Dołącz do nas

Piłka nożna

Stoperzy OK, boczni do poprawki

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Formacja obrony to w GieKSie od kilku sezonów temat rzeka. Tak naprawdę od bardzo długiego czasu nie stanowi ona monolitu i nawet jeśli 1-2 zawodników spisuje się lepiej, to zawodzą pozostali. I tak jeśli środkowi obrońcy mają formę, to boczni niespecjalnie się pozytywnie wyróżniają, jeśli stoperzy ją zatracą – mamy już wtedy kompletny klops. Są jednak tez przypadki, że i z bocznych możemy być zadowoleni, kiedy przez chwilę chwycą wiatr w żagle i potrafią nawet rozegrać dobrą akcję z przodu.

Opis obrony mamy utrudniony ze względu na początkowe eksperymenty trenera Kazimierza Moskala z ustawieniem 5-3-2. Cokolwiek by nie mówić, my zakładamy, że boczni w tym ustawieniu – mimo że jeszcze bardzie j ofensywni niż w grze czwórką – nadal jednak pozostają obrońcami i ich nie mniejszym niż atakowanie zadaniem jest bronienie bocznych stref boiska, aby tamtędy nie hasali przeciwnicy. Po pierwsze – GieKSy nie stać by było na zabezpieczenie tyłów tylko trzema defensorami, po drugie – na bokach występowali właśnie jednak nominalni obrońcy, a nie pomocnicy. Na szczęście trener Moskal szybko się zorientował, że zawodnicy GKS nie są przygotowani do takiej gry i powrócił do tego, co było zespołowi znane, czyli gry czwórką.

Prawa obrona
W pierwszym meczu z Widzewem na tej pozycji zagrał Aleksander Januszkiewicz. Zawodnik szybki i błyskotliwy w końcówce załatwił naszemu zespołowi rzut karny, który dał zwycięstwo. Inauguracja sezonu i można powiedzieć, że był to najjaśniejszy moment Alexa w tej rundzie. Mimo jednak tego przebłysku z Widzewem zdarzyło się nieco strat i niedokładnych podań. Multum ich było w drugim spotkaniu w Legnicy. Tam zawodnik zawiódł zupełnie i został zmieniony w przerwie. Trener Moskal postawił na Alana Czerwińskiego, który z Chrobrym zagrał poprawnie, ale zawalił mecz w końcówce, kiedy podał do rywala, a potem sprokurował karnego. Z Niecieczą było już lepiej, a do tego wypuścił Ceglarza, który zanotował asystę przy golu Goncerza. Dla Moskala to było jednak ciągle ryzykowne i szkoleniowiec wpadł na pomysł z ustawieniem na prawej flance Łukasza Pielorza. Zawodnik ofensywny to nie jest i w opozycji do panujących trendów o ofensywnych bocznych obrońcach, Łukasz został zwolniony z tych zadań i miał skupiać się tylko na defensywie. Wychodziło to średnio, często widać było, że zawodnik nie czuje gry na flance i w momencie szybkiej zmiany kierunku akcji rywala lub długiej piłki na jego stronę – brakowało go tam. Zwracaliśmy na to uwagę i postulowaliśmy jednak grę Pielorza na stoperze (o tym dalej). Gdy zawodnik trafiał na szybkiego błyskotliwego zawodnika, jak np. Mackiewicz z Wigier – również pojawiały się problemy. W końcówce meczu z Zagłębiem i w spotkaniu z Chrobrym znów na prawej stronie grał Alan Czerwiński i spisał się średnio, większych błędów nie popełniając. Pielorz zagrał jeszcze jeden mecz na boku, a potem jego miejsce już do końca rundy zajął Czerwiński. Miało to swoje dwie przyczyny, po pierwsze z powodu kontuzji ze składu na dłużej wypadł Adrian Jurkowski, więc ktoś musiał go na środku obrony zastąpić, po drugie mecz Łukasza w Grudziądzu był bardzo słaby. Zawodnik zupełnie nie upilnował rywala, który strzelił gola i GieKSa musiała odrabiać (nieudanie) straty. Powrót Czerwińskiego był jednak bardzo nieudany. Zawodnik grał słabo, asekuracyjnie, notował sporo strat i przegrywał pojedynki. W meczu z Dolcanem akcje bramkowe szły jego stroną i nie potrafił im zapobiec. Dopiero od meczu z Tychami było lepiej, choć w spotkaniu z Widzewem podobnie jak cała drużyna, zagrał bardzo słabo. Na sam koniec w meczu z Miedzią Legnica trener Skowronek postawił na Kamila Cholerzyńskiego, ale… tylko na 20 minut. Kontuzji bowiem doznał Mateusz Kamiński, Kufel zszedł do środka, a na prawą obronę z ławki wszedł… Alan Czerwiński i spisał się średnio.

Środek obrony
Początkowo katowiczanie grali trójką środkowych, z czego jeden z nich był dokładnie na środku i miał dwóch partnerów po bokach. Tę rolę pełnił na początku Łukasz Pielorz i w swoim debiucie w GKS spisał się świetnie. Wprowadził do obrony spokój i doświadczenie, choć tak naprawdę musiał też asekurować swoich kolegów, którzy zbyt pewnie się nie spisywali. Mowa o Mateuszu Kamińskim i Adrianie Jurkowski. Ten pierwszy w meczu z Widzewem został zmieniony i jego miejsce w Legnicy zajął Kamil Cholerzyński. Niestety cała obrona spisywała się tam już gorzej, a na domiar złego w ciągu kilku minut czerwone kartki obejrzeli Jurkowski i Pielorz i trener Moskal musiał mocno kombinować. Kamyk pojawił się na boisku, aby załatać dziurę. Z Chrobrym trener postanowił dać szansę Radosławowi Sylwestrzakowi, ale ten jej zdecydowanie nie wykorzystał. Zagrał słabo i po prostym technicznym błędzie zagrał piłkę ręką, prokurując rzut wolny, po którym padła bramka. Obrona nie spisała się w spotkaniu pucharowym i od meczu z Niecieczą trener Moskal porzucił swój pomysł i wrócił do gry dwójką stoperów.

Właśnie z Niecieczą z konieczności musiał na obronie zagrać Kamil Cholerzyński i mocno się pogubił. Mateusz Kamiński zanotował natomiast niezłe zawody. Szkoleniowiec mając w kadrze trójkę nominalnych stoperów musiał z jednego z nich zrezygnować i – jak pisaliśmy wcześniej – na środku nie grał przez jakiś czas Łukasz Pielorz, jednak zawodnik ten nie zasiadł na ławce, tylko został przesunięty na prawą stronę. Duet środkowych utworzyli na kilka kolejek Kamiński i Jurkowski. Początkowo spisywali się całkiem przyzwoicie. To był okres, kiedy GieKSa nie traciła bramek na wyjazdach, a u siebie rywale zdobywali gole po błędach Bucka. Fakt faktem, że trochę gorzej było w meczu z Wigrami. Gol padł co prawda z winy bramkarza, ale postawa Kamińskiego i Jurkowskiego pozostawiała wiele do życzenia. Potem jeszcze Bytovią i Pogonią zawodnicy spisali się nieźle, dobre zawody zaliczyli także z Zagłębiem. Niestety w Lubinie Kamyk – który tak naprawdę w środku rundy był ostoją drużyny – odniósł kontuzję i pytaniem zasadnym jest to, czy od tego czasu cała gra GieKSy się nie posypała. W spotkaniu z Chrobrym Jurkowski grał z Pielorzem i wyszło to przeciętnie. Na mecz z Olimpią znów zagrali Kamiński z Jurkowskim, ale ten pierwszy mocno był wytrącony z równowagi przez poważne zderzenie z rywalem i na mecz ze Stomilem nie wyszedł. Znów duet utworzyli Pielorz z Jurkowskim i niestety ten drugi kompletnie sobie nie poradził w tym meczu, tracąc mnóstwo piłek, podając do przeciwnika i nie zapobiegając w żaden sposób utracie bramki. Z Dolcanem dla odmiany zagrali Kamiński i Cholerzyński i GieKSa szybko straciła trzy bramki. Od przyjścia trenera Skowronka oglądaliśmy chyba najbardziej optymalny układ, czyli Łukasz Pielorz – Mateusz Kamiński. Ci zawodnicy na środku obrony prezentowali się najlepiej w przekroju całej rundy i dobrze, że takie same wnioski miał nowy szkoleniowiec. Już pierwszy mecz w Nowym Sączu ta dwójka zagrała dobrze, a z Tychami było bardzo dobrze. Szkoda, że w Gdyni zabrakło pauzującego za kartki Kamińskiego, ale z drugiej strony zastępujący go Kamil Cholerzyński nie zagrał źle. W żenującym meczu z Widzewem postawa Pielorza i Kamińskiego była jedyną jasną stroną tego spotkania, bo dzięki wielu interwencjom zapobiegli oni traceniu goli na rzecz outsiderów z Łodzi. Choć jedyny gol niestety padł po dziwnym zachowaniu Mateusza, który odbiegł od rywala, który za chwilę strzelił gola. Z Miedzią Kamyk długo nie pograł, bo znów odniósł kontuzję i zastąpił go Cholerzyński. GieKSa po raz drugi z rzędu u siebie zagrała na zero z tyłu.

Lewa obrona
Tutaj analiza ogranicza się praktycznie do jednego zawodnika, czyli Rafała Pietrzaka. Obrońca ma monopol na występowanie na lewej flance i tak było zarówno w ustawieniu piątką, jak i czwórką z tyłu. Zagrał we wszystkich meczach i z wyjątkiem spotkania w Łodzi – od pierwszej do ostatniej minuty. Tak naprawdę postawę Rafała można podsumować jednym słowem – przeciętność. W przekroju całej rundy tak naprawdę wcale nie był super pewny w defensywie (ciągle mankamentem jest brak powrotów), nie dawał z siebie też tyle, ile mógł z przodu. Głównym problemem zawodnika jest brak konkurenta i jego pewna pozycja na boisku w każdym meczu wynikała raczej z tego niż z jakiejś wielkiej postawy. Co zapamiętaliśmy zarówno z tyłu, jak i z przodu? Pierwszy na plus był mecz z Chojniczanką, gdzie zagrał naprawdę dobrze i z przodu dał wiele jakości, ale brakowało finalizacji w postaci ostatnich podań. Na duży plus bardzo dobre dośrodkowanie z rzutu rożnego na głowę Kamińskiego w Bytowie. Również piękną asystę zaliczył w meczu z Tychami. I to by było na tyle. Jedno, co jeszcze można na plus oddać Rafałowi – to to, że od czasu przyjścia trenera Skowrona stara się grać bardzo ofensywnie, włącznie z wchodzeniem do sytuacji strzałowych w pole karne. Jest to jakaś nadzieja na przyszłość, bo wcześniej w naszych pomeczowych opisach przewijało się najczęściej jedno słowo – przeciętność. Zawodnik prezentował typowy poziom środka tabeli i nic więcej. A że ma potencjał to wiemy, bo to pokazuje – szkoda tylko, że raz na jakieś 6-7 kolejek.

Incydentalnie na lewej stronie zagrał też wspomniany Bartosz Sobotka. Poza incydentami na początku sezonu (choć cały mecz w Pucharze Polski), zawodnik dostał szansę w Gdyni i w Łodzi. Z Arką zaprezentował się nieźle, ale z Widzewem tragicznie. W związku z tym klub nie postanowił przedłużać z zawodnikiem wygasającej umowy.

Podsumowanie
Trudno sobie na dzień dzisiejszy wyobrazić optymalne ustawienie czwórki obrońców. O ile ze środkowymi nie ma problemu – są to Mateusz Kamiński i Łukasz Pielorz, to problem pojawia się z bocznymi obrońcami, a także na środku, gdy któryś z tego duetu wypadnie. Adrian Jurkowski nie jest gwarantem spokoju na stoperze, a Kamil Cholerzyński gra tam tylko wtedy, kiedy trzeba uzupełnić lukę. Mimo wszystko defensywa z Kamykiem i Pielorzem na jesieni była w porządku. Problemem jest zarówno prawa, jak i lewa strona. Z prawej Alan Czerwiński w najlepszym razie notuje mecze przeciętne, ale nadal często sobie nie radzi w destrukcji. Aleksander Januszkiewicz ma potencjał ofensywny, ale czasem w tych akcjach na tyle mu brakuje głowy, że zachodzi obawa, że kiedyś okiwa sam siebie. Zagadką są jego umiejętności defensywne, bo tak naprawdę nie miał wiele razy okazji ich pokazać. Na lewej stronie mamy wspomnianego przeciętnego Rafała Pietrzaka i póki zawodnik ten nie będzie miał konkurencji, to nadal gra ze skrzydeł może być przeciętna…

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).

Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).

W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.

Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.

We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.

W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.

Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.

I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…

Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.

Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.

Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.

Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.

Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.

Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.

Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.

Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.

Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.

Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.

I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!

Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.

Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.

Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.

Wesołych Świąt!

PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Powrót króla na złote miejsce

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.

Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.

Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak:
Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.

Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak:
To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.

Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.

Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.

Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak:
Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.

Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak:
Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.

Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak:
Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.

Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.

Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak:
Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.

Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.

Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.

Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga