Piłka nożna
Trenerzy o meczu
Po spotkaniu GieKSy z Bytovią wypowiedzieli się obaj trenerzy – Adrian Stawski i Jacek Paszulewicz.
Adrian Stawski (trener Bytovii Bytów):
Powiedziałem chłopakom, że jestem bardzo dumny, bo GKS Katowice to bardzo dobry zespół i wyciągnąć punkty z tego terenu jest bardzo ciężko. Byliśmy zdeterminowani, by wygrać, ale zremisowaliśmy. Mieliśmy swoje sytuacje po kombinacyjnej grze, ale mogliśmy też w końcówce przegrać. Po czerwonej kartce wdarło się trochę nerwowości. Jestem bardzo zadowolony z gry.
Jacek Paszulewicz (trener GKS Katowice):
Ja dzisiaj dłużej. Mam mieszane uczucia co do tego spotkania. Dwa oblicza – pierwsza i druga połowa. Druga połowa to jest to, co wszyscy chcieliby oglądać w Katowicach, choć oczywiście też chcieliby oglądać bramki. Przychodząc obiecałem, że będziemy wdrażali śląski charakter i każdemu będzie ciężko wygrać. Uważam, że w drugiej połowie pokazaliśmy ten śląski charakter. Jakiś czas temu oglądaliśmy „Dekadę GieKSy” i tam padły bardzo mądre i istotne słowa, że awans robi się ze słabszymi rywalami. Patrząc na tabelę, Bytovia była zespołem słabszym. A skoro nawiązałem do tematu awansu, to przypomnijmy sobie, gdzie był nasz zespół, gdy zaczęliśmy tutaj pracę. Trzy filary, które są potrzebne, by zespół grał na miarę naszych oczekiwań: motoryka, organizacja i jakość gry. Dwa pierwsze pozwoliły nam dobić do stawki bijącej się o awans. Natomiast uważam, że w teorii są lepsze zespoły od nas, które potencjalnie mogą awansować. My dzięki ciężkiej pracy i szukaniu tej jakości próbujemy gonić te punkty i dopisywać je sobie do rachunku. W kontekście jakości, dzisiaj wystąpiło siedmiu skrajnie ofensywnych zawodników i w pierwszej połowie nie stworzyliśmy sobie sytuacji – wniosek jest jeden, trzeba więcej biegać i pracować i wtedy może będzie łatwiej o sytuacje. W drugiej połowie pokazaliśmy atuty, przygotowanie motoryczne sprawiło, że zawodnicy Bytovii w końcówce bronili się i im dłużej trwałby ten mecz, tym byłaby szansa na zwycięstwo. Ostatnia rzecz – doping kibiców, którzy nas dopingowali cały mecz, z drugiej strony jest mi żal kibiców spod Blaszoka, bo słysząc gwizdy z Trybuny Głównej – one nie uderzają w zespół – ale uderzają w tych, którzy dopingowali nas w 90 minut. Chciałbym im podziękować i liczę, że pomogą nam w meczach wyjazdowych. Nie stoimy na straconej pozycji, aby bić się o najwyższe cele.
Po rundzie GKS Katowice był pod kątem jakości na ósmej pozycji, teraz jest na drugim miejscu. Widzimy mankamenty, ja nie chowam głowy w piasek. Szukamy jakości i rozwiązań. Kluczem do systemu, w którym chcemy grać są dziesiątki. W tej chwili najlepiej odnajduje się w tej roli Prokić, jest Zejdler, który zadania defensywne stricte realizuje, ale nie daje w ofensywie, tyle ile mógłby dać. Cerimagić i Foszmańczyk wchodzą po kontuzjach. Mamy skład osobowy jaki mamy i wokół tego składu musimy się poruszać. Tu się nic nie zmieni, nikt nie dojdzie, nikogo nie kupimy. Nikt z otchłani nie przyjdzie nie zbawi GKS Katowice. Musimy pracować i szukać w tym, co mamy. Pracujemy nad jakością, końcówka pokazała, że można. Nie mówię o momencie, gdy Opałacz dostał czerwoną kartkę. Ale nie baliśmy się grać do przodu. Powtarzam zawodnikom, że ryzyko to jest to, że staniemy w miejscu, z takim dorobkiem punktowym, jaki mamy obecnie. Grając z ósmej pozycji po rundzie jesiennej, nie ryzykujemy niczym. Ja nadal uważam, że nie jesteśmy faworytem do awansu i pójście do przodu nie jest kompletnie ryzykiem. Wpajam to zespołowi, a na ile to wychodzi? Pierwsza połowa pokazała, że zbyt zachowawczo po raz kolejny weszliśmy w mecz. Druga połowa pokazała takie oblicze, które chciałbym widzieć. oczywiście – zabrakło bramki. Wygralibyśmy i inaczej można by było patrzeć na zespół. Widzimy swoje słabe strony, każdy mecz jest analizowany, pokazujemy w jaki sposób zawodnicy powinni się zachowywać, by dać większą jakość temu zespołowi, ale to są trzy miesiące pracy. Nie wymagajmy cudów. Być może, gdy udało się opanować te trzy filary, nie pracowałbym w GKS, tylko w jakimś europejskim klubie. Cieszę się, że jednak jestem tutaj i liczę, że uda nam się zagrać dwie dobre połowy ze Stomilem Olsztyn.
Organizacja gry jest na wysokim poziomie, bo trzeba zobaczyć ile bramek traci GKS Katowice. A uważam, że to było kluczowe w tych meczach, które udało nam się wygrać. Jakość indywidualna to jest coś, nad czym pracują wszyscy trenerzy. Ale trzeba też popatrzeć na to, że gra się tak, jak przeciwnik pozwala. Bytovia mimo niskiej pozycji w tabeli, ale to nie jest tak, że jest jakaś wielka dysproporcja. Rywalowi trzeba wydrzeć punkty z gardła i nie ma do tego innej drogi, tym bardziej, że tak jak powiedziałem – do czerwca żadnych ruchów transferowych nie będzie, więc szukamy optymalnych możliwości w swojej drużynie.
Pytania od redakcji GieKSa.pl do trenera Paszulewicza
Wspomniał pan o zachowawczej grze. Widzieliśmy już to z Puszczą, kiedy GKS przez pierwsze 20 minut stał i czekał, co zrobi rywal. Czy to jest kwestia taktyki, czy jednak taktyka była taka, by zaatakować Bytovię od początku?
Jeśli chodzi o poprzedni mecz, to wspomniałem już po spotkaniu, że realizacja założeń była słaba. Teraz zakładaliśmy, że nie pozwolimy rywalowi wyprowadzać piłki na krótko i to się udało. Brakowało naszego konstruowania akcji w drugiej linii. Po kontuzji bardzo ciężkie wejście miał Armin, stąd zmiana w 45. minucie. Być może zbyt dużo roszad spowodowało, że ten organizm musiał się przez 45 minut docierać. Mam mieszane uczucia co do tego meczu, bo druga połowa to jest to, co obiecywałem, czyli przede wszystkim walka, charakter i myślę, że to przyniesie punkty.
Zapytamy jeszcze raz o Dalibora Volasa – co z nim? Czy w takim meczu nie prosiłoby się, aby wpuścić właśnie tego zawodnika, a nie np. Kalinkowskiego? Volasa nie było nawet na ławce. Kiedy jak nie teraz?
Trenerzy dobierając ławkę rezerwowych wybiegają w przód. Jeżeli mamy jedynego zawodnika, który może zagrać na pozycji nr 6 – Poczobuta, rozpada się nam całkowicie filozofia gry. Więc tutaj wszystkie personalia na ławce sa nieprzypadkowe. To że Oktawian wypadł ze składu, jest spowodowane tym, co chcieliśmy realizować w tym spotkaniu. Volas jest w coraz lepszej dyspozycji i wejście jego do kadry może być nieoczekiwane. To nie jest tak, że ktoś może wylecieć z ławki kosztem Dalibora. Decyzje muszą być przemyślane. Sytuacja może się zmieniać jak w kalejdoskopie. Patrzmy na Olimpię Grudziądz, kiedy wypadło im dwóch młodzieżowców w jednej połowie i musieli grać w dziesiątkę. To też jest realne założenie, w kontekście którego ustalamy jedenastkę meczową. To nie jest taki zero-jedynkowy wybór, że kogoś bierzemy i ktoś wypada – staramy się zachować proporcje, jeśli wypada nam środkowy czy boczny obrońca, musimy to sensownie zastąpić. Liczę na Dalibora i na pozostałych, być może następne mecze pokażą, że dostanie szansę.
Kto pana zdaniem jest faworytem do awansu, skoro mówi pan, że są lepsi?
Teoretycznie są inne zespoły, jakościowo, choć oczywiście wiecie panowie, jak to jest z CV – można je mieć, a mieć taką formę, która nie predysponuje do gry w pierwszej lidze. Patrząc na nazwiska w innych zespołach i jakość gry – być może nie motorykę i organizację – tylko jakość, to uważam, że GieKSie tej jakości brakowało i nadal brakuje i to nie jest wrzucanie kamyczka i użalanie się nad swoim zespołem, bo ja dalej wierzę w swój zespół, tylko patrzę pod kątem statystyk, które zastałem przychodząc do tego klubu. Jeśli bazując na jakości GKS miał 7 pkt straty, to tej jakości musiało być za mało. Dołożyliśmy elementy, które wywindowały nas na drugą pozycję. W tej chwili musimy się zmierzyć z tym, że nie gonimy stawki, tylko uciekamy. Bo po tej kolejce i tak zostaliśmy na fotelu wicelidera. Wszystko jest przed nami, ale studzę głowy, bo tak jak mówiłem, to średnioterminowy plan przewiduje awans do ekstraklasy i chcielibyśmy to zrobić, ale pamiętajmy, że klubów mających taki plan jest kilka.
Kibice Piłka nożna
Legia Warszawa kibicowsko
Legia Warszawa to ekipa, której nie trzeba nikomu w Polsce przedstawiać. Również godnie reprezentują rodzimą scenę kibicowską na arenie międzynarodowej. Regularna gra w Europie oraz fenomenalna forma ultrasów sprawiły, że są doceniani przez ekipy z całego świata oraz jednocześnie nienawidzeni przez struktury UEFA.
Są prekursorami polskiej sceny kibicowskiej, organizując wszystko już w latach 70. W 1970 roku podejmowali Feyenoord Rotterdam i zobaczyli na własne oczy przyjazd kilkuset Holendrów wyposażonych w takie gadżety jak trąbki, szale, czapki i flagi. W tym dniu zadebiutowała także gazeta klubowa „Nasza Legia”, która na przestrzeni lat stała się fenomenem i wzorem do naśladowania dla innych klubów. W połowie lat 70. na Legię potrafiło przychodzić średnio kilkanaście tysięcy widzów, z czego na samą Żyletę około 2000 osób. Fani CWKS nie dość, że zaczęli jeździć na wyjazdy po całej Polsce, to od strony chuligańskiej stali się prekursorami obstawiania dworców kolejowych i atakowania ekip przyjezdnych lub przejeżdżających przez stolicę.
W tamtych latach dorobili się zgód z takimi ekipami jak: Pogoń Szczecin, Śląsk Wrocław, Wisła Kraków, Zagłębie Sosnowiec, Ruch Chorzów i Lechia Gdańsk. Z perspektywy czasu niektóre zgody brzmią niewiarygodnie (szczególnie ta z Ruchem), ale takie były wtedy realia. Sposób zawierania sojuszy był zupełny inny niż znany obecni. Niektóre relacje zostaną później odnowione i nabiorą powagi, a pozostałe przepadną i często przekształcą się w kosę.
W 1980 roku Legioniści rozegrali finał Pucharu Polski w Częstochowie ze znienawidzonym Lechem Poznań. Jadąc w 2000 osób mogli liczyć na wsparcie Śląska, Pogoni i Zagłębia okupując wszystkie knajpy w mieście od porannych godzin. Przyjazd kibiców Kolejorza w sile… 6000 (!) osób doprowadził do potężnych burd w mieście. Skala awantury przerosła wszystkich – skończyło się na co najmniej kilkudziesięciu osobach w szpitalu, w tym kilku w ciężkim stanie. Do dzisiaj niektórzy mówią, że ofiary śmiertelne zostały zatuszowane przez władze.
W późniejszych latach 80. fani Legii jeździli już składem nastawionym na przygody. Byli wszędzie znienawidzeni do tego stopnia, że miejscowe ekipy potrafiły zawierać jednodniowe sojusze byle obić Legię.
Legioniści mieli w tamtych czasach także zgody z Radomiakiem Radom i Motorem Lublin.
Ciężko to nazwać zgodą, ale fani Legii mieli bardzo dobre mieli nastawienie do… Manchesteru United, wspierając w 1980 roku Anglików podczas meczu z Widzewem w Łodzi. W 1991 roku rozegrali między sobą mecz w ramach Pucharu Zdobywców Pucharów i przyjezdni zostali ciepło przyjęci przez CWKS. Jeszcze w 1998 roku część fanów Legii, która sympatyzowała z Czerwonymi Diabłami, wsparła United na w Lodzi, ale tym razem na meczu z ŁKS. Do Miasta Włókniarzy przyjechało 700 kibiców z Anglii, a Legia zawitała w 100 osób. Rodowici Łodzianie przygotowali komitet powitalny na Kaliskiej i tam doszło do starcia.
Legia jeszcze miała zgodę czy kontakty, naprawdę ciężko to dzisiaj właściwie nazwać, z Juventusem Turyn. Ekipa Clan ’06, zrzeszająca fanów Juve z Rzymu, była głównym „odbiorcą” tych relacji, ale wzajemne odwiedzanie również nie przetrwało próby czasu. Wydaje się, że relacje powstały głównie poprzez ADO Den Haag, które z Juve trzyma od 1988 roku.
Lata 90. to chuligańskie el dorado w całej Polsce, a Legia walczyła o palmę pierwszeństwa rywalizując z kilkoma innymi czołowymi ekipami. Przyjazd Legii na Górny Śląsk zawsze był wyjątkowy, bo o ile prawie wszystkie śląskie ekipy wzajemnie się nienawidziły, to Legia miała taką „magię” w sobie, że czasem dochodziło do jednodniowych paktów. Atrakcją naszych spotkań było także Zagłębie Sosnowiec, które wspierało Legię, a na Górnym Śląsku było i jest znienawidzone (ze wzajemnością).
Nie inaczej bywało na meczach kadry. W tamtym okresie reprezentacja Polski rozgrywała swoje domowe spotkania także w Zabrzu i pojawiała się na nich Legia z Zagłębiem. To właśnie na takich pojedynkach Górnik Zabrze i Ruch Chorzów potrafili przybić zgodę pod nazwą „Śląska siła”.
Chuligani Legii byli oczywiście aktywni, kiedy mecze reprezentacji rozgrywano w Warszawie, szczególnie dużo działo się, kiedy pojawiała się koalicja ALC (Arka, Lech i Cracovia).
Dochodziło także do walk wszystkich ekip z policją, np. podczas pojedynku z Czechami. Rodzima scena chuligańska miała już taki rozgłos, że „Pepików” reprezentował praktycznie sam Banik Ostrava, bo pozostałe ekipy wystraszyły się wyczynach Polaków w Ostrawie.
Mecz z Anglią w 1999 roku na Stadionie Legii był jednym z ważniejszych w historii polskiego ruchu kibicowskiego. Został wtedy obalony mit, że Synowie Albionu rządzą i wyjaśniają wszystkich. Umówiona została walka z polskimi chuliganami (głównie Legia, Zagłębie Sosnowiec, Wisła Kraków i Lechia Gdańsk) w Parku Saski, którą Brytyjczycy przegrali.
Chyba każdy w Polsce zdaje sobie sprawę z siły Legii w dziedzinie ultras. Opraw Żyleta miała co nie miara, ale prezentacja „Witamy w piekle” na meczu z Widzewem Łódź „przebiła sufit”. Wtedy rozkwitał w kraju ruchu ultras, a Legia zaczęła w tym rzemiośle wszystkim odjeżdżać. Uprawę tworzyła grupa „Cyberfani”, którą w 2005 roku zastąpili Nieznani Sprawcy.
Obecnie jedyną zagraniczną zgodą Legii jest holenderskie ADO Den Haag. Relacje powstały niewinnie, bo w 1983 roku jeden z holenderskich kibiców zaczął korespondować z fanem Legii. Jednym z bardziej pamiętnych momentów był wyjazd fanów Legii do Utrechtu w 2002 roku w ramach europejskich pucharów. ADO wsparło swoją zgodę, a gospodarze przywitali Legię „Fuck Poland”, co przełożyło się na atmosferę na trybunach i próbę starcia. W 2010 roku zorganizowano towarzyski mecz Legii z ADO dla stołecznego kibica Wojtka, który zapoczątkował relacje obu ekip.
Aktualnie Legia ma trzy zgody w Polsce – Zagłębie Sosnowiec, Olimpię Elbląg i Radomiak Radom.
Z Sosnowiczanami zgoda miała początek w połowie lat 70., ale po spadku Zagłębia sztama przepadła przez brak kontaktów. W 1991 roku w Piotrkowie Trybunalskim podczas finału, kiedy drugi raz w historii sięgnęliśmy po Puchar Polski, zgoda Legii i Zagłębia została oficjalnie odnowiona i trwa do dzisiaj. Legia próbowała pogodzić Pogoń i Zagłębie, co przerodziło się w chwilową sztamę, ale dość szybko zmieniło się w trwającą do dziś kosę między tymi dwiema ekipami. W 2013 roku Pogoń wspierała Legionistów na prestiżowym wyjeździe w Rzymie i doszło do sytuacji, która zaważyła o końcu starej sztamy. Zaczepki „Double Trouble” (Zagłębie i BKS Stal Bielsko-Biała) w stronę Portowców i bierność stołecznych fanów sprawiły, że Pogoń poczuła się niechciana i zakończyła relację z Legią. Po obu stronach pilnowano, żeby rozstać się z szacunkiem i nie przerodzić tego w kosę, ale MKS obierając drogę ku WRWE kupił „bilet w jedną stronę”. Od tego momentu Legia ma z Pogonią kosę. Kończąc temat Zagłębia warto odnotować, że w tym roku będą oni świętować 35-lecie zgody z Legionistami.
W połowie lat 80. Legionistom kilka zgód odpadło. Starą zgodą Lechii była Olimpia Elbląg, z którą trzymali się od lat 70. Równolegle od połowy lat 70. kibice Lechii mieli sztamę z Legią i naturalnie pojawiły się pozytywne relacje Olimpii z CWKS-em. Po upadku piłkarskiego ZKS-u fani Olimpii jeździli do Warszawy prywatnie, ale część odpuściła, ponieważ nie chciała być postrzegana jako FC Elbląg. W starych zinach Legii można było o nich tak przeczytać (tak ich wtedy postrzegano), a niektórzy przedstawiali ich także jako…Polonię Elbląg, ponieważ klub wielokrotnie zmieniał nazwę. Po 2000 roku wszystko wróciło do normy i zostało przypieczętowane zgodą. Olimpia wspierała Legię najliczniej, kiedy do stolicy przyjeżdżał Stomil Olsztyn lub w momentach, kiedy Legia wybierała się na Warmię. W Sosnowcu zgoda Olimpii i Zagłębia została oficjalnie ogłoszona w 2004 roku, ale kontakty trwały już wcześniej.
W sezonie 1984/1985 Radomiak zawarł zgodę z Legią, jadąc do stolicy w 1000 osób. Przyjaźń nie przetrwała ze względu na ostatnią kolejkę sezonu, w której Legia zremisowała z Pogonią Szczecin, przez co Portowcy utrzymali się w elicie a Warchoły spadły z ligi. Były wtedy takie realia, że wynik na boisku miał wpływ na kibicowskie relacje. W 1994 roku Radomiak próbował ponownie nawiązać sztamę z Legią, ale kością niezgody była Pogoń, z którą Legioniści kilka miesięcy wcześniej odnowili zgodę. Potem fani Radomiaka związali się jedynie układem chuligańskim z GKS-em Bełchatów i Stalą Rzeszów, ale czas zweryfikował, że do siebie nie pasowali i relacje zostały zakończone. Okres bycia osamotnioną ekipą nie oznaczał, że stali w miejscu. Klub piął się w górę i grał na zapleczu Ekstraklasy, a dzięki temu, że polska scena kibicowska się mocno rozwijała, to dorobili się solidnych fan clubów, takich jak: Polonia Iłża, Proch Pionki czy Szydłowianka Szydłowiec (wszystkie już wymarły), które w swoim „primie” mocno się udzielały w regionie i rywalizowaly z koalicją Broni Radom i Powiślanki Lipsko. Wiosną 2016 roku Radomiak zawarł układ chuligański z Legią, a jesienią 2017 roku podczas meczu Radomiak – Siarka Tarnobrzeg ogłoszono, że Radom i Warszawę łączy sztama.
Kończąc wątek zgód Legii należy podkreślić, że pod Legią przez cały okres działalności przewinęło się lub trwa do dnia dzisiejszego kilkadziesiąt ekip, które im podlegają, dzięki czemu kontakty Legionistów sięgają całej Europy. Takim klubem jest między innymi Olimpia Warszawa, która od 2005 roku ma zgodę z Olimpiją Lublaną, która składem w 50 osób wsparła Legię na meczu z NK Celje. Ogólnie wszystkie ekipy z Mazowsza, nie licząc Wisły Płock i Polonii Warszawa, to składy pro Legia. Był okres, że niektóre z nich miały między sobą wojnę, ale Legia odgórnie to wyhamowała i… „zanudziła” scenę z Mazowsza.
Nasza piłkarska i kibicowska rywalizacja jest bardzo długa. Swój pierwszy mecz w Katowicach rozegraliśmy już jesienią 1965 roku i wygraliśmy 2:0.
Sezon później jesienią 1966 roku wygraliśmy w Warszawie aż 3:0, co do dnia dzisiejszego jest naszą najwyższą wygraną z CWKS-em na jej ziemi.
Do początku lat 70. nasza rywalizacja stała się regularna i potrafiliśmy nie raz pokonać Legię, ale po tym sezonie spadliśmy na siedem lat z ligi.
W 1978 roku wróciliśmy ponownie do elity, ale tylko na dwa sezony.
W 1982 roku wróciliśmy do najwyższej klasy rozgrywkowej i na dzień dobry wygraliśmy z Legią 3:1 przy obecności 10000 widzów. Czasy były takie, że… czerwone stroje były naszymi domowymi. Warto odnotować, że już wtedy do Katowic zawitało 150 kibiców Legii. U nas wszystko zaczynało dopiero raczkować.
Jesienią 1984 roku wciąż graliśmy na czerwono, ale nowością był świeżo postawiony Blaszok.
Wiosną 1985 roku przegraliśmy w Warszawie 0:1, wciąż grając w czerwonych koszulkach.
W tym samym roku w czerwcu również zagraliśmy swój pierwszy finał Pucharu Polski z Widzewem Łódź na stadionie Legii Warszawa. Liczba wspierających nas ekip była zadziwiająca: Avia Świdnik, Arka Gdynia, Broń Radom, GKS Jastrzębie, GKS Tychy, Górnik Zabrze, Hutnik Kraków, Lech Poznań, ŁKS Łódź, Polonia Warszawa, Stal Mielec, Śląsk Wrocław czy Korona Kielce. Nasza liczba tego dnia to 900 osób, z czego samej GieKSy 700. Resztę stanowiły ekipy, które na stadionie CWKS-u „określały” się po czyjej stronie stoją. Legia, której mecz nie dotyczył, postawiła na swoim zajmując Żyletę. Mecz zgromadził 12000 widzów.
W listopadzie 1985 roku w ćwierćfinale polegliśmy 2:3 z Legią, ale w całym w dwumeczu awansowaliśmy i finalnie zdobyliśmy swój pierwszy w historii Puchar Polski. Na Blaszoku zasiadało wtedy kilkunastu najwierniejszych Legionistów ze świeżo uszytą flagą „Żyleta”. Sitek i Elwira byli autorami płótna, które namalowali w czerwcu 1985 roku. Cytując pomysłodawcę Jacka: „W jakiejś gazecie władze powiedziały, że sektor z tą reklamą to jest siedlisko zła i że jak zdejmą reklamę, to to siedlisko zniszczą… No i zdjęli, ale w to miejsce, w ramach buntu, zrobiliśmy flagę”. Tak się narodziła legendarna Żyleta, której nazwa związana jest z reklamą żyletek Iridium-Polsilver, która w latach 80. wisiała nad centralnym sektorem trybuny odkrytej.
Jesienią 1986 roku, jako świeżo upieczony triumfator Pucharu Polski, pokonaliśmy Wojskowych 5:2, a do Katowic zawiało 100 fanów Legii. GieKSa zaczynała pisać swoją „Złotą dekadę” w obecności 10000 widzów. Warto odnotować, że GKS – jako pierwszy klub w historii – zdobył trzy punkty w lidze. PZPN dla urozmaicenia ligi wprowadził do regulaminu, że jeśli klub wygra z rywalem co najmniej 3 bramkami, to dopisuje sobie trzy oczka (normalnie za zwycięstwo były dwa punkty).
W rewanżu na Łazienkowskiej wiosną 1987 roku zremisowaliśmy 0:0, a GieKSiarze w stolicy zameldowali się w 100 osób. Jest to nasza pierwsza udokumentowana eskapada wyjazdowa na Legię.
Jesienią 1988 roku graliśmy w Warszawie, a 100 fanatyków GieKSy było świadkiem wygranej 2:0.
Wiosną 1989 roku graliśmy rewanż na Bukowej, który wygraliśmy 1:0, ale wydarzeniem był przyjazd Legii w 1000 (!) osób.
Dwa tygodnie później Legia grała na wyjeździe z GKS-em, ale Jastrzębie. Warto odnotować, że łączyła nas wtedy zgoda i GieKSiarze z flagą wspierali Jastrzębian.
Jesienią 1989 roku graliśmy w Warszawie. Wybrało się 150 fanów GieKSy, co było wtedy naszym rekordem, a warto wspomnieć, że otrzymaliśmy wsparcie GKS-u Jastrzębie, który swój mecz ligowy grał wcześniej na Gwardii Warszawa. Na zdjęciu widać, że GieKSa już na dobre przyjęła żółte stroje, które będą nas wyróżniać na tle wszystkich drużyn. Piłkarze zremisowali 0:0.
Wiosną 1990 roku również zremisowaliśmy 0:0 w obecności 8000 widzów.
W czerwcu 1990 roku na stadionie Widzewa Łódź rozegraliśmy między sobą swój pierwszy finał. Z Katowic wybrało się 350 fanatyków GieKSy, a Legia, jako częsty triumfator tych rozgrywek i faworyt, mogła liczyć na wsparcie 2000 gardeł. Gospodarze z RTS wystawili 200 osób. Ciekawostką była obecność kilkunastu fanów Zawiszy Bydgoszcz, którzy na własne oczy chcieli zobaczyć mecz, licząc że GieKSa wygra, bo wtedy z 4. miejsca w lidze zagraliby w europejskich pucharach. Pod kasami trafili jednak na Legię i musieli ratować się ucieczką, ale pomogliśmy im wejść na stadion i obejrzeć mecz. Na zdjęciu stoją małą grupą obok naszej ekipy wyjazdowej. Legia wygrała 2:0.
Rok później w Piotrkowie Trybunalskim ponownie zagraliśmy finał. Tym razem Legia, która tego dnia odnowiła zgodę z Zagłębiem, zameldowała się w 1800 osób. Z kolei GieKSiarze, mając wsparcie między innymi z… Chorzowa i Tychów, świętowali w 2000 osób swój drugi Puchar Polski, wygrywając 1:0.
Jesienią 1991 roku w listopadzie GieKSiarze pokonali Legię 4:2.
W czerwcu 1992 roku znowu spotkaliśmy się w finale Pucharu Polski, ale… nie na swoim meczu. Finał rozegrał Górnik Zabrze z Miedzią Legnica. Był to okres kiedy z KSG mieliśmy kosę, zaś sztamę z Miedzianką. Była to pijacka sztama, ale nasza 23 osobowa ekipa wyruszyła do stolicy z flagą, która debiutowała na meczu z FC Motherwell. W pociągu doszło dwukrotnie do walki z Górnikiem. Na stadionie obóz KSG siedział po prawej stronie Żylety, natomiast Miedź z nami i ŁKS-em Łódź zasiadła łącznie w 200 osób tam, gdzie w późniejszym czasie będą na stałe zasiadać kibice gości. Na stadionie chuligani Legii byli gospodarzem i zajęli całą Żyletę, mając wsparcie Lechii Gdańsk. Nasza flaga wisiała pierwsza z brzegu, a że gospodarze swobodnie przemieszali się po całym stadionie, to nasze płótno zostało zerwane. Bierność Miedzi, która nawet nie podjęła próby odbicia flagi, doprowadziła do wściekłości GieKSiarzy, którzy na znak zerwania zgody opuścili stadion.
Wiosną 1993 roku pojawiliśmy się w Warszawie, tym razem w 30 osób. Legia wygrała pewnie 3:1, maszerując po Mistrza Polski, który po „niedzieli cudów” zostanie jej odebrany.
Jesienią 1993 na Bukowej zremisowaliśmy 1:1, a Legię wspierało 250 osób, w tym 150 Zagłębie Sosnowiec.
W rewanżu zremisowaliśmy 0:0, a GieKSiarze zawitali na Łazienkowską w 50 osób.
Jesienią 1994 roku podejmowaliśmy Legię. Mecz rozegrano o… 11:00, ale Bukowa się zapełniła i była świadkiem niesamowitego zwycięstwa. Legioniści zameldowali się w 340 osób, w tym 180 Zagłębie i kilku Portowców, z którymi również niedawno odnowili zgodę.
W styczniu 1995 roku rozegrany został pierwszy turniej halowy w Spodku pod nazwą „EB Sport Cup”, a obok GieKSy, Górnika, Ruchu, ŁKS-u Łódź wystąpiła także Legia, która pojawiła się w 90 osob z flagą. GieKSiarze wystawili 1000 młyn, a triumfował Górnik, którego także solidnie wspierali kibice z Roosevelta.
W kwietniu 1995 jechaliśmy na Łazienkowską rekordowym składem w 180 osób. Legia wygrała 1:0 i finalnie zdobyła mistrzostwo. Ostatnia kolejka z Górnikiem Zabrze do dnia dzisiejszego dnia budzi kontrowersje.
W czerwcu rozegraliśmy finał Pucharu Polski na Łazienkowskiej. Mecz oficjalnie zgromadził 15000 widzów, nieoficjalnie kilka tysięcy więcej. Tego dnia nikt nie panował nad wejściem na stadion, każdy kibic Legii chciał ten mecz zobaczyć i fani wchodzili na wszystkie możliwe sposoby. Do Warszawy wybrało się łącznie 600 GieKSiarzy. Sam przebieg meczu to dominacja Legii i jej zwycięstwo 2:0. Feta i wjazd na murawę kilku tysięcy Legionistów nie mógł się inaczej zakończyć niż próbą ataku na nasz sektor. Nasze pojedyncze flagi zostały skrojone, ale cały gniew poszedł w stronę policji i doszło do jednej z największych awantur w historii polskiego ruchu kibicowskiego. Brak ofiar śmiertelnych można tego dnia uznać za sukces.
We wrześniu 1995 roku na stadionie Stali w Rzeszowie zdobyliśmy swoje ostatnie trofeum – Superpuchar Polski. Sam mecz nie miał prestiżu i wybrali się na niego tylko najwierniejsi kibice. Legię reprezentowało jedynie 30 osób, a od nas pojechało 60 kibiców, którzy zapoczątkowali pierwsze kontakty z JKS-em Jarosław (w tym samym roku JKS przybił zgodę z Sovią). W tym dniu mocno zmobilizowały się rzeszowskie obozy. Stal i Resovia wystawiły 300 osobowe składy. Doszło do sytuacji, w której Stal dopingowała GieKSę, zaś Resovia wspierała Legię (CWKS-y). Jednak, gdy Legia postanowiła „pozdrowić” ŁKS Łódź, Resovii odechciało się już trzymania kciuków za stołeczny klub. GKS wygrał 1:0.
W maju 1996 roku Trybuna Północna na Bukowej została oficjalnie oddana do użytku (zamontowano na niej krzesełka). Legioniści zawitali w 750 osób, mając wsparcie 400 kibiców Zagłębia i siedzieli zbici między pełną Trybuną Główną i Północną. Nabity Blaszok musiał przełknąć gorzką pigułkę – lanie 0:5. W tym dniu przyjechało do Katowic dwóch kibiców Avii Świdnik, którzy dowiedzieli się, że nasza zgoda przeszła do historii i od tego czasu zaczęliśmy bazować na haśle „Sami przeciw wszystkim”.
Jesienią 1996 roku do stolicy wybrało się 90 fanatyków GieKSy. Piłkarze przegrali 1:2.
Rewanż rozegraliśmy pod koniec czerwca 1997 roku. Do Katowic zawitało 250 fanów Legii, w tym 100 Zagłębia, które oglądało skrojone płótno swoich przyjaciół z BKS-u Stal Bielsko-Biała. Zostało ono trafione przez naszych chuliganów, kiedy jechaliśmy na Odrę Wodzisław. Legia wygrała 3:1.
Chwilę później znowu graliśmy ze sobą. Tym razem nasz ostatni finał Pucharu Polski, rozegrany na stadionie ŁKS-u Łódź. Na stadionie obecne były 4 ekipy, z których każda z każdą miała kosę. Z Katowic wyruszyło 1000 GieKSiarzy, wspieranych przez Banik. Legioniści zasiedli na przeciwko w 1500 osób, ze wsparciem Pogoni i Zagłębia. ŁKS, jako gospodarz stadionu, zasiadł na Galerze w 500 osób i „pożegnał” tam naszą flagę z 1995 roku. Ciekawostką jest fakt, że po tym, gdy ją nam skroili, to wieszali… jako swoją. Nawet na derbach Łodzi. Widocznie jednak eŁKaeSiacy uznali, że chcą nam zrobić na złość i flaga „The best of hooligans”, którą znowu my skroiliśmy ekipie Club Brugge w 1992 roku, została potargana. Na meczu zjawiła się również banda RTS-u w 150 osób, która zasiadła po naszej lewej stronie. W upalnym finale górą była Legia, wygrywając 2:0.
Jesienią 1997 graliśmy na Bukowej. Legia ponownie wygrała 1:0, a wspierało ją 270 kibiców gości, z czego 200 samego Zagłębia. Na płocie wisiała skrojona flaga CKS-u Czeladź, które zostało trafione tydzień wcześniej, kiedy graliśmy z Widzewem Łódź, a nasza banda obstawiała perony.
Wiosną 1998 roku przegraliśmy 0:2. To nie był także udany dzień dla naszych kibiców, których pojechało do Warszawy jedynie 28 (nie wypalił pociąg specjalny). Po meczu połączony skład Teddy Boys ’95 i Turyści ’97 wpadł do pociągu i obił naszą ekipę, która musi uznać wyższość warszawiaków.
Jesienią 1998 roku graliśmy w Katowicach. Legia ponownie wygrała 3:1 i nie będzie to tajemnicą, że stawało się to już naszą niechlubną tradycją. Tego dnia Legioniści zawitali w 700 osób, z czego 100 stanowiło Zagłębie. Bohaterem trybun tego dnia był Bartosz Karwan, który opuścił GKS na rzecz Legii, a Blaszok nie mógł mu tego darować.
W kwietniu 1999 roku jechaliśmy do Warszawy. Skład liczył 50 osób, w tym 8 Banik Ostrava. W Żyrardowie zaatakował RTS kamieniami, ale bez urazów. Pod stadionem połowa naszych nie miała kasy na bilet, a ochrona była nieugięta, więc reszta uniosła się honorem i nikt nie wszedł na stadion. GKS zremisował niespodziewanie 0:0, ale nie uchroniło nas to od spadku, który już wcześniej wisiał w powietrzu.
Rok 2000 był dla nas szczęśliwy. Po rocznej banicji wróciliśmy do elity i ponownie mogliśmy rozgrywać mecze z Legią, która w swojej historii jest jedyną polską drużyną, która nie miała „okazji” opuścić szeregów Ekstraklasy. W tym sezonie oprócz ligi graliśmy Puchar Ligi. Pierwszy mecz miał miejsce w sierpniu 2000 roku i na wtorkowym wyjeździe pojawiło się 38 fanatyków, którzy odpaleniem 10 rac zostawili po sobie dobre wrażenie, bo na meczu wiało nudą, a Legia wygrała skromnie 1:0.
Na rewanż goście zawitali w 300 osób, w tym 150 Zagłębie i – jak na środę i godzinę 18:00 – to była znakomita liczba. Legia wygrała 2:1. Karwan znów przypomniał się kibicom ładując nam gola.
W październiku 2000 roku rozegraliśmy jeden z naszych najlepszych pojedynków z Legią. Goście zawitali w 500 osób, z czego 200 stanowiło Zagłębie. U nas nabity młyn palił „dorobek” starć z Legią i Zagłębiem, a na meczu doszło do walki z ochroną, która został zlana i wygoniona ze stadionu. Policja dostała takiej furii, że wpadła na Blaszok ze strzelbami i uspokoiła sytuację. W trakcie meczu odpalono sporo rac, co stawało się już u nas tradycją. Piłkarze, po niesamowitym meczu pełnym dramaturgii, wygrali 1:0.
W maju 2001 roku niespodziewanie znów wygraliśmy z Legią, a na wyjeździe zameldowało się 110 GieKSiarzy, w tym 2 Banik. Żyleta nie oszczędzała swoich zawodników wyzwiskami, często śpiewając „Legia to my!”.
W październiku 2001 roku gospodarze wygrali 1:0, a nas ponownie reprezentowało 110 fanatyków. Tym razem nie było nam dane wejść przez upierdliwą ochronę, która od każdego wymagała dowodu osobistego. Decyzją grupy wszyscy wrócili do Katowic.
W marcu 2002 roku graliśmy na Bukowej. Legia zawitała w 800 osób, będąc wspierana przez 300 osób z Zagłębia. Mecz zakończył się wynikiem 3:3 i jest to jedno z najczęściej przywoływanych spotkań w rozmowach między trójkolorowymi fanami.
Jesienią 2002 roku również spotkaliśmy się na Bukowej. Legia tym razem pojawiła się w 450 osób i mimo że goście wygrali 2:1, show skradła grupa Net Fans GieKSa, prezentując kolorową pirotechnikę i balony na wzór NBA.
Wiosną 2003 roku przegraliśmy 0:3. Od nas 118 osób, w tym 5 Banik. Na meczu po obu stronach pokaz pirotechniczny i choreografia z kartonów. To tylko pokazywało jak nasza scena w tej dziedzinie parła naprzód.
Jesień 2003 roku to ogólny dramat dla polskiej sceny kibicowskiej, szczególnie ekip wyjazdowych. PZPN wprowadził idiotyczne zmiany, czyli karty kibica niezbędne do wejścia na stadion dla fanów przyjezdnych. GieKSa, jako pierwsza ekipa w Polsce, postanowiła przeciwko temu zaprotestować z transparentem „Nie jesteśmy zwierzętami, precz z kartami, przecz z chipami”. W Warszawie obecnych było 4 reprezentantów GieKSy, którzy przyjechali jedynie po to, by wywiesić wspomniane płótno. Legia wygrała 1:0.
W 2004 roku na koniec sezonu graliśmy z Legią na Bukowej. Goście zawitali w 700 osób, świętując zwycięstwo 4:2, jednak Blaszok mimo porażki także miał powody do radości. Po blisko dwóch latach wojny z pseudo sponsorem spod Częstochowy, mogliśmy firmie Dopsel zadedykować oprawę „The end”, wyganiając ich z klubu. Była to jedna z trudniejszych batalii kibiców GieKSy w walce o swój klub. Po końcowym gwizdku nastąpił wjazd na murawę po koszulki zawodników (co wtedy było tradycją), a po chwili próbowaliśmy się przedostać w kierunku Legii, ale policja szybko ostudziła nasz zapał.
Jesienią 2004 roku graliśmy u siebie. Legia zawitała w 550 osób, z czego 150 to bylo Zagłębie. Goście odpalili sporo rac, a ich drużyna pewnie wygrała 3:0. Blaszok świętuje sezon „czterdziestolatka” pirotechniką i napisem ze styropianu. Na meczu żywot skończyła flaga BKS-u, z którym Legioniści, przez zgodę z Zagłębiem, mieli dobre kontakty.
W czerwcu 2005 roku pojechaliśmy do Warszawy ostatni raz przed spadkiem z Ekstraklasy. Tych 101 fanatyków na pewno nie zakładało, że będziemy czekać aż 19 lat na powrót do elity. Legia wygrała 2:0.
Te 19 lat trwało dla nas wieki. Rok 2024 był dla nas powrotem z zaświatów. Pierwszy mecz rozegraliśmy w Warszawie. Na Łazienkowskiej ostatecznie zawitało nas 1735 głów! W tej licznie było wsparcie fanów Banika (55), JKS (24) i ROW (1). Zaprezentowaliśmy oprawę „GieKSiarze atakują!”. Legia pokonała nas 4:1.
Wiosną 2025 roku Ultras GieKSa ’03 zaprezentowała oprawę „Nasze miasta – W nich nasze ulice – Mówi się na nas GKS Katowice!” w asyście sporej ilości pirotechniki. W tym dniu zadebiutowały flagi na kijach z nazwami dzielnic i fan clubów, w których wyznaje się kult GieKSy. Fani Legii, przez brak drogi dojazdowej pod sektor gości na nowowybudowanym obiekcie, niestety nie mogli zawitać. Legia wygrała 3:1.
Ostatni nasz pojedynek to jesień 2025 roku. Legioniści chwilę wcześniej odwiesili swój bojkot, więc mecz mógł żyć pełnią wzajemnych „uprzejmości”. W niedzielny wieczór obecnych w Warszawie było 734 fanatyków GieKSy, w tym 17 JKS i 13 FCB. Legia, dosłownie rzutem na taśmę, pokonała nas 3:1.
Piłka nożna
Mecz z Jagiellonią znów odwołany
Mecz Jagiellonia Białystok – GKS Katowice, który miał się odbyć w środę 4 lutego o 20:30 został odwołany na wniosek obu zainteresowanych klubów.
Pierwotnie spotkanie miało się odbyć w niedzielę 23 listopada, ale wówczas zostało odwołane ze względu na zalegającą na boisku warstwę świeżo napadanego śniegu.
„W Białymstoku panują i przez kilka najbliższych dni prognozowane są silne mrozy, sięgające w poniedziałek i wtorek nawet –25°C, a dodatkowo w dniu meczu możliwe są opady śniegu. To najgorsze przewidywane warunki, jeszcze bardziej niekorzystne niż panujące w weekend. Obecnie na terenie województwa podlaskiego obowiązuje ostrzeżenie drugiego stopnia IMiGW w związku z silnymi mrozami. Niestety, zapowiada się, w najbliższą środę warunki na Podlasiu będą nadal bardzo złe. Ponieważ GKS Katowice już raz nie ze swojej winy nie mógł rozegrać spotkania w terminie, a Jagiellonia Białystok potwierdziła, iż przychyli się do wniosku GKS, Departament Logistyki Rozgrywek, mając na uwadze zgodne stanowisko klubów, wyznaczy nowy termin zawodów. Mecz będzie rozegrany w pierwszym możliwym terminie, a jego data zależy od wyników obydwu klubów w rozgrywkach Ligi Konferencji UEFA i Pucharu Polski” – powiedział na łamach strony ekstraklasa.org Marcin Stefański, dyrektor operacyjny Ekstraklasy SA.
Nowy termin przekładanego już dwa razy meczu poznamy wkrótce.
Piłka nożna
Z Widzewem we wtorek
Po przerwie zimowej wznowione zostaną rozgrywki Pucharu Polski. GieKSa otworzy rundę ćwierćfinałową meczem przy Nowej Bukowej we wtorek 3 marca o godzinie 20:45.
Nasza poprzednia potyczka z Widzewem zakończyła się wyjazdową porażką 0:3.
STS Puchar Polski – 1/4 finału
wtorek, 3 marca 2026
20:45 GKS Katowice – Widzew Łódź
środa, 4 marca 2026
17:30 Zawisza Bydgoszcz – Chojniczanka Chojnice
20:30 Lech Poznań – Górnik Zabrze
czwartek, 5 marca 2026
13:30 Avia Świdnik – Raków Częstochowa
Przypominamy, że za tydzień, 8 lutego o godzinie 17:30 również rozegrany zostanie domowy mecz z Widzewem w ramach rozgrywek Ekstraklasy.























































































































































Mecza
29 kwietnia 2018 at 22:00
Miałem nadzieję, że pojawi się dzisiaj Volas od pierwszej minuty. Dobre pytanie jak nie dzisiaj to kiedy? Kędziora nie może grać wszystkiego od początku. Goncerz już udowodnił że nie pomaga. Myślałem że wejdzie Fosa aby coś poklepać jak nie szło a tu „kreatywny” Kali. Trenerze mam inną ocenę drugiej połowy bo było dalej za mało gry w piłkę i tylko złość że dziwnie zaczęło się spieszyć w doliczonym czasie gry. Piłkarze nie wiedzieli, że ten mecz trzeba wygrać, że trzeba się spieszyć, zapieprzać od 1 minuty? Czekali na doliczony czas. Nadal uważam, że jedyny wytłumaczenie to mecze co 3 dni, w tygodniowej wersji będziemy mieli szybsze czasy reakcji, to są sekundy decydujące. Prokić już się potyka o swoje nogi bo trener nie rotuje, częściowo można się tylko zgodzić że nie ma kim. Młodzież ma power i można dwóch wystawić w pierwszym składzie.
1964
29 kwietnia 2018 at 22:16
Mam pytanie?Po jaki chu ściąga się Volasa skoro nie gra!Jeśli brano go na sztukę to dzięki ale trzeba było dać szanse Marchewce z Rozwoju czy innego młodego chłopaka a nie tracić hajsu na nieprzygotowanego chopa.Zresztą brak przygotowania u Volasa to wgląd na jego profesjonalizm!
Mecza
29 kwietnia 2018 at 22:28
Ja obstawiam, że to są tylko wymówki z tym przygotowaniem. Być może za mało wazeliny na treningach. Goncerz pewnie haruje na pokaz (tak sam jak łapie żółte kartki za bezsensowną agresję) i jest wyżej. Marchewka? Darujmy sobie bo on nawet nie ma miejsca w składzie Rozwoju.
Kibol
29 kwietnia 2018 at 23:15
I znowu sie zaczyna sranie w banie motoryka w nos pstryka jakośc nijakośc K….A rzygać siechce
Irishman
29 kwietnia 2018 at 23:32
Czy po jesieni byliśmy JAKOŚCIOWO na ósmym miejscu? Trener Mandrysz przejął drużynę rozbitą i zdemoralizowana po wiosennym wstydzie, uzupełnioną w bardzo dużej mierze o piłkarzy, którzy potrzebowali wtedy kilku tygodni na dojście do formy. Wtedy byliśmy jakościowo pewnie na jednym z ostatnich miejsc, co pokazywały wyniki. Ale absolutnie nie zgadzam się, że drużyna, którą przejął Paszulewicz była na ósmym miejscu, skoro potrafiła wygrać na koniec z Miedzią, która dziś niezagrożenie zmierza do Ex.
Czy obecnie JAKOŚCIOWO jesteśmy na drugim miejscu? Jeśli tak, to po dzisiejszym meczu trzeba stwierdzić, że exe-quo z Bytovią, która w przekroju całego meczu, była dla nas absolutnie równorzędnym rywalem!
Druga sprawa – jeśli (co oczywiste) nikt do drużyny nie dołączy, to czy rozsądnym jest skreślanie takiego piłkarza jak Plizga??? Akurat dziś to wybitnie brakowało, aby na boisku pojawił się ktoś potrafiący wykonywać stałe fragmenty gry, tak jak on!
Cierpliwy
29 kwietnia 2018 at 23:42
Zostało 6 małych kroczków. Po co płakać jeśli mleko się jeszcze nie wylało. Poczekajmy do połowy maja. Może to się skończy lepiej niż rok temu.
scifo
30 kwietnia 2018 at 01:58
Mecza, co do Marchewki, to on ma 17 lat i gra ogony w Rozwoju, trudno żeby decydował o jakości zespołu przez 90 minut. Jest młody, szybki, potrafi minąć zawodnika i strzelić, chyba jednak wolałbym, żeby wchodził na końcówki zamiast Goncerza i ogrywał się w 1 lidze. Wpuszczanie Gonza jest jak strzał w powietrze, dużo huku mało pożytku.
W drugiej połowie była walka …., to że było lepiej niż w pierwszej nie znaczy, że można to nazwać walką. My nie mieliśmy ani jednej 100% sytuacji, chyba, że liczymy bilard między słupkami, tyle, że słupek, to strzał niecelny. Trochę wiatru zrobił Mandrysz, ale złapał kontuzję. Gwizdy z Głównej były i owszem, ale w sytuacji jak Frańczak zamiast do przodu zaczął się cofać z piłką…
Mamy dużo szczęścia, bo Drutex miał 2 świetne okazje, raz uratował nas Wierzbicki a drugim razem gościu przestrzelił z przed 16stki.
Irishman
30 kwietnia 2018 at 04:51
A ja się zgadzam z trenerem, ze druga połowa była znacznie lepsza, bo… dostosowaliśmy się do Bytovii i zaczął się ładny mecz.
Co do kibiców to pan trener jeszcze nie wie zdaje się jak trybuna główna potrafi utrudnić życie! Dzisiaj było bardzo na plus ze strony „starszych” kibiców! A to jego gadanie, to nie wiem czy to przypadkiem nie jest już mała wazelinka, żeby jakby co mieć poparcie jednych kibiców przeciw drugim…..
Sasza
30 kwietnia 2018 at 06:13
Co do Marchewki to się zgodzę z tym, że jest jeszcze młody i 90 minut nie wytrzyma ale do ogrywania się to by się przydał. Byłem w sobotę na derbach miasta juniorów i naszych chłopaków Marchewka ograł klasycznie.
stefano
30 kwietnia 2018 at 07:51
Trener niestety ale nie ma ewentualności na atak pozycyjny , ZERO!!! strzałów z dystansu , klepy , gry prostopadłą piłka .Jak czytam o planach to mam drgawki .
Wystawianie Prokica , tylko zle wpływa na reszte zespołu , bo chop jest cieniem zawodnika z początku rundy.
Magia KATA pryska , trzeba się z niektórymi przeprosić i spróbować czegos innego niż tylko długa na Prokica.
KaTe
30 kwietnia 2018 at 08:06
Może by się przeprosił z Plizgą…
Dziadek
30 kwietnia 2018 at 11:34
Panie trenerze proszę nie robić jednego: nie nastawiać jednych kibiców przeciwko drugim. Na B1 to nie przejdzie. Na głównej siedzą ci co jeszcze niedawno byli na blaszoku i ci co dopiero tam będą. Często są to ludzie, którzy na Gieksę chodzą od lat 70 i 80 tych.
Ten mecz to była straszna niemoc. Walka była ale niemoc też. Przede wszystkim trzeba strzelać,nawet z 16. Może ten element poćwiczyć, bo strzałów dramatycznie mało.
Poza tym kibice Gieksy byli już w ostatnich latach tyle razy zrobieni w balona, że są przeczuleni na gwałtowne spadki formy i niemoc na boisku.
I jeszcze jedno: Tu jest Gieksa – tu jest presja..
wiesiek
30 kwietnia 2018 at 12:26
@Dziadek haslo tu jest Gieksa tu jest presja odeszło w siną dal wraz z Marianem Dziurowiczem. ( pamietamy oczywiscie o korupcji w tamtych latach, ale jednak wymagano cos od pilkarzy co udowodnily chocby mecze w europejskich pucharach) .
Teraz obowiazuje haslo tu jest Gieksa tu wspokoju mozna zarobic pare groszy nieprzedstawiajac zadnej wartosci pilkarskiej i tez cie nikt ztad nie wydupcy np. Gonzo, Fosa.
potf
30 kwietnia 2018 at 12:34
Jestem w szoku, dlaczego na wiosnę Plizga nie dostał jeszcze ani jednej szansy?! Przecież my w środku pola oprócz Poczobuta który jest defensywny, mamy zero jakości i kompletny brak kreatywności. Gdzie strzały z dystansu, gdzie prostopadle podania?
pablo
30 kwietnia 2018 at 22:04
dlaczego nie grał Foszmańczyk i czy zagra w następnym meczu
GieKSiorz
30 kwietnia 2018 at 22:44
pierdo…lenie o Szopenie!!!cos mi się wydaje ze będzie powtorka z przed roku niestety,zakaz awansu i tyle w temacie.ja już nie dam zrobić się w ciula,dalem ostatnia szanse ,jak teraz frajersko postapia z kibicami za rok mnie nie uswiadcza na bukowej i mysle ze dużo więcej ludzi tak postapi.Nie jestem kibicem sukcesu,chodze na Giekse już ponad 20 lat ale nie będę tolerowal jak kibiow robi się w ciula,można przed sezonem powiedzieć ze nie stać nas na awans,albo grac caly sezon w srodku tabeli a nie pompować balonik a potem huj.Panie Trenerze to ze było trochę gwizdów to i tak nic,przeciez ten mecz był jak dramat,dla mnie Bytovia prędzej zasluzyla na 3 pkt niż my.Cieszcie się ze teraz tylko gwizdy sa ,za to co zrobila ta druzyna wiosna 2017 dawniej by był klaps.Chcialbym tak bardzo się mylic!!!