Dołącz do nas

Siatkówka

Trefl Gdańsk – z szansami na pierwszą szóstkę ligi

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Po przerwie na rozegranie turnieju finałowego o Puchar Polski, wracamy na ligowe parkiety i następne domowe spotkanie GieKSa rozegra z Treflem Gdańsk.

Problemy organizacyjno-finansowe z przed sezonu zostały przezwyciężone i nie miały żadnego przełożenia na wyniki osiągane przez zespół z Gdańska. Biorąc pod uwagę skład osobowy jakim dysponuje trener Andrea Anastasi, to aktualny bilans 12 zwycięstw przy 6 porażkach i 6 lokata w tabeli, może zadowolić sympatyków tej ekipy. Oczywiście dorobek mógł być jeszcze większy, ponieważ Trefl wygrał aż 4 spotkania dopiero po tie-breaku, a i nie ustrzegł się dwóch wpadek w postaci porażek na własnym parkiecie z GKS-em oraz Espadonem. Dodatkowo w miniony weekend gdańszczanie wygrali niespodziewanie Puchar Polski pokonując w drodze po to trofeum nie byle kogo, bo mistrza i wicemistrza Polski. A to pokazuje prawdziwą siłę i możliwości tego zespołu.

Trefl na pewno skorzystał na zmianie rozgrywającego. Kanadyjczyk Tyler James Sanders świetnie kieruje grą swego zespołu, a ponadto jest w tej chwili piątym graczem na tej pozycji z całej ligi, wyprzedzonym tak naprawdę tylko przez Łomacza ze Skry i Toniuttiego z ZAKSY (biorąc pod uwagę siatkarzy z wyjściowych szóstek). Prawdziwą siłą napędową gdańszczan jest atakujący Damian Schulz (zdobywca aż 299 punktów), co daje mu w tej chwili czwarte miejsce wśród najlepiej punktujących graczy w PlusLidze! Ponadto Schulz jest najlepiej serwującym zawodnikiem zespołu (18 asów) oraz drugim graczem pod względem bloków punktowych (26 oczek w tym elemencie gry).

Na siatce króluje Piotr Nowakowski, który ma aż 36 bloków punktowych, co plasuje go na 8 miejscu w całej lidze. Środkowy ponadto świetnie zagrywa (16 asów) i zdobył łącznie 170 punktów, co daje mu obecnie 2 miejsce w klasyfikacji najlepszych graczy na tej pozycji. Brakuje troszkę większego wsparcia przed drugiego siatkarza, gdzie w wyjściowej szóstce grają na zmianę doświadczony Wojciech Grzyb i Amerykanin Daniel McDonnell. Numerem jeden na przyjęciu jest Artur Szalpuk (zdobywca 230 punktów), który prócz swego podstawowego zadania na boisku, dobrze gra również na siatce i dysponuje dobrą zagrywką. Wraca powoli do swej dobrej dyspozycji po przebytej chorobie Mateusz Mika. Największym minusem tej drużyny są na pewno zmiennicy na tej pozycji, którzy nie dorównują klasą reprezentantom Polski.

 

Aktualna kadra Trefla Gdańsk

rozgrywający: Tyler James Sanders (Kanada – numer 3), Michał Kozłowski (numer 18), Jan Tomczak (numer 11)
atakujący: Bradley Gunter (Kanada – numer 19), Damian Schulz (numer 7)
środkowi: Piotr Nowakowski (1), Wojciech Grzyb (2), Daniel McDonnell (USA – 10), Patryk Niemiec (9)
przyjmujący: Mateusz Mika (15), Artur Szalpuk (12), Wojciech Ferens (5), Szymon Jakubiszak (6)
libero: Maciej Olenderek (numer 14), Fabian Majcherski (numer 16)

trener: Andrea Anastasi (Włochy)
asystent trenera: Bogdan Kotnik (Słowenia)
trener przygotowania fizycznego: Wojciech Sibiga
fizjoterapeuta: Piotr Ślugajski
statystyk: Karol Rędzioch

 

Trefl Gdańsk Spółka Akcyjna
barwy: żółto-czarne
data założenia: 2005 rok
adres: Plac Dwóch Miast 1, 80-344 Gdańsk
hala: Ergo Arena, plac Dwóch Miast 1, 80-344 Gdańsk

przydomek: żółto-czarni i gdańskie lwy
maskotka: Treflik
Prezes: Dariusz Gadomski
Prokurent: Joanna Szczupaczyńska-Zalewska

 

ŁĄCZNE STATYSTYKI MECZOWE Trefla Gdańsk

Ilość rozegranych setów – GKS 67 – 67: Quiroga, 63: Kohut, 62: Komenda,
Trefl 66 – Schulz 66, Nowakowski 65, Szalpuk 64, Olenderek 61, Sanders 58, Mika 51, Grzyb 42, Kozłowski 37, Jakubiszak 35, McDonnell 32, Ferens 29, Gunter 17, Niemiec 15, Majcherski 10, Tomczak 3,

Ilość zdobytych punktów – GKS 1038: Butryn 230, Quiroga 214, Kapelus 136,
Trefl 1108 – Schulz 299, Szalpuk 230, Nowakowski 170, Mika 149, Grzyb 83, McDonnell 65, Ferens 60, Sanders 16, Gunter 14, Kozłowski 9, Jakubiszak 8, Niemiec 4, Majcherski 1,

Ilość zdobytych punktów w fazie zagrywki – GKS 352: Butryn 85, Quiroga 66, Kapelus 41,
Trefl 410 – Schulz 101, Szalpuk 83, Nowakowski 58, Mika 56, Grzyb 37, Ferens 25, McDonnell 25, Sanders 11, Kozłowski 7, Jakubiszak 2, Niemiec 2, Gunter 2, Majcherski 1,

Ilość punktów zdobytych po przyjęciu zagrywki – GKS 686: Quiroga 148, Butryn 145, Kapelus 95,
Trefl 698 – Schulz 198, Szalpuk 147, Nowakowski 112, Mika 93, Grzyb 46, McDonnell 40, Ferens 35, Gunter 12, Jakubiszak 6, Sanders 5, Niemiec 2, Kozłowski 2,

Bilans punktów zdobytych do straconych – GKS 381: Butryn 108, Quiroga 91, Kohut 66,
Trefl 509 – Schulz 170, Nowakowski 130, Szalpuk 99, Mika 55, Grzyb 44, McDonnell 29, Ferens 7, Kozłowski 3, Jakubiszak 0, Niemiec 0, Tomczak 0, Gunter 0, Majcherski -2, Sanders -6, Olenderek -20,

Ilość zagrywek – GKS 1480: Quiroga 258, Butryn 205, Komenda 189,
Trefl 1514 – Szalpuk 235, Schulz 232, Nowakowski 231, Sanders 215, Mika 195, Grzyb 146, McDonnell 107, Ferens 62, Kozłowski 53, Niemiec 18, Gunter 11, Jakubiszak 7, Majcherski 2,

Ilość błędów na zagrywce – GKS 313: Kohut 49, Pietraszko 48, Butryn 44,
Trefl 264 – Schulz 58, Szalpuk 41, Grzyb 33, Nowakowski 27, Ferens 26, McDonnell 22, Mika 21, Sanders 20, Gunter 7, Niemiec 4, Kozłowski 4, Jakubiszak 1,

Ilość asów serwisowych – GKS 88: Quiroga 21, Butryn 20, Pietraszko 12,
Trefl 90 – Schulz 18, Nowakowski 16, Szalpuk 12, Mika 12, Grzyb 8, Sanders 8, Ferens 6, McDonnell 5, Gunter 2, Jakubiszak 1, Majcherski 1, Kozłowski 1,

Ilość przyjęć – GKS 1267: Quiroga 437, Kapelus 324, Mariański 299,
Trefl 1208 – Szalpuk 358, Mika 305, Olenderek 259, Ferens 190, Majcherski 30, Grzyb 14, Jakubiszak 12, Schulz 12, McDonnell 12, Nowakowski 11, Sanders 4, Kozłowski 1,

Ilość błędów w przyjęciu – GKS 95: Quiroga 27, Mariański 23, Kapelus 21,
Trefl 96 – Szalpuk 28, Olenderek 20, Ferens 17, Mika 17, Jakubiszak 4, McDonnell 3, Majcherski 3, Nowakowski 1, Grzyb 1, Sanders 1, Schulz 1,

Przyjęcie negatywne – GKS 259: Quiroga 83, Kapelus 69, Mariański 52,
Trefl 347 – Szalpuk 104, Mika 83, Ferens 67, Olenderek 62, Majcherski 12, Nowakowski 4, Schulz 4, Sanders 3, Jakubiszak 3, Grzyb 2, McDonnell 2, Kozłowski 1,

Przyjęcie perfekcyjne – GKS 342: Quiroga 119, Mariański 95, Kapelus 79,
Trefl 265 – Szalpuk 85, Olenderek 64, Mika 59, Ferens 37, Majcherski 7, Grzyb 5, Nowakowski 2, Jakubiszak 2, Schulz 2, McDonnell 2,

Procent przyjęcia perfekcyjnego – GKS 27%: Witczak 100%, Butryn 50%, Stelmach 33%,
Trefl 22% – Grzyb 36%, Olenderek 25%, Szalpuk 24%, Majcherski 23%, Ferens 19%, Mika 19%, Nowakowski 18%, Jakubiszak 17%, Schulz 17%, McDonnell 17%, Sanders 0%, Kozłowski 0%,

Ilość ataków – GKS 1739: Quiroga 425, Butryn 419, Kapelus 289,
Trefl 1666 – Schulz 497, Szalpuk 393, Mika 283, Nowakowski 172, Ferens 90, Grzyb 89, McDonnell 70, Gunter 30, Jakubiszak 16, Sanders 10, Kozłowski 9, Niemiec 7,

Ilość błędów w ataku – GKS 112: Butryn 38, Quiroga 33, Witczak 11,
Trefl 114 – Schulz 35, Szalpuk 33, Mika 18, Nowakowski 10, McDonnell 6, Ferens 4, Grzyb 3, Jakubiszak 2, Sanders 1, Kozłowski 1, Gunter 1,

Ilość ataków zablokowanych – GKS 137: Butryn 40, Kapelus 27, Quiroga 24,
Trefl 125 – Mika 38, Schulz 35, Szalpuk 29, Ferens 6, Gunter 6, McDonnell 5, Nowakowski 2, Grzyb 2, Jakubiszak 1, Kozłowski 1,

Ilość zdobytych punktów w ataku – GKS 822: Butryn 197, Quiroga 180, Kapelus 122,
Trefl 865 – Schulz 255, Szalpuk 198, Mika 124, Nowakowski 118, Grzyb 53, Ferens 46, McDonnell 41, Gunter 12, Jakubiszak 7, Sanders 5, Kozłowski 4, Niemiec 2,

Procent punktów w stosunku do wszystkich ataków – GKS 47%: Fijałek 100%, Stelmach 100%, Pietraszko 65%,
Trefl 52% – Nowakowski 69%, Grzyb 60%, McDonnell 59%, Ferens 51%, Schulz 51%, Sanders 50%, Szalpuk 50%, Jakubiszak 44%, Mika 44%, Kozłowski 44%, Gunter 40%, Niemiec 29%,

Ilość bloków punktowych – GKS 128: Pietraszko 26, Komenda 23, Kohut 21,
Trefl 153 – Nowakowski 36, Schulz 26, Grzyb 22, Szalpuk 20, McDonnell 19, Mika 13, Ferens 8, Kozłowski 4, Sanders 3, Niemiec 2,

Ilość błędów dotknięcia siatki – GKS 20: Butryn 4, Quiroga 4, Kohut 3,
Trefl 12 – Nowakowski 4, Ferens 2, Schulz 2, Szalpuk 2, Grzyb 1, McDonnell 1,

Ilość tie-breaków (wygrany do przegranego) – GKS (1-1) – Trefl (4-0);

MVP meczów – GKS 7: Komenda 2, Butryn 2,
Trefl 12 – Schulz 5, Sanders 2, Nowakowski 2, Mika 2, Szalpuk 1,

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga