Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Tygodniowy przegląd doniesień mass mediów: Serduszko GieKSy
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują informacje z ubiegłego tygodnia dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy.
Po przerwie reprezentacyjnej piłkarki wznowiły rozgrywki: w dziewiątej kolejce drużyna zremisowała 3:3 (0:1) z Medykiem Konin. Następny mecz zespół rozegra w najbliższą sobotę, na wyjeździe z Rekordem Bielsko-Biała. Piłkarze rozegrali w minionym tygodniu dwa spotkania: pierwsze z nich w ramach Pucharu Polski z Termalicą Nieciecza, drugie było spotkaniem ligowe z GKS-em 1962 Jastrzębie. W spotkaniach padły wyniki: 1:2 i 0:0. Prasówkę po tych spotkaniach meczu znajdziecie odpowiednio TUTAJ i TUTAJ.
Pomimo absencji w drużynie (kontuzje, SARS-CoV-2) siatkarze rozegrali spotkanie w piątej z drużyną Indykpol AZS Olsztyn w Katowicach. Spotkanie zakończyło się wygraną AZS-u 3:0. Następne spotkanie drużyna rozegra, w sobotę, na wyjeździe z Cuprum Lubin.
Hokeiści rozegrali dwa mecze: niestety oba przegrane. W piątek w Toruniu z KH Energą 1:2, w niedzielę, w Satelicie z drużyną RE-Plast Unią Oświęcim 2:3, po rzutach karnych. Nasza drużyna jest w dalszym ciągu liderem rozgrywek z przewagą dwóch punktów na Unią.
PIŁKA NOŻNA
sport.poinformowani.pl – Piłka nożna kobiet: wielki powrót GieKSy, lider z Łodzi zatrzymany
Miniona sobota przyniosła sporo emocji na boiskach kobiecej Ekstraligi. Piłkarki GKS-u Katowice odrobiły trzybramkową stratę i urwały punkty konińskiemu Medykowi. Pierwszą porażkę w sezonie zanotowały liderki z Łodzi, uznając wyższość AP Lotos Gdańsk. Komplet punktów zgarnęły ekipy Czarnych Sosnowiec i Górnika Łęczna.
[…] GKS Katowice – Medyk Konin
Jednym z takich zespołów był koniński Medyk, który w poprzedniej kolejce pojedynkował się z Górnikiem Łęczna i na własnym obiekcie musiał uznać wyższość rywala. Oba zespoły stworzyły emocjonujące widowisko, padło aż osiem goli, ale podopieczne trenera Romana Jaszczaka zawiodły w drugiej połowie, dając sobie wbić aż trzy bramki. Runda jesienna powoli zmierza ku końcowi, a Medyk jak dotychczas nieco rozczarowuje, pięć ostatnich spotkań przyniosło zaledwie jedną wygraną. W sobotę „Medyczki” udały się do Katowic na starcie z miejscową GieKSą, która w poprzedniej kolejce nie zdołały zatrzymać lidera z Łodzi. Oba zespoły do tego pojedynku przystępowały zatem z zamiarem zrewanżowania się za wcześniejsze niepowodzenia. Od początku spotkania inicjatywa była po stronie gospodyń, które zepchnęły „Medyczki” do defensywy. Wraz z kolejnymi upływającymi minutami do głosu częściej zaczęły dochodzić podopieczne trenera Romana Jaszczaka. Po nieco ospałym początku ekipa z Wielkopolski przenosiła ciężar gry na połowę katowiczanek, ale w pierwszym kwadransie dogodnej okazji wykreować sobie nie zdołała. Pierwszą groźną szansę przyniosła 27. minuta, kiedy to dobrze piłkę w polu karnym na długi słupek strąciła Natalia Chudzik, jednak Stephanie Zuniga Herrera nie zdołała przeciąć podania i skierować futbolówki do siatki. Starania koninianek przyniosły oczekiwane rezultaty pięć minut później, a na listę strzelczyń wpisała się Karlina Miksone. Reprezentantka Łotwy dostrzegła złe ustawienie golkiperki gospodyń, Weroniki Klimek i uderzeniem z dystansu dała swojej drużynie prowadzenie w tym spotkaniu. Podopieczne trenera Witolda Zająca natychmiast rzuciły się do odrabiania strat i w końcówce pierwszej odsłony trzykrotnie zmusiły Oliwię Szymczak do interwencji. Najbliżej szczęścia w 37. minucie była Katerina Vojtkowa, która uderzała z okolic jedenastego metra boiska, jednak golkiperka Medyka nie dała się zaskoczyć. Dobry fragment gry nie przyniósł gospodyniom trafienia i do szatni z lepszym nastrojami schodziły przyjezdne. Po powrocie na murawę „Medyczki” wyprowadziły drugi cios, szybko podwajając dorobek bramkowy. Klaudia Fabova dobiegła do prostopadłego podania posyłanego z głębi pola przez wprowadzoną na boisko po przerwie Annę Gawrońską. Skrzydłowa Medyka zachowała duży spokój, minęła golkiperkę GKS-u i skierowała piłkę do pustej bramki. Rozpędzone piłkarki z Wielkopolski kontrolowały wydarzenia na murawie stadionu w Katowicach, czego potwierdzeniem było trafieniem numer trzy. W 65. minucie precyzyjne dośrodkowanie z rzutu rożnego na gola zamieniła środkowa defensorka przyjezdnych, Julia Maskiewicz. Wydawało się, że piłkarek GieKSy nie będzie stać nawet na honorową bramkę, ale dziesięć minut po trafieniu Maskiewicz do siatki „Medyczek” po raz pierwszy w tym meczu drogę znalazło uderzenie Nikoli Brzęczek. Przyjezdne zupełnie się pogubiły, nie minęły nawet dwie minuty, a katowiczanki zdobyły bramkę kontaktową. W poczynania koninianek wkradło się sporo nerwowości, to GieKSa przejęła inicjatywę i mocno naciskała Medyka. Znakomity kwadrans miejscowych w czwartej minucie doliczonego czasu gry przypieczętowała Alicja Dyguś, doprowadzając do zasłużonego remisu. Medyk Konin roztrwonił trzybramkową zaliczkę i z Katowic wywiózł zaledwie jedno oczko.
kobiecyfutbol.pl – Hitchcock byłby dumny
Takiego dreszczowca nie powstydziłby się reżyser “Psychozy”. Starcie dwóch drużyn zajmujących miejsca w górnej części tabeli zapowiadało się ciekawie, zwłaszcza że ani katowiczanki, ani koninianki jeszcze nie zremisowały spotkania. Nikt chyba jednak nie spodziewał się takiej huśtawki nastrojów. Choć jeszcze w 73. minucie Konin prowadził trzema bramkami, spotkanie zakończyło się wynikiem 3:3.
Mecz lepiej zaczęły koninianki, po dość wyrównanej pierwszej połowie prowadziły w Katowicach po uderzeniu Miksone. W drugiej połowie katowiczanki starały się odrabiać stratę, ale to podopieczne Romana Jaszczaka zdobywały kolejne bramki: najpierw do siatki trafiła odzyskująca formę po kontuzji Klaudia Fabova, a potem na 3:0 podwyższyła Julia Maskiewicz i po trochę ponad godzinie gry wydawało się, że Medyczki wywiozą z Katowic komplet punktów.
Tymczasem w 74. minucie nastąpiło przebudzenie mocy. Najpierw do siatki trafiła Nikola Brzęczek, a trzy minuty później Oliwię Skrzypczak pokonała Weronika Kłoda i na niecały kwadrans do końca meczu nagle przewaga medyczek stopniała do jednej bramki. Gieksiarki ambitnie zaatakowały, szukając okazji do wyrównania, a nieco zdezorientowane takim obrotem sprawy koninianki starały się bronić prowadzenia i szukać okazji do kontry. Gdy kibice odliczali już sekundy do końcowego gwizdka, w 4. minucie doliczonego czasu gry piłkę w siatce umieściła Alicja Dyguś. Po chwili pani Sylwia Biernat zakończyła spotkanie i oba zespoły zanotowały całkiem zasłużony z przebiegu gry remis.
sportdziennik.com – Serduszko GieKSy
Ambitny projekt w Katowicach! GieKSa chce uderzyć do wszystkich 79 przedszkoli w mieście. Cel? Aktywizacja najmłodszych, ale nie tylko…
W stolicy Górnego Śląska przed kilkunastoma dniami wszyscy grzali się i ekscytowali wbiciem pierwszej łopaty na budowie nowego stadionu GKS. 15-tysięczny obiekt będzie miał zaspokoić potrzeby klubu z tradycjami, który ponownie chce wrócić na salony polskiej piłki.
Kto jednak wie czy ważniejszy projekt nie toczy się już w górnośląskiej metropolii, a jest on związany z najmłodszymi, bez których nowy piękny stadion, który ma być ukończony za 247 milionów w 36 miesięcy, nie ma przecież sensu.
W GieKSie wymyślili swój projekt, jak dotrzeć z zajęciami sportowymi do najmłodszych, jak zachęcić ich do uprawiania sportu, a co za tym idzie w przyszłości zasilenia samego klubu. – Projekt jest obliczony na lata i nie ma co tutaj mówić o kosztach, a tylko o inwestycji. Widzimy, jaka jest sytuacja, jaka mało dzieci są aktywne, stąd wychodzimy z propozycją do przedszkoli z naszą ofertą zajęć sportowych. Z projektem już ruszyliśmy w sześciu katowickich przedszkolach. Docelowo, jak będzie możliwość, to chcemy przeprowadzać zajęcia we wszystkich 79 przedszkolach w mieście – mówi nam Marek Szczerbowski, prezes GKS Katowice.
Jak podkreśla szef wielosekcyjnego klubu z Katowic, za całym ambitnym projektem stoi nie kto inny, jak Mariusz Pańpuch. To osoba dobrze znana w środowisku piłki młodzieżowej nie tylko na Górnym Śląsku. Wcześniej przez ćwierć wieku związany był ze słynącym z dobrej czy z bardzo dobrej pracy z młodzieżą Gwarku Zabrze. Z klubem z Biskupic zdobył w 2002 roku mistrzostwo Polski juniorów młodszych. Spod jego ręki wyszła plejada znanych graczy, z Łukaszem Piszczkiem na czele.
Od lata zeszłego roku jest w Katowicach, gdzie jest dyrektorem Akademii Młodej GieKSy. – To nasz najlepszy transfer letniego okienka – podkreśla prezes Szczerbowski.
Jak mówi i szef GKS i trener czy dyrektor Pańpuch, celem „Serduszka GieKSy” nie jest pozyskiwanie zawodników czy zawodniczek do gry w sekcji piki nożnej, hokeja czy siatkówki. – Najważniejsze dla nas jest to, żeby aktywizować dzieci na polu sportowym czy budować oraz kreować przyjazne środowisko kibiców GKS Katowic. Na podobnej zasadzie działają kluby na Zachodzie. Efektem ubocznym naszych działań ma być to, że ci co będą chcieli, to trafią do nas do klubu. Nie jest to jednak celem w samym sobie naszego projektu – podkreśla Szczerbowski.
Założenia projektu „Serduszka GieKSy” są naprawdę ambitne. Zajęcia z najmłodszymi dziećmi, 3 i 4 letnimi, odbywają się w małych, bo 8 osobowych grupach raz w tygodniu przez 45 minut. Ze starszymi, 5 i 6 letnimi jest podobnie, z tym że tam grupy są liczniejsze, bo liczą 10 dzieciaków. Docelowo zajęcia miałby się odbywać dwa razy w tygodniu.
– Są udokumentowane badania, że kiedy dziecko mając do wyboru smartphone czy zorganizowane ćwiczenia fizyczne, to wybierze tą drugą opcję. My tą właśnie drogą chcemy iść – podkreśla Mariusz Pańpuch.
– Do swojej dyspozycji mamy na razie 9 trenerów, ale nie ukrywam że szukamy szkoleniowców, którzy takiej pracy byliby się w stanie poświęcić. Przykładowo w holenderskich klubach jest tak, że wielu trenerów jest skoncentrowanych na pracy z najmłodszymi, a ich zarobki tam są takie, że to ich jedyna praca, nie muszą pracować jak nasi trenerzy od 7 rano, do 7 wieczorem – mówi trener i dyrektor Pańpuch.
– Szukamy ludzi zaangażowanych i chcących pracować z najmłodszymi. Tylko poprzez takie podejście będziemy mogli raz, że aktywizować tych najmłodszych, co jest dla nas najistotniejsze i najważniejsze, a poza tym budować wśród nich oraz ich rodziców markę naszego klubu. Ten projekt ma być kontynuowany co rok, a jego zwieńczeniem ma być „Olimpiada Przedszkolaka”. Jeśli któreś z tych najmłodszych trafi potem do nas do klubu, to tylko się będziemy z tego cieszyć – zaznacza prezes Szczerbowski.
W katowickim klubie nie ukrywają, że ambitny projekt „Serduszko GieKSy” ma też wymusić pewne rozwiązania infrastrukturalne, dotyczące rozwoju infrastruktury sportowej w mieście. Owszem, buduje się piękny stadion i całe zaplecze przy nim za prawie ćwierć miliarda złotych. To wszystko będzie służyło jednak głównie zawodowej, pierwszej drużynie, oby grającej jak najszybciej w ekstraklasie. Trenera Mariusza Pańpucha pytamy, ilu zawodników i zawodniczek trenuje w Akademii Młodej GieKSy i ile mają boisk do dyspozycji. – Mamy 450 piłkarzy i piłkarek, którzy trenują na… dwóch boiskach, na Hetmanie i Kolejarzu, choć to pierwsze już wymaga remontu – pada odpowiedź. Do tych 450 młodych piłkarzy trzeba też doliczyć 350 młodych zawodników, którzy trenują w sekcjach siatkarskiej czy hokejowej. Tutaj też bez rozbudowy i nakładów na infrastrukturę się nie obejdzie.
Oby decydenci w Katowicach mieli to w głowie i pamiętali o tych potrzebach, bo budowa nowego stadionu, choćby najpiękniejszego, nie załatwi wszystkich ważnych potrzeb, szczególnie tych dotyczących najmłodszych.
SERDUSZKO GIEKSY
Cele strategiczne:
- budowanie oraz kreowanie środowiska kibiców i marki GKS-u Katowice
- reklama i promocja klubu
- kreowanie pozytywnego wizerunku klubu
- budowanie struktury klubu grup młodzieżowych
- kształtowanie pozytywnych postaw wobec kultury fizycznej.
Cele krótkoterminowe:
- pozyskiwanie zawodników do młodzieżowych sekcji Fundacji Sportowe Katowice.
- wszechstronne propagowanie szeroko pojętej idei sportu wśród młodych ludzi,
- aktywizowanie dzieci i młodzieży do zdrowego, sportowego stylu życia,
- przekazywanie najmłodszym wartości dotyczących zdrowia oraz jego ochrony,
- promowanie aktywnego trybu życia i dobrych nawyków,
- wspieranie działań na rzecz integracji oraz nawiązywania kontaktów.
SIATKÓWKA
siatka.org – Cztery przypadki koronawirusa i uraz w GKS-ie
Wszyscy mieliśmy nadzieję, że takie komunikaty jak najnowszy GKS-u Katowice są już za nami. Niestety wzrost zakażeń koronawirusem w październiku znajduje odzwierciedlenie również w PlusLidze. Poniżej prezentujemy oświadczenie katowickiego klubu na temat stanu zdrowia w drużynie.
„Po ostatnim spotkaniu GKS-u Katowice w rozgrywkach PlusLigi jeden z zawodników naszego Klubu został skierowany na test na obecność koronawirusa SARS-CoV-2 ze względu na objawy wskazujące na zarażenie. Wynik testu okazał się pozytywny. W wyniku tego testy zostały przeprowadzone u pozostałych członków drużyny. W sumie u trzech podstawowych siatkarzy zespołu GKS-u oraz u jednego członka sztabu szkoleniowego wyniki testu na koronawirusa okazały się pozytywne. Na prośbę wyżej wymienionych Klub nie podaje imion i nazwisk zarażonych. Dodatkowo na izolację do dnia 1 listopada został skierowany jeszcze jeden siatkarz zespołu.
[…] Ponadto informujemy, że poważnego urazu doznał Tomas Rousseaux, co wyklucza zawodnika z gry i treningu na okres co najmniej do kilku tygodni. Klub złożył w środę zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa w związku z przekazaną przez Rousseaux informacją o zaatakowaniu go przez nieznanego sprawcę.
Biorąc pod uwagę powyższe okoliczności GKS Katowice zwrócił się do PLS z prośbą o przełożenie zaplanowanego na 31 października meczu z Indykpolem AZS Olsztyn.”
sportdziennik.com – A jednak grają!
Trzech zawodników ma koronowirusa, jeden przebywa na kwarantannie, zaś dwóch jest kontuzjowanych – tak prezentuje się zespół GKS-u Katowice przed meczem z Indykpolem AZS-em Olsztyn (niedz. 20.30).
Do dyspozycji trenera Grzegorza Słabego pozostało 8 zawodników, w tym dwaj libero i jeden rozgrywający.
– Już kilka dni temu poinformowaliśmy władze Polskiej Ligi Siatkówki i prosiliśmy o przełożenie i wyznaczenie nowego terminu spotkania – informuje dyrektor sekcji, Jakub Bochenek.
– Otrzymaliśmy negatywną odpowiedź. Z formalnego punktu widzenia nie było podstaw do odwołania, bo dysponujemy rozgrywającym. Wydaje się jednak, że wystarczyłaby odrobina dobrej woli ze strony władz.
Działacze olsztyńskiego AZS-u nie byli zainteresowani przełożeniem tej potyczki, bo ich siatkarze ostatnio prezentują dobrą formę i wygrali z zespołem z Zawiercia. W tej sytuacji akademikom wydaje się, że darmowe punkty w Katowicach spadną im z nieba i mecz będzie formalnością.
Natomiast trener Słaby jest mocno poirytowany sytuacją, ale wstrzymał się od jakichkolwiek wypowiedzi. Trudno mu się dziwić, skoro sytuacja jest kuriozalna. Bartosz Mariański będzie grał na swojej nominalnej pozycji, czyli libero. Natomiast jego kompan, Dawid Ogórek, jako jedyny rezerwowy może być przewidziany jako przyjmujący, bo nie podejrzewamy, by mógł wystąpić na środku czy też jako atakujący.
Rozgrywanie spotkania w takim układzie mija się z celem, ale władze PLS trzymają się sztywno swoich regulaminów.
Kuriozalny mecz
Zdziesiątkowany GKS Katowice przez koronawirus, kwarantanny oraz kontuzje nie sprostał akademikom z Olsztyna, choć ambitnie walczył do końca.
Jednak siła uderzeniowa była po stronie gości. Spotkanie trwało zaledwie 68 minut.
W kwadracie dla rezerwowych wiatr hulał, bo stał tylko Dawid Ogórek, nominalny libero, ale tym razem był przyjmującym. Pojawił się na boisku, bo Jakub Szymański narzekał na bark i nie był w pełni sił. Scenariusz wszystkich 3. odsłon był podobny. Początki były wyrównane, a potem goście szybko uzyskiwali przewagę i konsekwentnie zmierzali do końca.
– Co można zrobić na treningu gdyby było nas sześciu – pytał retorycznie po meczu rozgrywający GKS-u, Jakub Nowosielski. A po chwili dodał: – mieliśmy gry i zabawy. W meczu staraliśmy się jak mogliśmy, ale wynik mówi sam za siebie. A przed nami kolejne ważne spotkania, które będą decydowały o kształcie dolnej części tabeli. Musimy ten trudny moment przetrwać innego wyjścia nie mamy.
W tym tygodniu powróci kilku zawodników po chorobie i kontuzjach oraz dwaj środkowi z kwarantanny. Ale w jakiej będą dyspozycji? Tego nie wie nikt…
GKS Katowice – Indykpol AZS Olsztyn 0:3 (16:25, 17:25, 20:25)
HOKEJ
hokej.net – „Stalowe Pierniki” lepsze od lidera. Bombowe przewagi
W arcyciekawym spotkaniu na szczycie tabeli PHL Energa Toruń pokonała GKS Katowice 2:1. Torunianie z zimną krwią wykorzystali aptekarskie sędziowanie i obie bramki zdobyli w podwójnej przewadze.
Spotkanie pierwszej z trzecią drużyną w tabeli zwiastowało ogromny ładunek emocji. Katowiczanie chcieli potwierdzić supremację w tabeli, z kolei torunianie mieli na celu umocnienie się na pozycji gwarantującej uczestnictwo w Turnieju Finałowym Pucharu Polski. Innymi słowy kibice spodziewali się walki, ciekawych akcji, spięć pod bramką a przede wszystkim goli. I nie zawiedli się.
Początek spotkania był równie interesujący jak mecz szachowy Karpow – Kasparow. Obie drużyny były skoncentrowane na grze obronnej w myśl zasady: „z tyłu gramy na zero, z przodu zawsze coś wpadnie”. Przełamanie impasu kibice zawdzięczali… sędziom. O ile kara pięciu minut dla Oskara Krawczyka za rzucenie rywala na bandę była bezdyskusyjna, o tyle wykluczenie Macieja Kruczka było mocno aptekarskie. A że sędzia ma zawsze rację, torunianie zagrali w podwójnej przewadze, którą skwapliwie wykorzystali. Robert Korczocha wyłożył krążek do Michaiła Szabanowa, a ten atomowym strzałem spomiędzy bulików pokonał Johna Murraya.
Po strzelonej przez torunian bramce wypadki na lodzie potoczyły się błyskawicznie. Trzy minuty później kibice mieli swoiste deja vu: najpierw za nadmierną ilość graczy na lodzie karę pojechał odsiadywać Patryk Wronka, a kilka sekund później towarzystwa dotrzymał mu Jakub Wanacki. A że historia lubi się powtarzać, to i tę podwójną przewagę gospodarze spuentowali golem. W roli głównej ponownie wystąpił Korczocha, który świetnie wyłożył krążek wzdłuż linii do Mikałaja Sytego, ten zaś zapakował gumę do siatki obok rozpaczliwie interweniującego Murraya. Te dwa ciosy wyprowadzone zza podwójnej gardy mocno oszołomiły katowiczan, którzy nie byli w stanie poważniej zagrozić bramce rywala.
Początek drugiej odsłony dał nadzieję gościom na kontaktową bramkę po odesłaniu na ławkę Patryka Koguta. W odróżnieniu od gości „Stalowe Pierniki” wybroniły osłabienie, co wywołało lekką frustrację wśród graczy katowickiego klubu. Szczególnie „elektryczny” był Mateusz Bepierszcz, jednak sędziowie skutecznie tonowali nastroje. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość, że katowiczanie robili wszystko, żeby zdobyć kontaktową bramkę. Na ich nieszczęście Conrad Mölder miał dziś „dzień konia” i bronił w nieprawdopodobny sposób nawet najtrudniejsze uderzenia graczy „GieKSy”. A że dobremu bramkarzowi sprzyja szczęście, po strzale Bartosza Fraszki krążek zatrzymał się na poprzeczce.
Przewaga katowiczan nie ulegała dyskusji. I kiedy wszyscy myśleli że kontaktowa bramka jest kwestią czasu, krążek… wylądował w siatce Murraya. Na szczęście dla gości sędziowie po analizie video bramki nie uznali, z czego najbardziej niepocieszony był strzelec gola Mikałaj Syty. Powtórka pokazała wyraźnie że bramka nie znajdowała się na miejscu. W odpowiedzi goście przycisnęli, ale końcowa syrena wybrzmiała przy wyniku 2:0 dla torunian.
Ostatnia odsłona to prawdziwa wojna nerwów. W jej efekcie za ostrość w grze lód musieli opuścić Fraszko i Alaksandr Szkrabow. Obydwa zespoły rzuciły na szalę wszystko co miały najlepszego. Mnożyły się groźne sytuacje pod obydwoma bramkami. Na 5 minut przed końcem za męską wymianę zdań na ławkę powędrowali Maciej Kruczek i Henri Limma. Wówczas trener Jacek Płachta po raz pierwszy w tym spotkaniu zdjął bramkarza. Manewr powiódł się, gdyż chwilę później Grzegorz Pasiut z powietrza wbił krążek do bramki. Rozochoceni trafieniem goście jeszcze raz wycofali bramkarza, ale torunianie wyszli z opałów obronną ręką. Ostatecznie „Stalowe Pierniki” pokonały „GieKSę” 2:1 i ich udział w turnieju o Puchar Polski nie ulega wątpliwości.
Dreszczowiec dla Unii! Przesądziły rzuty karne
Siódme zwycięstwo z rzędu odnieśli hokeiści Re-Plast Unii Oświęcim. W najciekawszym meczu 18. kolejki Polskiej Hokej Ligi biało-niebiescy pokonali na wyjeździe GKS Katowice 3:2 po rzutach karnych! Znakomite spotkanie w oświęcimskiej bramce rozegrał Robert Kowalówka, który obronił 47 z 49 uderzeń rywali oraz cztery najazdy!
[…] Katowiczanie przystąpili do spotkania w niemal najmocniejszym składzie. Zabrakło jedynie zmagającego się z urazem Mateusza Rompkowskiego, do gry wrócił za to najlepszy strzelec GieKSy Anthon Eriksson.
Dużo większy problem ze złożeniem składu miał Tom Coolen, a miało to związek z faktem, iż kontuzje leczą Cole MacDonald, Patryk Noworyta, Łukasz Krzemień i Jan Sołtys. W meczowym zestawieniu znalazło się 15 zawodników z pola, w tym zaledwie trzech nominalnych obrońców! Luki w defensywie, podobnie jak w sześciu poprzednich meczach, wypełnili nominalni napastnicy: Kamil Paszek i Johan Skinnars. Przymusowa korekta nastąpiła też na pozycji bramkarza, bo chorego Clarke’a Saundersa zastąpił Robert Kowalówka.
Spotkanie mogło podobać się nawet najbardziej wymagającym kibicom. Toczone było w niezłym tempie, sporo było w nim emocji, walki i okazji strzeleckich. Większą kulturą gry wykazali się podopieczni Jacka Płachty, ale dwa punkty znalazły się na koncie oświęcimian.
W pierwszej odsłonie dwie dobre okazje miał Bartosz Fraszko, ale nie zdołał znaleźć sposobu na najmłodszego z braci Kowalówków. „Jorguś” w świetnym stylu obronił też uderzenie Carla Hudsona, który podczas gry w przewadze wypalił spod linii niebieskiej. Zrobił efektowny szpagat i złapał gumę do raka.
Oświęcimianie też mieli dwie groźne okazje, ale John Murray nie dał się pokonać ani Daniiłowi Oriechinowi, ani Andrejowi Themárowi.
Worek z bramkami rozwiązał się na początku drugiej odsłony. Katowiczanie prowadzenie objęli podczas gry w… liczebnym osłabieniu. Kontratak sprawnie wyprowadzili Grzegorz Pasiut i Bartosz Fraszko, a po uderzeniu tego pierwszego Robert Kowalówka był już bezradny.
W 29. minucie krążek znów znalazł się w oświęcimskiej bramce, ale sędziowie słusznie skorzystali z analizy wideo, by dokładnie przyjrzeć się tej sytuacji. Krążek po uderzeniu Patryka Krężołka zatrzymał się na poprzeczce, a następnie – po dobitce z powietrza 23-letniego skrzydłowego – znalazł się w siatce. Sęk w tym, że moment wcześniej oświęcimska bramka została poruszona. Gol nie mógł więc zostać zaliczony.
Niewykorzystana sytuacja błyskawicznie się zemściła. Teddy Da Costa wygrał wznowienie, a Andrej Themár wypalił z nadgarstka. „Jasiek Murarz” nie zdążył ze skuteczną interwencją.
GieKSa jeszcze przed zakończeniem drugiej odsłony odzyskała prowadzenie. Sprawną kontrę wyprowadzili Mateusz Michalski i Patryk Krężołek, a Joona Monto zwieńczył ją celnym uderzeniem z lewego bulika.
Oświęcimianie swoich szans szukali w kontrach i kilka z nich w trzeciej tercji byli wyjątkowo groźnych. Sposobu na Johna Murraya nie znaleźli Victor Rollin Carlsson, Andrej Themár i Teddy Da Costa. Wysiłki Unii zostały nagrodzone w 52. minucie, bo to właśnie wtedy wyrównał Krystian Dziubiński. Ten sam zawodnik trzy minuty później miał przed sobą pustą bramkę, ale w ostatniej chwili został zablokowany przez Mateusza Bepierszcza.
Tuż przed końcem regulaminowego czasu gry katowiczanie mogli zadać decydujący cios, jednak nie wykorzystali sytuacji 3 na 1. Strzał Patryka Wronki znakomicie zablokował Ryan Glenn.
W regulaminowym czasie gry gole już nie padły, a rozstrzygnięcia nie przyniosła też dogrywka. W niej oświęcimianie przez 35 sekund grali w przewadze. Najbliżej szczęścia był Teddy Da Costa, ale nie zdołał unieść krążka nad leżącym Johnem Murrayem. Zaraz po tym reklamował arbitrom, że był nieprzepisowo powstrzymywany przez Grzegorza Pasiuta.
Rzuty karne lepiej wykonywali goście, którzy dwukrotnie rozpracowali Johna Murraya. Niezwykłym spokojem i precyzją wykazali się Daniił Oriechin i Sebastian Kowalówka. Z kolei Robert Kowalówka obronił cztery najazdy egzekwowane kolejno przez Anthona Erikssona, Patryka Wronkę, Grzegorza Pasiuta i Bartosza Fraszkę!
Felietony Piłka nożna
#SzacunekDlaArbitra
Jakoś tak się składa, że w swojej niemal 30-letniej „karierze” na GieKSie, gdy myślę o „skręconych” przez sędziów meczów na niekorzyść naszej drużyny – to do głowy przychodzą mi dwa spotkania… z Legią Warszawa.
Pierwszy, w 1996 roku, gdy katowiczanie do przerwy prowadzili przy Łazienkowskiej po golu Artura Adamusa, ale Legia ostatecznie wygrała 2:1. W bardzo kontrowersyjnych okolicznościach. Bramka Cezarego Kucharskiego padła po ewidentnym spalonym, a GieKSa nie dostała rzutu karnego za faul Piotra Mosóra na Janie Furtoku. Oprócz jedenastki zawodnik Legii powinien wylecieć z boiska. Decyzje niekorzystne dla GKS podejmował tego dnia sędzia Julian Pasek.
– Możemy mieć pretensje do siebie, że nie pokaraliśmy Legii wcześniej, bo wiadomo było, że tego wyniku 1:0 nie dowieziemy do końca – pomstował trener GKS Piotr Piekarczyk.
– Sędzia pasek powinien dostać paska – wtórował mu Kazimierz Węgrzyn.
Drugie spotkanie to mecz z 2001 roku, również w Warszawie. Tam GKS przegrał 0:1. Po golu z rzutu karngo, podyktowanego za to, że Adam Majewski potknął się o własne nogi. Z drugiej strony Maciej Murawski sfaulował Krzysztofa Gajtkowskiego w polu karnym, ale jedenastki Ryszard Wójcik nie podyktował. I choć faul był ewidentny, to Gajtek dostał drugą żółtą za symulowanie i wyleciał z boiska.
Oba te mecze zostały tak ordynarnie skręcone, że naprawdę rzadko się to spotyka. Ale to tylko taki historyczny wstęp. W tamtych czasach nie było VAR-u. Gdyby wówczas ta technologia obowiązywała – GKS prawdopodobnie wygrałby oba te mecz. No chyba, że sędziowałby sędzia Sylwestrzak.
Ciągle trudno przejść obojętnie obok piątkowego meczu, choć mam nadzieję, że trener i drużyna już wyrzucili z głowy to spotkanie i skupiają się na meczu z Arką. Ja jednak muszę wrócić do tego, bo wzburzenie pozostaje żywe. Już nie dlatego, że stało się, jak się stało. Tylko dlatego, że taki Sylwestrzak nie poniesie żadnych konsekwencji i wszystko zostanie zamiecione pod dywan.
W każdym programie, w każdym magazynie prześwietlono sytuacje z meczu. Dodatkowo nałożyły się na to sędziowskie błędy z innych spotkań w tej kolejce. I naprawdę trudno uwierzyć, że w dobie VAR, takie byki są ciągle popełniane.
Adam Lyczmański przed rundą mówił o kolejnych, nowych już pierdyliardowych wytycznych odnośnie zagrania ręką. I co? I g…no. Ciągle sędziowie gwiżdżą jak chcą – nomen omen arbitralnie podchodzą do sprawy. Tu gwizdnie jakąś dziwną rękę po główce Bergiera, tu nie podyktuje ewidentnego karnego dla Jagiellonii. No i u nas, Kun – spryciula – tak niby chowa rękę, że intencjonalnie blokuje łokciem strzał. Ale żeby było, że niby cofa. Nie ma karnego.
Dodam tylko, że ta sytuacja miała miejsce bardzo krótko przed tym, jak Legia strzeliła gola…
Nad Szkurinem nie będę się już dłużej rozwodził. Zdania są podzielone, ale raczej przeważa opinia, że karnego nie powinno być. Ja tam widzę, że Tobiasz lewą ręką popycha Ilję i w dynamicznej sytuacji wytrąca go z biegu. Ale rozumiem argumenty drugiej strony.
No dobra, karny, nie karny – sędzia popełnił jeden lub dwa błędy, zdarza się. VAR powinien go zawołać, przynajmniej do tej ręki. Nie zawołał.
Natomiast ta sytuacja z Pankovem i Nowakiem to jest przecież przepotężny skandal, który prawdopodobnie zaraz ucichnie. Bo pokrzywdzonym zespołem jest tylko GieKSa. A przecież ten błąd jest naprawdę tak wielkiej rangi, jak brak czerwonej kartki w meczu Górnik – Jagiellonia. Ale pamiętamy co było wtedy – zaraz po meczu wielkie oburzenie, hurr durr, Frankowski tłumaczący się przed kamerą i wywalony na zbitą buzię przez Marcina Szulca. Choć i tak Frankowski wkrótce cichaczem wrócił. Szybko.
Natomiast tutaj? Cisza. A prześledźmy jeszcze raz, co tam się wydarzyło.
Bo tak, jak mówię. Błędy wynikające z niejasności interpretacji, miękkości faulu (tak jak niby ze Szkurinem) – jestem w stanie zrozumieć. Taka trochę jest piłka – nieewidentna, choć w przypadku rąk, to mam wrażenie, że te przepisy raz po raz zmienia jakieś kółko pijaków na rauszu. A potem i tak nikt nie egzekwuje wytycznych.
Czyli Pankov wjeżdża w nogi Nowaka. Z impetem, wyprostowaną nogą, korkami. Na złamanie nogi. Bandyckie wejście. I znów powiem – gdyby nie było VAR, powiedziałbym – trudno, sędzia nie widział dokładnie.
Tyle że Sylwestrzak podbiegł do monitora i mógł spokojnie, na obrazku, kilka razy zobaczyć, co tam się wydarzyło. Mógł zobaczyć, jak wygląda szkoleniowy faul na poważną kontuzję. Jak wygląda szkoleniowy faul na czerwoną kartkę, który powinien być pokazywany na kursach sędziowskich.
I nie zmienił swojej decyzji. Utrzymał wycenienie tego wejścia na żółtą kartkę.
Szczerze mówiąc, to się nie mieści w głowie. I naprawdę tego nie można w żaden sposób zrozumieć. Niestety – powtórzę – wtórował mu Kamil Kosowski, co jeszcze bardziej zwiększyło rangę absurdu tej sytuacji (w Lidze+Extra Kosa już nie był taki hardy w swojej pierwotnej wersji). Adam Lyczmański uznał tę sytuację za oczywistą czerwień. No ale ostatecznie nikt nie pochylił się nad tym, że jakkolwiek brak czerwonej kartki w pierwszym momencie to był błąd, ale brak zmiany decyzji po VAR-ze to po prostu jeden wielki skandal i kompromitacja sędziego.
Niektórzy próbowali to jakoś głupio tłumaczyć, że Pankov podwinął nogę w ostatniej chwili. Nie – w ostatniej chwili to nogi podwinął Nowak. Bo gdy zobaczył, że wpierdala się na niego z całą petą lokomotywa, to instynktownie próbował zrobić wszystko, żeby uniknąć czołowego zderzenia. Dobrze powiedział Paweł Paczul w Lidze Minus, że te teorie o podwinięciu nogi przez Pankova, to trochę jakby samochód przypierdzielił w ścianę, a kierowca potem pokazywał na zgnieciony przód i mówił „ale przecież hamowałem”.
No i tak to się kula w tej naszej kopanej. Z jednej strony sędziowie raz lepiej sędziują, raz gorzej, ale szkoda, że choć sprawa z błędami z piątkowego meczu stała się medialna, to i tak wszyscy o niej zapomną, a Sylwestrzak dalej sobie będzie sędziował w najlepsze.
A mecz ten zapisze kolejny rozdział w historii sędziowie przeciw GKS w potyczkach z Legią.
Felietony
Duma i wściekłość
Zdania po wczorajszym meczu były raczej zgodne. Z gry GKS wszyscy byli zadowoleni, ale pozostawał niedosyt, że nie udało się tego spotkania wygrać. Katowiczanie znów zaprezentowali się dynamicznie, bardzo walecznie, pokazali też swoje atuty piłkarskie. Zabrakło „tego czegoś”, co dałoby naszemu zespołowi trzy punkty.
Przed meczami z Widzewem – patrząc na formę naszych nadchodzących rywali – wymyśliłem sobie zestaw punktów i moje ustosunkowanie do nich. Mieliśmy się bowiem zmierzyć z rywalami, którzy są w różnego rodzaju rozsypce – Widzew ze zbieraniną gwiazd i trenerem stand-uperem, gadającym takie banialuki na coraz to kolejnych konferencjach, że szkoda gadać. Oraz Legią, pogrążaną w kryzysie, której kibice krzyczą, że jak Legia spadnie, to ich „zajebią”. Tak więc ten zestaw punktów wyglądał następująco: „2 – chujowe minimum, 3 – minimum, 4 – dobrze, 6 – idealnie”.
Przy okazji wybaczcie, że dziś nie będę wykropkowywał przekleństw, ale im dalej od meczu, to zamiast się uspokajać, coraz się bardziej wkurwiam. Ale o tym później.
Wracając do punktów. Trochę słabo by to wyglądało, gdybyśmy z tą zbieraniną z Łodzi i zdołowaną Legią zdobyli jedno czy dwa oczka. Ale po Widzewie były już trzy, więc to minimum zostało wykonane. To nie oznaczało jednak, że gdybyśmy przegrali z Legią, byłbym zadowolony. Jednak musimy zdawać sobie sprawę, że wszystkich meczów wygrać się nie da. Więc jeśli nie da się – to przynajmniej zremisujmy po dobrej grze. A to miało miejsce wczoraj. Więc wyszedł moduł „4 punkty – dobrze”.
Oczywiście ta moja tabelka punktów odnosiła się TYLKO do dorobku punktowego. On się zgadza – i to jest super. Bo jakbym miał spojrzeć na samą postawę zawodników – to już bym powiedział, że było znakomicie. O meczu z Widzewem pisałem. Jeśli chodzi o Legię, to naprawdę nasz zespół znów spisał się bardzo dobrze. Obawiałem się, czy po aż tak „wojennym” meczu jak z Widzewem, katowiczanie będą potrafili na tej samej intensywności z Legią zagrać. Okazało się, że potrafią, więc surowe mięso jak widać jest najlepszej jakości. Do tego widać, że piłkarsko nasz zespół naprawdę ma swoją jakość, próbuje tę piłkę rozgrywać, przesuwa akcje do przodu, gramy krótko, a czasem długo (i celnie!). Brakuje czasem trochę ogarnięcia z przodu, jakiegoś dobrego rozwiązania. Eman Marković hasa na skrzydle, ale mógłby lepiej czasem dograć. Wierzę jednak, że ta efektywność w ofensywie przyjdzie, bo przyjść musi. Nie da się grać idealnie i błędy zawsze będą. I mimo, że właśnie wymieniam tu Emana w kontekście rozwiązywania sytuacji, to i tak uważam, że jego zmiany były bardzo dobre.
GieKSa trochę dała pograć Legii w pierwszej połowie. Z naciskiem na „trochę”. Legioniści też byli dynamiczni i waleczni, jakby naprawdę chcieli wyjść z tego swojego kryzysu. Więc podchodzili pod to nasze pole karne, raz kapitalnie interweniował Rafał Strączek po strzale głową Kuna. Ale nawet i tu – mimo, że przed przerwą było trochę gorzej z naszym pressingiem – GKS z samej gry miał więcej niż w pierwszej połowie meczu z Widzewem. Po przerwie Legia nie miała już praktycznie nic. Defensywne działania GKS zaczynają się już daleko od naszego pola karnego i Legia w dużej mierze została zneutralizowana. Co prawda był krótki moment chaosu w okolicach 70. minuty, ale z grubsza, cała ta połowa była bardzo dobra.
Musimy ten remis cenić też z innego powodu. GieKSa ten mecz przegrywała i wcale nie było oczywiste, że doprowadzimy do wyrównania. Sam gol – to błędy po naszej stronie, ale też trzeba docenić piękną akcję Legii. Poklepali i rozegrali to kapitalnie. Końcowa faza to wiadomo – dośrodkowanie i dał się Lukas Klemenz wyprzedzić małemu Biczachczjanowi, co raczej nie powinno mieć miejsca. Czy Strączek miał szansę odbić tę piłkę? Oczywiście, że miał, bo przecież widać, że próbował trafić dłonią w piłkę, ale nie trafił. Nie wiem, czy to błąd, ale kompletnie się tu golkipera nie czepiam. Było blisko, czas reakcji krótki, więc myślę, że w takiej sytuacji jak piłka przysłowiowo „śmiga koło ucha”, czyli dłoni, to jest w tym też element bramkarskiego szczęścia.
No ale do 45. minuty było 0:1 i na przerwę mogliśmy schodzić na debecie. Tymczasem Bartek Nowak i Borja Galan zrobili coś, co odmieniło losy tego meczu, a bramka miała znaczenie nie tylko wynikowe. Dając takiego „pancza”, jak mówi trener Igor Jovicević, siadło Legii na morale na całą drugą połowę. I Legia już nie była tą samą drużyną, o czym po meczu mówili trener Marek Papszun i Bartosz Kapustka. Gol był na wagę złota.
W tym sezonie to nam strzelano bramki do szatni. Swego czasu przez wiele meczów – co mecz. Wyliczaliśmy to, bo było to irytujące. Sytuacja jednak się zmieniła. My już tych goli do szatni nie tracimy, a na domiar dobrego – sami je strzelamy. I tak było i z Widzewem, i z Legią. Na przerwy dwóch ostatnich meczów schodziliśmy w wyśmienitych nastrojach.
Znów swoje zrobiły stałe fragmenty gry. Znów fenomenalnie wykonuje je Bartosz Nowak. Zawodnik ma fenomenalne liczby w tej rundzie. Brał udział przy każdej z czterech bramek. Jedną zdobył, a trzy razy tak bił rzuty rożne czy wolne, że koledzy zdobywali bramki. Absolutnie fenomenalne. I choć ja bym powiedział, że Bartek chce czasem coś zrobić… za ładnie, za elegancko i nie zawsze to wyjdzie, to stwierdzam, że… może, bo to nasz wybitny zawodnik.
Przejdźmy do spraw mniej przyjemnych i już chyba domyślacie się, o co chodzi. Przyznam szczerze, że sam jestem bardzo ostrożny w ocenianiu decyzji arbitrów – ostrożny w tym sensie, że chyba mam już tyle lat, że jak czarne jest czarne, to nie udaję, że jest białe. Oczywiście będąc kibicem mojego klubu wiadomo, że mam ulgę, gdy sędzia podjął błędną decyzję na korzyść mojej drużyny. Taki to już kibicowski szowinizm. Ale nie będę udawał czy ściemniał, że tego błędu nie popełnił. Miałem swoje zdanie na temat pewnych derbów Trójmiasta i decyzji sędziego w końcówce. Ale wyszło jak wyszło – i bardzo szczęśliwie dla nas.
W ekstraklasie de facto przez te półtora sezonu nie miałem jakichś uwag do sędziów. W naszych meczach wielkich kontrowersji nie było. Nie przypominam sobie meczu, w którym mogliśmy mieć pretensje. Raczej kontrowersje, które się przewijały w przestrzeni medialnej, dotyczyły decyzji sędziów na naszą korzyść. Pamiętamy gol N’Diaya z meczu z Motorem w poprzednim sezonie (tam faktycznie chyba powinien być uznany) czy wyrównująca bramka dla Radomiaka w obecnym.
Ale to co się odjebało wczoraj, to już było po prostu słabe. Ze stadionu tego aż tak nie widziałem, ale później oglądając sobie powtórki, złość zaczęła narastać. I dziś rano zamiast wstać spokojniejszym – było wręcz przeciwnie.
Trzy sytuacje. Pierwsza to łokieć Patryka Kuna przy próbie dośrodkowania Marcina Wasielewskiego. Sytuacja nietypowa i można ją różnie rozpatrywać. Przede wszystkim łokieć wystaje zdecydowanie poza obrys sylwetki Kuna, a zawodnik obraca się w taki sposób, że tę rękę wykorzystuje do zablokowania piłki. Wydaje się, że intencjonalnie. I osiągnął z tego korzyć.
Druga to sytuacja Tobiasza z Ilją. Przecież bramkarz centralnie lewą ręką popycha napastnika w plecy, gdy ten jest przed pustą bramką. Jeszcze na szybko puszczając powtórkę na meczu mogłem się zgodzić z komentatorami, że jest to „za miękkie” na karnego. Ale wygląda na to, że Kacper przeszkodził ewidentnie Ilji w zdobyciu gola.
O ile jednak te dwie sytuacje można jeszcze rozpatrywać interpretacyjnie, choć dziwi mnie, że sędzia nie podchodził do monitora, to jest jeszcze trzecia sytuacja. I tutaj uważam, że to jest kompletny skandal. Pankov niemal łamie nogi Nowakowi, sędzia jeszcze ogląda tę sytuację na VAR-ze i utrzymuje żółtą kartkę.
Powtórzmy to jeszcze raz – Pankov WPIERDALA się prostą nogą i korkami w nogi Nowaka i grozi naszemu pomocnikowi poważną kontuzją. I teraz komentatorzy Kamil Kosowski i Adam Marchliński wili się, żeby zawodnika Legii tłumaczyć – że podwinął nogę w ostatniej chwili. I bardzo chwalili sędziego za utrzymanie w mocy kartki żółtej. Przecież to jest niepojęte. Nawet jeśli Pankov minimalnie ugiął nogę w ostatniej chwili to zrobił to i tak zdecydowanie za późno. To jest tak ewidentna czerwona kartka, że tu nawet nie ma co dyskutować. I naprawdę śmiem twierdzić, że jeśli ktokolwiek bezstronny uważa, że żółta kartka to dobra decyzja – to świadomie lub nie, ale faworyzuje Legię.
Powiem tak, bo idealnie napisał Mariusz Polak na Twitterze: „Ciekawy mecz w Katowicach. Coś mi podpowiada, że większość kibiców w Polsce trzyma kciuki za gospodarzami, a większość dziennikarzy sportowych za gośćmi”.
Nic dodać, nic ująć. Daleki jestem od teorii spiskowych, ale nie zdziwię się, jak zaraz zacznie wyciąganie Legii za uszy ze strefy spadkowej. GieKSie wczoraj należał się z tych dwóch sytuacji przynajmniej jeden rzut karny. A czerwona kartka dla Pankova jest bezdyskusyjna. Niepokazanie jej, to było przyzwolenie na boiskowy bandytyzm.
Szkoda tego meczu, bo naprawdę można go było wygrać. W pewnym sensie przełamaliśmy fatum, w końcu nie przegraliśmy z Legią, która nam nie leżała w końcówce lat 90. i na początku lat 2000, nie leżała nam i teraz. W końcu w całości zagraliśmy mecz, jak równy z równym. Zabrakło tylko kropki nad i.
Miło, że przyczyniliśmy się do pobicia przez Legię niechlubnego rekordu 12 meczów z rzędu bez zwycięstwa w lidze. GKS kiedyś był często klubem na przełamanie dla innych. Teraz to już nie ma miejsca.
Katowiczanie dalej idą łeb w łeb z poprzednim sezonem, a konkretniej – z początkiem roku. Rok temu też w pierwszych trzech meczach wiosny mieliśmy 7 punktów. Tyle że rok temu trzeci mecz to była wojna, ale mało piłki z Piastem u siebie, a teraz wojna, z dobrą piłkarską kwestią.
Możemy być dumni z piłkarzy, spisali się na medal. Mamy piękną drużynę. Kibice też wczoraj zaprezentowali się kapitalnie – komplet, wspaniały doping, wszyscy nakręceni. Kolorytu oczywiście dodał wypełniony sektor gości i kibice Legii, którzy również świetnie dopingowali. To było kolejne piłkarskie święto na Nowej Bukowej.
Czekamy na Arkę. Wracamy do miejsca wielkiego triumfu. To jest historia, piękna historia. Ale teraz czas napisać kolejny jej rozdział.
Piłka nożna Wywiady
Czerwiński: To my graliśmy lepiej
Po zremisowanym meczu z Legią porozmawialiśmy z Alanem Czerwińskim o atmosferze w klubie i na murawie, kontrowersjach sędziowskich, a także jego roli w szatni. Nie zabrakło również pytania o ulubionego krepla, a po odpowiedzi zapraszamy do lektury.
Ostatnie dwa mecze to twoje dwa udane strzały. Do trzech razy sztuka?
Alan Czerwiński: Mam taką nadzieję, dobrze się z przodu odnajduję. Szkoda, że obydwa strzały były na lewej nodze i nie mogłem pokazać mojej prawej, która jest dużo dokładniejsza. Naprawdę szkoda, że dzisiaj ta bramka nie wpadła, bo byłaby takim stemplem. To był idealny mecz na takiego gola, bo to byłoby po prostu piękne trafienie i szkoda, że nie wpadło.
Grałeś kilka meczów z dolegliwościami. Już wszystko w porządku?
Tak, dochodzę do siebie i jest coraz lepiej. W mojej głowie tak naprawdę nie ma tego urazu. Gdybym wychodził na mecz zastanawiając się, czy wszystko jest okej, miałbym spory problem. Dużo pracuję mentalnie nad przygotowaniami do meczu. W myślach nie mam żadnego urazu, nie kalkuluję nic, gram na 100% i to jest dla mnie najważniejsze w przygotowaniach. Gdy gram na 100%, mogę pokazać wszystkie umiejętności i to, co mam najlepsze.
Za twojego poprzedniego pobytu w Katowicach Legia walczyła w Lidze Mistrzów, a teraz drży o utrzymanie. To zmieniło podejście do tych spotkań?
Mecz z Legią zawsze wzbudza większe emocje wśród zawodników i kibiców. Atmosfera dzisiaj była… no fantastyczna. Nie ma co ukrywać, u nas kibice są tym dwunastym zawodnikiem. W poprzednim meczu żyli tym meczem, tak samo dzisiaj. Bardzo fajnie grać dla nich i zostawiać zdrowie dla kibiców, bardzo za to dziękujemy i to doceniamy. Co do Legii, są w fazie przebudowy, ale dalej mają dobrych zawodników i trochę jakości.
Ale tylko trochę?
Myślę, że to my dzisiaj graliśmy lepiej. Zasłużyliśmy na trzy punkty, taka jest moja opinia. Szanujemy ten remis i jeden punkt, ale staraliśmy się, a kibice też to myślę widzieli – nie grać na remis i powalczyć o trzy punkty. Walczyliśmy do końca, stworzyliśmy kilka sytuacji i zabrakło jedynie centymetrów.
Lukas Klemenz ostatnio powiedział piękne słowa, że zaangażowania i takiej zgranej ekipy nie da się po prostu kupić.
Charakterologicznie jest to świetnie dobrane. Trener sobie to układa i to się dobrze zazębia. Mam nadzieję, że będziemy to trzymać, bo przed nami trudne mecze. Będziemy potrzebować wsparcia kibiców jak dzisiaj, czy tydzień temu z Widzewem. To nas niesie i razem możemy walczyć w każdym meczu o punkty.
Kogo nie spytać, wyróżni Alana Czerwińskiego jako tego, który coś potrafi powiedzieć w szatni.
Generalnie staram się nie mówić za dużo, rozluźniać atmosferę. Nie jestem spiętym zawodnikiem, ale nie boję się wygłaszać swojego zdania. Zawsze chcę pomóc młodym chłopakom, ze starszymi zawodnikami mam dobre relacje. Po prostu nie boję się powiedzieć swojego zdania, w piłce przeżyłem już bardzo dużo. Zagrałem wiele poważnych meczów o sporym ciśnieniu, w Lidze Europy czy Konferencji. Jeden błąd waży tam bardzo dużo. Nie boję się wypowiadać, oczywiście słucham też innych chłopaków – wymieniamy się poglądami i to jest fajne. Nie zamykam się na ich zdanie, a oni na moje. Doskonale to wszystko funkcjonuje. Jeżeli chodzi o odzywanie się w szatni, bardzo to lubię. Rozluźniam atmosferę, żartem czy też dobrym słowem do naszej kochanej młodzieży.
Masz jakieś sposoby na kontrowersyjne decyzje sędziego, czy już się po prostu tym nie przejmujesz?
Totalnie nie, na mnie to już nie wpływa. Dostałem żółtą kartkę i musiałem grać ostrożnie, bo czasem to przypadek decyduje o tym, czy obejrzysz drugi kartonik. Kontrowersje sędziowskie? Pewnie jakieś były, tak mi się wydaje. Wydaje mi się, że nawet mogliśmy dostać rzut karny?
Można było dopatrzeć się nawet trzech potencjalnych jedenastek.
No to naprawdę szkoda, taki karny by nam dzisiaj bardzo pomógł. W tej szesnastce się kotłowało, a to z kolei świadczy o tym, że dochodziliśmy do sytuacji. Legia miała dzisiaj z nami problem.
Było widać przy jednej z ostatnich akcji, że instynktownie chciałeś odpychać rywala, a później cofnąłeś ręce.
Tak, tak. Wyszedłem bardzo wysoko, on sobie dzióbnął tę piłkę. W pierwszym odruchu normalnie bym akcję od razu kasował, bo wolę dostać żółtą kartkę. W ostatnim momencie, naprawdę ostatnim, zaświeciła mi się lampka i odsunąłem ręce. Przybiłem sobie brawo za tę decyzję, bo czerwona kartka mogłaby zupełnie zmienić oblicze meczu w samej końcówce.
Końcówki na Arenie Katowice faktycznie należą do was, łapiecie flow z kibicami. Mocniejszy doping to lepsza akcja i odwrotnie.
Dokładnie tak, w meczu z Widzewem to bardzo mocno odczułem. Jeden z nas zrobił wślizg, trybuny się jeszcze bardziej ożywiły i to nas dalej napędzało. Dawno nie miałem tak, by kibice żyli z drużyną, a drużyna z kibicami. Mega mi się to podoba, to naprawdę pomaga.
Jak radzą sobie nowi zawodnicy?
System nie jest najłatwiejszy, ale mamy taką drużynę, że od razu czują się bardzo dobrze. Jesteśmy otwarci. Kiedyś nie widziałem takich rzeczy, gdy przychodził nowy zawodnik, jak mu pomóc czy doradzić. Teraz staramy się, ja się staram, być bardzo dobrym kolegą. Służyć żartem, pomocą, żeby jak najszybciej się odnaleźli i dobrze czuli. Całej drużynie to wychodzi na dobre, że szybko się wkomponowują. Warunek jest jeden: będziesz się czuł dobrze, jeśli dasz z siebie 100%. Jeśli nie dasz z siebie wszystkiego, będziesz się tu czuł źle i tyle.
Tłusty czwartek za nami, jaki twój ulubiony pączek? Lukier czy cukier puder?
Zdecydowanie lukier. Ulubiony z czekoladą, jadłem z moją córką. Ja sobie takiego sprawiłem i jej też takiego przywiozłem, bardzo takie lubi. Polany czekoladą i z czekoladą w środku, nie odmówiłem sobie (śmiech).


Najnowsze komentarze