Piłka nożna Prasówka
Święta wojna i rekord frekwencji na Bukowej
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wieczornego meczu GKS Katowice – Zagłębie Sosnowiec.
1liga.org – Zapowiedź 8. kolejki Fortuna 1 Ligi
Po przerwie związanej z meczami reprezentacji narodowych piłkarze Fortuna 1 Ligi wracają do rywalizacji o punkty. Ciekawych spotkań na pewno nie zabraknie. Na wielu stadionach emocji powinno być pod dostatkiem.
[…] GKS Katowice – Zagłębie Sosnowiec, piątek 15 września, godz. 20:30
Drugie piątkowe spotkanie to bardzo ciekawie zapowiadający się pojedynek, w którym GKS Katowice podejmować będzie Zagłębie Sosnowiec. Gospodarze tego meczu to drużyna z czołówki, która do lidera traci tylko dwa punkty. GKS w ostatniej kolejce na wyjeździe zremisował 1:1 z Podbeskidziem Bielsko-Biała. Zagłębie natomiast przed przerwą w rozgrywkach odniosło bardzo ważne dla siebie zwycięstwo. Klub z Sosnowca pokonał 5:2 Lechię Gdańsk. Dla Zagłębia był to pierwszy triumf w rozgrywkach ligowych w tym sezonie. W obu zespołach przed tym meczem motywacji nie powinno brakować. Początek spotkania o godzinie 20:30.
gol24.pl – GKS Katowice – Zagłębie Sosnowiec: Święta wojna i rekord frekwencji na Bukowej
W piątek 15 września o godz. 20.30 GKS Katowice podejmować będzie na swoim stadionie Zagłębie Sosnowiec. Pojedynek 8. kolejki Fortuna 1. Ligi rozgrywany będzie trochę w cieniu Wielkich Derbów Śląska wyznaczonych na tę samą porę, ale i tak budzi po obu stronach oddzielającej Śląsk od Zagłębia rzeki Brynicy, ogromne emocje.
Pojedynki sąsiadów zza miedzy nazywane są „Świętą wojną” i po obu stronach Brynicy budzą ogromne emocje. Bilety na ten mecz sprzedają się bardzo dobrze – w Katowicach sprzedano już ponad 3 tysiące wejściówek – i w piątkowy wieczór na pewno padnie rekord frekwencji w tym sezonie Fortuna 1. Ligi na Bukowej. Na widowni zasiądzie około 5 tysięcy kibiców, w tym 409 fanów Zagłębia, choć chętnych na bilety wśród kibiców z Sosnowca było kilka razy więcej niż dostępnych miejsc.
Za faworyta zaplanowanej na piątek 15 września derbowej potyczki uchodzą podopieczni trenera Rafała Góraka. Katowiczanie w 7. kolejkach zdobyli 14 pkt – niemal trzy razy więcej niż sosnowiczanie, którzy mają na koncie tylko 5 „oczek” – a u siebie wygrali w obecnych rozgrywkach wszystkie trzy spotkania strzelając w nich aż 10 bramek. Za GKS przemawia też historia, bo to gospodarze triumfowali w trzech ostatnich pojedynkach na Bukowej z Zagłębiem.
Sosnowiczanie po raz ostatni zdobyli komplet punktów w Katowicach w 2015 r. Początek obecnego sezonu mieli fatalny, ale po przejęciu drużyny przez Artura Derbina Zagłębie jeszcze nie przegrało i jego kibice właśnie w nowym szkoleniowcu upatrują swojej szansy. Na spotkaniu fanów z trenerem i kapitanem zespołu oraz działaczami, które odbyło się we wtorek na Stadionie Ludowym, sympatycy sosnowiczan podkreślali, że pojedynek z Katowicami jest dla nich najważniejszym w sezonie i nie wy-obrażają sobie, by piłkarze nie walczyli w nim do upadłego.
Goście przyjadą na Bukową bez kontuzjowanych Antonio Pavicia, Vedrana Dalicia i Tymoteusza Klupsia. Gospodarze zagrają natomiast w piątkowy wieczór w najsilniejszym składzie.
sportdziennik.com – Magia Derbina po 8 latach?
W piątek przy Bukowej mecz GKS Katowice – Zagłębie Sosnowiec. Z góry można założyć, że czeka nas ciekawe spotkanie.
Już w piątek na Bukową przyjedzie zespół z Sosnowca. Piłkarze z Zagłębia po słabym początku sezonu ostatnio pewnie wygrali z Lechią Gdańsk 5:2. Można przyjąć, że to przyjście nowego trenera Artura Derbina wpłynęło w tak pozytywny sposób na Zagłębie. Jednak wyprawa do Katowic z pewnością nie będzie dla niego łatwą.
GKS jest mocny. Udowodnił to w tym sezonie przede wszystkim meczami u siebie. Katowiczanie wciąż nie stracili punktów na swoim terenie, a przy okazji strzelają sporo bramek. Piąte miejsce w tabeli przed najbliższą kolejką i tylko dwa „oczka” straty do lidera dobrze pokazują to, w jakim momencie jest GieKSa. Nawet ostatni remis z Podbeskidziem na wyjeździe nie powinien być rozpatrywany jako szybkie wyczerpanie się działającej formuły. Szczególnie dlatego, że były fragmenty, w których widać było to, co podopieczni Rafała Góraka mają najlepszego do zaoferowania.
Co ciekawe, Zagłębie ostatni raz na Bukowej wygrało w 2015 roku. Był to sezon świeżo po awansie na zaplecze ekstraklasy. W sierpniu tamtego roku sosnowiczanie przyjechali do Katowic i udało im się zwyciężyć 1:0. Gola strzelił wtedy Konrad Budek. Ważniejsze jednak jest to, kto w tamtym momencie był szkoleniowcem Zagłębia, a był nim… Artur Derbin. Czy magia tego lubianego w Sosnowcu szkoleniowca zadziałała także w najbliższy piątek?
zaglebie.sosnowiec-pl – Przed meczem w Katowicach
Zagłębie po raz ostatni wygrało na Bukowej ponad osiem lat temu. Niewykluczone, że w piątek nasz zespół stanie przed ostatnią w historii szansą zwycięstwa na tym obiekcie.
8 sierpnia 2015, w gorący sobotni wieczór, po bramce Konrada Budka Zagłębie wygrało wyjazdowy mecz z GKS-em Katowice. Trenerem sosnowieckiego zespołu był wówczas Artur Derbin, dla którego było to pierwsze zwycięstwo w rozgrywkach I ligi. Teraz Derbin po raz drugi w historii poprowadzi Zagłębie w meczu na Bukowej i miejmy nadzieję, że w roli szkoleniowca naszego zespołu odniesie już trzecie zwycięstwo nad katowiczanami, bo w sezonie 2015/2016 sosnowiczanie pokonali GKS także na Stadionie Ludowym, a bohaterem tamtej potyczki był Michał Fidziukiewicz, który w końcówce meczu strzelił dwie bramki i z 0:1 zrobiło się 2:1.
Od wspomnianego już meczu w 2015 roku Zagłębie grało na Bukowej cztery razy, za każdym razem pod kierownictwem innego trenera i nie odniosło ani jednego zwycięstwa. W sezonie 2016/2017 za Jacka Magiery sosnowiczanie wrócili z jednym punktem po bezbramkowym remisie (wtedy rzutu karnego nie wykorzystał Sebastian Dudek), a trzy kolejne wyprawy do Katowic zakończyły się porażkami – 0:1 w sezonie 2017/2018 za Dariusza Dudka, 2:3 w sezonie 2021/2022 za Kazimierza Moskala i 1:3 w sezonie 2022/2023 za Artura Skowronka.
Artur Derbin pozostaje więc ostatnim trenerem pod wodzą którego Zagłębie wygrało mecz na Bukowej i wiele wskazuje na to, że może być ostatnim szkoleniowcem, który poprowadzi sosnowiczan na tym stadionie. W Katowicach trwa bowiem budowa nowego stadionu na Załęskiej Hałdzie i jego oddanie do użytku jest przewidziane na drugą połowę 2024, więc nawet gdyby obie drużyny grały w tej samej lidze także w przyszłym sezonie, to istnieje spore prawdopodobieństwo, że to spotkanie odbyłoby się już na nowym obiekcie.
Piątkowy mecz będzie pierwszym od ośmiu lat meczem GKS-u z Zagłębiem, w którym udział wezmą kibice obu zespołów. Po incydentach do jakich doszło w 2015, przed trzema kolejnymi meczami na Bukowej wojewoda na wniosek policji zamykał sektor gości. Z kolei gdy przed rokiem fani Zagłębia mogli pojawić się na meczu w Katowicach, „Blaszok” był pusty, bo kibice GKS-u prowadzili protest przeciwko działalności ówczesnego prezesa klubu Marka Szczerbowskiego i bojkotowali domowe mecze.
Artur Derbin swoją drugą kadencję na stanowisku trenera Zagłębia rozpoczął niespełna trzy tygodnie temu. Z kolei szkoleniowiec GKS-u Rafał Górak prowadzi swoją drużynę nieprzerwanie od czerwca 2019, gdy przejął spadkowicza do II ligi po Dariuszu Dudku. Od tamtej pory Dudek dwukrotnie był zatrudniany i zwalniany przez Zagłębie, a w naszym klubie oprócz obecnego szkoleniowca i wspomnianego Dudka pracowało pięciu innych pierwszych trenerów (Radosław Mroczkowski, Krzysztof Dębek, Kazimierz Moskal, Artur Skowronek i Marcin Malinowski).
Spotkanie w Katowicach będzie dla Zagłębia szansą na wyjście ze strefy spadkowej. Zespół Artura Derbina przystąpi do starcia na Bukowej podbudowany wygraną 5:2 z Lechią Gdańsk, ale do sukcesu na stadionie GKS-u konieczne będzie przede wszystkim odwrócenie fatalnej serii na wyjazdach. W tym sezonie sosnowiczanie z czterech meczów poza domem wrócili z zaledwie jednym punktem, a biorąc pod uwagę cały rok 2023, Zagłębie wygrało na wyjeździe tylko jeden mecz (2:1 w Krakowie z Wisłą w 33. kolejce poprzedniego sezonu), a w aż ośmiu z jedenastu meczów naszej drużynie nie udało się strzelić bramki.
O tym, że GKS Katowice nie będzie dla Zagłębia łatwym rywalem, świadczą jego dokonania w bieżących rozgrywkach. Podopieczni Rafała Góraka z 14 punktami w dorobku zajmują w tabeli 5. miejsce i są niepokonani w sześciu kolejnych meczach. Jedynej porażki w tym sezonie GKS doznał w pierwszej kolejce, gdy w Legnicy przegrał z Miedzią 0:1. Katowiczanie są jedyną drużyną w Fortuna I lidze, która zdobyła komplet punktów w meczach u siebie. Z Bukowej na tarczy wyjechali Chrobry Głogów (3:1), Wisła Płock (4:1) i Resovia (3:0). W poprzedniej kolejce GKS zremisował 1:1 na wyjeździe w Bielsku-Białej i tym samym przerwał serię trzech kolejnych zwycięstw.
Katowiczanie mogą pochwalić się największą liczbą strzelonych bramek w Fortuna I lidze – aż 14, tyle samo ma także Bruk-Bet Termalica Nieciecza, a także najlepszym stosunkiem bramkowym wśród wszystkich pierwszoligowców (14:5, +9). Dwa z tych trafień dopisał do swojego dorobku były obrońca Zagłębia Arkadiusz Jędrych, który jest jednym z trzech ex-Zagłębiaków w obecnej kadrze GKS-u. Dwaj pozostali to bramkarz Dawid Kudła i napastnik Jakub Arak. GKS przewodzi w I lidze także w jeszcze jednej klasyfikacji, ale to akurat nie jest powodem do dumy. W sezonie 2023/2024 katowiczanie zmarnowali wszystkie trzy rzuty karne. Pechowymi strzelcami byli Jakub Arak, Sebastan Bergier i Arkadiusz Jędrych. Także w rozegranym w przerwie reprezentacyjnej sparingu z Rakowem Częstochowa GKS nie wykorzystał „jedenastki”. Tym razem spudłował Adrian Błąd.
Piątkowy mecz będzie 41. w historii spotkaniem Zagłębia z GKS-em. Sosnowiczanie byli górą w 14 meczach, w tym w spotkaniu rozegranym 25 lutego 2023 na otwarcie stadionu ArcelorMittal Park. Nasz zespół wygrał wtedy 2:1 po trafieniach Meika Karwota i Adriana Trocia. Honorową bramkę dla gości zdobył Arkadiusz Jędrych. GKS wygrał 15 meczów z Zagłębiem, a 11 razy zanotowano remis.
zaglebie.eu – 41. „Święta Wojna”. Chodzi nie tylko o 3 punkty, ale prestiż i dumę…
„Święta Wojna”, czyli rywalizacja Hanysów z Gorolami zapowiada się niezwykle ekscytująco. To będzie spotkanie ligowe nr 41 i dla kibiców z obu stron Brynicy chodzi nie tylko o 3 punkty, ale przede wszystkim prestiż i dumę…
W piątek gramy na Bukowej, gdzie po raz ostatni Zagłębie wygrało 8 lat temu. Statystyka nie jest po stronie sosnowiczan, którzy na boisku GKS-u przegrali ostatnie 3 ligowe gry. Ale już ostatni mecz tych drużyn, który miał miejsce 25 lutego 2023 roku był wielkim wydarzeniem dla kibiców Zagłębia, którzy mogli się cieszyć nie tylko z wielkiego otwarcia nowego stadionu, ale także zwycięstwa 2:1. Przypomnijmy, że historycznego gola na ArcelorMittal Park zdobył Meik Karwot, a później – druga bramkę strzelił Adrian Troć. Gol z rzutu karnego Arkadiusza Jędrycha nieznacznie osłodził katowiczanom gorycz porażki. Ale to już historia, w nowy sezon znacznie lepiej weszli piłkarze „GieKSy”, natomiast nasz zespół dopiero po zmianie na ławce trenerskiej zaczął punktować.
Zagłębie przed przerwą na mecze reprezentacji Polski odniosło bardzo ważne dla siebie zwycięstwo. Sosnowiczanie pokonali po dramatycznym spotkaniu 5:2 Lechię Gdańsk, tworząc wspólnie z rywalem wielkie widowisko. Dla Zagłębia był to pierwszy triumf w rozgrywkach ligowych w tym sezonie. Z kolei ekipa z Bukowej to drużyna z czołówki Fortuna 1. Ligi, która do lidera traci tylko dwa punkty. GKS w ostatniej kolejce na wyjeździe zremisował 1:1 z Podbeskidziem Bielsko-Biała, prezentując ciekawy futbol nastawiony na ofensywę. W obu zespołach przed tym meczem motywacji nie powinno brakować. Przypominamy – początek spotkania na Bukowej o godzinie 20:30.
Arturowi Derbinowi sen z powiek spędzają z pewnością problemy z kontuzjami, które najbardziej uderzyły w formację defensywną. Z powodu urazów nie mogą zagrać Vedran Dalić i Antonio Pavić, więc do linii obrony szkoleniowiec musi przesuwać kapitana drużyny Maksymiliana Rozwandowicza. Ponadto kontuzja mięśniowa eliminuje z występów Tymoteusza Klupsia. Są też i dobre wiadomości, po operacji długiej rekonwalescencji wraca do gry inny defensor Marcel Ziemann. Jego pierwszy występ po kilkumiesięcznej przerwie miał miejsce w Rącznej pod Krakowem, gdzie Zagłębie grało w minioną sobotę towarzyskie spotkanie z Cracovią.
Felietony Piłka nożna
#SzacunekDlaArbitra
Jakoś tak się składa, że w swojej niemal 30-letniej „karierze” na GieKSie, gdy myślę o „skręconych” przez sędziów meczów na niekorzyść naszej drużyny – to do głowy przychodzą mi dwa spotkania… z Legią Warszawa.
Pierwszy, w 1996 roku, gdy katowiczanie do przerwy prowadzili przy Łazienkowskiej po golu Artura Adamusa, ale Legia ostatecznie wygrała 2:1. W bardzo kontrowersyjnych okolicznościach. Bramka Cezarego Kucharskiego padła po ewidentnym spalonym, a GieKSa nie dostała rzutu karnego za faul Piotra Mosóra na Janie Furtoku. Oprócz jedenastki zawodnik Legii powinien wylecieć z boiska. Decyzje niekorzystne dla GKS podejmował tego dnia sędzia Julian Pasek.
– Możemy mieć pretensje do siebie, że nie pokaraliśmy Legii wcześniej, bo wiadomo było, że tego wyniku 1:0 nie dowieziemy do końca – pomstował trener GKS Piotr Piekarczyk.
– Sędzia pasek powinien dostać paska – wtórował mu Kazimierz Węgrzyn.
Drugie spotkanie to mecz z 2001 roku, również w Warszawie. Tam GKS przegrał 0:1. Po golu z rzutu karngo, podyktowanego za to, że Adam Majewski potknął się o własne nogi. Z drugiej strony Maciej Murawski sfaulował Krzysztofa Gajtkowskiego w polu karnym, ale jedenastki Ryszard Wójcik nie podyktował. I choć faul był ewidentny, to Gajtek dostał drugą żółtą za symulowanie i wyleciał z boiska.
Oba te mecze zostały tak ordynarnie skręcone, że naprawdę rzadko się to spotyka. Ale to tylko taki historyczny wstęp. W tamtych czasach nie było VAR-u. Gdyby wówczas ta technologia obowiązywała – GKS prawdopodobnie wygrałby oba te mecz. No chyba, że sędziowałby sędzia Sylwestrzak.
Ciągle trudno przejść obojętnie obok piątkowego meczu, choć mam nadzieję, że trener i drużyna już wyrzucili z głowy to spotkanie i skupiają się na meczu z Arką. Ja jednak muszę wrócić do tego, bo wzburzenie pozostaje żywe. Już nie dlatego, że stało się, jak się stało. Tylko dlatego, że taki Sylwestrzak nie poniesie żadnych konsekwencji i wszystko zostanie zamiecione pod dywan.
W każdym programie, w każdym magazynie prześwietlono sytuacje z meczu. Dodatkowo nałożyły się na to sędziowskie błędy z innych spotkań w tej kolejce. I naprawdę trudno uwierzyć, że w dobie VAR, takie byki są ciągle popełniane.
Adam Lyczmański przed rundą mówił o kolejnych, nowych już pierdyliardowych wytycznych odnośnie zagrania ręką. I co? I g…no. Ciągle sędziowie gwiżdżą jak chcą – nomen omen arbitralnie podchodzą do sprawy. Tu gwizdnie jakąś dziwną rękę po główce Bergiera, tu nie podyktuje ewidentnego karnego dla Jagiellonii. No i u nas, Kun – spryciula – tak niby chowa rękę, że intencjonalnie blokuje łokciem strzał. Ale żeby było, że niby cofa. Nie ma karnego.
Dodam tylko, że ta sytuacja miała miejsce bardzo krótko przed tym, jak Legia strzeliła gola…
Nad Szkurinem nie będę się już dłużej rozwodził. Zdania są podzielone, ale raczej przeważa opinia, że karnego nie powinno być. Ja tam widzę, że Tobiasz lewą ręką popycha Ilję i w dynamicznej sytuacji wytrąca go z biegu. Ale rozumiem argumenty drugiej strony.
No dobra, karny, nie karny – sędzia popełnił jeden lub dwa błędy, zdarza się. VAR powinien go zawołać, przynajmniej do tej ręki. Nie zawołał.
Natomiast ta sytuacja z Pankovem i Nowakiem to jest przecież przepotężny skandal, który prawdopodobnie zaraz ucichnie. Bo pokrzywdzonym zespołem jest tylko GieKSa. A przecież ten błąd jest naprawdę tak wielkiej rangi, jak brak czerwonej kartki w meczu Górnik – Jagiellonia. Ale pamiętamy co było wtedy – zaraz po meczu wielkie oburzenie, hurr durr, Frankowski tłumaczący się przed kamerą i wywalony na zbitą buzię przez Marcina Szulca. Choć i tak Frankowski wkrótce cichaczem wrócił. Szybko.
Natomiast tutaj? Cisza. A prześledźmy jeszcze raz, co tam się wydarzyło.
Bo tak, jak mówię. Błędy wynikające z niejasności interpretacji, miękkości faulu (tak jak niby ze Szkurinem) – jestem w stanie zrozumieć. Taka trochę jest piłka – nieewidentna, choć w przypadku rąk, to mam wrażenie, że te przepisy raz po raz zmienia jakieś kółko pijaków na rauszu. A potem i tak nikt nie egzekwuje wytycznych.
Czyli Pankov wjeżdża w nogi Nowaka. Z impetem, wyprostowaną nogą, korkami. Na złamanie nogi. Bandyckie wejście. I znów powiem – gdyby nie było VAR, powiedziałbym – trudno, sędzia nie widział dokładnie.
Tyle że Sylwestrzak podbiegł do monitora i mógł spokojnie, na obrazku, kilka razy zobaczyć, co tam się wydarzyło. Mógł zobaczyć, jak wygląda szkoleniowy faul na poważną kontuzję. Jak wygląda szkoleniowy faul na czerwoną kartkę, który powinien być pokazywany na kursach sędziowskich.
I nie zmienił swojej decyzji. Utrzymał wycenienie tego wejścia na żółtą kartkę.
Szczerze mówiąc, to się nie mieści w głowie. I naprawdę tego nie można w żaden sposób zrozumieć. Niestety – powtórzę – wtórował mu Kamil Kosowski, co jeszcze bardziej zwiększyło rangę absurdu tej sytuacji (w Lidze+Extra Kosa już nie był taki hardy w swojej pierwotnej wersji). Adam Lyczmański uznał tę sytuację za oczywistą czerwień. No ale ostatecznie nikt nie pochylił się nad tym, że jakkolwiek brak czerwonej kartki w pierwszym momencie to był błąd, ale brak zmiany decyzji po VAR-ze to po prostu jeden wielki skandal i kompromitacja sędziego.
Niektórzy próbowali to jakoś głupio tłumaczyć, że Pankov podwinął nogę w ostatniej chwili. Nie – w ostatniej chwili to nogi podwinął Nowak. Bo gdy zobaczył, że wpierdala się na niego z całą petą lokomotywa, to instynktownie próbował zrobić wszystko, żeby uniknąć czołowego zderzenia. Dobrze powiedział Paweł Paczul w Lidze Minus, że te teorie o podwinięciu nogi przez Pankova, to trochę jakby samochód przypierdzielił w ścianę, a kierowca potem pokazywał na zgnieciony przód i mówił „ale przecież hamowałem”.
No i tak to się kula w tej naszej kopanej. Z jednej strony sędziowie raz lepiej sędziują, raz gorzej, ale szkoda, że choć sprawa z błędami z piątkowego meczu stała się medialna, to i tak wszyscy o niej zapomną, a Sylwestrzak dalej sobie będzie sędziował w najlepsze.
A mecz ten zapisze kolejny rozdział w historii sędziowie przeciw GKS w potyczkach z Legią.
Felietony
Duma i wściekłość
Zdania po wczorajszym meczu były raczej zgodne. Z gry GKS wszyscy byli zadowoleni, ale pozostawał niedosyt, że nie udało się tego spotkania wygrać. Katowiczanie znów zaprezentowali się dynamicznie, bardzo walecznie, pokazali też swoje atuty piłkarskie. Zabrakło „tego czegoś”, co dałoby naszemu zespołowi trzy punkty.
Przed meczami z Widzewem – patrząc na formę naszych nadchodzących rywali – wymyśliłem sobie zestaw punktów i moje ustosunkowanie do nich. Mieliśmy się bowiem zmierzyć z rywalami, którzy są w różnego rodzaju rozsypce – Widzew ze zbieraniną gwiazd i trenerem stand-uperem, gadającym takie banialuki na coraz to kolejnych konferencjach, że szkoda gadać. Oraz Legią, pogrążaną w kryzysie, której kibice krzyczą, że jak Legia spadnie, to ich „zajebią”. Tak więc ten zestaw punktów wyglądał następująco: „2 – chujowe minimum, 3 – minimum, 4 – dobrze, 6 – idealnie”.
Przy okazji wybaczcie, że dziś nie będę wykropkowywał przekleństw, ale im dalej od meczu, to zamiast się uspokajać, coraz się bardziej wkurwiam. Ale o tym później.
Wracając do punktów. Trochę słabo by to wyglądało, gdybyśmy z tą zbieraniną z Łodzi i zdołowaną Legią zdobyli jedno czy dwa oczka. Ale po Widzewie były już trzy, więc to minimum zostało wykonane. To nie oznaczało jednak, że gdybyśmy przegrali z Legią, byłbym zadowolony. Jednak musimy zdawać sobie sprawę, że wszystkich meczów wygrać się nie da. Więc jeśli nie da się – to przynajmniej zremisujmy po dobrej grze. A to miało miejsce wczoraj. Więc wyszedł moduł „4 punkty – dobrze”.
Oczywiście ta moja tabelka punktów odnosiła się TYLKO do dorobku punktowego. On się zgadza – i to jest super. Bo jakbym miał spojrzeć na samą postawę zawodników – to już bym powiedział, że było znakomicie. O meczu z Widzewem pisałem. Jeśli chodzi o Legię, to naprawdę nasz zespół znów spisał się bardzo dobrze. Obawiałem się, czy po aż tak „wojennym” meczu jak z Widzewem, katowiczanie będą potrafili na tej samej intensywności z Legią zagrać. Okazało się, że potrafią, więc surowe mięso jak widać jest najlepszej jakości. Do tego widać, że piłkarsko nasz zespół naprawdę ma swoją jakość, próbuje tę piłkę rozgrywać, przesuwa akcje do przodu, gramy krótko, a czasem długo (i celnie!). Brakuje czasem trochę ogarnięcia z przodu, jakiegoś dobrego rozwiązania. Eman Marković hasa na skrzydle, ale mógłby lepiej czasem dograć. Wierzę jednak, że ta efektywność w ofensywie przyjdzie, bo przyjść musi. Nie da się grać idealnie i błędy zawsze będą. I mimo, że właśnie wymieniam tu Emana w kontekście rozwiązywania sytuacji, to i tak uważam, że jego zmiany były bardzo dobre.
GieKSa trochę dała pograć Legii w pierwszej połowie. Z naciskiem na „trochę”. Legioniści też byli dynamiczni i waleczni, jakby naprawdę chcieli wyjść z tego swojego kryzysu. Więc podchodzili pod to nasze pole karne, raz kapitalnie interweniował Rafał Strączek po strzale głową Kuna. Ale nawet i tu – mimo, że przed przerwą było trochę gorzej z naszym pressingiem – GKS z samej gry miał więcej niż w pierwszej połowie meczu z Widzewem. Po przerwie Legia nie miała już praktycznie nic. Defensywne działania GKS zaczynają się już daleko od naszego pola karnego i Legia w dużej mierze została zneutralizowana. Co prawda był krótki moment chaosu w okolicach 70. minuty, ale z grubsza, cała ta połowa była bardzo dobra.
Musimy ten remis cenić też z innego powodu. GieKSa ten mecz przegrywała i wcale nie było oczywiste, że doprowadzimy do wyrównania. Sam gol – to błędy po naszej stronie, ale też trzeba docenić piękną akcję Legii. Poklepali i rozegrali to kapitalnie. Końcowa faza to wiadomo – dośrodkowanie i dał się Lukas Klemenz wyprzedzić małemu Biczachczjanowi, co raczej nie powinno mieć miejsca. Czy Strączek miał szansę odbić tę piłkę? Oczywiście, że miał, bo przecież widać, że próbował trafić dłonią w piłkę, ale nie trafił. Nie wiem, czy to błąd, ale kompletnie się tu golkipera nie czepiam. Było blisko, czas reakcji krótki, więc myślę, że w takiej sytuacji jak piłka przysłowiowo „śmiga koło ucha”, czyli dłoni, to jest w tym też element bramkarskiego szczęścia.
No ale do 45. minuty było 0:1 i na przerwę mogliśmy schodzić na debecie. Tymczasem Bartek Nowak i Borja Galan zrobili coś, co odmieniło losy tego meczu, a bramka miała znaczenie nie tylko wynikowe. Dając takiego „pancza”, jak mówi trener Igor Jovicević, siadło Legii na morale na całą drugą połowę. I Legia już nie była tą samą drużyną, o czym po meczu mówili trener Marek Papszun i Bartosz Kapustka. Gol był na wagę złota.
W tym sezonie to nam strzelano bramki do szatni. Swego czasu przez wiele meczów – co mecz. Wyliczaliśmy to, bo było to irytujące. Sytuacja jednak się zmieniła. My już tych goli do szatni nie tracimy, a na domiar dobrego – sami je strzelamy. I tak było i z Widzewem, i z Legią. Na przerwy dwóch ostatnich meczów schodziliśmy w wyśmienitych nastrojach.
Znów swoje zrobiły stałe fragmenty gry. Znów fenomenalnie wykonuje je Bartosz Nowak. Zawodnik ma fenomenalne liczby w tej rundzie. Brał udział przy każdej z czterech bramek. Jedną zdobył, a trzy razy tak bił rzuty rożne czy wolne, że koledzy zdobywali bramki. Absolutnie fenomenalne. I choć ja bym powiedział, że Bartek chce czasem coś zrobić… za ładnie, za elegancko i nie zawsze to wyjdzie, to stwierdzam, że… może, bo to nasz wybitny zawodnik.
Przejdźmy do spraw mniej przyjemnych i już chyba domyślacie się, o co chodzi. Przyznam szczerze, że sam jestem bardzo ostrożny w ocenianiu decyzji arbitrów – ostrożny w tym sensie, że chyba mam już tyle lat, że jak czarne jest czarne, to nie udaję, że jest białe. Oczywiście będąc kibicem mojego klubu wiadomo, że mam ulgę, gdy sędzia podjął błędną decyzję na korzyść mojej drużyny. Taki to już kibicowski szowinizm. Ale nie będę udawał czy ściemniał, że tego błędu nie popełnił. Miałem swoje zdanie na temat pewnych derbów Trójmiasta i decyzji sędziego w końcówce. Ale wyszło jak wyszło – i bardzo szczęśliwie dla nas.
W ekstraklasie de facto przez te półtora sezonu nie miałem jakichś uwag do sędziów. W naszych meczach wielkich kontrowersji nie było. Nie przypominam sobie meczu, w którym mogliśmy mieć pretensje. Raczej kontrowersje, które się przewijały w przestrzeni medialnej, dotyczyły decyzji sędziów na naszą korzyść. Pamiętamy gol N’Diaya z meczu z Motorem w poprzednim sezonie (tam faktycznie chyba powinien być uznany) czy wyrównująca bramka dla Radomiaka w obecnym.
Ale to co się odjebało wczoraj, to już było po prostu słabe. Ze stadionu tego aż tak nie widziałem, ale później oglądając sobie powtórki, złość zaczęła narastać. I dziś rano zamiast wstać spokojniejszym – było wręcz przeciwnie.
Trzy sytuacje. Pierwsza to łokieć Patryka Kuna przy próbie dośrodkowania Marcina Wasielewskiego. Sytuacja nietypowa i można ją różnie rozpatrywać. Przede wszystkim łokieć wystaje zdecydowanie poza obrys sylwetki Kuna, a zawodnik obraca się w taki sposób, że tę rękę wykorzystuje do zablokowania piłki. Wydaje się, że intencjonalnie. I osiągnął z tego korzyć.
Druga to sytuacja Tobiasza z Ilją. Przecież bramkarz centralnie lewą ręką popycha napastnika w plecy, gdy ten jest przed pustą bramką. Jeszcze na szybko puszczając powtórkę na meczu mogłem się zgodzić z komentatorami, że jest to „za miękkie” na karnego. Ale wygląda na to, że Kacper przeszkodził ewidentnie Ilji w zdobyciu gola.
O ile jednak te dwie sytuacje można jeszcze rozpatrywać interpretacyjnie, choć dziwi mnie, że sędzia nie podchodził do monitora, to jest jeszcze trzecia sytuacja. I tutaj uważam, że to jest kompletny skandal. Pankov niemal łamie nogi Nowakowi, sędzia jeszcze ogląda tę sytuację na VAR-ze i utrzymuje żółtą kartkę.
Powtórzmy to jeszcze raz – Pankov WPIERDALA się prostą nogą i korkami w nogi Nowaka i grozi naszemu pomocnikowi poważną kontuzją. I teraz komentatorzy Kamil Kosowski i Adam Marchliński wili się, żeby zawodnika Legii tłumaczyć – że podwinął nogę w ostatniej chwili. I bardzo chwalili sędziego za utrzymanie w mocy kartki żółtej. Przecież to jest niepojęte. Nawet jeśli Pankov minimalnie ugiął nogę w ostatniej chwili to zrobił to i tak zdecydowanie za późno. To jest tak ewidentna czerwona kartka, że tu nawet nie ma co dyskutować. I naprawdę śmiem twierdzić, że jeśli ktokolwiek bezstronny uważa, że żółta kartka to dobra decyzja – to świadomie lub nie, ale faworyzuje Legię.
Powiem tak, bo idealnie napisał Mariusz Polak na Twitterze: „Ciekawy mecz w Katowicach. Coś mi podpowiada, że większość kibiców w Polsce trzyma kciuki za gospodarzami, a większość dziennikarzy sportowych za gośćmi”.
Nic dodać, nic ująć. Daleki jestem od teorii spiskowych, ale nie zdziwię się, jak zaraz zacznie wyciąganie Legii za uszy ze strefy spadkowej. GieKSie wczoraj należał się z tych dwóch sytuacji przynajmniej jeden rzut karny. A czerwona kartka dla Pankova jest bezdyskusyjna. Niepokazanie jej, to było przyzwolenie na boiskowy bandytyzm.
Szkoda tego meczu, bo naprawdę można go było wygrać. W pewnym sensie przełamaliśmy fatum, w końcu nie przegraliśmy z Legią, która nam nie leżała w końcówce lat 90. i na początku lat 2000, nie leżała nam i teraz. W końcu w całości zagraliśmy mecz, jak równy z równym. Zabrakło tylko kropki nad i.
Miło, że przyczyniliśmy się do pobicia przez Legię niechlubnego rekordu 12 meczów z rzędu bez zwycięstwa w lidze. GKS kiedyś był często klubem na przełamanie dla innych. Teraz to już nie ma miejsca.
Katowiczanie dalej idą łeb w łeb z poprzednim sezonem, a konkretniej – z początkiem roku. Rok temu też w pierwszych trzech meczach wiosny mieliśmy 7 punktów. Tyle że rok temu trzeci mecz to była wojna, ale mało piłki z Piastem u siebie, a teraz wojna, z dobrą piłkarską kwestią.
Możemy być dumni z piłkarzy, spisali się na medal. Mamy piękną drużynę. Kibice też wczoraj zaprezentowali się kapitalnie – komplet, wspaniały doping, wszyscy nakręceni. Kolorytu oczywiście dodał wypełniony sektor gości i kibice Legii, którzy również świetnie dopingowali. To było kolejne piłkarskie święto na Nowej Bukowej.
Czekamy na Arkę. Wracamy do miejsca wielkiego triumfu. To jest historia, piękna historia. Ale teraz czas napisać kolejny jej rozdział.
Piłka nożna Wywiady
Czerwiński: To my graliśmy lepiej
Po zremisowanym meczu z Legią porozmawialiśmy z Alanem Czerwińskim o atmosferze w klubie i na murawie, kontrowersjach sędziowskich, a także jego roli w szatni. Nie zabrakło również pytania o ulubionego krepla, a po odpowiedzi zapraszamy do lektury.
Ostatnie dwa mecze to twoje dwa udane strzały. Do trzech razy sztuka?
Alan Czerwiński: Mam taką nadzieję, dobrze się z przodu odnajduję. Szkoda, że obydwa strzały były na lewej nodze i nie mogłem pokazać mojej prawej, która jest dużo dokładniejsza. Naprawdę szkoda, że dzisiaj ta bramka nie wpadła, bo byłaby takim stemplem. To był idealny mecz na takiego gola, bo to byłoby po prostu piękne trafienie i szkoda, że nie wpadło.
Grałeś kilka meczów z dolegliwościami. Już wszystko w porządku?
Tak, dochodzę do siebie i jest coraz lepiej. W mojej głowie tak naprawdę nie ma tego urazu. Gdybym wychodził na mecz zastanawiając się, czy wszystko jest okej, miałbym spory problem. Dużo pracuję mentalnie nad przygotowaniami do meczu. W myślach nie mam żadnego urazu, nie kalkuluję nic, gram na 100% i to jest dla mnie najważniejsze w przygotowaniach. Gdy gram na 100%, mogę pokazać wszystkie umiejętności i to, co mam najlepsze.
Za twojego poprzedniego pobytu w Katowicach Legia walczyła w Lidze Mistrzów, a teraz drży o utrzymanie. To zmieniło podejście do tych spotkań?
Mecz z Legią zawsze wzbudza większe emocje wśród zawodników i kibiców. Atmosfera dzisiaj była… no fantastyczna. Nie ma co ukrywać, u nas kibice są tym dwunastym zawodnikiem. W poprzednim meczu żyli tym meczem, tak samo dzisiaj. Bardzo fajnie grać dla nich i zostawiać zdrowie dla kibiców, bardzo za to dziękujemy i to doceniamy. Co do Legii, są w fazie przebudowy, ale dalej mają dobrych zawodników i trochę jakości.
Ale tylko trochę?
Myślę, że to my dzisiaj graliśmy lepiej. Zasłużyliśmy na trzy punkty, taka jest moja opinia. Szanujemy ten remis i jeden punkt, ale staraliśmy się, a kibice też to myślę widzieli – nie grać na remis i powalczyć o trzy punkty. Walczyliśmy do końca, stworzyliśmy kilka sytuacji i zabrakło jedynie centymetrów.
Lukas Klemenz ostatnio powiedział piękne słowa, że zaangażowania i takiej zgranej ekipy nie da się po prostu kupić.
Charakterologicznie jest to świetnie dobrane. Trener sobie to układa i to się dobrze zazębia. Mam nadzieję, że będziemy to trzymać, bo przed nami trudne mecze. Będziemy potrzebować wsparcia kibiców jak dzisiaj, czy tydzień temu z Widzewem. To nas niesie i razem możemy walczyć w każdym meczu o punkty.
Kogo nie spytać, wyróżni Alana Czerwińskiego jako tego, który coś potrafi powiedzieć w szatni.
Generalnie staram się nie mówić za dużo, rozluźniać atmosferę. Nie jestem spiętym zawodnikiem, ale nie boję się wygłaszać swojego zdania. Zawsze chcę pomóc młodym chłopakom, ze starszymi zawodnikami mam dobre relacje. Po prostu nie boję się powiedzieć swojego zdania, w piłce przeżyłem już bardzo dużo. Zagrałem wiele poważnych meczów o sporym ciśnieniu, w Lidze Europy czy Konferencji. Jeden błąd waży tam bardzo dużo. Nie boję się wypowiadać, oczywiście słucham też innych chłopaków – wymieniamy się poglądami i to jest fajne. Nie zamykam się na ich zdanie, a oni na moje. Doskonale to wszystko funkcjonuje. Jeżeli chodzi o odzywanie się w szatni, bardzo to lubię. Rozluźniam atmosferę, żartem czy też dobrym słowem do naszej kochanej młodzieży.
Masz jakieś sposoby na kontrowersyjne decyzje sędziego, czy już się po prostu tym nie przejmujesz?
Totalnie nie, na mnie to już nie wpływa. Dostałem żółtą kartkę i musiałem grać ostrożnie, bo czasem to przypadek decyduje o tym, czy obejrzysz drugi kartonik. Kontrowersje sędziowskie? Pewnie jakieś były, tak mi się wydaje. Wydaje mi się, że nawet mogliśmy dostać rzut karny?
Można było dopatrzeć się nawet trzech potencjalnych jedenastek.
No to naprawdę szkoda, taki karny by nam dzisiaj bardzo pomógł. W tej szesnastce się kotłowało, a to z kolei świadczy o tym, że dochodziliśmy do sytuacji. Legia miała dzisiaj z nami problem.
Było widać przy jednej z ostatnich akcji, że instynktownie chciałeś odpychać rywala, a później cofnąłeś ręce.
Tak, tak. Wyszedłem bardzo wysoko, on sobie dzióbnął tę piłkę. W pierwszym odruchu normalnie bym akcję od razu kasował, bo wolę dostać żółtą kartkę. W ostatnim momencie, naprawdę ostatnim, zaświeciła mi się lampka i odsunąłem ręce. Przybiłem sobie brawo za tę decyzję, bo czerwona kartka mogłaby zupełnie zmienić oblicze meczu w samej końcówce.
Końcówki na Arenie Katowice faktycznie należą do was, łapiecie flow z kibicami. Mocniejszy doping to lepsza akcja i odwrotnie.
Dokładnie tak, w meczu z Widzewem to bardzo mocno odczułem. Jeden z nas zrobił wślizg, trybuny się jeszcze bardziej ożywiły i to nas dalej napędzało. Dawno nie miałem tak, by kibice żyli z drużyną, a drużyna z kibicami. Mega mi się to podoba, to naprawdę pomaga.
Jak radzą sobie nowi zawodnicy?
System nie jest najłatwiejszy, ale mamy taką drużynę, że od razu czują się bardzo dobrze. Jesteśmy otwarci. Kiedyś nie widziałem takich rzeczy, gdy przychodził nowy zawodnik, jak mu pomóc czy doradzić. Teraz staramy się, ja się staram, być bardzo dobrym kolegą. Służyć żartem, pomocą, żeby jak najszybciej się odnaleźli i dobrze czuli. Całej drużynie to wychodzi na dobre, że szybko się wkomponowują. Warunek jest jeden: będziesz się czuł dobrze, jeśli dasz z siebie 100%. Jeśli nie dasz z siebie wszystkiego, będziesz się tu czuł źle i tyle.
Tłusty czwartek za nami, jaki twój ulubiony pączek? Lukier czy cukier puder?
Zdecydowanie lukier. Ulubiony z czekoladą, jadłem z moją córką. Ja sobie takiego sprawiłem i jej też takiego przywiozłem, bardzo takie lubi. Polany czekoladą i z czekoladą w środku, nie odmówiłem sobie (śmiech).


Najnowsze komentarze