Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Tygodniowy przegląd doniesień mass mediów: Serduszko GieKSy
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują informacje z ubiegłego tygodnia dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy.
Po przerwie reprezentacyjnej piłkarki wznowiły rozgrywki: w dziewiątej kolejce drużyna zremisowała 3:3 (0:1) z Medykiem Konin. Następny mecz zespół rozegra w najbliższą sobotę, na wyjeździe z Rekordem Bielsko-Biała. Piłkarze rozegrali w minionym tygodniu dwa spotkania: pierwsze z nich w ramach Pucharu Polski z Termalicą Nieciecza, drugie było spotkaniem ligowe z GKS-em 1962 Jastrzębie. W spotkaniach padły wyniki: 1:2 i 0:0. Prasówkę po tych spotkaniach meczu znajdziecie odpowiednio TUTAJ i TUTAJ.
Pomimo absencji w drużynie (kontuzje, SARS-CoV-2) siatkarze rozegrali spotkanie w piątej z drużyną Indykpol AZS Olsztyn w Katowicach. Spotkanie zakończyło się wygraną AZS-u 3:0. Następne spotkanie drużyna rozegra, w sobotę, na wyjeździe z Cuprum Lubin.
Hokeiści rozegrali dwa mecze: niestety oba przegrane. W piątek w Toruniu z KH Energą 1:2, w niedzielę, w Satelicie z drużyną RE-Plast Unią Oświęcim 2:3, po rzutach karnych. Nasza drużyna jest w dalszym ciągu liderem rozgrywek z przewagą dwóch punktów na Unią.
PIŁKA NOŻNA
sport.poinformowani.pl – Piłka nożna kobiet: wielki powrót GieKSy, lider z Łodzi zatrzymany
Miniona sobota przyniosła sporo emocji na boiskach kobiecej Ekstraligi. Piłkarki GKS-u Katowice odrobiły trzybramkową stratę i urwały punkty konińskiemu Medykowi. Pierwszą porażkę w sezonie zanotowały liderki z Łodzi, uznając wyższość AP Lotos Gdańsk. Komplet punktów zgarnęły ekipy Czarnych Sosnowiec i Górnika Łęczna.
[…] GKS Katowice – Medyk Konin
Jednym z takich zespołów był koniński Medyk, który w poprzedniej kolejce pojedynkował się z Górnikiem Łęczna i na własnym obiekcie musiał uznać wyższość rywala. Oba zespoły stworzyły emocjonujące widowisko, padło aż osiem goli, ale podopieczne trenera Romana Jaszczaka zawiodły w drugiej połowie, dając sobie wbić aż trzy bramki. Runda jesienna powoli zmierza ku końcowi, a Medyk jak dotychczas nieco rozczarowuje, pięć ostatnich spotkań przyniosło zaledwie jedną wygraną. W sobotę „Medyczki” udały się do Katowic na starcie z miejscową GieKSą, która w poprzedniej kolejce nie zdołały zatrzymać lidera z Łodzi. Oba zespoły do tego pojedynku przystępowały zatem z zamiarem zrewanżowania się za wcześniejsze niepowodzenia. Od początku spotkania inicjatywa była po stronie gospodyń, które zepchnęły „Medyczki” do defensywy. Wraz z kolejnymi upływającymi minutami do głosu częściej zaczęły dochodzić podopieczne trenera Romana Jaszczaka. Po nieco ospałym początku ekipa z Wielkopolski przenosiła ciężar gry na połowę katowiczanek, ale w pierwszym kwadransie dogodnej okazji wykreować sobie nie zdołała. Pierwszą groźną szansę przyniosła 27. minuta, kiedy to dobrze piłkę w polu karnym na długi słupek strąciła Natalia Chudzik, jednak Stephanie Zuniga Herrera nie zdołała przeciąć podania i skierować futbolówki do siatki. Starania koninianek przyniosły oczekiwane rezultaty pięć minut później, a na listę strzelczyń wpisała się Karlina Miksone. Reprezentantka Łotwy dostrzegła złe ustawienie golkiperki gospodyń, Weroniki Klimek i uderzeniem z dystansu dała swojej drużynie prowadzenie w tym spotkaniu. Podopieczne trenera Witolda Zająca natychmiast rzuciły się do odrabiania strat i w końcówce pierwszej odsłony trzykrotnie zmusiły Oliwię Szymczak do interwencji. Najbliżej szczęścia w 37. minucie była Katerina Vojtkowa, która uderzała z okolic jedenastego metra boiska, jednak golkiperka Medyka nie dała się zaskoczyć. Dobry fragment gry nie przyniósł gospodyniom trafienia i do szatni z lepszym nastrojami schodziły przyjezdne. Po powrocie na murawę „Medyczki” wyprowadziły drugi cios, szybko podwajając dorobek bramkowy. Klaudia Fabova dobiegła do prostopadłego podania posyłanego z głębi pola przez wprowadzoną na boisko po przerwie Annę Gawrońską. Skrzydłowa Medyka zachowała duży spokój, minęła golkiperkę GKS-u i skierowała piłkę do pustej bramki. Rozpędzone piłkarki z Wielkopolski kontrolowały wydarzenia na murawie stadionu w Katowicach, czego potwierdzeniem było trafieniem numer trzy. W 65. minucie precyzyjne dośrodkowanie z rzutu rożnego na gola zamieniła środkowa defensorka przyjezdnych, Julia Maskiewicz. Wydawało się, że piłkarek GieKSy nie będzie stać nawet na honorową bramkę, ale dziesięć minut po trafieniu Maskiewicz do siatki „Medyczek” po raz pierwszy w tym meczu drogę znalazło uderzenie Nikoli Brzęczek. Przyjezdne zupełnie się pogubiły, nie minęły nawet dwie minuty, a katowiczanki zdobyły bramkę kontaktową. W poczynania koninianek wkradło się sporo nerwowości, to GieKSa przejęła inicjatywę i mocno naciskała Medyka. Znakomity kwadrans miejscowych w czwartej minucie doliczonego czasu gry przypieczętowała Alicja Dyguś, doprowadzając do zasłużonego remisu. Medyk Konin roztrwonił trzybramkową zaliczkę i z Katowic wywiózł zaledwie jedno oczko.
kobiecyfutbol.pl – Hitchcock byłby dumny
Takiego dreszczowca nie powstydziłby się reżyser “Psychozy”. Starcie dwóch drużyn zajmujących miejsca w górnej części tabeli zapowiadało się ciekawie, zwłaszcza że ani katowiczanki, ani koninianki jeszcze nie zremisowały spotkania. Nikt chyba jednak nie spodziewał się takiej huśtawki nastrojów. Choć jeszcze w 73. minucie Konin prowadził trzema bramkami, spotkanie zakończyło się wynikiem 3:3.
Mecz lepiej zaczęły koninianki, po dość wyrównanej pierwszej połowie prowadziły w Katowicach po uderzeniu Miksone. W drugiej połowie katowiczanki starały się odrabiać stratę, ale to podopieczne Romana Jaszczaka zdobywały kolejne bramki: najpierw do siatki trafiła odzyskująca formę po kontuzji Klaudia Fabova, a potem na 3:0 podwyższyła Julia Maskiewicz i po trochę ponad godzinie gry wydawało się, że Medyczki wywiozą z Katowic komplet punktów.
Tymczasem w 74. minucie nastąpiło przebudzenie mocy. Najpierw do siatki trafiła Nikola Brzęczek, a trzy minuty później Oliwię Skrzypczak pokonała Weronika Kłoda i na niecały kwadrans do końca meczu nagle przewaga medyczek stopniała do jednej bramki. Gieksiarki ambitnie zaatakowały, szukając okazji do wyrównania, a nieco zdezorientowane takim obrotem sprawy koninianki starały się bronić prowadzenia i szukać okazji do kontry. Gdy kibice odliczali już sekundy do końcowego gwizdka, w 4. minucie doliczonego czasu gry piłkę w siatce umieściła Alicja Dyguś. Po chwili pani Sylwia Biernat zakończyła spotkanie i oba zespoły zanotowały całkiem zasłużony z przebiegu gry remis.
sportdziennik.com – Serduszko GieKSy
Ambitny projekt w Katowicach! GieKSa chce uderzyć do wszystkich 79 przedszkoli w mieście. Cel? Aktywizacja najmłodszych, ale nie tylko…
W stolicy Górnego Śląska przed kilkunastoma dniami wszyscy grzali się i ekscytowali wbiciem pierwszej łopaty na budowie nowego stadionu GKS. 15-tysięczny obiekt będzie miał zaspokoić potrzeby klubu z tradycjami, który ponownie chce wrócić na salony polskiej piłki.
Kto jednak wie czy ważniejszy projekt nie toczy się już w górnośląskiej metropolii, a jest on związany z najmłodszymi, bez których nowy piękny stadion, który ma być ukończony za 247 milionów w 36 miesięcy, nie ma przecież sensu.
W GieKSie wymyślili swój projekt, jak dotrzeć z zajęciami sportowymi do najmłodszych, jak zachęcić ich do uprawiania sportu, a co za tym idzie w przyszłości zasilenia samego klubu. – Projekt jest obliczony na lata i nie ma co tutaj mówić o kosztach, a tylko o inwestycji. Widzimy, jaka jest sytuacja, jaka mało dzieci są aktywne, stąd wychodzimy z propozycją do przedszkoli z naszą ofertą zajęć sportowych. Z projektem już ruszyliśmy w sześciu katowickich przedszkolach. Docelowo, jak będzie możliwość, to chcemy przeprowadzać zajęcia we wszystkich 79 przedszkolach w mieście – mówi nam Marek Szczerbowski, prezes GKS Katowice.
Jak podkreśla szef wielosekcyjnego klubu z Katowic, za całym ambitnym projektem stoi nie kto inny, jak Mariusz Pańpuch. To osoba dobrze znana w środowisku piłki młodzieżowej nie tylko na Górnym Śląsku. Wcześniej przez ćwierć wieku związany był ze słynącym z dobrej czy z bardzo dobrej pracy z młodzieżą Gwarku Zabrze. Z klubem z Biskupic zdobył w 2002 roku mistrzostwo Polski juniorów młodszych. Spod jego ręki wyszła plejada znanych graczy, z Łukaszem Piszczkiem na czele.
Od lata zeszłego roku jest w Katowicach, gdzie jest dyrektorem Akademii Młodej GieKSy. – To nasz najlepszy transfer letniego okienka – podkreśla prezes Szczerbowski.
Jak mówi i szef GKS i trener czy dyrektor Pańpuch, celem „Serduszka GieKSy” nie jest pozyskiwanie zawodników czy zawodniczek do gry w sekcji piki nożnej, hokeja czy siatkówki. – Najważniejsze dla nas jest to, żeby aktywizować dzieci na polu sportowym czy budować oraz kreować przyjazne środowisko kibiców GKS Katowic. Na podobnej zasadzie działają kluby na Zachodzie. Efektem ubocznym naszych działań ma być to, że ci co będą chcieli, to trafią do nas do klubu. Nie jest to jednak celem w samym sobie naszego projektu – podkreśla Szczerbowski.
Założenia projektu „Serduszka GieKSy” są naprawdę ambitne. Zajęcia z najmłodszymi dziećmi, 3 i 4 letnimi, odbywają się w małych, bo 8 osobowych grupach raz w tygodniu przez 45 minut. Ze starszymi, 5 i 6 letnimi jest podobnie, z tym że tam grupy są liczniejsze, bo liczą 10 dzieciaków. Docelowo zajęcia miałby się odbywać dwa razy w tygodniu.
– Są udokumentowane badania, że kiedy dziecko mając do wyboru smartphone czy zorganizowane ćwiczenia fizyczne, to wybierze tą drugą opcję. My tą właśnie drogą chcemy iść – podkreśla Mariusz Pańpuch.
– Do swojej dyspozycji mamy na razie 9 trenerów, ale nie ukrywam że szukamy szkoleniowców, którzy takiej pracy byliby się w stanie poświęcić. Przykładowo w holenderskich klubach jest tak, że wielu trenerów jest skoncentrowanych na pracy z najmłodszymi, a ich zarobki tam są takie, że to ich jedyna praca, nie muszą pracować jak nasi trenerzy od 7 rano, do 7 wieczorem – mówi trener i dyrektor Pańpuch.
– Szukamy ludzi zaangażowanych i chcących pracować z najmłodszymi. Tylko poprzez takie podejście będziemy mogli raz, że aktywizować tych najmłodszych, co jest dla nas najistotniejsze i najważniejsze, a poza tym budować wśród nich oraz ich rodziców markę naszego klubu. Ten projekt ma być kontynuowany co rok, a jego zwieńczeniem ma być „Olimpiada Przedszkolaka”. Jeśli któreś z tych najmłodszych trafi potem do nas do klubu, to tylko się będziemy z tego cieszyć – zaznacza prezes Szczerbowski.
W katowickim klubie nie ukrywają, że ambitny projekt „Serduszko GieKSy” ma też wymusić pewne rozwiązania infrastrukturalne, dotyczące rozwoju infrastruktury sportowej w mieście. Owszem, buduje się piękny stadion i całe zaplecze przy nim za prawie ćwierć miliarda złotych. To wszystko będzie służyło jednak głównie zawodowej, pierwszej drużynie, oby grającej jak najszybciej w ekstraklasie. Trenera Mariusza Pańpucha pytamy, ilu zawodników i zawodniczek trenuje w Akademii Młodej GieKSy i ile mają boisk do dyspozycji. – Mamy 450 piłkarzy i piłkarek, którzy trenują na… dwóch boiskach, na Hetmanie i Kolejarzu, choć to pierwsze już wymaga remontu – pada odpowiedź. Do tych 450 młodych piłkarzy trzeba też doliczyć 350 młodych zawodników, którzy trenują w sekcjach siatkarskiej czy hokejowej. Tutaj też bez rozbudowy i nakładów na infrastrukturę się nie obejdzie.
Oby decydenci w Katowicach mieli to w głowie i pamiętali o tych potrzebach, bo budowa nowego stadionu, choćby najpiękniejszego, nie załatwi wszystkich ważnych potrzeb, szczególnie tych dotyczących najmłodszych.
SERDUSZKO GIEKSY
Cele strategiczne:
- budowanie oraz kreowanie środowiska kibiców i marki GKS-u Katowice
- reklama i promocja klubu
- kreowanie pozytywnego wizerunku klubu
- budowanie struktury klubu grup młodzieżowych
- kształtowanie pozytywnych postaw wobec kultury fizycznej.
Cele krótkoterminowe:
- pozyskiwanie zawodników do młodzieżowych sekcji Fundacji Sportowe Katowice.
- wszechstronne propagowanie szeroko pojętej idei sportu wśród młodych ludzi,
- aktywizowanie dzieci i młodzieży do zdrowego, sportowego stylu życia,
- przekazywanie najmłodszym wartości dotyczących zdrowia oraz jego ochrony,
- promowanie aktywnego trybu życia i dobrych nawyków,
- wspieranie działań na rzecz integracji oraz nawiązywania kontaktów.
SIATKÓWKA
siatka.org – Cztery przypadki koronawirusa i uraz w GKS-ie
Wszyscy mieliśmy nadzieję, że takie komunikaty jak najnowszy GKS-u Katowice są już za nami. Niestety wzrost zakażeń koronawirusem w październiku znajduje odzwierciedlenie również w PlusLidze. Poniżej prezentujemy oświadczenie katowickiego klubu na temat stanu zdrowia w drużynie.
„Po ostatnim spotkaniu GKS-u Katowice w rozgrywkach PlusLigi jeden z zawodników naszego Klubu został skierowany na test na obecność koronawirusa SARS-CoV-2 ze względu na objawy wskazujące na zarażenie. Wynik testu okazał się pozytywny. W wyniku tego testy zostały przeprowadzone u pozostałych członków drużyny. W sumie u trzech podstawowych siatkarzy zespołu GKS-u oraz u jednego członka sztabu szkoleniowego wyniki testu na koronawirusa okazały się pozytywne. Na prośbę wyżej wymienionych Klub nie podaje imion i nazwisk zarażonych. Dodatkowo na izolację do dnia 1 listopada został skierowany jeszcze jeden siatkarz zespołu.
[…] Ponadto informujemy, że poważnego urazu doznał Tomas Rousseaux, co wyklucza zawodnika z gry i treningu na okres co najmniej do kilku tygodni. Klub złożył w środę zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa w związku z przekazaną przez Rousseaux informacją o zaatakowaniu go przez nieznanego sprawcę.
Biorąc pod uwagę powyższe okoliczności GKS Katowice zwrócił się do PLS z prośbą o przełożenie zaplanowanego na 31 października meczu z Indykpolem AZS Olsztyn.”
sportdziennik.com – A jednak grają!
Trzech zawodników ma koronowirusa, jeden przebywa na kwarantannie, zaś dwóch jest kontuzjowanych – tak prezentuje się zespół GKS-u Katowice przed meczem z Indykpolem AZS-em Olsztyn (niedz. 20.30).
Do dyspozycji trenera Grzegorza Słabego pozostało 8 zawodników, w tym dwaj libero i jeden rozgrywający.
– Już kilka dni temu poinformowaliśmy władze Polskiej Ligi Siatkówki i prosiliśmy o przełożenie i wyznaczenie nowego terminu spotkania – informuje dyrektor sekcji, Jakub Bochenek.
– Otrzymaliśmy negatywną odpowiedź. Z formalnego punktu widzenia nie było podstaw do odwołania, bo dysponujemy rozgrywającym. Wydaje się jednak, że wystarczyłaby odrobina dobrej woli ze strony władz.
Działacze olsztyńskiego AZS-u nie byli zainteresowani przełożeniem tej potyczki, bo ich siatkarze ostatnio prezentują dobrą formę i wygrali z zespołem z Zawiercia. W tej sytuacji akademikom wydaje się, że darmowe punkty w Katowicach spadną im z nieba i mecz będzie formalnością.
Natomiast trener Słaby jest mocno poirytowany sytuacją, ale wstrzymał się od jakichkolwiek wypowiedzi. Trudno mu się dziwić, skoro sytuacja jest kuriozalna. Bartosz Mariański będzie grał na swojej nominalnej pozycji, czyli libero. Natomiast jego kompan, Dawid Ogórek, jako jedyny rezerwowy może być przewidziany jako przyjmujący, bo nie podejrzewamy, by mógł wystąpić na środku czy też jako atakujący.
Rozgrywanie spotkania w takim układzie mija się z celem, ale władze PLS trzymają się sztywno swoich regulaminów.
Kuriozalny mecz
Zdziesiątkowany GKS Katowice przez koronawirus, kwarantanny oraz kontuzje nie sprostał akademikom z Olsztyna, choć ambitnie walczył do końca.
Jednak siła uderzeniowa była po stronie gości. Spotkanie trwało zaledwie 68 minut.
W kwadracie dla rezerwowych wiatr hulał, bo stał tylko Dawid Ogórek, nominalny libero, ale tym razem był przyjmującym. Pojawił się na boisku, bo Jakub Szymański narzekał na bark i nie był w pełni sił. Scenariusz wszystkich 3. odsłon był podobny. Początki były wyrównane, a potem goście szybko uzyskiwali przewagę i konsekwentnie zmierzali do końca.
– Co można zrobić na treningu gdyby było nas sześciu – pytał retorycznie po meczu rozgrywający GKS-u, Jakub Nowosielski. A po chwili dodał: – mieliśmy gry i zabawy. W meczu staraliśmy się jak mogliśmy, ale wynik mówi sam za siebie. A przed nami kolejne ważne spotkania, które będą decydowały o kształcie dolnej części tabeli. Musimy ten trudny moment przetrwać innego wyjścia nie mamy.
W tym tygodniu powróci kilku zawodników po chorobie i kontuzjach oraz dwaj środkowi z kwarantanny. Ale w jakiej będą dyspozycji? Tego nie wie nikt…
GKS Katowice – Indykpol AZS Olsztyn 0:3 (16:25, 17:25, 20:25)
HOKEJ
hokej.net – „Stalowe Pierniki” lepsze od lidera. Bombowe przewagi
W arcyciekawym spotkaniu na szczycie tabeli PHL Energa Toruń pokonała GKS Katowice 2:1. Torunianie z zimną krwią wykorzystali aptekarskie sędziowanie i obie bramki zdobyli w podwójnej przewadze.
Spotkanie pierwszej z trzecią drużyną w tabeli zwiastowało ogromny ładunek emocji. Katowiczanie chcieli potwierdzić supremację w tabeli, z kolei torunianie mieli na celu umocnienie się na pozycji gwarantującej uczestnictwo w Turnieju Finałowym Pucharu Polski. Innymi słowy kibice spodziewali się walki, ciekawych akcji, spięć pod bramką a przede wszystkim goli. I nie zawiedli się.
Początek spotkania był równie interesujący jak mecz szachowy Karpow – Kasparow. Obie drużyny były skoncentrowane na grze obronnej w myśl zasady: „z tyłu gramy na zero, z przodu zawsze coś wpadnie”. Przełamanie impasu kibice zawdzięczali… sędziom. O ile kara pięciu minut dla Oskara Krawczyka za rzucenie rywala na bandę była bezdyskusyjna, o tyle wykluczenie Macieja Kruczka było mocno aptekarskie. A że sędzia ma zawsze rację, torunianie zagrali w podwójnej przewadze, którą skwapliwie wykorzystali. Robert Korczocha wyłożył krążek do Michaiła Szabanowa, a ten atomowym strzałem spomiędzy bulików pokonał Johna Murraya.
Po strzelonej przez torunian bramce wypadki na lodzie potoczyły się błyskawicznie. Trzy minuty później kibice mieli swoiste deja vu: najpierw za nadmierną ilość graczy na lodzie karę pojechał odsiadywać Patryk Wronka, a kilka sekund później towarzystwa dotrzymał mu Jakub Wanacki. A że historia lubi się powtarzać, to i tę podwójną przewagę gospodarze spuentowali golem. W roli głównej ponownie wystąpił Korczocha, który świetnie wyłożył krążek wzdłuż linii do Mikałaja Sytego, ten zaś zapakował gumę do siatki obok rozpaczliwie interweniującego Murraya. Te dwa ciosy wyprowadzone zza podwójnej gardy mocno oszołomiły katowiczan, którzy nie byli w stanie poważniej zagrozić bramce rywala.
Początek drugiej odsłony dał nadzieję gościom na kontaktową bramkę po odesłaniu na ławkę Patryka Koguta. W odróżnieniu od gości „Stalowe Pierniki” wybroniły osłabienie, co wywołało lekką frustrację wśród graczy katowickiego klubu. Szczególnie „elektryczny” był Mateusz Bepierszcz, jednak sędziowie skutecznie tonowali nastroje. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość, że katowiczanie robili wszystko, żeby zdobyć kontaktową bramkę. Na ich nieszczęście Conrad Mölder miał dziś „dzień konia” i bronił w nieprawdopodobny sposób nawet najtrudniejsze uderzenia graczy „GieKSy”. A że dobremu bramkarzowi sprzyja szczęście, po strzale Bartosza Fraszki krążek zatrzymał się na poprzeczce.
Przewaga katowiczan nie ulegała dyskusji. I kiedy wszyscy myśleli że kontaktowa bramka jest kwestią czasu, krążek… wylądował w siatce Murraya. Na szczęście dla gości sędziowie po analizie video bramki nie uznali, z czego najbardziej niepocieszony był strzelec gola Mikałaj Syty. Powtórka pokazała wyraźnie że bramka nie znajdowała się na miejscu. W odpowiedzi goście przycisnęli, ale końcowa syrena wybrzmiała przy wyniku 2:0 dla torunian.
Ostatnia odsłona to prawdziwa wojna nerwów. W jej efekcie za ostrość w grze lód musieli opuścić Fraszko i Alaksandr Szkrabow. Obydwa zespoły rzuciły na szalę wszystko co miały najlepszego. Mnożyły się groźne sytuacje pod obydwoma bramkami. Na 5 minut przed końcem za męską wymianę zdań na ławkę powędrowali Maciej Kruczek i Henri Limma. Wówczas trener Jacek Płachta po raz pierwszy w tym spotkaniu zdjął bramkarza. Manewr powiódł się, gdyż chwilę później Grzegorz Pasiut z powietrza wbił krążek do bramki. Rozochoceni trafieniem goście jeszcze raz wycofali bramkarza, ale torunianie wyszli z opałów obronną ręką. Ostatecznie „Stalowe Pierniki” pokonały „GieKSę” 2:1 i ich udział w turnieju o Puchar Polski nie ulega wątpliwości.
Dreszczowiec dla Unii! Przesądziły rzuty karne
Siódme zwycięstwo z rzędu odnieśli hokeiści Re-Plast Unii Oświęcim. W najciekawszym meczu 18. kolejki Polskiej Hokej Ligi biało-niebiescy pokonali na wyjeździe GKS Katowice 3:2 po rzutach karnych! Znakomite spotkanie w oświęcimskiej bramce rozegrał Robert Kowalówka, który obronił 47 z 49 uderzeń rywali oraz cztery najazdy!
[…] Katowiczanie przystąpili do spotkania w niemal najmocniejszym składzie. Zabrakło jedynie zmagającego się z urazem Mateusza Rompkowskiego, do gry wrócił za to najlepszy strzelec GieKSy Anthon Eriksson.
Dużo większy problem ze złożeniem składu miał Tom Coolen, a miało to związek z faktem, iż kontuzje leczą Cole MacDonald, Patryk Noworyta, Łukasz Krzemień i Jan Sołtys. W meczowym zestawieniu znalazło się 15 zawodników z pola, w tym zaledwie trzech nominalnych obrońców! Luki w defensywie, podobnie jak w sześciu poprzednich meczach, wypełnili nominalni napastnicy: Kamil Paszek i Johan Skinnars. Przymusowa korekta nastąpiła też na pozycji bramkarza, bo chorego Clarke’a Saundersa zastąpił Robert Kowalówka.
Spotkanie mogło podobać się nawet najbardziej wymagającym kibicom. Toczone było w niezłym tempie, sporo było w nim emocji, walki i okazji strzeleckich. Większą kulturą gry wykazali się podopieczni Jacka Płachty, ale dwa punkty znalazły się na koncie oświęcimian.
W pierwszej odsłonie dwie dobre okazje miał Bartosz Fraszko, ale nie zdołał znaleźć sposobu na najmłodszego z braci Kowalówków. „Jorguś” w świetnym stylu obronił też uderzenie Carla Hudsona, który podczas gry w przewadze wypalił spod linii niebieskiej. Zrobił efektowny szpagat i złapał gumę do raka.
Oświęcimianie też mieli dwie groźne okazje, ale John Murray nie dał się pokonać ani Daniiłowi Oriechinowi, ani Andrejowi Themárowi.
Worek z bramkami rozwiązał się na początku drugiej odsłony. Katowiczanie prowadzenie objęli podczas gry w… liczebnym osłabieniu. Kontratak sprawnie wyprowadzili Grzegorz Pasiut i Bartosz Fraszko, a po uderzeniu tego pierwszego Robert Kowalówka był już bezradny.
W 29. minucie krążek znów znalazł się w oświęcimskiej bramce, ale sędziowie słusznie skorzystali z analizy wideo, by dokładnie przyjrzeć się tej sytuacji. Krążek po uderzeniu Patryka Krężołka zatrzymał się na poprzeczce, a następnie – po dobitce z powietrza 23-letniego skrzydłowego – znalazł się w siatce. Sęk w tym, że moment wcześniej oświęcimska bramka została poruszona. Gol nie mógł więc zostać zaliczony.
Niewykorzystana sytuacja błyskawicznie się zemściła. Teddy Da Costa wygrał wznowienie, a Andrej Themár wypalił z nadgarstka. „Jasiek Murarz” nie zdążył ze skuteczną interwencją.
GieKSa jeszcze przed zakończeniem drugiej odsłony odzyskała prowadzenie. Sprawną kontrę wyprowadzili Mateusz Michalski i Patryk Krężołek, a Joona Monto zwieńczył ją celnym uderzeniem z lewego bulika.
Oświęcimianie swoich szans szukali w kontrach i kilka z nich w trzeciej tercji byli wyjątkowo groźnych. Sposobu na Johna Murraya nie znaleźli Victor Rollin Carlsson, Andrej Themár i Teddy Da Costa. Wysiłki Unii zostały nagrodzone w 52. minucie, bo to właśnie wtedy wyrównał Krystian Dziubiński. Ten sam zawodnik trzy minuty później miał przed sobą pustą bramkę, ale w ostatniej chwili został zablokowany przez Mateusza Bepierszcza.
Tuż przed końcem regulaminowego czasu gry katowiczanie mogli zadać decydujący cios, jednak nie wykorzystali sytuacji 3 na 1. Strzał Patryka Wronki znakomicie zablokował Ryan Glenn.
W regulaminowym czasie gry gole już nie padły, a rozstrzygnięcia nie przyniosła też dogrywka. W niej oświęcimianie przez 35 sekund grali w przewadze. Najbliżej szczęścia był Teddy Da Costa, ale nie zdołał unieść krążka nad leżącym Johnem Murrayem. Zaraz po tym reklamował arbitrom, że był nieprzepisowo powstrzymywany przez Grzegorza Pasiuta.
Rzuty karne lepiej wykonywali goście, którzy dwukrotnie rozpracowali Johna Murraya. Niezwykłym spokojem i precyzją wykazali się Daniił Oriechin i Sebastian Kowalówka. Z kolei Robert Kowalówka obronił cztery najazdy egzekwowane kolejno przez Anthona Erikssona, Patryka Wronkę, Grzegorza Pasiuta i Bartosza Fraszkę!
Galeria Piłka nożna
Feta na Arenie Katowice
Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.
Felietony Piłka nożna
Esencja piłki nożnej
Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.
Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.
Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.
W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.
A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.
No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.
Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.
Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.
Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.
W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.
Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.
I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.
No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.
Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.
Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.
Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.
Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.
Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.
Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.
W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.
Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.
Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…
Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.
Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.
Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.
Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.
Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.
Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.
Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.
Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.
Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.
To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.
Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.
W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.
Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.
Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.
Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.
Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do meczu z Pogonią
Mecz w Szczecinie był ostatnim w tym sezonie. Oczywiście jako redakcja pojawiliśmy się na każdym z 34 meczów ligowych i 5 spotkań Pucharu Polski. Nie będziemy tym razem pisać, że zamykamy temat meczu, bo będzie on w naszych sercach jeszcze bardzo długo. Ale post scriptum musi być.
1. Tym razem pojechaliśmy aż w 5 osób: Misiek, Flifen, Kazik, Marcin i moja skromna osoba. Mieliśmy więc bardzo mocny skład na ten daleki wyjazd. Po meczu więc mieliście okazję obejrzeć m.in. trzy galerie.
2. Wyjazd mieliśmy zaplanowany wcześnie, bo chcieliśmy jeszcze w Szczecinie mieć czas na Ziemniaka. Jak to mówi Misiek – od mojego powrotu trochę zmieniły się zwyczaje – wcześniej redakcja na wyjazdach była o kanapkach, a teraz stołujemy się w knajpach 😊
3. Na mecz wziąłem amulet. Akredytację z Gryfa Wejherowo, czyli pierwszego meczu wyjazdowego w drugiej kadencji Rafała Góraka. GKS wygrał wtedy 2:0. Siedem lat odbudowy. Doprowadziło nas to do europejskich pucharów.
4. Droga była długa, bardzo długa. Zarówno tam i powrót subiektywnie wydawał się dużo bardziej mozolny niż droga do Białegostoku czy Trójmiasta.
5. Oczywiście w tamtą stronę nie brakowało ultraabsurdalnych rozmów. Musiał nam jakoś ten czas zlatywać, w końcu późnym popołudniem już miała być pełna powaga i skupienie.
6. Mogliśmy podziwiać górującą nad Dolnym Śląskiem Ślężę, która zawsze pięknie prezentuje się z autostrady. No i przejeżdżaliśmy obok Świebodzina, gdzie posąg Jezusa jest wyższy niż w Rio.
7. Gdzieś tam po drodze mini postój na mini jedzenie. Pogoda była ładna, wszystko zapowiadało piękną aurę podczas tej ostatniej kolejki na polskich stadionach.
8. Do Szczecina dojechaliśmy nieco przed piętnastą. Mieliśmy już upatrzoną knajpę, w której byliśmy rok temu, czyli „Ziemniak i spółka”. Już wiele miesięcy wcześniej mówiliśmy, że w ostatniej kolejce to będzie obowiązkowy punkt programu.
9. No właśnie – rok temu byliśmy w niedzielę, więc była duża kolejka. Tym razem kolejki nie było żadnej, do tego chłopaki zgadali się z dwoma ziomkami, którzy zajęli nam miejsce. Wszystko więc poszło szybko i sprawnie.
10. Zamówienie też przebiegło sprawnie. Dostaliśmy swoje ziemniaki, względnie inne dania, jak Misiek, który miał piramidkę z placków ziemniaczanych i schabowych. Wyglądało wybitnie, więc to chyba będzie mój wybór w następnym sezonie.
11. Naprawdę wszystko przebiegło bardzo szybko. Dzięki temu nic nam się nie opóźniło, a też do stadionu mieliśmy niedaleko. Ponownie więc przejechaliśmy przez Plac Wolności Platz, czyli Platz, który do złudzenia przypomina nasz Plac Wolności w Katowicach.
12. Po chwili byliśmy pod stadionem Pogoni Szczecin. Tym razem wiedzieliśmy już, gdzie się kierować, więc od razu wjechaliśmy na parking. Obok oczywiście było boczne boisko, na którym GieKSa grała kilka lat temu mecz Pucharu Polski z Pogonią II. Ale o tym już pisaliśmy. Ten mecz pamiętają Arkadiusz Jędrych, Marcin Wasielewski i Adrian Błąd.
13. Tym razem akredytacje były do odbioru w innym miejscu. Rok temu odbieraliśmy je w takim czarnym budynku. Teraz normalnie były w kasie. Wszystko dużymi literami, dlatego poszło szybko i znów bardzo sprawnie.
14. Kibice zbierali się na mecz. Sympatycy Pogoni zadowoleni, że w poprzednim spotkaniu udało im się zapewnić ligowy byt. Chcieli godnie pożegnać swój zespół po tych – niezbyt udanych – rozgrywkach.
15. No i już też wiedzieliśmy, gdzie kierować się do wejścia na stadion. Rok temu pobłądziliśmy – z naszej winy, bo nie przeczytaliśmy informacji na akredytacjach. Teraz więc wszystko było wiadomo, co, jak i gdzie.
16. Weszliśmy, przetrzepali nas i się rozdzieliliśmy, każdy poszedł w swoją stronę. Ja najpierw zakupiłem proporczyk Pogoni. Na różnych stadionach czasem mają, a czasem nie. Udało mi się kupić na Arce czy Cracovii, ale na większości nie było.
17. Poszedłem na dół, znaczy najpierw na górę, bo popierniczyły mi się kierunki, do Sali konferencyjnej. Zazwyczaj podczas meczu wypijam kilka herbat, ale tym razem po tym jedzeniu, nie miałem za bardzo ochoty. Wziąłem więc składy i udałem się na prasówkę.
18. Gdy zobaczyłem, że prawie wszystkie miejsca są oklejone nazwami poszczególnych redakcji, trochę się zirytowałem. Zobaczyłem jednak, że po drugiej stronie też są miejsca ze stolikami, nawet wygodniejsze. Tam więc usiadłem, myśląc, że to nadal są miejsca prasowe.
19. Ku mojemu zdziwieniu przyszedł pan starszy z panem średnim i powiedzieli, że mają na te miejsca bilety. Moja irytacja się zwiększyła, no ale skoro mieli bilety, to co miałem zrobić. Sympatyczni byli. Mimo więc, że byłem już porozkładany i podłączony – musiałem się ewakuować.
20. Wróciłem na pierwotne miejsca i jednak dostrzegłem wolne, więc je zająłem. W takim najniższym rzędzie, przed barierką. To jeszcze jednak nie było problemem, bo widoczność była okej. Większym kłopotem było to, że przed stanowiskiem dosłownie było przejście, którym chodzili kibice i – co gorsza – stali se przy barierkach. Na szczęście podczas meczu się usunęli i nie zasłaniali.
21. I pewnie dobrze, bo był kilka miejsc dalej taki furiat, który, jak ktoś z rzędów już zwykłych kibicowskich przed nim wstawał, to darł się na niego i mocno przeklinał. Z jednej strony rozumiałem złość, ale z drugiej tak łatwo dać się podpalać to zdeczko niefajne.
22. Ten sam jegomość w pewnym momencie odwalił już mega słabą akcję. Jeszcze przed meczem chodził sobie jakiś długowłosy człowiek w tym miejscu. Jakiś chłopak poprosił go o zdjęcie, więc akurat selfiak był robiony dokładnie przed stanowiskiem tego furiata. I ten normalnie walnął tego długowłosego.
23. Nie rozpoznałem go wcześniej, ale po meczu na socialach Pogoni zobaczyłem, że to był Alex Gorgon, czyli były piłkarz Portowców, który zresztą w poprzednim sezonie strzelił nam bramkę na starej jeszcze Bukowej. No i wyobraźcie sobie to – przyjeżdża były piłkarz, lubiany piłkarz, a jakiś facet go wali po plecach, bo ten sobie robi zdjęcie z młodym kibicem.
24. Do meczu było coraz bliżej. Ostatecznie warunki do pracy nieidealne, ale dobre. Prąd jest, stolik wystarczający jest, widoczność okej. Pozostawało tylko czekać na rozpoczęcie spotkania.
25. Pierwsza połowa jaka była – każdy widział. Beznadziejna w naszym wykonaniu. Pogoń objęła prowadzenie. Kibice gospodarzy bardzo głośno dopingowali, kompletnie nie odpuścili ostatniego meczu. Sektor gości też głośno wspierał swoich zawodników.
26. W przerwie był niepokój. GKS przegrywał, Legia wygrywała, więc to piłkarze ze stolicy byli w pucharach. Czekało nas ciężkie 45 minut. Takie, w których trzeba było zagrać dużo lepiej.
27. Minuty mijały. Nadzieja była, ale czasu coraz mniej. Świetnych sytuacji nie wykorzystał Mateusz Wdowiak. Lukas trafił w poprzeczkę. Trener robił już ostateczne roszady w ustawieniu.
28. Czerwona kartka dla Kamińskiego wlała trochę nadziei. Gdyby do końca pozostawało pół godziny, ta nadzieja byłaby wielka. Tu mieliśmy 7-8 minut do końca, więc tliła się. Ale gospodarze grali w dziesiątkę i mieli napastnika w bramce. My też mieliśmy kontuzjowanego bramkarza.
29. Potem to już była tylko historia. Borja Galan przeprowadził kapitalną akcję, podał do Marcela, a ten z 16 metrów strzelił tak, że Cuić nie wiedział czy bronić ręką czy nogą. Ostatecznie w pewnym sensie to był strzał perfekcyjny, bo totalnie zdezorientował bramkarza.
30. Wybuch radości, ekstaza, na boisku i na trybunach. Kilka minut jeszcze przetrwaliśmy bez większego problemu i sędzia zakończył mecz.
31. Nie będę się powtarzał z felietonu z tym, że nie wiedziałem, w co ręce włożyć. Plus ten kontekst emocjonalny. Zrobiłem więc swoją robotę, Flifen wrzucił relację i można było udać się na konferencję prasową.
32. Zadziwiająco było na niej mało dziennikarzy. Znaczy większość to byliśmy my, z Katowic i tylko kilku Szczecinian. Wśród regionalnych mediów, w przeciwieństwie do kibiców, ten mecz jak widać nie wzbudził większego zainteresowania.
33. Co ciekawe – istnieje taka obiegowa opinia, że Szczecin był/jest dla nas bardzo trudnym terenem. Uwielbiam tę opinię, bo jest powielana z dawnych czasów, jeszcze z lat 90. A przecież w nowej historii GKS Katowiczanie wcześniej wygrali tam raz i przegrali dwa razy. Więc nie aż tak źle. Bardzo trudnym terenem to jest dla nas Widzew, gdzie na ileś prób nie wygraliśmy meczu, zaliczając jedynie dwa remisy.
34. No i po raz drugi przeżyliśmy euforię w doliczonym czasie gry. Pamiętamy słynne 4:3 z 2010 roku i remontadę z 1:3 na 4:3 w końcówce. To było jeszcze na starym stadionie. Teraz – już na nowym – znów to mieliśmy okazję przeżyć.
35. Porobiliśmy swoje na salce, oczekiwanie na konferencję się bardzo przedłużało. Wróciliśmy do auta i ruszyliśmy do Katowic. Po drodze jeszcze oczywiście Maczek 😊
36. W drodze powrotnej byliśmy radośni i zmęczeni. Snuliśmy plany. Zastanawialiśmy się, jak ogarniemy puchary, jako redakcja, głównie jeśli chodzi o mecze wyjazdowe. Wyzwania przed nami. Radosne wyzwania. Możemy być dumni.
37. W stolicy Górnego Śląska byliśmy już, gdy było jasno. Po piątej rano. Mogliśmy wrócić do domu i w radości położyć się spać.
38. GieKSa w Europie!







































Najnowsze komentarze