ustawianie defensywnych pomocników. Petasz i Frańczak mieli być bardzo ofensywnie grającymi obrońcami i z takiego układu byliśmy zadowoleni. Poza tym byli dla mnie alternatywami na skrzydłach. Leimonasa wzięliśmy, gdyż w środku brakowało piłkarzy o charakterystyce stricte defensywnego pomocnika. Drugą sprawą był brak stabilizacji w środku obrony, gdzie Jurkowski był kontuzjowany i długo nie grał. Leimonas był również opcją dla obrony. Znałem go z Widzewa i wiedziałem jak pracuje na treningach. Byłem przekonany, że zabezpieczy środek pola, zrobi różnicę w odbiorach w tej strefie i dobrymi podaniami pozwoli na szybszą grę na bokach. Povilas ma też dobry timing do gry w powietrzu, a więc myślałem też o stałych fragmentach gry w ataku i obronie. Z transferów byłem zadowolony, ale brakowało mi takiej „kierownicy” w tym zespole. Dlatego właśnie myśleliśmy o Plizdze. On dawał mnóstwo opcji , gdyż mógł grać podwieszony pod Goncerzem, moglibyśmy grać na dwóch napastników czy nawet użyć go, jako skrzydłowego. Takich uniwersalnych zawodników szukaliśmy. Chciałem, żeby kadra nie była szeroka, ale by podniosła się jej jakość. Frańczak na pewno jest wzmocnieniem, Leimonas również, Rudnicki nie otrzymał prawdziwej szansy, a Petasz no to się skompromitował.

Przychodził Pan w trudnym momencie do GieKSy. Czy w rozmowach z działaczami o planach, celach pojawiało się słowo awans? Publicznie, bowiem wszyscy go unikają.

Na pewno nie był to bardzo realny cel w tamtym momencie. Myślę, że zarząd zatrudnił mnie, gdyż byłem bardzo ambitnie nastawiony do zadań, które mnie czekały. Wierzyłem w dobrze przepracowaną zimę i w to, że odpalimy w pierwszych meczach. Gdybyśmy mocno zapunktowali, to myślę, że to włączenie się do walki byłoby realne. Dlatego przejawiało się słowo awans, ale w bardzo stonowanych nastrojach.

Pierwszy mecz na Sandecji przegrany pechowo, potem najlepszy mecz od dawna, czyli wygrana z Tychami. Proszę powiedzieć, czemu nie udało się powtórzyć takiego meczu z Tychami w kolejnych grach?

Bardzo dobre pytanie. Analizowałem dokładnie te wszystkie mecze i pełnej odpowiedzi na to pytanie nie otrzymałem. Mam tylko kilka spostrzeżeń. Kiedy oglądałem Gieksę nie wiedząc o tym, że będę jej trenerem, rzuciły mi się w oczy duże odległości w ustawieniu. Przed meczem z Sandecją miałem mało czasu, tylko 2 dni, ale pozwoliło mi to na na skrócenie dystansu pomiędzy formacjami. Dzięki temu byliśmy bliżej przeciwnika, ale też i siebie, dlatego łatwiej było o wzajemną asekurację. Późniejszy mecz z Tychami, to cały tydzień, w którym pracowaliśmy nad pressingiem, skracaniem dystansu i atakowaniem przeciwnika. Wytworzyła się również charakterologia tego zespołu, którą chciałem zbudować, ona mocno się w tym meczu zaznaczyła. Do tego doszedł czynnik w postaci otoczki meczu, dużego wsparcia kibiców oraz wewnętrznej motywacji piłkarzy. To wszystko spowodowało, że ten mecz tak wyglądał. To był dla nas kierunek i mocno wzorowaliśmy się na tym spotkaniu. Chcieliśmy to powielać w kolejnych meczach. Z Arką nasza gra w pewnych fragmentach nie wyglądała źle, nie tylko w kontekście pressingu. Mecz z Widzewem był przesłaby i nie tak to sobie wyobrażaliśmy. Trening się nie zmienił, a wyglądaliśmy jak dzieci we mgle. Personalia się zmieniły, wypadli za kartki Goncerz i Cholerzyński, zawodnicy, którzy ciągnęli ten zespół do pressingu i może to był jeden z powodów dlaczego tak wyglądaliśmy. Mecz z Miedzią również nie był dobry pod tym względem, ale tutaj myślę, że waga tego spotkania nie pozwoliła na to, żeby być w pełni sobą. W tych dwóch meczach nie mogłem też być na ławce, miałem karę 2 meczy za Arkę. W okresie przygotowawczym wiele poświeciliśmy na to, aby wyglądać tak jak w meczu z Tychami, jednak z nowymi ludźmi nie zawiązało się to od początku .

