Hokej Piłka nożna Prasówka Siatkówka
Tygodniowy przegląd mediów: GieKSa wciąż niepokonana
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
W rozgrywkach Orlen Ekstraligi trwa reprezentacyjna przerwa. Najbliższe spotkanie nasza drużyna rozegra na wyjeździe, pierwszego października z Pogonią Tczew. Mecz rozpocznie się o godzinie 12:00 Piłkarze przegrali swój mecz ligowy z Lechią Gdańsk 1:5 (1:1). Prasówkę na temat tego meczu znajdziecie TUTAJ. W rozpoczętym tygodniu piłkarze rozegrają dwa spotkania: w środę w ramach rozgrywek Pucharu Polski, z Górnikiem Zabrze oraz w sobotę, ligowe z Odrą Opole (wyjazd). Mecz pucharowy zostanie rozegrany na Bukowej, początek spotkania o 21:00. Spotkanie z Odrą rozpocznie się o godzinie 17:30. Klub podpisał kontrakt z Christianem Aleman.
Siatkarze przygotowują się do startu rozgrywek PlusLigi, w ubiegłym tygodniu zespół rozegrał dwa sparingi, oba z Projektem Warszawa. Pierwszy z nich drużyna przegrała 1:3, w drugim pokonała rywala 2:1. W najbliższy piątek zaplanowano sparing z Aluron CMC Wartą Zawiercie.
W dwóch rozegranych meczach ligowych w ubiegłym tygodniu hokeiści odnieśli dwa zwycięstwa: z JKH GKS-em Jastrzębie (po rzutach karnych) 4:3 oraz 3:1 z STS-em Sanok. W rozpoczętym tygodniu zespół rozegra trzy spotkania, we wtorek z Podhalem Nowy Targ, w piątek z Energą Toruń oraz w niedzielę z Zagłębiem Sosnowiec. Dwa pierwsze będą meczami wyjazdowym, trzecie domowe. Spotkania rozpoczną się odpowiednio o godzinie 18:00, 18:30 i 17:00.
PIŁKA NOŻNA
sportdziennik.com – Powrót na pierwszoligowe stadiony
Jeszcze przed piątkowym meczem z Lechią Gdańsk GKS Katowice postanowił się wzmocnić. Kontrakt z klubem podpisał Christian Aleman.
[…] Pomimo tego, że gra GKS-u naprawdę wygląda dobrze w tym sezonie, klub nie spoczywa na laurach. W środę ogłoszono, że nowym piłkarzem katowickiego zespołu został Christian Aleman. Ekwadorczyk znany jest z boisk pierwszoligowych. Od 2021 do 2022 roku reprezentował barwy Arki Gdynia. Na Pomorzu rozegrał 61 oficjalnych meczów. W nich zdobył 8 bramek i zaliczył 9 asyst. Ofensywny pomocnik był ważnym punktem Arki, jednak w 2023 roku postanowił wrócić do swojej ojczyzny. Od początku tego roku aż do teraz był piłkarzem klubu ekwadorskiej ekstraklasy SD Aucas.
– Tam jednak nie grał zbyt wiele, bo wystąpił w zaledwie jednym spotkaniu ligowym. Wrócił do Polski, po raz kolejny do pierwszej ligi, żeby znów pokazać się na europejskiej arenie. Jeszcze przed rozpoczęciem letniego okna transferowego sondowaliśmy możliwość pozyskania do naszego Klubu Christiana Alemana. Wówczas zawodnik był związany kontraktem z SD Aucas. Rozpoczęliśmy rozmowy z zawodnikiem, natomiast w tamtym momencie zbyt wiele czynników uniemożliwiało przeprowadzenie tego transferu. Jednym z założeń na letnie okno transferowe, po decyzjach kadrowych podjętych po zakończeniu ubiegłego sezonu, była zdefiniowana potrzeba pozyskania do drużyny dwóch ofensywnych pomocników. Latem dołączył do drużyny Mateusz Mak, a na ewentualną obsadę drugiego wakatu, cierpliwie czekaliśmy przyglądając się przede wszystkim naszej drużynie, a także sytuacji na rynku transferowym.
– Braliśmy pod uwagę wariant, w którym dodatkowy zawodnik do drużyny już nie dołączy. Pojawienie się natomiast w zespole kilku urazów, a także okoliczność rozwiązania przez Christiana Alemana kontraktu z poprzednim klubem, zbiegły się w czasie i te fakty zdeterminowały ponowne rozpoczęcie rozmów z zawodnikiem na temat transferu do naszego klubu. Mamy świadomość okresu, w jakim zawodnik dołącza do drużyny, a także tego, że z pewnością będzie on potrzebował czasu na aklimatyzację. Dlatego przed podjęciem decyzji o pozyskaniu zawodnika, bardzo dokładnie ze sztabem szkoleniowym zaplanowaliśmy cały proces, co ma przyspieszyć moment jego gotowości do gry w naszym klubie – powiedział po sprowadzeniu zawodnika z Ameryki Południowej dyrektor sportowy GKS-u Dawid Dubas. Trudno przypuszczać, że Ekwadorczyk już w piątek wyjdzie na murawę. Pomimo tego, że wciąż pod znakiem zapytania stoi występ wspomnianego przez dyrektora Dubasa Maka, Aleman raczej jeszcze nie będzie gotowy do gry.
Sam zainteresowany nie ukrywa, że poza GKS-em miał też oferty z innych klubów. Jednak ta wydawała się dla niego najbardziej odpowiednia.
– Miałem inne propozycje, ale widziałem, że klub dobrze sobie radzi w lidze i to również było czynnikiem motywującym, by dołączyć do drużyny. Spędziłem w Polsce dwa lata i bardzo dobrze je wspominam – stwierdził Christian Aleman po powrocie do kraju nad Wisłą.
weszlo.com – Szalony mecz w 1. lidze, problemy Marcina Kochanka. „Powinna się tym zająć Komisja Ligi”
Sędzia Marcin Kochanek w ostatnim czasie nie może się pochwalić świetną passą. W poprzedni weekend arbiter podjął kontrowersyjną decyzję o wyrzuceniu z boiska Michała Nalepy. Teraz Kochanek zszedł szczebel niżej i znów zamieszał, dokładając cegiełkę do szalonego spotkania Lechii Gdańsk z GKS-em Katowice.
– Mógłbym powiedzieć dużo o sędziowaniu, to skandal. Powinna się tym zająć Komisja Ligi – powiedział w pomeczowym wywiadzie Sebastian Bergier, napastnik GieKSy.
Co tak wzburzyło zawodnika drużyny gości? Decyzje Marcina Kochanka, którego w Gdańsku próbował ratować VAR, ale nawet wideoweryfikacja nie uchroniła arbitra przed kłopotami.
Weźmy bramkę na 1:0 dla Lechii Gdańsk. Zanim Luis Fernandez wygrał pojedynek powietrzny po rzucie rożnym, sędzia mógł odgwizdać faul w akcji poprzedzającej stały fragment gry. Sebastian Bergier stracił piłkę po ataku rywala, który wzbudzał kontrowersje. Arbiter grę puścił, Lechia wywalczyła korner i trafiła do siatki.
– Sędzia do mnie podchodzi, mówi: masz rację, był faul, powinienem to gwizdnąć. Ale nie gwizdnął — tłumaczył piłkarz GieKSy.
Im dalej w las, tym dla Kochanka gorzej. Kuriozalna była sytuacja, w której Marcin Wasielewski padł jak rażony piorunem w polu karnym. Obrońca zespołu z Katowic najpierw rywala ograł, potem się przewrócił, licząc na naiwność sędziego. Nie przeliczył się – mimo braku kontaktu Kochanek podyktował „jedenastkę”. Naprawił to dopiero VAR, który przywołał go do monitora, po czym sędzia główny zmienił swoją decyzję.
Słuszne w tym meczu były czerwone kartki dla zawodników GKS-u Katowice. Aż dwie, bo goście polowali na Luisa Fernandeza tak, jak w poprzednim sezonie często robili to rywale Wisły Kraków. Pod koniec spotkania arbiter znów jednak podjął przedziwną decyzję. Dawid Brzozowski zaatakował Davida Bugaja w polu karnym od tyłu, powtórki pokazały, że był to raczej atak w nogi, a nie w piłkę.
Marcin Kochanek stwierdził, że wręcz odwrotnie, czyściutko. Znów zawołano go do VAR-u, ale tym razem decyzji nie zmienił.
Koniec końców Lechia Gdańsk i tak wygrała wysoko, pewnie. Korzystając z przewagi dwóch zawodników, podopieczni Szymona Grabowskiego rozbili GKS Katowice, strzelając mu pięć bramek. Błyszczał Luis Fernandez, który zanotował dublet – gola numer dwa zdobył po strzale pod poprzeczkę, przy czym lekko pomógł rykoszet. Dwukrotnie do siatki trafiał również nowy nabytek klubu z Trójmiasta – Tomas Bobcek. Słowak miał kosztować Lechię 600 tysięcy euro i szybko postanowił zacząć się spłacać.
SIATKÓWKA
siatka.org – Jakub Jarosz: żeby wejść do ósemki, musi wydarzyć się wiele dobrego
– Dla takiego klubu jak nasz, żeby wejść do ósemki, musi wydarzyć się wiele dobrego w danym sezonie. Jedna rzecz – musimy grać bardzo dobrze, czyli wykrzesać ze swojego potencjału sto procent. Druga – muszą ominąć nas kontuzje. Trzecia rzecz to stworzenie fajnej grupy – mówił o celu GKS Katowice na nadchodzący sezon kapitan katowiczan Jakub Jarosz.
Jak idą przygotowania do sezonu?
Jakub Jarosz: – Zgodnie z planem, bo trenujemy ciężko, budujemy bazę siłowo-wytrzymałościową i techniczną na treningach siatkarskich. Pracujemy dużo, nie jest to przyjemny moment dla zawodników. Treningów jest sporo i są one ciężkie, ale nam niezwykle potrzebna jest ta praca. Wiemy, że sezon będzie bardzo szybko pędził – spotkań będzie wiele, więc będziemy grać co trzy dni. Teraz mamy czas, żeby tę bazę zbudować, żeby potem dać radę po prostu.
Jaka panuje atmosfera w drużynie?
– Wszystko w porządku, atmosfera jest dobra. Wszyscy są skoncentrowani na pracy. Wspólny wyjazd do Gdańska na PreZero Grand Prix był takim fajnym momentem na starcie przygotowań, że drużyna mogła spędzić więcej czasu razem. Myślę, że to też bardzo nam pomogło w kwestii wzajemnego poznania się, bo jednak to nowy zespół, wiele nowych twarzy się pojawiło. Cały czas się poznajemy.
Przed piątkowym, przegranym sparingiem odbyliście trening w siłowni. W sobotę już zwycięstwo nad Asseco Resovią Rzeszów, czy ono buduje morale?
– Przegraliśmy nie dlatego, bo rano mieliśmy siłownię. Po prostu przeciwnicy postawili trudne warunki i zagrali dużo lepiej od nas. To jest taki moment, że nie możemy prezentować tej formy, którą chcemy mieć w sezonie ligowym. Nie możemy wyglądać dobrze. Wyglądamy ociężale, bo ciężko trenujemy. Na pewno zawsze lepiej wygrywać i te zwycięstwa są potrzebne również w sparingowych meczach. Zawsze gramy o zwycięstwo.
Prezes GKS Katowice powiedział, że jest potencjał na play-off. Co trzeba zrobić, by wejść do ósemki?
– Dla takiego klubu jak nasz, żeby wejść do ósemki, musi wydarzyć się wiele dobrego w danym sezonie. Jedna rzecz – musimy grać bardzo dobrze, czyli wykrzesać ze swojego potencjału sto procent. Druga – muszą ominąć nas kontuzje. Trzecia rzecz to stworzenie fajnej grupy. Sporo jest więc tych elementów, które muszą zadziałać, byśmy osiągnęli dla naszego klubu cel, jakim jest gra w ósemce mistrzostw Polski. To jest taki cel wymarzony, postawiony wysoko. Liga jest bardzo trudna. W tej lidze nie ma słabych zespołów. PlusLiga jest jedną z, jeśli nie najsilniejszą ligą na świecie, więc być w ósemce to duży zaszczyt.
Pospekulujmy – która drużyna pana zdaniem wejdzie na pewno do ósemki, która aspiruje do gry w czubie PlusLigi?
– Trudno powiedzieć. Jest pewien stały zestaw drużyn, które na pewno będą się biły o mistrzostwo Polski. A lista drużyn walczących o ósemkę jest bardzo długa. Zawsze są też takie drużyny, które pragną po prostu utrzymać się w elicie. Z nazw nie chcę wymieniać na ten moment konkretnych drużyn, bo aktualnie większość drużyn nie trenuje w pełnych składach. Myślę jednak, że każdy wie, które drużyny celują w medale, a jakie mają inne cele.
Wyrównane sparingi GKS-u i Projektu w Błoniu
Kolejne ekstraklasowe zespoły sprawdzają swoją formę przed nadchodzącymi rozgrywkami PlusLigi w sezonie 2023/2024. Tym razem GKS Katowice i Projekt Warszawa zmierzyli się w dwóch sparingach w podwarszawskim Błoniu. W pierwszym meczu lepsi okazali się warszawscy siatkarze. W drugim katowiczanie się zrewanżowali.
W piątek, 22 września GKS Katowice i Projekt Warszawa rozegrali pierwszy sparing w Błoniu. W inauguracyjnym secie z bardzo dobrej stronie pokazali się siatkarze z Warszawy. W drugim walka jeszcze bardziej się zaostrzyła i po grze na przewagi lepszy był Projekt Warszawa. Trzecią partię udało się katowiczanom w końcówce przeciągnąć na swoją stronę. W czwartej odsłonie obie drużyny miały swoje szanse na wygraną. Ostatecznie zwycięstwo na swoim koncie zapisali podopieczni trenera Piotra Grabana.
W meczu z bardzo dobrej strony pokazał się niemiecki atakujący Projektu Warszawa – Linus Weber. Zawodnik zdobył 19 punktów i zaliczył 74 procent skuteczności. W GKS-ie najlepszym punktującym został Marcin Waliński.
Projekt Warszawa – GKS Katowice 3:1 (25:20, 27:25, 23:25, 25:23)
[…] W sobotę, 23 września zespoły rozegrały drugie spotkanie sparingowe, które według ustaleń trenerów miało obejmować jedynie trzy sety. Inauguracyjną partię lepiej rozpoczęli warszawianie, jednak katowiczanie szybko doprowadzili do wyrównania, a następnie przechylili szalę zwycięstwa na swoją stronę siatkarze GKS-u. Druga partia miała niemal identyczny przebieg. Pierwotnie to Projekt prowadził, jednak w końcówce lepsi byli katowiczanie. W kolejnej odsłonie lepsi byli warszawiacy. Wykorzystali oni przestój, który dopadł zawodników GKS-u. Ostatecznie jednak mecz zakończył się zwycięstwem katowickiej drużyny 2:1.
Projekt Warszawa – GKS Katowice 1:2 (22:25, 22:25, 25:22)
HOKEJ
hokej.net – Przesądziły rzuty karne. Wygrana katowiczan i zmiana lidera
W rozgrywanym awansem meczu 5. kolejki TAURON Hokej Ligi JKH GKS Jastrzębie przegrał na własnym lodzie z GKS-em Katowice 3:4. Zwycięzcę wyłoniła dopiero seria rzutów karnych, które lepiej wykonywali mistrzowie Polski. Podopieczni Jacka Płachty objęli też prowadzenie w ligowej tabeli.
Pierwsze minuty spotkania upływały w charakterystycznej ostrożności ofensywnej i skupieniu się przede wszystkim na odpowiedzialności w osłanianiu własnej bramki. W 14. minucie w trakcie rozgrywania przez gości przewagi, na indywidualną akcję zdecydował się Filip Starzyński, który wprowadził krążek przed bramkę GieKSy, oddając strzał z bekhendu, z którym poradził sobie John Murray, jednak przy dobitce golkiper gości był już bez szans.
Jastrzębianie, chociaż kreowali sobie kolejne sytuacje, to nie mieli pomysłu na wykończenie swoich akcji, w związku z czym wynik po pierwszej tercji nie uległ już zmianie.
Na drugą tercję mistrzowie Polski wyszli ewidentnie zmotywowani do odrabiania strat. Chociaż Jastrzębianom udało się obronić 40 sekund osłabienia z pierwszej odsłony gry, to w 22. minucie byli już bezradni. Shigeki Hitosato przyspieszył rozegranie krążka do spółki z Jooną Monto, który trafił na kij Aleksiego Varttinena, a ten pewnym uderzeniem pokonał Macieja Miarkę.
Zdobyta bramka dodała otuchy drużynie Jacka Płachty, która zaczęła kontrolować wydarzenia na lodzie. W 28. minucie opieszałość obrońców JKH GKS-u wykorzystał Mateusz Michalski, który na raty umieścił krążek w bramce Macieja Miarki, wyprowadzając gości na prowadzenie.
Tercja upływała na szybkiej, twardej grze. Nie brakowało również emocji wynikających z bezpośrednich starć pomiędzy zawodnikami. W 38. minucie jastrzębianie doprowadzili do wyrównania za sprawą kolejnego trafienia Filipa Starzyńskiego.
W trzeciej odsłonie drużyny dały jasno do zrozumienia, że są zainteresowane pełną pulą punktów. Pierwszy cios w tej tercji wyprowadzili katowiczanie, którzy za sprawą trafienia Sama Marklunda z 48. minuty ponownie objęli prowadzenie. Stracona bramka podrażniła ambicje gospodarzy, którzy wraz z upływającym czasem rzucali coraz większe siły do odrabiania strat.
W 58. minucie rozgrywający przewagę gospodarze dopięli swego. Marcin Kolusz postanowił odegrać krążek wzdłuż niebieskiej linii do Rastislava Špirki, a doświadczony napastnik soczystym strzałem wyrównał wynik. Remis ewidentnie nie zaspokoił rozpędzonych gospodarzy, którzy jeszcze w końcowych sekundach szturmowali bramkę Johna Murraya, jednak reprezentacyjny golkiper nie dał się już więcej zaskoczyć.
Zebrani na trybunach Jastoru kibice byli świadkami dogrywki. Pierwsi do głosu doszli katowiczanie, jednak najpierw ze strzałem Iisakki poradził sobie Miarka, a dobijający uderzenie Monto z najbliższej odległości przeniósł gumę nad poprzeczką.
W 64. minucie GieKSa za sprawą Olssona i Sokaya wyprowadziła dwójkową kontrę, jednak strzał 26-letniego Kanadyjczyka wybronił Miarka. Do wyłonienia zwycięscy były zatem potrzebne karne.
Po stronie gospodarzy swój najazd wykorzystał jedynie Robert Arrak. Goście w tym elemencie okazali się skuteczniejsi, bowiem trafiali za sprawą Bartosza Fraszki i Mateusza Michalskiego.
GieKSa wciąż niepokonana. Sanoczanie odprawieni
Hokeiści GKS-u Katowice odnieśli piąte zwycięstwo z rzędu. W niedzielne popołudnie mistrzowie Polski pokonali przed własną publicznością Marmę Ciarko STS Sanok 3:1.
W kadrze mistrzów Polski nieobecnego Mateusza Bepierszcza, zastąpił w pierwszej formacji Mateusz Michalski. Pierwszy raz w meczowej kadrze zobaczyliśmy również Davida Lebka. Katowiczanie od pierwszych minut spotkania chcieli potwierdzić swoją dobrą dyspozycję, jaką prezentują od początku rozgrywek. W pierwszych minutach krążek nie opuszczał tercji gości, którzy zostali zepchnięci do defensywy. Przed świetną okazją, do otwarcia wyniku spotkania stanął Mychajło Kowalczuk, który po szybkim rozegraniu stanął oko w oko z odsłoniętą przez Kristiana Tamminena bramką. 19-letni napastnik nie zdołał jednak po swoim strzale skierować krążka do bramki.
W 5. minucie na ławce kar zasiadł Ben Sokay, a my zaobserwowaliśmy scenariusz, jaki dobrze znamy z domowych spotkań GieKSy. Przewaga gości rozpoczęła się bowiem od kontry broniących osłabienia katowiczan. Mateusz Michalski pognał w kierunku bramki sanoczan, lecz stając oko w oko z Tamminen, zgubił „pod łyżwą” krążek i nie zdołał oddać strzału. Przebieg pierwszej tercji upływał w większości w tercji sanoczan, gdzie podopieczni Jacka Płachty pracowali na zamkniętej defensywie. Goście ograniczali się do pojedynczych ataków zakończonych strzałami, z którymi większych problemów nie miał John Murray. W 20. minucie mistrzowie Polski zdołali dopiąć swoich starań. Wynik spotkania otworzył Olli Issaka, który wykończył dokładnie rozegranie krążka pomiędzy Varttinenema Hitosato.
Druga odsłona spotkania rozpoczęła się na nieco mniejszej intensywności, jednak w dalszym ciągu pod kontrolą mistrzów Polski. Trójkolorowi pozostawali w posiadaniu krążka i w pełni decydowali o przebiegu wydarzeń na lodzie. Sanoczanie próbowali budować zalążek swoich akcji ofensywnych, jednak nie byli w stanie dyskutować z argumentami GieKSy w defensywie. W 31. minucie w pełni zasłużenie gospodarze podwyższyli swoje prowadzenie za sprawą bramki Hampusa Olssona. Drugie trafienie katowiczan nie zmieniło obrazu spotkania, które pozostawało pod ich pełną kontrolą. Najlepszą okazję do kontaktowego trafienia sanoczanie mieli w 39. minucie. Bezpański krążek w środkowej tercji padł łupem Sami Tamminena, który wyszedł „sam na sam” z Johnym Murrayem jednak kapitan drużyny z Podkarpacia w swoim wykończeniu nie zdołał zaskoczyć reprezentacyjnego golkipera.
Początek wydarzeń trzeciej tercji pozwalał sądzić, że sanoczanie nie składają broni i będą szukać sposobności aby złapać kontakt z gospodarzami. Zagęszczała się atmosfera przed bramką Johna Murraya, jednak goście wciąż nie potrafili bodnąć monolitu obronnego GKS-u. Uporczywość zawodników STS-u zaowocowała w 47. minucie. GieKSa straciła krążek podczas rozegrania w tercji neutralnej. Z gumą na bramkę katowiczan pomknął Szymon Fus i pozwolił swojej drużynie wrócić do meczu. Zdobyta bramka ożywiła poczynania gości, którzy zwietrzyli szansę na odrobienie strat. W 55. minucie na ławkę kar przez sędziów został oddelegowany Hampus Olsson, a 27 sekund później dołączył do niego Grzegorz Pasiut. Przed podopiecznymi Elmo Aittoli pojawiła się zatem perspektywa przeszło 90 sekund gry w podwójnej przewadze. Mistrzowie Polski wybronili się z opresji, a po wyrównaniu formacji przeszli do kontrofensywy. W 57. minucie losy spotkania rozstrzygnął Sam Marklund, który strzałem z bliskiej odległości ustalił wynik spotkania.
Felietony Piłka nożna
#SzacunekDlaArbitra
Jakoś tak się składa, że w swojej niemal 30-letniej „karierze” na GieKSie, gdy myślę o „skręconych” przez sędziów meczów na niekorzyść naszej drużyny – to do głowy przychodzą mi dwa spotkania… z Legią Warszawa.
Pierwszy, w 1996 roku, gdy katowiczanie do przerwy prowadzili przy Łazienkowskiej po golu Artura Adamusa, ale Legia ostatecznie wygrała 2:1. W bardzo kontrowersyjnych okolicznościach. Bramka Cezarego Kucharskiego padła po ewidentnym spalonym, a GieKSa nie dostała rzutu karnego za faul Piotra Mosóra na Janie Furtoku. Oprócz jedenastki zawodnik Legii powinien wylecieć z boiska. Decyzje niekorzystne dla GKS podejmował tego dnia sędzia Julian Pasek.
– Możemy mieć pretensje do siebie, że nie pokaraliśmy Legii wcześniej, bo wiadomo było, że tego wyniku 1:0 nie dowieziemy do końca – pomstował trener GKS Piotr Piekarczyk.
– Sędzia pasek powinien dostać paska – wtórował mu Kazimierz Węgrzyn.
Drugie spotkanie to mecz z 2001 roku, również w Warszawie. Tam GKS przegrał 0:1. Po golu z rzutu karngo, podyktowanego za to, że Adam Majewski potknął się o własne nogi. Z drugiej strony Maciej Murawski sfaulował Krzysztofa Gajtkowskiego w polu karnym, ale jedenastki Ryszard Wójcik nie podyktował. I choć faul był ewidentny, to Gajtek dostał drugą żółtą za symulowanie i wyleciał z boiska.
Oba te mecze zostały tak ordynarnie skręcone, że naprawdę rzadko się to spotyka. Ale to tylko taki historyczny wstęp. W tamtych czasach nie było VAR-u. Gdyby wówczas ta technologia obowiązywała – GKS prawdopodobnie wygrałby oba te mecz. No chyba, że sędziowałby sędzia Sylwestrzak.
Ciągle trudno przejść obojętnie obok piątkowego meczu, choć mam nadzieję, że trener i drużyna już wyrzucili z głowy to spotkanie i skupiają się na meczu z Arką. Ja jednak muszę wrócić do tego, bo wzburzenie pozostaje żywe. Już nie dlatego, że stało się, jak się stało. Tylko dlatego, że taki Sylwestrzak nie poniesie żadnych konsekwencji i wszystko zostanie zamiecione pod dywan.
W każdym programie, w każdym magazynie prześwietlono sytuacje z meczu. Dodatkowo nałożyły się na to sędziowskie błędy z innych spotkań w tej kolejce. I naprawdę trudno uwierzyć, że w dobie VAR, takie byki są ciągle popełniane.
Adam Lyczmański przed rundą mówił o kolejnych, nowych już pierdyliardowych wytycznych odnośnie zagrania ręką. I co? I g…no. Ciągle sędziowie gwiżdżą jak chcą – nomen omen arbitralnie podchodzą do sprawy. Tu gwizdnie jakąś dziwną rękę po główce Bergiera, tu nie podyktuje ewidentnego karnego dla Jagiellonii. No i u nas, Kun – spryciula – tak niby chowa rękę, że intencjonalnie blokuje łokciem strzał. Ale żeby było, że niby cofa. Nie ma karnego.
Dodam tylko, że ta sytuacja miała miejsce bardzo krótko przed tym, jak Legia strzeliła gola…
Nad Szkurinem nie będę się już dłużej rozwodził. Zdania są podzielone, ale raczej przeważa opinia, że karnego nie powinno być. Ja tam widzę, że Tobiasz lewą ręką popycha Ilję i w dynamicznej sytuacji wytrąca go z biegu. Ale rozumiem argumenty drugiej strony.
No dobra, karny, nie karny – sędzia popełnił jeden lub dwa błędy, zdarza się. VAR powinien go zawołać, przynajmniej do tej ręki. Nie zawołał.
Natomiast ta sytuacja z Pankovem i Nowakiem to jest przecież przepotężny skandal, który prawdopodobnie zaraz ucichnie. Bo pokrzywdzonym zespołem jest tylko GieKSa. A przecież ten błąd jest naprawdę tak wielkiej rangi, jak brak czerwonej kartki w meczu Górnik – Jagiellonia. Ale pamiętamy co było wtedy – zaraz po meczu wielkie oburzenie, hurr durr, Frankowski tłumaczący się przed kamerą i wywalony na zbitą buzię przez Marcina Szulca. Choć i tak Frankowski wkrótce cichaczem wrócił. Szybko.
Natomiast tutaj? Cisza. A prześledźmy jeszcze raz, co tam się wydarzyło.
Bo tak, jak mówię. Błędy wynikające z niejasności interpretacji, miękkości faulu (tak jak niby ze Szkurinem) – jestem w stanie zrozumieć. Taka trochę jest piłka – nieewidentna, choć w przypadku rąk, to mam wrażenie, że te przepisy raz po raz zmienia jakieś kółko pijaków na rauszu. A potem i tak nikt nie egzekwuje wytycznych.
Czyli Pankov wjeżdża w nogi Nowaka. Z impetem, wyprostowaną nogą, korkami. Na złamanie nogi. Bandyckie wejście. I znów powiem – gdyby nie było VAR, powiedziałbym – trudno, sędzia nie widział dokładnie.
Tyle że Sylwestrzak podbiegł do monitora i mógł spokojnie, na obrazku, kilka razy zobaczyć, co tam się wydarzyło. Mógł zobaczyć, jak wygląda szkoleniowy faul na poważną kontuzję. Jak wygląda szkoleniowy faul na czerwoną kartkę, który powinien być pokazywany na kursach sędziowskich.
I nie zmienił swojej decyzji. Utrzymał wycenienie tego wejścia na żółtą kartkę.
Szczerze mówiąc, to się nie mieści w głowie. I naprawdę tego nie można w żaden sposób zrozumieć. Niestety – powtórzę – wtórował mu Kamil Kosowski, co jeszcze bardziej zwiększyło rangę absurdu tej sytuacji (w Lidze+Extra Kosa już nie był taki hardy w swojej pierwotnej wersji). Adam Lyczmański uznał tę sytuację za oczywistą czerwień. No ale ostatecznie nikt nie pochylił się nad tym, że jakkolwiek brak czerwonej kartki w pierwszym momencie to był błąd, ale brak zmiany decyzji po VAR-ze to po prostu jeden wielki skandal i kompromitacja sędziego.
Niektórzy próbowali to jakoś głupio tłumaczyć, że Pankov podwinął nogę w ostatniej chwili. Nie – w ostatniej chwili to nogi podwinął Nowak. Bo gdy zobaczył, że wpierdala się na niego z całą petą lokomotywa, to instynktownie próbował zrobić wszystko, żeby uniknąć czołowego zderzenia. Dobrze powiedział Paweł Paczul w Lidze Minus, że te teorie o podwinięciu nogi przez Pankova, to trochę jakby samochód przypierdzielił w ścianę, a kierowca potem pokazywał na zgnieciony przód i mówił „ale przecież hamowałem”.
No i tak to się kula w tej naszej kopanej. Z jednej strony sędziowie raz lepiej sędziują, raz gorzej, ale szkoda, że choć sprawa z błędami z piątkowego meczu stała się medialna, to i tak wszyscy o niej zapomną, a Sylwestrzak dalej sobie będzie sędziował w najlepsze.
A mecz ten zapisze kolejny rozdział w historii sędziowie przeciw GKS w potyczkach z Legią.
Felietony
Duma i wściekłość
Zdania po wczorajszym meczu były raczej zgodne. Z gry GKS wszyscy byli zadowoleni, ale pozostawał niedosyt, że nie udało się tego spotkania wygrać. Katowiczanie znów zaprezentowali się dynamicznie, bardzo walecznie, pokazali też swoje atuty piłkarskie. Zabrakło „tego czegoś”, co dałoby naszemu zespołowi trzy punkty.
Przed meczami z Widzewem – patrząc na formę naszych nadchodzących rywali – wymyśliłem sobie zestaw punktów i moje ustosunkowanie do nich. Mieliśmy się bowiem zmierzyć z rywalami, którzy są w różnego rodzaju rozsypce – Widzew ze zbieraniną gwiazd i trenerem stand-uperem, gadającym takie banialuki na coraz to kolejnych konferencjach, że szkoda gadać. Oraz Legią, pogrążaną w kryzysie, której kibice krzyczą, że jak Legia spadnie, to ich „zajebią”. Tak więc ten zestaw punktów wyglądał następująco: „2 – chujowe minimum, 3 – minimum, 4 – dobrze, 6 – idealnie”.
Przy okazji wybaczcie, że dziś nie będę wykropkowywał przekleństw, ale im dalej od meczu, to zamiast się uspokajać, coraz się bardziej wkurwiam. Ale o tym później.
Wracając do punktów. Trochę słabo by to wyglądało, gdybyśmy z tą zbieraniną z Łodzi i zdołowaną Legią zdobyli jedno czy dwa oczka. Ale po Widzewie były już trzy, więc to minimum zostało wykonane. To nie oznaczało jednak, że gdybyśmy przegrali z Legią, byłbym zadowolony. Jednak musimy zdawać sobie sprawę, że wszystkich meczów wygrać się nie da. Więc jeśli nie da się – to przynajmniej zremisujmy po dobrej grze. A to miało miejsce wczoraj. Więc wyszedł moduł „4 punkty – dobrze”.
Oczywiście ta moja tabelka punktów odnosiła się TYLKO do dorobku punktowego. On się zgadza – i to jest super. Bo jakbym miał spojrzeć na samą postawę zawodników – to już bym powiedział, że było znakomicie. O meczu z Widzewem pisałem. Jeśli chodzi o Legię, to naprawdę nasz zespół znów spisał się bardzo dobrze. Obawiałem się, czy po aż tak „wojennym” meczu jak z Widzewem, katowiczanie będą potrafili na tej samej intensywności z Legią zagrać. Okazało się, że potrafią, więc surowe mięso jak widać jest najlepszej jakości. Do tego widać, że piłkarsko nasz zespół naprawdę ma swoją jakość, próbuje tę piłkę rozgrywać, przesuwa akcje do przodu, gramy krótko, a czasem długo (i celnie!). Brakuje czasem trochę ogarnięcia z przodu, jakiegoś dobrego rozwiązania. Eman Marković hasa na skrzydle, ale mógłby lepiej czasem dograć. Wierzę jednak, że ta efektywność w ofensywie przyjdzie, bo przyjść musi. Nie da się grać idealnie i błędy zawsze będą. I mimo, że właśnie wymieniam tu Emana w kontekście rozwiązywania sytuacji, to i tak uważam, że jego zmiany były bardzo dobre.
GieKSa trochę dała pograć Legii w pierwszej połowie. Z naciskiem na „trochę”. Legioniści też byli dynamiczni i waleczni, jakby naprawdę chcieli wyjść z tego swojego kryzysu. Więc podchodzili pod to nasze pole karne, raz kapitalnie interweniował Rafał Strączek po strzale głową Kuna. Ale nawet i tu – mimo, że przed przerwą było trochę gorzej z naszym pressingiem – GKS z samej gry miał więcej niż w pierwszej połowie meczu z Widzewem. Po przerwie Legia nie miała już praktycznie nic. Defensywne działania GKS zaczynają się już daleko od naszego pola karnego i Legia w dużej mierze została zneutralizowana. Co prawda był krótki moment chaosu w okolicach 70. minuty, ale z grubsza, cała ta połowa była bardzo dobra.
Musimy ten remis cenić też z innego powodu. GieKSa ten mecz przegrywała i wcale nie było oczywiste, że doprowadzimy do wyrównania. Sam gol – to błędy po naszej stronie, ale też trzeba docenić piękną akcję Legii. Poklepali i rozegrali to kapitalnie. Końcowa faza to wiadomo – dośrodkowanie i dał się Lukas Klemenz wyprzedzić małemu Biczachczjanowi, co raczej nie powinno mieć miejsca. Czy Strączek miał szansę odbić tę piłkę? Oczywiście, że miał, bo przecież widać, że próbował trafić dłonią w piłkę, ale nie trafił. Nie wiem, czy to błąd, ale kompletnie się tu golkipera nie czepiam. Było blisko, czas reakcji krótki, więc myślę, że w takiej sytuacji jak piłka przysłowiowo „śmiga koło ucha”, czyli dłoni, to jest w tym też element bramkarskiego szczęścia.
No ale do 45. minuty było 0:1 i na przerwę mogliśmy schodzić na debecie. Tymczasem Bartek Nowak i Borja Galan zrobili coś, co odmieniło losy tego meczu, a bramka miała znaczenie nie tylko wynikowe. Dając takiego „pancza”, jak mówi trener Igor Jovicević, siadło Legii na morale na całą drugą połowę. I Legia już nie była tą samą drużyną, o czym po meczu mówili trener Marek Papszun i Bartosz Kapustka. Gol był na wagę złota.
W tym sezonie to nam strzelano bramki do szatni. Swego czasu przez wiele meczów – co mecz. Wyliczaliśmy to, bo było to irytujące. Sytuacja jednak się zmieniła. My już tych goli do szatni nie tracimy, a na domiar dobrego – sami je strzelamy. I tak było i z Widzewem, i z Legią. Na przerwy dwóch ostatnich meczów schodziliśmy w wyśmienitych nastrojach.
Znów swoje zrobiły stałe fragmenty gry. Znów fenomenalnie wykonuje je Bartosz Nowak. Zawodnik ma fenomenalne liczby w tej rundzie. Brał udział przy każdej z czterech bramek. Jedną zdobył, a trzy razy tak bił rzuty rożne czy wolne, że koledzy zdobywali bramki. Absolutnie fenomenalne. I choć ja bym powiedział, że Bartek chce czasem coś zrobić… za ładnie, za elegancko i nie zawsze to wyjdzie, to stwierdzam, że… może, bo to nasz wybitny zawodnik.
Przejdźmy do spraw mniej przyjemnych i już chyba domyślacie się, o co chodzi. Przyznam szczerze, że sam jestem bardzo ostrożny w ocenianiu decyzji arbitrów – ostrożny w tym sensie, że chyba mam już tyle lat, że jak czarne jest czarne, to nie udaję, że jest białe. Oczywiście będąc kibicem mojego klubu wiadomo, że mam ulgę, gdy sędzia podjął błędną decyzję na korzyść mojej drużyny. Taki to już kibicowski szowinizm. Ale nie będę udawał czy ściemniał, że tego błędu nie popełnił. Miałem swoje zdanie na temat pewnych derbów Trójmiasta i decyzji sędziego w końcówce. Ale wyszło jak wyszło – i bardzo szczęśliwie dla nas.
W ekstraklasie de facto przez te półtora sezonu nie miałem jakichś uwag do sędziów. W naszych meczach wielkich kontrowersji nie było. Nie przypominam sobie meczu, w którym mogliśmy mieć pretensje. Raczej kontrowersje, które się przewijały w przestrzeni medialnej, dotyczyły decyzji sędziów na naszą korzyść. Pamiętamy gol N’Diaya z meczu z Motorem w poprzednim sezonie (tam faktycznie chyba powinien być uznany) czy wyrównująca bramka dla Radomiaka w obecnym.
Ale to co się odjebało wczoraj, to już było po prostu słabe. Ze stadionu tego aż tak nie widziałem, ale później oglądając sobie powtórki, złość zaczęła narastać. I dziś rano zamiast wstać spokojniejszym – było wręcz przeciwnie.
Trzy sytuacje. Pierwsza to łokieć Patryka Kuna przy próbie dośrodkowania Marcina Wasielewskiego. Sytuacja nietypowa i można ją różnie rozpatrywać. Przede wszystkim łokieć wystaje zdecydowanie poza obrys sylwetki Kuna, a zawodnik obraca się w taki sposób, że tę rękę wykorzystuje do zablokowania piłki. Wydaje się, że intencjonalnie. I osiągnął z tego korzyć.
Druga to sytuacja Tobiasza z Ilją. Przecież bramkarz centralnie lewą ręką popycha napastnika w plecy, gdy ten jest przed pustą bramką. Jeszcze na szybko puszczając powtórkę na meczu mogłem się zgodzić z komentatorami, że jest to „za miękkie” na karnego. Ale wygląda na to, że Kacper przeszkodził ewidentnie Ilji w zdobyciu gola.
O ile jednak te dwie sytuacje można jeszcze rozpatrywać interpretacyjnie, choć dziwi mnie, że sędzia nie podchodził do monitora, to jest jeszcze trzecia sytuacja. I tutaj uważam, że to jest kompletny skandal. Pankov niemal łamie nogi Nowakowi, sędzia jeszcze ogląda tę sytuację na VAR-ze i utrzymuje żółtą kartkę.
Powtórzmy to jeszcze raz – Pankov WPIERDALA się prostą nogą i korkami w nogi Nowaka i grozi naszemu pomocnikowi poważną kontuzją. I teraz komentatorzy Kamil Kosowski i Adam Marchliński wili się, żeby zawodnika Legii tłumaczyć – że podwinął nogę w ostatniej chwili. I bardzo chwalili sędziego za utrzymanie w mocy kartki żółtej. Przecież to jest niepojęte. Nawet jeśli Pankov minimalnie ugiął nogę w ostatniej chwili to zrobił to i tak zdecydowanie za późno. To jest tak ewidentna czerwona kartka, że tu nawet nie ma co dyskutować. I naprawdę śmiem twierdzić, że jeśli ktokolwiek bezstronny uważa, że żółta kartka to dobra decyzja – to świadomie lub nie, ale faworyzuje Legię.
Powiem tak, bo idealnie napisał Mariusz Polak na Twitterze: „Ciekawy mecz w Katowicach. Coś mi podpowiada, że większość kibiców w Polsce trzyma kciuki za gospodarzami, a większość dziennikarzy sportowych za gośćmi”.
Nic dodać, nic ująć. Daleki jestem od teorii spiskowych, ale nie zdziwię się, jak zaraz zacznie wyciąganie Legii za uszy ze strefy spadkowej. GieKSie wczoraj należał się z tych dwóch sytuacji przynajmniej jeden rzut karny. A czerwona kartka dla Pankova jest bezdyskusyjna. Niepokazanie jej, to było przyzwolenie na boiskowy bandytyzm.
Szkoda tego meczu, bo naprawdę można go było wygrać. W pewnym sensie przełamaliśmy fatum, w końcu nie przegraliśmy z Legią, która nam nie leżała w końcówce lat 90. i na początku lat 2000, nie leżała nam i teraz. W końcu w całości zagraliśmy mecz, jak równy z równym. Zabrakło tylko kropki nad i.
Miło, że przyczyniliśmy się do pobicia przez Legię niechlubnego rekordu 12 meczów z rzędu bez zwycięstwa w lidze. GKS kiedyś był często klubem na przełamanie dla innych. Teraz to już nie ma miejsca.
Katowiczanie dalej idą łeb w łeb z poprzednim sezonem, a konkretniej – z początkiem roku. Rok temu też w pierwszych trzech meczach wiosny mieliśmy 7 punktów. Tyle że rok temu trzeci mecz to była wojna, ale mało piłki z Piastem u siebie, a teraz wojna, z dobrą piłkarską kwestią.
Możemy być dumni z piłkarzy, spisali się na medal. Mamy piękną drużynę. Kibice też wczoraj zaprezentowali się kapitalnie – komplet, wspaniały doping, wszyscy nakręceni. Kolorytu oczywiście dodał wypełniony sektor gości i kibice Legii, którzy również świetnie dopingowali. To było kolejne piłkarskie święto na Nowej Bukowej.
Czekamy na Arkę. Wracamy do miejsca wielkiego triumfu. To jest historia, piękna historia. Ale teraz czas napisać kolejny jej rozdział.
Piłka nożna Wywiady
Czerwiński: To my graliśmy lepiej
Po zremisowanym meczu z Legią porozmawialiśmy z Alanem Czerwińskim o atmosferze w klubie i na murawie, kontrowersjach sędziowskich, a także jego roli w szatni. Nie zabrakło również pytania o ulubionego krepla, a po odpowiedzi zapraszamy do lektury.
Ostatnie dwa mecze to twoje dwa udane strzały. Do trzech razy sztuka?
Alan Czerwiński: Mam taką nadzieję, dobrze się z przodu odnajduję. Szkoda, że obydwa strzały były na lewej nodze i nie mogłem pokazać mojej prawej, która jest dużo dokładniejsza. Naprawdę szkoda, że dzisiaj ta bramka nie wpadła, bo byłaby takim stemplem. To był idealny mecz na takiego gola, bo to byłoby po prostu piękne trafienie i szkoda, że nie wpadło.
Grałeś kilka meczów z dolegliwościami. Już wszystko w porządku?
Tak, dochodzę do siebie i jest coraz lepiej. W mojej głowie tak naprawdę nie ma tego urazu. Gdybym wychodził na mecz zastanawiając się, czy wszystko jest okej, miałbym spory problem. Dużo pracuję mentalnie nad przygotowaniami do meczu. W myślach nie mam żadnego urazu, nie kalkuluję nic, gram na 100% i to jest dla mnie najważniejsze w przygotowaniach. Gdy gram na 100%, mogę pokazać wszystkie umiejętności i to, co mam najlepsze.
Za twojego poprzedniego pobytu w Katowicach Legia walczyła w Lidze Mistrzów, a teraz drży o utrzymanie. To zmieniło podejście do tych spotkań?
Mecz z Legią zawsze wzbudza większe emocje wśród zawodników i kibiców. Atmosfera dzisiaj była… no fantastyczna. Nie ma co ukrywać, u nas kibice są tym dwunastym zawodnikiem. W poprzednim meczu żyli tym meczem, tak samo dzisiaj. Bardzo fajnie grać dla nich i zostawiać zdrowie dla kibiców, bardzo za to dziękujemy i to doceniamy. Co do Legii, są w fazie przebudowy, ale dalej mają dobrych zawodników i trochę jakości.
Ale tylko trochę?
Myślę, że to my dzisiaj graliśmy lepiej. Zasłużyliśmy na trzy punkty, taka jest moja opinia. Szanujemy ten remis i jeden punkt, ale staraliśmy się, a kibice też to myślę widzieli – nie grać na remis i powalczyć o trzy punkty. Walczyliśmy do końca, stworzyliśmy kilka sytuacji i zabrakło jedynie centymetrów.
Lukas Klemenz ostatnio powiedział piękne słowa, że zaangażowania i takiej zgranej ekipy nie da się po prostu kupić.
Charakterologicznie jest to świetnie dobrane. Trener sobie to układa i to się dobrze zazębia. Mam nadzieję, że będziemy to trzymać, bo przed nami trudne mecze. Będziemy potrzebować wsparcia kibiców jak dzisiaj, czy tydzień temu z Widzewem. To nas niesie i razem możemy walczyć w każdym meczu o punkty.
Kogo nie spytać, wyróżni Alana Czerwińskiego jako tego, który coś potrafi powiedzieć w szatni.
Generalnie staram się nie mówić za dużo, rozluźniać atmosferę. Nie jestem spiętym zawodnikiem, ale nie boję się wygłaszać swojego zdania. Zawsze chcę pomóc młodym chłopakom, ze starszymi zawodnikami mam dobre relacje. Po prostu nie boję się powiedzieć swojego zdania, w piłce przeżyłem już bardzo dużo. Zagrałem wiele poważnych meczów o sporym ciśnieniu, w Lidze Europy czy Konferencji. Jeden błąd waży tam bardzo dużo. Nie boję się wypowiadać, oczywiście słucham też innych chłopaków – wymieniamy się poglądami i to jest fajne. Nie zamykam się na ich zdanie, a oni na moje. Doskonale to wszystko funkcjonuje. Jeżeli chodzi o odzywanie się w szatni, bardzo to lubię. Rozluźniam atmosferę, żartem czy też dobrym słowem do naszej kochanej młodzieży.
Masz jakieś sposoby na kontrowersyjne decyzje sędziego, czy już się po prostu tym nie przejmujesz?
Totalnie nie, na mnie to już nie wpływa. Dostałem żółtą kartkę i musiałem grać ostrożnie, bo czasem to przypadek decyduje o tym, czy obejrzysz drugi kartonik. Kontrowersje sędziowskie? Pewnie jakieś były, tak mi się wydaje. Wydaje mi się, że nawet mogliśmy dostać rzut karny?
Można było dopatrzeć się nawet trzech potencjalnych jedenastek.
No to naprawdę szkoda, taki karny by nam dzisiaj bardzo pomógł. W tej szesnastce się kotłowało, a to z kolei świadczy o tym, że dochodziliśmy do sytuacji. Legia miała dzisiaj z nami problem.
Było widać przy jednej z ostatnich akcji, że instynktownie chciałeś odpychać rywala, a później cofnąłeś ręce.
Tak, tak. Wyszedłem bardzo wysoko, on sobie dzióbnął tę piłkę. W pierwszym odruchu normalnie bym akcję od razu kasował, bo wolę dostać żółtą kartkę. W ostatnim momencie, naprawdę ostatnim, zaświeciła mi się lampka i odsunąłem ręce. Przybiłem sobie brawo za tę decyzję, bo czerwona kartka mogłaby zupełnie zmienić oblicze meczu w samej końcówce.
Końcówki na Arenie Katowice faktycznie należą do was, łapiecie flow z kibicami. Mocniejszy doping to lepsza akcja i odwrotnie.
Dokładnie tak, w meczu z Widzewem to bardzo mocno odczułem. Jeden z nas zrobił wślizg, trybuny się jeszcze bardziej ożywiły i to nas dalej napędzało. Dawno nie miałem tak, by kibice żyli z drużyną, a drużyna z kibicami. Mega mi się to podoba, to naprawdę pomaga.
Jak radzą sobie nowi zawodnicy?
System nie jest najłatwiejszy, ale mamy taką drużynę, że od razu czują się bardzo dobrze. Jesteśmy otwarci. Kiedyś nie widziałem takich rzeczy, gdy przychodził nowy zawodnik, jak mu pomóc czy doradzić. Teraz staramy się, ja się staram, być bardzo dobrym kolegą. Służyć żartem, pomocą, żeby jak najszybciej się odnaleźli i dobrze czuli. Całej drużynie to wychodzi na dobre, że szybko się wkomponowują. Warunek jest jeden: będziesz się czuł dobrze, jeśli dasz z siebie 100%. Jeśli nie dasz z siebie wszystkiego, będziesz się tu czuł źle i tyle.
Tłusty czwartek za nami, jaki twój ulubiony pączek? Lukier czy cukier puder?
Zdecydowanie lukier. Ulubiony z czekoladą, jadłem z moją córką. Ja sobie takiego sprawiłem i jej też takiego przywiozłem, bardzo takie lubi. Polany czekoladą i z czekoladą w środku, nie odmówiłem sobie (śmiech).


Najnowsze komentarze