Dołącz do nas

Piłka nożna

Smutny obraz katowickiej młodzieży

Avatar photo

Opublikowany

dnia

W ostatnim spotkaniu z Górnikiem Łęczna mieliśmy dwa młodzieżowe debiuty. Dwóch graczy Akademii Piłkarskiej “Młoda GieKSa” – Kordian Podstawa oraz Michał Szczyrba zadebiutowało w pierwszej drużynie GKS-u Katowice. 

Dla chłopaków wielkie gratulacje za debiut i czas na poważną seniorską pracę. Dla trenera Paszulewicza mały plus, że w końcu wprowadził młodych graczy akademii na boiska I ligi.

Dla kibiców GieKSy nie ma lepszych informacji jak te, że debiutuje wychowanek klubu, tym bardziej gdy jest to wychowanek Akademii Piłkarskiej „Młoda GieKSa”. Taki debiut ma pokazać wszystkim – począwszy od rodziców dzieciaków, małych piłkarzy trenujących w akademii, a skończywszy na kibicach i włodarzach miasta, że taka inwestycja ma sens. Takie debiuty to również lekki „parasol ochronny” dla sterników akademii. Wszystko bowiem ładnie i pięknie wygląda w komunikatach prasowych i na stronach Akademii, wiec można odtrąbić sukces. Wszystko się ładnie komponuje, ale jest jeszcze druga strona medalu… ta ciemniejsza, o której szerzej poniżej. 

Trener Paszulewicz zebrał spore cięgi za brak występów młodych zawodników w dwóch ostatnich spotkaniach na wiosnę. Przyznaję, też się dziwiłem temu, że młodzi nie grają. Oczekiwałem, że trener niczym w FM-ie wstawi tam ze dwóch-trzech zawodników z młodej GieKSy i będzie czekać „aż odpalą” w tym spotkaniu. Mecz z Łęczną pokazał, że zawodnicy do gry są, ale raczej jest to bardzo duża melodia przyszłości. Na ten moment to nie są zawodnicy, którzy będą grać w podstawowym składzie. Jedyne co jest wielką niewiadomą, to brak w takim spotkaniu Patryka Wnuka, który trenował cały czas z zespołem. 

Wirtualne murawy z FM to jedno, a życie drugie. Dlaczego trener nie wystawiał zawodników? Tłumaczył tym, że nie chciał niektórych spalić. Można się z tego śmiać, że co to za presja itd. Ale można też spojrzeć na to co działo się w przeszłości z naszą młodzieżą. Coś mnie bowiem tknęło i postanowiłem przeszukać archiwalne newsy o treningach graczy z Akademii, którzy mieli możliwość trenować z pierwszym zespołem. Wypisałem sobie nazwiska i po kolei sprawdzałem. Z tych nazwisk to można, by sobie stworzyć całą 11-stkę i rezerwę. Grzegorz Proksa, ówczesny dyrektor sportowy, o niektórych z nich mówił:

„Wprowadzamy do pierwszej drużyny najbardziej obiecujących graczy. W meczach sparingowych zaprezentowali przyzwoity poziom i zasłużyli na taką szansę. Liczymy, że rozwiną się jeszcze bardziej u boku tych bardziej doświadczonych i w przyszłości będziemy mieli z nich pociechę.”

Podobne komunikaty powtarzały się przy okazji wprowadzania kolejnych za trenera Piekarczyka, Skowronka, Brzęczka, Mandrysza i teraz Paszulewicza. 

Jaki jest obraz moich poszukiwań? Jaki jest obraz katowickiej młodzieży, która miała zmieniać nasz klub? Jest to obraz nędzy i rozpaczy.

Jest to obraz kompletnie nie przygotowanych zawodników do grania na poziomie wyższym niż III liga. Jest to obraz zawodników, którzy byli wprowadzani do pierwszego zespołu, a w niższych ligach ich bramki można policzyć na palcach jednej ręki.

Z tej mini-analizy płynie kilka wniosków. Pierwszy – nie bądźcie tacy krytyczni w stosunku do Paszulewicza, bo może po prostu głupio powiedzieć wprost: „Panowie nie mam kim grać z tych juniorów”. Drugi – dla Podstawy i Szczyrby to czas największej pracy, by nie stoczyć się za pół roku w Gwarku Tarnowskie Góry (z całym szacunkiem dla tego zespołu). Trzeci – Zarządzie Fundacji – Panowie Oględziński i Rogalski – czy ten stan, który pokazano poniżej nie martwi Was i nie włączyła Wam się lampka ostrzegawcza? 

Lista zawodników z grup młodzieżowych, która miała możliwość treningów z pierwszym zespołem w ostatnich latach.

Kamil Główka – Bramkarz – juniorzy GieKSy – Spora ilość kontuzji –  bez gry w I drużynie, wypożyczenie do Puszczy  Niepołomice – bez gry na poważnie. Jeden mecz na koniec sezonu.

Sebastian Szombierski – 2016 – oszałamiające 161 minuty w Karpatach Krosno – 3 liga, 2017 – 30 minut w Gwarku Tarnowskie Góry 3 liga , aktualnie Szombierki Bytom – 4 liga ( Ponad 800 minut – 2 gole).

Kamil Witkowski –  3 liga Skra Częstochowa – coś tam pograł – nawet dużo – 15 spotkań w sezonie 16/17 potem Pniówek Pawłowice Śląskie III liga – 22 spotkania. Jako pomocnik bez gola w tych spotkaniach w 3 lidze, ale nie wiemy na jakiej dokładnie pozycji gra.

Dariusz Zapotoczny –  16/17 i 17/18 w Zdzieszowicach  3 liga – łącznie prawie 70 spotkań – jakieś 15 bramek. Dużo grał, w sezonie 16/17 wyróżniający się podobno zawodnik.

Paweł Juraszczyk – Wypożyczony do Gwarka Tarnowskie Góry na wiosnę – 3 liga – 13 spotkań ( 600 min) 2 gole. 

Gabriel Nowak – oddany do Poloni łaziska Górne – 4 liga – 0 bramek – brak danych o liczbie spotkań.

Daniel Lipok – wg. „Łączy nas Piłka” gra  w UKS MK Katowice – A klasa.

Remigiusz Curyło – 16/17 w Gwarku Tarnowskie Góry – 3 liga   – 2 spotkania, 17/18 – 19 spotkań bez gola jako obrońca.

Adam Kostępski – Cyklon Rogoźnik – okręgówka – brak danych o grze.

Oskar Stanik – Gwarek Tarnowskie Góry – 3 liga  – NAPASTNIK – 16/17 wiosna dwa mecze. 17/18 – 16 spotkań – bez gola.

Przemysław Sawicki –  Skra Częstochowa 3 Liga  – 16/17 wiosna – 7 spotkań (150 minut) same ogony, bez bramki  17/18 – Szombierki Bytom – 4 liga – niecałe 600 minut – 1 gol.

Adrian Nyl – gra chyba w juniorach w GieKSie w zespole, który miał się bić o awans do CLJ.

Wojciech Jaromin – obrońca – 17/18 4 liga – Myszków  – brak danych o liczbie gier.

Adrian Słota – 17/18  4 liga – Sarmacja Będzin – 5 spotkań, 5 z ławki (516 minut)

Przemysław Grosiak – 4 liga – Amatorski KS Strzegom –  9 spotkań , 1 bramka – 810 minut.

Foto: GKSkatowice.eu

13 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

13 komentarzy

  1. Avatar photo

    gosc

    7 czerwca 2018 at 19:18

    Jednym słowem fatalny system szkolenia mlodzieży + brak druzyny rezerw przynajmniej na poziomie 4 ligi kto jest winny takiego stanu

  2. Avatar photo

    spostrzegawczy

    7 czerwca 2018 at 19:27

    Główka zagrał chyba jeden mecz w Puszczy, ostatni gdy mieli już pewny awans. Poprawcie to:)

  3. Avatar photo

    Mecza

    7 czerwca 2018 at 20:40

    Super wpis, nie mamy młodzieży a Młoda Gieksa to marzenia. Najpierw zacznijmy się liczyć w piłce młodzieżowej w Polsce i to na tle wiosek piłkarskich a później wzywajmy do dawania szansy młodym.

  4. Avatar photo

    ano

    7 czerwca 2018 at 23:06

    rozumiem, że taki jest obraz i stan naszej młodzieży, ale ci, co weszli na mecz z Łęczną grali, można powiedzieć, w starym systemie gdzie byli inni trenerzy i działacze Akademii Młodej GieKSy. Niemniej, macie rację, razy muszą zbierać włodarze AMG. Mam tylko takie pytanie, wątpliwość i zwątpienie zarazem, jestem kibicem GieKSy, mój syn gra AMG, dzwonią po niego z innych klubów ( trzech lokalnych ), ja mu mówię, że tu jest przyszłość, tu są profesjonaliści, ale po tym wpisie, to nie wiem, co mam mu mówić.

  5. Avatar photo

    Adam

    8 czerwca 2018 at 03:58

    Ja uwazam ze powod jest jeden…Ludzie ktorzy ta Akademia zarzadzaja niewidza ze niema zadnego progresu i nic z tym nie robia…Trenerzy ktorzy szkola tez niekoniecznie musza byc fachowcami z najwyzej polki bo wsumie pilkarze z nich byli przecietni owszem waleczni itd…ale prowadza juz mloda akademie i nawet 1 pilkarza niema w pierwszem skladzie to czy jest sens brnac w to dalej…Uwazam ze jest bo ci chlopcy maja Giekse w sercu to ich marzenia wiec im tego nie mozna zabierac,kazdy by chcial.Wiec albo trenerzy Akademi dostana przykaz i ostatnia szanse (1sezon)i cos sie ruszy w szkoleniu albk trzeba okazac brak sentymentow i postawic na innych ludzi ktory beda chcieli sie wykazac przy okazji dobrze zarabiajac.pozdr Gieksa to My

  6. Avatar photo

    Mecza

    8 czerwca 2018 at 06:07

    Nie powinno być sentymentów, nie każdy piłkarz nawet reprezentacyjny będzie dobrym trenerem. Nie jestem tylko pewny czy to wina trenerów a nie całego systemu co robić jak tobić i kiedy.

  7. Avatar photo

    Matti

    8 czerwca 2018 at 07:45

    Niestety ale to pokazuje że poziom sportowy zawodników którzy kończą okres juniora jest po prostu słaby i to też jest sygnał że w samej Akademii potrzebne są gruntowne zmiany co do systemu szkolenia. Po drugie nie ma nas w CJL to też sygnał że chyba Akademia nie funkcjonuje prawidłowo…

  8. Avatar photo

    Irishman

    8 czerwca 2018 at 11:24

    A mnie się nie chce wierzyć żeby tacy: Juraszczyk, Stanik, Sawicki czy Jaromin byli tak sportowo słabi, żeby nie mogli się przebić do gry w niższych ligach.
    Może to nie jest kwestia umiejętności tylko nastawienia do nich w tych klubach? Może oni, jako ci z zewnątrz musieliby być kilka razy lepsi od tych „swoich”, którzy tam grają. No, a nie są na tyle dobrzy, żeby to udźwignąć, tym bardziej, że przecież dopiero uczą się seniorskiej piłki.
    Może trzeba by pomyśleć w takim razie o jakimś klubie satelickim i w nim ich umieszczać? Na pewno też natychmiast trzeba reaktywować rezerwy i dawać naszej młodzieży w nich szansę na grę. Z tym, że te rezerwy to też nie mają być traktowane jak piąte koło u wozu, tylko jako ważny element w szkoleniu piłkarzy! One powinny funkcjonować ściśle pode kontrolą trenerów I drużyny, powinny grać tym samym systemem co I drużyna, w stosunku do piłkarzy, którzy nie przykładając się do gry w nich powinny być wyciągane konsekwencje itp.

  9. Avatar photo

    Kato

    8 czerwca 2018 at 12:30

    Praca u podstaw, praca z młodzikami.
    Młodzież to nasza przyszłość, przyszłość klubu.
    Więcej zaangażowania młodzików i gry na każdym szczeblu rozgrywek aż do wcielenia do pierwszej drużyny.
    Wychowankowie klubu muszą stanowić trzon pierwszej drużyny GIEKSY. Nie można bazować jedynie na zakupionych piłkarzach, musi powstać zdrowy kręgosłup, który ma GIEKSE w sercu aby walczyć na boisku.

  10. Avatar photo

    cross

    9 czerwca 2018 at 07:09

    Od czasów Karwana i Szali klub nie ma wychowanka na poziomie ekstraklasy.Poprostu brak szkolenia tylko wyciąganie z miasta kasy zailosć trenujących.

  11. Avatar photo

    Mecza

    10 czerwca 2018 at 14:24

    Jak jest piłkarz dobry to mu „pochodzenie” nie zaszkodzi.Po prostu nie potrafimy szkolić. Żadna drużyna satelicka, trzeba reaktywować drugą drużynę. Jak ktoś jest przeciętny np. na poziomie okręgówki i ma ponad 20 lat out.

  12. Avatar photo

    Gosc

    12 czerwca 2018 at 11:30

    Reaktywować rezerwy ściągnąć wszystkich zawodników o których mowa zrobić test mecz i wtedy byvwam pokazali jak się gra obstawiam wygraną chłopaków których się pozbyli.I jeszcze jedno bardzo istotne nikt nie wie czemu się ich pozbyli a w innych klubach pytają ,co ty słaby jesteś że nie grasz w pierwszej .GKS Katowice takim podejściem do tych chłopaków zatracił w nich sens grania w piłkę pozostali tylko ci którzy wiedzą że to ich pasja że to kochają dlatego wlucza się po słabych ligach

  13. Avatar photo

    adam

    15 czerwca 2018 at 20:50

    system szkolenia powinien opierać sie na dobrze opłacanych trenerach
    jeśli trener pracuje zawodowo w innym zawodzie, trenuje w innym klubie seniorów na poziomie np B klasy, to ile czasu moze poswiecić zawodnikom w akademii i czego ich nauczy? Od pewnego poziomu wiekowego w akademii zawodnicy powinni mieć trenera który
    jest z nimi i żyje drużyną a nie myśli o innych robótkach.Ale trzeba mu dobrze zapłacić. Jeśli mu nie pasuje , wymienić

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Z drugiej ligi do Europy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga