Piłka nożna Prasówka
Święta wojna i rekord frekwencji na Bukowej
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wieczornego meczu GKS Katowice – Zagłębie Sosnowiec.
1liga.org – Zapowiedź 8. kolejki Fortuna 1 Ligi
Po przerwie związanej z meczami reprezentacji narodowych piłkarze Fortuna 1 Ligi wracają do rywalizacji o punkty. Ciekawych spotkań na pewno nie zabraknie. Na wielu stadionach emocji powinno być pod dostatkiem.
[…] GKS Katowice – Zagłębie Sosnowiec, piątek 15 września, godz. 20:30
Drugie piątkowe spotkanie to bardzo ciekawie zapowiadający się pojedynek, w którym GKS Katowice podejmować będzie Zagłębie Sosnowiec. Gospodarze tego meczu to drużyna z czołówki, która do lidera traci tylko dwa punkty. GKS w ostatniej kolejce na wyjeździe zremisował 1:1 z Podbeskidziem Bielsko-Biała. Zagłębie natomiast przed przerwą w rozgrywkach odniosło bardzo ważne dla siebie zwycięstwo. Klub z Sosnowca pokonał 5:2 Lechię Gdańsk. Dla Zagłębia był to pierwszy triumf w rozgrywkach ligowych w tym sezonie. W obu zespołach przed tym meczem motywacji nie powinno brakować. Początek spotkania o godzinie 20:30.
gol24.pl – GKS Katowice – Zagłębie Sosnowiec: Święta wojna i rekord frekwencji na Bukowej
W piątek 15 września o godz. 20.30 GKS Katowice podejmować będzie na swoim stadionie Zagłębie Sosnowiec. Pojedynek 8. kolejki Fortuna 1. Ligi rozgrywany będzie trochę w cieniu Wielkich Derbów Śląska wyznaczonych na tę samą porę, ale i tak budzi po obu stronach oddzielającej Śląsk od Zagłębia rzeki Brynicy, ogromne emocje.
Pojedynki sąsiadów zza miedzy nazywane są „Świętą wojną” i po obu stronach Brynicy budzą ogromne emocje. Bilety na ten mecz sprzedają się bardzo dobrze – w Katowicach sprzedano już ponad 3 tysiące wejściówek – i w piątkowy wieczór na pewno padnie rekord frekwencji w tym sezonie Fortuna 1. Ligi na Bukowej. Na widowni zasiądzie około 5 tysięcy kibiców, w tym 409 fanów Zagłębia, choć chętnych na bilety wśród kibiców z Sosnowca było kilka razy więcej niż dostępnych miejsc.
Za faworyta zaplanowanej na piątek 15 września derbowej potyczki uchodzą podopieczni trenera Rafała Góraka. Katowiczanie w 7. kolejkach zdobyli 14 pkt – niemal trzy razy więcej niż sosnowiczanie, którzy mają na koncie tylko 5 „oczek” – a u siebie wygrali w obecnych rozgrywkach wszystkie trzy spotkania strzelając w nich aż 10 bramek. Za GKS przemawia też historia, bo to gospodarze triumfowali w trzech ostatnich pojedynkach na Bukowej z Zagłębiem.
Sosnowiczanie po raz ostatni zdobyli komplet punktów w Katowicach w 2015 r. Początek obecnego sezonu mieli fatalny, ale po przejęciu drużyny przez Artura Derbina Zagłębie jeszcze nie przegrało i jego kibice właśnie w nowym szkoleniowcu upatrują swojej szansy. Na spotkaniu fanów z trenerem i kapitanem zespołu oraz działaczami, które odbyło się we wtorek na Stadionie Ludowym, sympatycy sosnowiczan podkreślali, że pojedynek z Katowicami jest dla nich najważniejszym w sezonie i nie wy-obrażają sobie, by piłkarze nie walczyli w nim do upadłego.
Goście przyjadą na Bukową bez kontuzjowanych Antonio Pavicia, Vedrana Dalicia i Tymoteusza Klupsia. Gospodarze zagrają natomiast w piątkowy wieczór w najsilniejszym składzie.
sportdziennik.com – Magia Derbina po 8 latach?
W piątek przy Bukowej mecz GKS Katowice – Zagłębie Sosnowiec. Z góry można założyć, że czeka nas ciekawe spotkanie.
Już w piątek na Bukową przyjedzie zespół z Sosnowca. Piłkarze z Zagłębia po słabym początku sezonu ostatnio pewnie wygrali z Lechią Gdańsk 5:2. Można przyjąć, że to przyjście nowego trenera Artura Derbina wpłynęło w tak pozytywny sposób na Zagłębie. Jednak wyprawa do Katowic z pewnością nie będzie dla niego łatwą.
GKS jest mocny. Udowodnił to w tym sezonie przede wszystkim meczami u siebie. Katowiczanie wciąż nie stracili punktów na swoim terenie, a przy okazji strzelają sporo bramek. Piąte miejsce w tabeli przed najbliższą kolejką i tylko dwa „oczka” straty do lidera dobrze pokazują to, w jakim momencie jest GieKSa. Nawet ostatni remis z Podbeskidziem na wyjeździe nie powinien być rozpatrywany jako szybkie wyczerpanie się działającej formuły. Szczególnie dlatego, że były fragmenty, w których widać było to, co podopieczni Rafała Góraka mają najlepszego do zaoferowania.
Co ciekawe, Zagłębie ostatni raz na Bukowej wygrało w 2015 roku. Był to sezon świeżo po awansie na zaplecze ekstraklasy. W sierpniu tamtego roku sosnowiczanie przyjechali do Katowic i udało im się zwyciężyć 1:0. Gola strzelił wtedy Konrad Budek. Ważniejsze jednak jest to, kto w tamtym momencie był szkoleniowcem Zagłębia, a był nim… Artur Derbin. Czy magia tego lubianego w Sosnowcu szkoleniowca zadziałała także w najbliższy piątek?
zaglebie.sosnowiec-pl – Przed meczem w Katowicach
Zagłębie po raz ostatni wygrało na Bukowej ponad osiem lat temu. Niewykluczone, że w piątek nasz zespół stanie przed ostatnią w historii szansą zwycięstwa na tym obiekcie.
8 sierpnia 2015, w gorący sobotni wieczór, po bramce Konrada Budka Zagłębie wygrało wyjazdowy mecz z GKS-em Katowice. Trenerem sosnowieckiego zespołu był wówczas Artur Derbin, dla którego było to pierwsze zwycięstwo w rozgrywkach I ligi. Teraz Derbin po raz drugi w historii poprowadzi Zagłębie w meczu na Bukowej i miejmy nadzieję, że w roli szkoleniowca naszego zespołu odniesie już trzecie zwycięstwo nad katowiczanami, bo w sezonie 2015/2016 sosnowiczanie pokonali GKS także na Stadionie Ludowym, a bohaterem tamtej potyczki był Michał Fidziukiewicz, który w końcówce meczu strzelił dwie bramki i z 0:1 zrobiło się 2:1.
Od wspomnianego już meczu w 2015 roku Zagłębie grało na Bukowej cztery razy, za każdym razem pod kierownictwem innego trenera i nie odniosło ani jednego zwycięstwa. W sezonie 2016/2017 za Jacka Magiery sosnowiczanie wrócili z jednym punktem po bezbramkowym remisie (wtedy rzutu karnego nie wykorzystał Sebastian Dudek), a trzy kolejne wyprawy do Katowic zakończyły się porażkami – 0:1 w sezonie 2017/2018 za Dariusza Dudka, 2:3 w sezonie 2021/2022 za Kazimierza Moskala i 1:3 w sezonie 2022/2023 za Artura Skowronka.
Artur Derbin pozostaje więc ostatnim trenerem pod wodzą którego Zagłębie wygrało mecz na Bukowej i wiele wskazuje na to, że może być ostatnim szkoleniowcem, który poprowadzi sosnowiczan na tym stadionie. W Katowicach trwa bowiem budowa nowego stadionu na Załęskiej Hałdzie i jego oddanie do użytku jest przewidziane na drugą połowę 2024, więc nawet gdyby obie drużyny grały w tej samej lidze także w przyszłym sezonie, to istnieje spore prawdopodobieństwo, że to spotkanie odbyłoby się już na nowym obiekcie.
Piątkowy mecz będzie pierwszym od ośmiu lat meczem GKS-u z Zagłębiem, w którym udział wezmą kibice obu zespołów. Po incydentach do jakich doszło w 2015, przed trzema kolejnymi meczami na Bukowej wojewoda na wniosek policji zamykał sektor gości. Z kolei gdy przed rokiem fani Zagłębia mogli pojawić się na meczu w Katowicach, „Blaszok” był pusty, bo kibice GKS-u prowadzili protest przeciwko działalności ówczesnego prezesa klubu Marka Szczerbowskiego i bojkotowali domowe mecze.
Artur Derbin swoją drugą kadencję na stanowisku trenera Zagłębia rozpoczął niespełna trzy tygodnie temu. Z kolei szkoleniowiec GKS-u Rafał Górak prowadzi swoją drużynę nieprzerwanie od czerwca 2019, gdy przejął spadkowicza do II ligi po Dariuszu Dudku. Od tamtej pory Dudek dwukrotnie był zatrudniany i zwalniany przez Zagłębie, a w naszym klubie oprócz obecnego szkoleniowca i wspomnianego Dudka pracowało pięciu innych pierwszych trenerów (Radosław Mroczkowski, Krzysztof Dębek, Kazimierz Moskal, Artur Skowronek i Marcin Malinowski).
Spotkanie w Katowicach będzie dla Zagłębia szansą na wyjście ze strefy spadkowej. Zespół Artura Derbina przystąpi do starcia na Bukowej podbudowany wygraną 5:2 z Lechią Gdańsk, ale do sukcesu na stadionie GKS-u konieczne będzie przede wszystkim odwrócenie fatalnej serii na wyjazdach. W tym sezonie sosnowiczanie z czterech meczów poza domem wrócili z zaledwie jednym punktem, a biorąc pod uwagę cały rok 2023, Zagłębie wygrało na wyjeździe tylko jeden mecz (2:1 w Krakowie z Wisłą w 33. kolejce poprzedniego sezonu), a w aż ośmiu z jedenastu meczów naszej drużynie nie udało się strzelić bramki.
O tym, że GKS Katowice nie będzie dla Zagłębia łatwym rywalem, świadczą jego dokonania w bieżących rozgrywkach. Podopieczni Rafała Góraka z 14 punktami w dorobku zajmują w tabeli 5. miejsce i są niepokonani w sześciu kolejnych meczach. Jedynej porażki w tym sezonie GKS doznał w pierwszej kolejce, gdy w Legnicy przegrał z Miedzią 0:1. Katowiczanie są jedyną drużyną w Fortuna I lidze, która zdobyła komplet punktów w meczach u siebie. Z Bukowej na tarczy wyjechali Chrobry Głogów (3:1), Wisła Płock (4:1) i Resovia (3:0). W poprzedniej kolejce GKS zremisował 1:1 na wyjeździe w Bielsku-Białej i tym samym przerwał serię trzech kolejnych zwycięstw.
Katowiczanie mogą pochwalić się największą liczbą strzelonych bramek w Fortuna I lidze – aż 14, tyle samo ma także Bruk-Bet Termalica Nieciecza, a także najlepszym stosunkiem bramkowym wśród wszystkich pierwszoligowców (14:5, +9). Dwa z tych trafień dopisał do swojego dorobku były obrońca Zagłębia Arkadiusz Jędrych, który jest jednym z trzech ex-Zagłębiaków w obecnej kadrze GKS-u. Dwaj pozostali to bramkarz Dawid Kudła i napastnik Jakub Arak. GKS przewodzi w I lidze także w jeszcze jednej klasyfikacji, ale to akurat nie jest powodem do dumy. W sezonie 2023/2024 katowiczanie zmarnowali wszystkie trzy rzuty karne. Pechowymi strzelcami byli Jakub Arak, Sebastan Bergier i Arkadiusz Jędrych. Także w rozegranym w przerwie reprezentacyjnej sparingu z Rakowem Częstochowa GKS nie wykorzystał „jedenastki”. Tym razem spudłował Adrian Błąd.
Piątkowy mecz będzie 41. w historii spotkaniem Zagłębia z GKS-em. Sosnowiczanie byli górą w 14 meczach, w tym w spotkaniu rozegranym 25 lutego 2023 na otwarcie stadionu ArcelorMittal Park. Nasz zespół wygrał wtedy 2:1 po trafieniach Meika Karwota i Adriana Trocia. Honorową bramkę dla gości zdobył Arkadiusz Jędrych. GKS wygrał 15 meczów z Zagłębiem, a 11 razy zanotowano remis.
zaglebie.eu – 41. „Święta Wojna”. Chodzi nie tylko o 3 punkty, ale prestiż i dumę…
„Święta Wojna”, czyli rywalizacja Hanysów z Gorolami zapowiada się niezwykle ekscytująco. To będzie spotkanie ligowe nr 41 i dla kibiców z obu stron Brynicy chodzi nie tylko o 3 punkty, ale przede wszystkim prestiż i dumę…
W piątek gramy na Bukowej, gdzie po raz ostatni Zagłębie wygrało 8 lat temu. Statystyka nie jest po stronie sosnowiczan, którzy na boisku GKS-u przegrali ostatnie 3 ligowe gry. Ale już ostatni mecz tych drużyn, który miał miejsce 25 lutego 2023 roku był wielkim wydarzeniem dla kibiców Zagłębia, którzy mogli się cieszyć nie tylko z wielkiego otwarcia nowego stadionu, ale także zwycięstwa 2:1. Przypomnijmy, że historycznego gola na ArcelorMittal Park zdobył Meik Karwot, a później – druga bramkę strzelił Adrian Troć. Gol z rzutu karnego Arkadiusza Jędrycha nieznacznie osłodził katowiczanom gorycz porażki. Ale to już historia, w nowy sezon znacznie lepiej weszli piłkarze „GieKSy”, natomiast nasz zespół dopiero po zmianie na ławce trenerskiej zaczął punktować.
Zagłębie przed przerwą na mecze reprezentacji Polski odniosło bardzo ważne dla siebie zwycięstwo. Sosnowiczanie pokonali po dramatycznym spotkaniu 5:2 Lechię Gdańsk, tworząc wspólnie z rywalem wielkie widowisko. Dla Zagłębia był to pierwszy triumf w rozgrywkach ligowych w tym sezonie. Z kolei ekipa z Bukowej to drużyna z czołówki Fortuna 1. Ligi, która do lidera traci tylko dwa punkty. GKS w ostatniej kolejce na wyjeździe zremisował 1:1 z Podbeskidziem Bielsko-Biała, prezentując ciekawy futbol nastawiony na ofensywę. W obu zespołach przed tym meczem motywacji nie powinno brakować. Przypominamy – początek spotkania na Bukowej o godzinie 20:30.
Arturowi Derbinowi sen z powiek spędzają z pewnością problemy z kontuzjami, które najbardziej uderzyły w formację defensywną. Z powodu urazów nie mogą zagrać Vedran Dalić i Antonio Pavić, więc do linii obrony szkoleniowiec musi przesuwać kapitana drużyny Maksymiliana Rozwandowicza. Ponadto kontuzja mięśniowa eliminuje z występów Tymoteusza Klupsia. Są też i dobre wiadomości, po operacji długiej rekonwalescencji wraca do gry inny defensor Marcel Ziemann. Jego pierwszy występ po kilkumiesięcznej przerwie miał miejsce w Rącznej pod Krakowem, gdzie Zagłębie grało w minioną sobotę towarzyskie spotkanie z Cracovią.
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.
Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.
Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.
Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.
Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?
Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.
Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.
Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?
Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.


Najnowsze komentarze