Nie zawiązało się, bo nie są gotowi na taką grę czy gdzieś tam „im się nie chciało?”

Nie wierzę w to, że im się nie chciało. Cały plan taktyczny nie brał się z przypadku, wszystko było poddane analizie. Przejrzałem każdą straconą i strzeloną bramkę. Analizowałem dokładnie skąd biorą się takie a nie inne statystyki. Wiedziałem, że mamy problem w bronieniu w centralnym sektorze boiska, a przede wszystkim w świetle bramki. Masę czasu poświęciliśmy na to żeby to zmienić. Grę obronną trenowaliśmy nie tylko poprawiając złe rzeczy, ale chciałem zmienić Gieksę, dlatego sporo w treningu było skracania pola gry, oddalania jej od naszej bramki. Taka była moja koncepcja , bo nikt w I lidze nie lubi grać pod pressingiem. Tylko że taki pressing musi być zespołowy i zgadzam się, że czasem brakowało nam solidności w tym elemencie, tego żeby zaangażowało się w robotę 10 graczy a nie 4. Stąd potem problemy w tyłach, piłki za plecy obrońców, które robiły nam problem. Dziś niewiele bym zmienił, ale może bardziej bym szachował grając też niżej. Wynik, który nie nakręcił nas od początku też jakby tracił wiarę w grę takim pressingiem.

GieKSa na wiosnę grała w kratkę, Suwałki to jednak był od wielu lat najsłabszy mecz. Kary dla zawodników miały być wstrząsem, który jednak nie przyniósł efektów?

Jasne, że tak. Myślę, że szatnia nie udźwignęła tego karania. Z każdej strony była bombardowana i ta kara finansowa nie mogła dać pozytywnych efektów. Myślę, że w kryzysie nie zawsze bat, nie zawsze krzyk, a czasem wsparcie dla piłkarzy jest kluczowe, by wyjść ze słabszego momentu. Myślę, że tego zabrakło.

Czyli decyzja o karach nie była konsultowana z trenerem?

Nie. Decyzja została mi zakomunikowana i tyle.

Po Zagłębiu kary dla piłkarzy nie było, jedyną karą było zwolnienie trenera Skowronka. Czuł się Pan w tym momencie „kozłem ofiarnym”?

Tak, właśnie tak się czułem. Zgodziłem się na ten wywiad tylko dlatego, że kiedy się odezwałeś, czułem że kibice chcą wiedzieć coś więcej, ale nie mam zamiaru bronić tutaj swojej dupy. Zresztą wyniki niestety mi w tym nie pomogą. Myślę, że zabrakło konsekwencji w decyzyjności. Jeżeli podjęto pewne kroki 3 tygodnie wcześniej i uważano, że było to dobre rozwiązanie, to trzeba było być w tym konsekwentnym. Jeżeli chciano zwolnić trenera, to też uważam, że powinna byćw tym jakaś konsekwencja. Tutaj nie było np. 3-4 meczów przegranych z rzędu, kontrowersyjnych decyzji co do składu czy taktyki, zespół dobrze biegał, zero kontuzji itd. Wcześniej wygraliśmy w dobrym stylu trudny mentalnie mecz na Siedlcach. Oczywiście przeciwnik to nie ta skala, ale Pogoń walczyła o utrzymanie, o życie. Tam pierwszy raz w sezonie wygraliśmy mecz, w którym przegrywaliśmy. Brakowało mi takiej fali, która uzasadniałaby zrzucenie całej winy na trenera. Dosłownie dwie minuty po meczu z Zagłębiem ludzie z zarządu pytają mnie, co się dzieje? jakie wnioski? co robimy?Przecież tak samo jak oni dostałem w twarz w tym meczu i w takim momencie, to tylko pierdolnąć coś mocniejszego i spróbować się z tym przespać. Uważam, że było to słabe, rozsądniej jest usiąść i porozmawiać bez emocji w sobie. Wtedy najlepiej jest podjąć wspólnie racjonalne decyzje, co robić dalej. Trochę czuje się kozłem ofiarnym tego wszystkiego. 0:5, a tym bardziej u siebie jeszcze nie przeżyłem, ale nie pozwolono mi nawet z takiej sytuacji wyjść. Od razu był strzał i do widzenia.

13 meczów prowadził Pan zespół plus 3 miesiące okresu na przygotowań. To czas, w którym można poznać drużynę?

W futbolu na pewno jest, to krótki czas. Praca trenera to proces. Czasami są przykłady „czarodziejskiej różdżki”, ale to wszystko na krótką metę. Drugą sprawą jest poznanie zespołu. Kiedy jest dobrze to jest sielanka, alegdy są problemy, jest kryzys, to właśnie wtedy poznaje się ludzi i na to nie miałem czasu. Pół roku to nie jest czas gdzie można ocenić z dobrą wykładnią efekty pracy trenera. Można za to ocenić jak on pracuje, jaki jest jego styl. Prezes na zajęciach był często, dyrektor był zawsze. Do mojej pracy ze strony osób zarządzających klubem nie było nigdy zastrzeżeń. Dyrektor poznał koncepcję mojej pracy, był z tego zadowolony, wchodził w to wszystko i chciał się uczyć. Niestety, gdy zabrakło wyniku, to okazało się, że to wszystko jest złe.

Na ile odczuwał Pan wsparcie dyrektora sportowego oraz prezesa?

Na pewno prezes zatrudniając mnie przemyślał tą decyzję. Miał z nią określoną nadzieję, decydował się na zmianę by było lepiej w klubie. Wsparcie z jego strony czułem. Prezes jednak potrzebował wyniku na już, na teraz. Dlatego jego wsparcia, wspólnego deptania do sukcesu mi zabrakło. Dyrektor wszedł w zespół w trakcie rozgrywek, zapoznał się z moimi pomysłami na zespół. Był z tego mocno zadowolony, zadowolony z tego jaki miał sztab. Do tego dochodzą jednak mecze, presja, ciśnienie, wykonywanie zadań treningowych w meczu przez piłkarzy. Po samych meczach tego wsparcia z jego strony nie odczułem. Trzeba nauczyć się szerszego spojrzenia na problemy w piłce. To jest gra zespołowa, to jest boisko 110×68, a nie ring. Stąd myślę pojawił się moim zdaniem śmieszny wywiad trochę pod publiczkę, który mnie w tym utwierdził. ( Chodzi o wywiad dla naszej strony, który szeroko był komentowany przez media).

Wspomniał Pan, że coś by Pan zmienił w drużynie widząc, co się dzieje, ale ja mam wrażenie, że w pewnym momencie było to błędne koło. Miał Pan kontrakt do czerwca, przyszły mecze gdzie sezon był praktycznie zamknięty, czekał nas środek tabeli. Nie mógł Pan wprowadzać rezerwowych, bo ich nie ma, młodzież, jeśli się wyróżnia to przegrywając mecze i tak Pana zwolni prezes. Gra Pan tymi, co są, ale wyniki nie są zadowalające. Czuł się Pan zamknięty w opcjach? Również przez postawę zarządu gdzie nie było wiadomo, co dalej? Gdzie nie było decyzji jak np. z Moskalem rok temu, że on zostaje na nowy sezon?

Tak zabrakło mi takiego sygnału ze strony zarządu. Myślę, że gdyby było wsparcie z przekonaniem, że ufamy trenerowi, to tak by zrobili. Pole manewru było zawężone, ale nie narzekałem. Każdy punktuje, że młodzieży nie ma w składzie, ale to też jest proces. Trzeba zbudować bazę by tych wychowanków było jak najwięcej. Być może byłem w tej całej sytuacji trochę naiwny, pewne zdania były po prostu blefem i nie były poparte zdecydowaną diagnozą i decyzją prezesa. Myślę, że po 0:5 ludzie zarządzający GieKSą wystraszyli się i z trenerem nie chcieli rozmawiać. Żeby zareagować zareagowali w taki sposób, że mnie zwolnili. Mówiono, że zespół zaplątał się w walkę o utrzymanie, ale nie dano mi okazji do tego by z tego wyjść. Tabela była bardzo spłaszczona w jedną i drugą stronę, a zespół jest bardzo dobrze przygotowany do sezonu, dlatego nie kalkulują. Dobrze wyglądają w meczach, które prowadzi trener Piotr Piekarczyk, on sam podjął decyzje personalne, do których ja bym się mocno zbliżał.

My, jako redakcja jesteśmy nieco bliżej klubu, ale też nie mamy oglądu na wszystko. Proszę powiedzieć czy w rezerwach czy też w juniorach są w ogóle gracze, którzy mogą być sprawdzani w kontekście gry w I zespole?

Tego dziś nie widać, ale rozmawialiśmy o tym by w zespole grała młodzież. Był mocny przegląd zespołu Jacka Gorczycy. Młodzież była zapraszana na treningi i sparingi. Chciałem zbudować sobie obraz tych chłopaków, by zobaczyć czy mogą dać coś zespołowi na tle starszych kolegów. Sprawdzaliśmy kilku z nich, ale myślę, że Ci ludzie potrzebują czasu. Takim wyjątkiem, rodzynkiem, z którego na teraz można coś zrobić,uważam jest Szołtys. Rozwinął się fizycznie, taktycznie jest bardzo chłonny. Patrząc dalej, to ciężko znaleźć takie osoby na już. Z Markiem Oględzińskim, szefem akademii, mieliśmy plany i chcieliśmy wprowadzać dodatkowe zajęcia dla wyróżniających się zawodników, ale zabrakło nam czasu. Praca tej akademii idzie w dobrym kierunku, ludzie tam pracujący maja pojęcie o piłce, tylko znowu …. czas.

Z czego Pana zdaniem wynika problem rezerwowych w tym sezonie GieKSy?

Z jakości.

Jakości całej drużyny czy tych rezerwowych? Z rezerwy wchodzili z reguły Januszkiewicz, Czerwiński, Ceglarz, Kujawa, Bętkowski. Mieli 33 mecze.

A więc sporo szans. Nie może być mowy o słabej formie z powodu braku grania i spadku motywacji z tym związanego. Ci zawodnicy nie otrzymywali sporadycznych szans. Mieli dużo minut na pokazanie siebie, czasem przecież wychodzili w podstawowym składzie. Diagnoza jest jedna- jakość. W szatni nie można zrobić kolejnej rewolucji, to do niczego nie prowadzi, co pokazały wcześniejsze zmiany. Tam trzeba zrobić dobrą diagnozę i konkretną ewolucję.

Gdzie by Pan szukał zmian, jeśli chodzi o taką ewolucję gdyby to Pan mógł jeszcze decydować?

Mówiłem to prezesowi i dyrektorowi już wcześniej, gdzie trzeba szukać wzmocnień, miałem przygotowane nazwiska na budowanie tego zespołu. Szkielet, pion zespołu musi być doświadczony, bramkarz i napastnik zawsze dają punkty. Jeśli myśli się w nowym sezonie o awansie, to muszą być naprawdę dobrzy zawodnicy. Goncerz albo już przejdzie do ekstraklasy, ale potrzebuje w GieKSie rywala, który sprawi, że nie będzie stał w miejscu, by mógł się rozwijać. Do tego uważam, że potrzebne są zmiany na pozycji „8” i „10”. Brakowało mi ofensywnego i kreatywnego pomocnika w środku pola, więc grałem dwójką defensywnych pomocników. Brakowało mi otwierania gry na własnej połowie i przyśpieszania gry na połowie rywala. Tutaj szukałbym wzmocnień. Dalej szukałbym bocznych obrońców, aby móc przesunąć wyżej Frańczaka i Pietrzaka. Do tego na pewno można obudować fajną młodzież i taki schemat często się sprawdza. Sama młodzież jednak nie wystarczy, potrzeba zawodników top.

Brakowało Panu w tym zespole takich zawodników, których teraz chce dyrektor tzn. chamów i buców?

Rozumiem, o co chodzi dyrektorowi. Mnie też oto chodziło i wokół tego muszą być również zbudowane transfery zawodników. Nie tylko doświadczenie i umiejętności, ale również charyzma. To, że Pielorz poszedł do środka to nie tylko to, że on się tam lepiej czuje i daje więcej zespołowi, ale również pod takim kierunkiem, że w środku pola mogła być dzięki temu większa dawka tej charyzmy. Rzeczywiście na tą chwilę brakuje takich zawodników i to również potwierdzają statystyki. Do meczu z Siedlcami, gdzie skasowaliśmy 3 punkty po straconej jako pierwsi bramce, to nam się nie udawało. Mecz z Lubinem również to pokazał, przegrywamy 0:2 to szef drużyny bierze zespół do siebie i przekazuje, że zapierdalamy dalej. Ten mecz pokazał, jak duży wpływ na zespół ma brak takiej solidarności, lidera wtedy, kiedy jest źle.

Ten mecz pokazał jak do obowiązków podchodzi Petasz?

Nie będę tutaj oceniać poszczególnych zawodników indywidualnie. Ja mam swoje przemyślenia, zarząd ma identyczne. Tym bardziej żałuje, że nie pozwolono nam razem budować zespołu.

Według trenera ta drużyna i Ci zawodnicy byli jeszcze nastawieni na rozwój?

Ja na pewno chciałem ten zespół rozwijać. Było wiele treningów formacyjnych. Jeżeli ktoś uważa, że szukałem kwadratowych jaj to taki człowiek nie pójdzie do przodu. Ta I liga będzie dla niego maksem. Poza tym jeśli ktoś uważa, ze zbyt profesjonalnie podchodziłem do swoich obowiązków, to świadczy to źle o mnie czy o ludziach , którzy tak mówią? Jeżeli wiedziałem, że duży szacunek jest, dla GieKSy od przeciwnika i będą w meczu z nami się bronić, to nie zdobędziemy sytuacji bramkowej poprzez wykop bramkarza na Goncerza. Trzeba się męczyć z atakiem pozycyjnym, szukać swoich okazji poprzez grę skrzydłami, zejście do środka, szukanie przewagi liczebnej i wolnych przestrzeni. Takie było myślenie. Chciałem rozwijać zawodników i jest jakiś tam % ludzi, którzy mogą iść do przodu, jak chociażby Pietrzak czy Kamiński. Kamyk na pewno zrobił progres w czytaniu gry, asekuracji. Wyprowadzenie piłki to jego problem, ale pracuje nad tym. Nie było przypadku w tym, że łapał tyle kartek. Dziś ustawia się lepiej do gry 1na1 i to cieszy. Duda był najlepszym asystentem, to nie był przypadek, bo on ma potencjał, tylko jego problemem są przestoje w meczu i nad tym musi pracować. Z kilku chłopaków naprawdę można wyciągnąć więcej.

Na ile Ci piłkarze są gotowi do rozwoju? Czy nie jest tak, że część z nich popadła w I ligowy marazm?

Każdy człowiek nie tylko w sporcie potrzebuje impulsu by iść do przodu. Czasem dla takich zawodników może być to zmiana otoczenia, zmniejszenie presji. Dla samej świeżości szatni czasem trzeba zrobić takie małe wietrzenie i wprowadzić zmiany.

Taka wymiana połowy składu to będzie dobry krok?

Czy trzeba zmieniać połowę składu to nie jestem przekonany. Kolejna rewolucja po półroczu, gdzie jest duża niepewność w szatni, co będzie dalej, nie jest wskazana. Powtórzę swoje słowa, potrzeba dobrej diagnozy tego gdzie są dziury w tym zespole. Trzeba zainwestować środki w piłkarzy, którzy nadają się do gry w GieKSie pod względem umiejętności i mentalności.

Przychodził Pan do GieKSy, to zostało 5 meczów na jesień, poznał Pan trochę zespół. Czy zastanawiał się Pan nad zmianą kapitana? Goncerz jako jedyny dla kibiców pokazywał serce. Pitry wywiadem o 5 miejscu i swoją postawą w niektórych meczach nie dawał takiego sygnału.

Zastanawiałem się, bo brakowało nam lidera. Będąc jednak dłużej w środku nie mogła to być decyzja od zaraz. Czekałem do zgrupowania, by poznać bardziej tych chłopaków. Tam przyglądałem się im nie tylko w pracy na boisku, ale i w codziennej relacji. Jedynym na dziś zawodnikiem, który mógłby wziąć opaskę na ramię i ma cechy kapitana jest Pielorz. Być może powinienem sam mu ją przyznać, bo wybory zespołu nic by nie zmieniły. Przemyślałem sytuację i zostawiłem sprawę bez zmian.

Ile zawodnikom i zespołowi dała współpraca z braćmi Bortnik?

Bardzo dużo. Bracia Bortnicy, to są fachowcy z najwyższej półki w Polsce. To są ludzie lojalni i doświadczeni w tym co robią. Nasza koncepcja jest identyczna. Dobrze się rozumiemy i uzupełniamy. Mój trening to wysokie tempo i duża intensywność oraz dobieranie ćwiczeń, gdzie nie brakuje taktyki. Cały plan jak to zrobić był wspólną drogą. Dzięki pracy podnieśliśmy znacząco jakość od strony przygotowania fizycznego. Pracowaliśmy z każdym zawodnikiem indywidualnie, wprowadziliśmy prewencję. Nie było żadnej kontuzji. Jeżeli będę pracować w innym klubie, to na pewno będę chciał by bracia współpracowali ze mną dalej. Skąd takie pytanie?

Analizują przygotowanie na przestrzeni lat wydaje mi się, że Pan oraz Grycman za Góraka przygotowaliśmy zespół bardzo dobrze. Zastanawia mnie to na ile idzie jeszcze wycisnąć w dzisiejszych czasach przewagi, jeśli chodzi o takie przygotowanie drużyny przy współpracy z taką firmą.

Ta firma gwarantowała sukces od tej strony i GieKSa może sporo żałować, że dziś nie ma ich w klubie.

Myśli pan, że będzie z tym problem?

Nie powinno być, przygotowanie fizyczne to baza do tego by pracować nad taktyką. Każdy trener ma tego świadomość i powinno być pod tym względem ok.

Oglądał Pan mecze GieKSy po zwolnieniu?

Tak.

Nie ma Pan wrażenia, że trochę przekombinował z niuansami taktycznymi widząc prostą grę, GieKSy w ostatnim czasie?

Nie uważam tak. Na pewno to jak oni grają teraz to nie jest do końca moja koncepcja gry. Szukają tylko kontry grając niskim pressingiem. Myśmy też tak trenowali i gdy na spokojnie oglądam te mecze to czuje małą satysfakcję, gdy widzę współpracę np. Frańczaka z Czerwińskim. Współpracują dobrze razem w pionie, dobrze zawężają pole gry, dobrze się uzupełniają w ataku. To nie jest przypadek. Defensywny pomocnik pomaga środkowym obrońcom. Te zasady poznali i je stosuja. Przy niskim pressingu jest im po prostu łatwiej to robić. Jest to dziś sposób skuteczny, ale czy na długą metę? to trzeba samemu ocenić. Ja nie chciałem być czytelnym trenerem. Chciałem by tez zespół potrafił zaskoczyć przeciwnika. Chciałem by grali fragmentami kombinacyjnie i mogli się zaadoptować do wszystkich sytuacji na boisku. Myślę, że kierunek nie był zły, tylko zabrakło mi czasu by wybrać zawodników, którzy by zaufali bez względu na wszystko.

Goncerz Pana zdaniem to piłkarz na ekstraklasę?

Bramkami, statystykami pokazuje, że zasługuje na powrót do ligi i życzę mu tego z całego serca.

Kto by mógł zastąpić Goncerza?

Grześka nie puszczą bez sporej gotówki za niego, wiec pewnie nie ma tematu. Z mojej perspektywy, to bez nazwisk, ale chciałem mieć dwóch napastników o różnych charakterystykach, tak aby się uzupełniali. Moje decyzje zawsze były dostosowane do tego, jaki materiał miałem w drużynie. W Radzionkowie graliśmy kombinacyjnie, bo miałem kreatywnych piłkarzy jak Makowie, Danielewicz czy Rocki. W Pogoni silny środek pole Aka-Edi i wszystko szło przez nich. Tylko w Widzewie opierało się sporo na napastniku grając z kontry na szybkiego Viśniakovsa. W GieKSie wiedziałem, że będzie dużo gry w pozycyjnym ataku, więc to graliśmy i trenowaliśmy. Po stracie piłki chcieliśmy przerywać szybko kontry. W środku pola brakowało mi kreatywności, więc chcieliśmy grać skrzydłami. Goncerz ma 21 bramek, a następny Pitry ma 3. Akcenty nie rozkładają się na zespół, więc gdzie jest „10” i skrzydłowi. Chcieliśmy wykorzystać to, że Goncerz będzie mieć 2-3 obrońców. Mieli wchodzić w jego miejsce inni zawodnicy, a sam Gonzo miał znajdować się w polu karnym na wykończenie akcji. Podkreślę jeszcze raz, trener potrzebuje czasu, by takie rzeczy wprowadzić w warunkach meczowych, potrzebuje wsparcia zarządu i wyników.

Co teraz? Jakie plany?

Poświęcam czas żonie i dzieciakom. Wiadomo, bez roboty i adrenaliny jest mi ciężko, ale wykorzystuje czas i nadrabiam zaległości. Po zwolnieniu był sygnał z jednego klubu, ale odpuściłem. Mam nadzieję, ze trafie na ludzi, którzy mi zaufają i pozwolą pracować na sukces, którego na pewno jestem głodny. Teraz zabijam czas, doskonalę angielski, czytam książki, chcę wybrać się gdzieś na staż. Ostatnio zaprosił mnie trener Pasieka do Szkoły Trenerów i poprowadzę tam wykłady i zajęcia. Mam co robić.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

21 sekund mistrzowskich akcji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.

No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.

Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.

Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.

Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.

I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.

Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.

Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.

To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.

Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.

Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.

Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.

W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.

Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.

W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.

No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…

Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.

Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.

Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.

Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.

Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga