Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Tygodniowy przegląd mediów: GKS wykorzystał dołek Warty, zagrał bardzo dobrze i wygrał
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które obejmują dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
Przygotowująca się do rundy rewanżowej drużyna kobiet, rozegrała w środę sparing z Rekordem Bielsko-Biała, wygrywając 6:0 (0:0). W następnym test-meczu w sobotę zespół pokonał Śląsk Wrocław 5:3 (3:3). Drużyna męska, w zakończonym zgrupowaniu w Turcji rozegrała dwa sparingi, wygrywając z Metalistem Charków 1:0 (1:0), po golu Jakuba Araka oraz remisując z duńskim Vendsyssel FF 0:0.
Siatkarzom w minionym tygodniu wygrali z Aluron CMC Wartą Zawiercie 3:0. Kolejne spotkanie drużyna rozegra szóstego lutego z Cuprum Lubin. Z drużyną rozstał się Tomas Rousseaux, kontrakt rozwiązano za porozumieniem stron.
W minionym tygodniu hokeiści rozegrali dwa spotkania, w których GieKSa raz wygrała i raz przegrała. W pierwszym spotkaniu zespół przegrał z Cracovią 1:4 i w niedzielę wygrał z GKS-em Tychy 4:1. W rozpoczętym tygodniu drużyna zagra (we wtorek, u siebie) z JKH GKS-em Jastrzębie oraz w piątek (wyjazd) z Ciarko STS Sanok. Najprawdopodobniej do drużyny dołączy Robert Mrugała z Podhala Nowy Targ.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Do przerwy 0:0, po niej już pogrom. Liderki ekstraligi rozbiły wiceliderki i ligi
W rozegranym w środę, 25 stycznia meczu sparingowym GKS Katowice rozbił Rekord Bielsko-Biała aż 6:0. Hat-trickiem w tym pojedynku popisała się Amelia Bińkowska.
Początek starcia rozgrywanego na boisku Ośrodka Sportowego Kolejarz w Katowicach wcale nie zwiastował pogromu. Podopieczne Karoliny Koch miały przewagę, której jednak nie potrafiły potwierdzić otwierającym trafieniem. Worek z bramkami rozwiązał się dopiero po przerwie.
Jako pierwsza do siatki trafiła w tym pojedynku Amelia Bińkowska. Najlepsza strzelczyni “GieKSy” w tym sezonie z bramki cieszyła się w 52. minucie po dograniu Klaudii Maciążki. Nie minęło wiele czasu, a 20-letnia napastniczka pokonała Natalię Majewską po raz drugi, tym razem po rzucie rożnym. W 63. minucie GKS świętował następne trafienie. Katowiczankom pomogła jedna z rywalek, która pokonała własną bramkarkę. Hat-tricka Amelia Bińkowska skompletowała dziesięć minut później.
W końcówce spotkania liderki Orlen Ekstraligi nie miały zamiaru zmniejszać tempa gry, czego dowodem były kolejne dwa trafienia. W 80. minucie z bramki cieszyła się Joanna Olszewska, natomiast końcowy rezultat na 6:0 ustaliła pięć minut później Patrycja Kozarzewska.
Był to drugi tegoroczny sparing GKS-u Katowice. W pierwszym piłkarki Karoliny Koch zremisowały 1:1 z czeskim 1. FC Slovácko. Wiceliderki I ligi natomiast właśnie wczorajszym starciem kontrolnym rozpoczęły tegoroczną rywalizację. Obie te drużyny kolejne sparingi rozegrają już w najbliższą sobotę, 28 stycznia. Katowiczanki zagrają ze Śląskiem Wrocław, a “biało-zielone” zmierzą się z AZS UJ Kraków.
– Trzy „prezenty”, trzy gole stracone w krótkim odstępie czasu, wystarczyły aby cała gra się posypała. Mecz uwypuklił nasze błędy w grze obronnej i braki jakościowe. Ale nie ma tego złego…. Wyciągniemy wnioski z tej surowej lekcji. – powiedział po wczorajszym spotkaniu trener bielszczanek Mateusz Żebrowski cytowany przez oficjalną stronę klubu.
slaskwroclaw.pl – Lider lepszy od WKS-u
Za piłkarkami Śląska Wrocław kolejny trudny mecz sparingowy. Podopieczne Piotra Jagieły mierzyły się z aktualnym liderem Orlen Ekstraligi, GKS-em Katowice i choć był to tylko sparing, to mecz był wyrównany i nie brakowało w nim efektownych akcji i bramek. Ostatecznie wrocławianki musiały uznać wyższość mistrzyń jesieni, przegrywając 3:5.
Kolejny test wrocławianek w tym okresie przygotowawczym był małą okazją do rewanżu za porażkę w meczu ligowym z GKS-em. Katowiczanki w listopadzie wywiozły ze stolicy Dolnego Śląska pełną pulę i teraz też znakomicie zaczęły mecz, bo już po pięciu minutach prowadziły 2:0.
Odpowiedź WKS-u była natychmiastowa i dość… niecodzienna. Joanna Wróblewska strzeliła bowiem gola bezpośrednio z rzutu rożnego! Wrocławianki wyrównały za sprawą Karoliny Ostrowskiej, ale kilka chwil później Gieksa znów objęła prowadzenie. Jeszcze w pierwszej połowie Śląsk raz jeszcze doprowadził do remisu, a na listę strzelczyń wpisała się Karolina Ostrowska.
W drugiej połowie zarysowała się przewaga przyjezdnych, co miało przełożenie na kolejne bramki. Ostatecznie katowiczanki po strzeleckim spektaklu wygrały na Kłokoczycach 5:3.
sportdziennik.com – Wygrana z Metalistem
W tureckim Side, czyli 60 km od Lary, gdzie przebywa od ponad tygodnia na zgrupowaniu, GieKSa pokonała w środę Metalist Charków, czyli 11. drużynę ukraińskiej ekstraklasy.
Jedyny gol padł w 17 minucie. Mateusz Marzec uruchomił Grzegorza Rogalę, ten wygrał pojedynek na lewej flance i płasko dośrodkował, a do siatki piłkę wpakował Jakub Arak. Na „kołyskę” katowiczanie poczekają do ligi, a należeć się będzie Arkadiuszowi Jędrychowi. Kapitanowi katowickiej drużyny w poniedziałek urodziła się córeczka Ada, dlatego tego dnia na kolację wjechał tort i odśpiewano „sto lat”. Jutro katowiczanie mają w planach spotkanie z Vendsyssel FF, 4. zespołem zaplecza duńskiej ekstraklasy.
Skandal w Turcji. Sparing GieKSy był ustawiony?!
Już w 55. minucie decyzją obu drużyn zakończył się piątkowy sparing GKS-u z duńskim Vendsyssel FF (0:0), rozgrywany w Turcji, gdzie katowiczanie przebywają na zgrupowaniu. Sędziowanie było skandaliczne i ukierunkowane na bezbramkowy rezultat.
Czy w ostatnim sparingu GieKSy zaplanowanym na czas zgrupowania w Turcji partycypowała bukmacherska mafia?! Nie da się jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, ale są poważne przesłanki, by nie wykluczać takiego scenariusza. W kontekście spotkania rozgrywanego w Kumkoy (12 km od Lary, gdzie stacjonują katowiczanie) plotkowało się, że pewnej grupie zainteresowanej nim postronnych osób zależało na bezbramkowym remisie.
„Sędzia kpina. Ustawka 100 procent. Sędzia z brzuchem gwizdał wszystko, co się da, żeby tylko nie padła bramka” – pisał na Twitterze wzburzony Tomasz Włodarek, drugi trener GKS-u.
Sparing, transmitowany przez klub z Bukowej na YouTube, zakończył się już w 55. minucie przy stanie 0:0. Vendsyssel FF – czwarta drużyna zaplecza duńskiej ekstraklasy – zdobyła bramkę po długim zagraniu obrońcy, przejęciu piłki przez napastnika i wykorzystanej sytuacji sam na sam. Defensorzy GieKSy nawet nie protestowali, nie podnosili w odruchu bezwarunkowym rąk, ale turecki sędzia główny – bez uniesionej wcześniej chorągiewki jego asystenta – nie uznał gola z powodu spalonego.
– Po zdobyciu nieuznanej bramki – już drugiej – Duńczycy zdecydowali, że schodzą z boiska. Trudno było ich zawrócić, bo sparing wyglądał momentami naprawdę kuriozalnie – opowiada Robert Góralczyk, dyrektor sportowy pierwszoligowca z Katowic. Któryś z zawodników GieKSy widząc wzburzenie rywali powiedział: „Dajcie im strzelić, niech idą od połowy”, ale gra nie została już wznowiona.
W obozie GieKSy nieoficjalnie opisywano nam, że niemal każda piłka zmierzająca w stronę pola karnego kończyła się spalonym, łącznie odgwizdano ich kilkanaście.
– Od początku mecz obfitował w wiele kontrowersyjnych i wydaje się, że po prostu błędnych decyzji, zarówno w jedną, jak i drugą stronę. Związane były ze spalonymi, rzutami rożnymi, innymi stałymi fragmentami. Z czego to wynikało, nie będziemy rozstrzygać, ale nie chce się grać w takich meczach. To niedobre chwile piłki – nie kryje dyrektor Góralczyk.
Na nasze pytanie, czy GKS będzie składał oficjalne zawiadomienie do FIFA dotyczące match-fixingu, prosi jeszcze o cierpliwość, bo sprawa jest świeża i wymaga konsultacji.
Skontaktowaliśmy się też z duńskim klubem. Linię Steffensę, panią menedżer ds. komunikacji i marketingu Vendsyssel FF, zapytaliśmy o oficjalne stanowisko, dlaczego drużyna zeszła z boiska przed czasem i czy poinformuje FIFA o tym, co zaszło.
– Przerwaliśmy grę z powodu wyładowań atmosferycznych, grzmotów. Mamy trochę złych doświadczeń z Danii i nie chcieliśmy ryzykować – odpisała „Sportowi” Steffensa, ale choć pogoda tego popołudnia rzeczywiście była odrobinę kapryśna, trudno nam potraktować tę odpowiedź jako coś innego niż typową dla lewicowej Skandynawii polityczną poprawność.
– Nie była to bezpośrednia przyczyna, choć rzeczywiście przyszła wichura – nawiązuje do pogody Robert Góralczyk, a wracając do wydarzeń sparingowych dodaje: – Ta sytuacja to wielki policzek również dla organizatorów (zgrupowania i sparingów GieKSy – dop. red.). Nie przynosi im to chwały. Wiadomo, że nikt nie chce brać udziału w meczach tak źle sędziowanych. Wiele stron będzie chciało tę sprawę na przyszłość wyjaśnić. Nie wyobrażam sobie, by miało nam się to jeszcze kiedyś zdarzyć. Po to organizuje się obóz, przylatuje do Turcji, by jak najefektywniej wykorzystać ten czas. Pierwszy sparing (2:0 z Szachtarem Donieck U-19 – dop. red.) sędziowali nam Polacy. Środowy z Metalistem Charków (1:0 – dop. red.) – Turcy i było w porządku. Tym razem wyszło inaczej, a nie tylko ten nasz mecz był pełen kontrowersji. To był niedobry dzień – nie kryje dyrektor GieKSy, która w sobotę wróci do kraju.
Po sąsiedzku w oparach skandalu toczył się bowiem sparing Wisły Kraków z LASK Linz. Mateusz Miga, dziennikarz TVP Sport, nasz były redakcyjny kolega, alarmował na Twitterze, że mecz prawdopodobnie jest ustawiony i ma paść w nim więcej niż 3,5 gola. „Biała gwiazda” prowadziła do przerwy 1:0 po kontrowersyjnym karnym wykorzystanym przez Luisa Fernandeza. Na giełdach zakładów bukmacherskich w Azji stawiano stawki niespotykane jak na tego typu spotkania kontrolne. Jarosław Krzoska, kierownik Wisły, przyznawał, że „to, co robi ten sędzia, to żart”. Wyciągnął z kapelusza jeszcze jednego karnego, na czym tym razem skorzystał trzeci zespół austriackiej Bundesligi, a w końcówce finalizując kontrę sprawił, że rzeczywiście padło więcej niż 3,5 gola.
Krakowski klub wystosował oświadczenie: „Dostrzegając szereg skandalicznych decyzji sędziowskich w meczu Wisły Kraków z LASK Linz, trener Radosław Sobolewski przerwał mecz, zebrał drużynę na murawie po podyktowanym rzucie karnym dla rywala i poprosił o dokończenie jednostki treningowej, a także o zapanowanie nad nerwami. Przeciwnicy także optowali za takim rozwiązaniem. Ufamy, że międzynarodowe instytucje nadzorujące prace arbitrów przyjrzą się temu spotkaniu. Klub przekazał organizatorowi obozu swoje stanowisko w tej sprawie”.
SIATKÓWKA
siatka.org – Tomas Rousseaux rozstał się z GKS-em Katowice
Kontrakt przyjmującego Tomasa Rousseaux z GKS-em Katowice został rozwiązany za porozumieniem stron. Na razie nie wiadomo, gdzie dokończy sezon belgijski przyjmujący.
W sezonie 2022/2023 Tomas Rousseaux wystąpił w 19 spotkaniach ligowych, w których zdobył 167 punktów. Belgijski siatkarz reprezentował barwy katowickiego klubu w sezonach 2018/2019 oraz 2021/2022.
GKS wykorzystał dołek Warty, zagrał bardzo dobrze i wygrał
Siatkarze GKS-u Katowice przerwali długą serię porażek. Ekipa trenera Słabego we własnej hali zmierzyła się z zawiercianami, od początku im się przeciwstawiła i po bardzo dobrej grze wygrała. Katowiczanie zgarnęli w tym starciu komplet punktów i nie stracili seta.
Po krótkiej grze punkt za punkt jako pierwsi na dwa oczka odskoczyli gospodarze (6:4), które powiększyli asem serwisowym Jakuba Jarosza (10:7). Tym samym chwilę później popisał się Gonzalo Quiroga i GKS prowadził już 12:8. Katowiczanie skutecznie atakowali, dobrze ustawiali się w obronie, a problemy z tym mieli gracze z Zawiercia. Pewnie atakował Jakub Szymański czy też Jarosz (17:14), ale w końcu rywalom udało się zmniejszyć straty (16:18). Kontra GKS-u ponownie pozwoliła mu odskoczyć (21:17). Dobre akcje Dawida Dulskiego dały jeszcze nadzieję gościom (22:24) i to właśnie on zakończył długą wymianę (23:24), ale zepsuty serwis zakończył tę część meczu.
Kolejna na początku toczyła się punkt za punkt, dobra gra blokiem Miłosza Zniszczoła pozwoliła zawiercianom prowadzić 8:7. Nie na długo, gdyż szybko udanymi akcjami odpowiedział Szymański oraz Marcin Kania. Kolejna kontra GKS-u dała im trzy oczka zaliczki (12:9). Podopieczni Michała Winiarskiego nie pozwalali jednak zbytnio odskoczyć (14:13). Ponownie dobrze funkcjonował blok gości (17:18) i znów zapowiadała się emocjonująca końcówka. W niej lepiej poradzili sobie siatkarze z Katowic, po przytomniej kiwce Quirogi mieli piłkę setową (24:21). Dwie kontry skończył jeszcze Patryk Łaba (23:24), ale mocny atak Szymańskiego doprowadził tę partię do końca.
Trzecia część meczu zaczęła się po myśli ekipy Grzegorza Słabego, która po asie Quirogi prowadziła 4:2. Sytuację na korzyść swojego zespołu odwróciły zagrywki Łaby (5:4). Minimalną zaliczkę katowiczanie odzyskali po bloku, powiększyła ją kolejna „czapa”, tym razem Sebastiana Adamczyka (10:8). Rozpędzony GKS nie zwalniał (14:11), na skrzydle nie zawodził Szymański i Damian Domagała (18:15). Zawiercianie starali się walczyć, piłkę przechodzącą wykorzystał Michał Szalacha (17:18). To miejscowi byli jednak na fali (21:18), mocne serwisy Domagały przybliżały GKS to końcowego triumfu i przerwania fatalnej serii (23:18). Quiroga dał swojej drużynie piłkę meczową (24:18) i to Argentyńczyk zapewnił katowiczanom pierwszą od końca listopada wygraną.
MVP: Jakub Szymański
GKS Katowice – Aluron CMC Warta Zawiercie 3:0 (25:23. 25:23, 25:19)
HOKEJ
hokej.net – Cracovia umacnia się na pozycji lidera po wygranej w Katowicach!
GKS Katowice przed własną publicznością musiał uznać wyższość Comarch Cracovii, która dzięki zwycięstwu umocniła się na fotelu lidera i jest coraz bliżej tego, aby zostać najlepszą drużyną fazy zasadniczej.
Sennie rozpoczęło się spotkanie w Katowicach, co przełożyło się na mała ilość stworzonych sytuacji zarówno przez hokeistów GKS-u Katowice, jak i graczy Comarch Cracovii. Dopiero w 9. minucie na lodowisku pojawiły się emocje. Kasperlik zagrywał przed bramkę Johna Murray’a, który chciał schować gumę między parkany, jednak ta wylądowała za jego plecami. Z tego skorzystał Sawicki, umieszczając krążek w siatce, ale sędziowie nie uznali trafienia, ponieważ wcześniej wybrzmiał gwizdek sędziego, który wyraźnie się pośpieszył i od kontrowersji rozpoczęliśmy emocję w „Satelicie”. W 14. minucie na ławce kar wylądował Juraj Šimek i po ośmiu sekundach już mógł udać się w stronę swojego boksu, bo krakowianie wyszli na prowadzenia za sprawąJiříego Guli, który huknął z prawego bulika nie do obrony. Jeszcze przed syreną kończącą pierwszą tercję goście mogli podwyższyć, ale Saku Kinnunen trafił w słupek.
Druga tercja znakomicie rozpoczęła się dla „Pasów”, bo w 24. minucie drugi raz w tej rywalizacji zamienili przewagę liczebną na trafienie. Dokładniej zrobił to Patryk Wronka, który wykorzystał parkany bramkarza GieKSy i odbijając od nich krążek skierował go do bramki. Kolejnego gola krakowianie zdobyli w 33. minucie, którzy wymieniali dużo podań w tercji gospodarzy osłabionych brakiem dwóch zawodników, aż w końcu na strzał po lodzie zdecydował się Saku Kinnunen i krakowianie trzeci raz mogli świętować zdobytego gola. GieKSa zaatakowała mocniej dopiero w końcowych fragmentach i to jej się opłaciło, bo w 39. minucie Mateusz Bepierszcz strzałem z bekhendu zaskoczył Roka Stojanoviča.
Trzecia tercja przypominała pod względem wydarzeń pierwszą, w której oglądaliśmy dużo walki i małą ilość stworzonych sytuacji. Kropkę nad „i” postawił Roman Rác, który zdobył gola do pustej bramki i krakowianie wywieźli z Katowic komplet punktów.
Zwycięska passa tyszan przerwana. Derby Śląska dla GieKSy
Po pięciu wygranych meczach z rzędu zawodnicy GKS-u Tychy zaznali goryczy porażki i ulegli GKS-owi Katowice 1:4. W Derbach Śląska nie obyło się bez licznych kontrowersji i bójek, a dwie bramki dla GieKSy zdobył Grzegorz Pasiut.
Tysko-katowickie konfrontacje mają spory ciężar gatunkowy. Nie brakuje w nich twardych starć, walki o każdy centymetr lodu i okazji bramkowych. W niedzielę nie było inaczej. Oba zespoły stworzyły ciekawe widowisko.
Tyszanie przystąpili do meczu bez chorych Emila Bagina, Jouki Juholi i Kamila Wróbla, z kolei zawieszony na jeden mecz za karę meczu został Filip Komorski.
Trener Jacek Płachta nie mógł skorzystać z usług Hampusa Olssona, który z dorobkiem 15 bramek jest jednym z najskuteczniejszych zawodników GieKSy.
Mecz na dobre się nie zaczął, a na ławkę kar powędrowali Roman Szurc i Joona Monto, którzy nieco pokładali się kijami. Po 114 sekundach gry gospodarze rozwiązali worek z bramkami, a na listę strzelców wpisał się Jean Dupuy.
W pierwszej odsłonie więcej z gry mieli podopieczni Andrieja Sidorienki, ale nie zdołali już powiększyć swojego prowadzenia.
Ten mecz był też rywalizacją dwóch świetnych bramkarzy. Tomáš Fučík i John Murray dobrze strzegli swoich posterunków, ale w drugiej odsłonie więcej pracy miał ten pierwszy i to on dwukrotnie musiał wyciągnąć gumę z siatki. W 28. minucie – po koronkowej akcji pierwszego ataku i uderzeniu Grzegorza Pasiuta – mieliśmy remis. A zaledwie 50 sekund później na listę strzelców wpisał się Matias Lehtonen, który przymierzył spod linii niebieskiej, wykorzystując fakt, iż na tyskim bramkarzu dobrze popracował Marcin Kolusz.
Gospodarze musieli się otworzyć i zagrać odważniej w ofensywie. W 47. minucie Fučík dograł do wychodzącego na czystą pozycję Romana Szturca, ale ten nie zdołał pokonać Johna Murraya.
Chwilę później z kontrą wyszli podopieczni Jacka Płachty zadali trzeci cios i zrobili milowy krok w kierunku zwycięstwa. Tyski golkiper zatrzymał szarżującego Matiasa Lehtonena, ale przy dobitce Macieja Kruczka nie miał już żadnych szans.
W 57. minucie trener Andriej Sidorienko poprosił o czas, a chwilę później poszedł o krok dalej i zdecydował się na manewr z wycofaniem bramkarza i wprowadzeniem do gry dodatkowego napastnika. Nie przyniósł on jednak zamierzonego efektu. Gumę przechwycił Grzegorz Pasiut, który posłał ją do pustej bramki i tym samym ustalił wynik spotkania.
Mrugała o krok od GieKSy. Będą kolejne wypożyczenia?
W poniedziałek do GKS-u Katowice ma dołączyć Robert Mrugała. Doświadczony obrońca TAURON Podhala Nowy Targ zostanie wypożyczony do końca sezonu. Ale to nie wszystko.
Szefostwo ekipy mistrzów Polski chce wzmocnić formację defensywną. Z uwagi na fakt, iż na zagranicznym rynku nie ma praktycznie wolnych obrońców, to postanowiło uzupełnić kadrę na krajowym podwórku.
Zgodnie z naszymi przewidywaniami, ich wybór padł na Roberta Mrugałę, który imponuje dobrymi warunkami fizycznymi (191 cm, 100 kg) i w naszej ekstralidze wystąpił już w ponad 400 spotkaniach. Potrafi grać twardo i ofiarnie, a te cechy są niezwykle istotne w meczach fazy play-off.
Wychowanek „Szarotek” w tym sezonie rozegrał 30 meczów, w których zgromadził 9 punktów za 1 gola i 8 asyst. Na ławce kar spędził 26 minut, a w klasyfikacji plus/minus wypadł na -15.
Przypomnijmy, że GieKSa na podobny ruch zdecydowała się rok temu, gdy wypożyczyła Marcina Kolusza. Ten ruch okazał się niezwykle udany, bo „Kolos” dołożył swoją cegiełkę do zdobycia tytułu mistrzowskiego. Jak będzie z Mrugałą? Tego dowiemy się najpóźniej na początku kwietnia.
Felietony Piłka nożna
#SzacunekDlaArbitra
Jakoś tak się składa, że w swojej niemal 30-letniej „karierze” na GieKSie, gdy myślę o „skręconych” przez sędziów meczów na niekorzyść naszej drużyny – to do głowy przychodzą mi dwa spotkania… z Legią Warszawa.
Pierwszy, w 1996 roku, gdy katowiczanie do przerwy prowadzili przy Łazienkowskiej po golu Artura Adamusa, ale Legia ostatecznie wygrała 2:1. W bardzo kontrowersyjnych okolicznościach. Bramka Cezarego Kucharskiego padła po ewidentnym spalonym, a GieKSa nie dostała rzutu karnego za faul Piotra Mosóra na Janie Furtoku. Oprócz jedenastki zawodnik Legii powinien wylecieć z boiska. Decyzje niekorzystne dla GKS podejmował tego dnia sędzia Julian Pasek.
– Możemy mieć pretensje do siebie, że nie pokaraliśmy Legii wcześniej, bo wiadomo było, że tego wyniku 1:0 nie dowieziemy do końca – pomstował trener GKS Piotr Piekarczyk.
– Sędzia pasek powinien dostać paska – wtórował mu Kazimierz Węgrzyn.
Drugie spotkanie to mecz z 2001 roku, również w Warszawie. Tam GKS przegrał 0:1. Po golu z rzutu karngo, podyktowanego za to, że Adam Majewski potknął się o własne nogi. Z drugiej strony Maciej Murawski sfaulował Krzysztofa Gajtkowskiego w polu karnym, ale jedenastki Ryszard Wójcik nie podyktował. I choć faul był ewidentny, to Gajtek dostał drugą żółtą za symulowanie i wyleciał z boiska.
Oba te mecze zostały tak ordynarnie skręcone, że naprawdę rzadko się to spotyka. Ale to tylko taki historyczny wstęp. W tamtych czasach nie było VAR-u. Gdyby wówczas ta technologia obowiązywała – GKS prawdopodobnie wygrałby oba te mecz. No chyba, że sędziowałby sędzia Sylwestrzak.
Ciągle trudno przejść obojętnie obok piątkowego meczu, choć mam nadzieję, że trener i drużyna już wyrzucili z głowy to spotkanie i skupiają się na meczu z Arką. Ja jednak muszę wrócić do tego, bo wzburzenie pozostaje żywe. Już nie dlatego, że stało się, jak się stało. Tylko dlatego, że taki Sylwestrzak nie poniesie żadnych konsekwencji i wszystko zostanie zamiecione pod dywan.
W każdym programie, w każdym magazynie prześwietlono sytuacje z meczu. Dodatkowo nałożyły się na to sędziowskie błędy z innych spotkań w tej kolejce. I naprawdę trudno uwierzyć, że w dobie VAR, takie byki są ciągle popełniane.
Adam Lyczmański przed rundą mówił o kolejnych, nowych już pierdyliardowych wytycznych odnośnie zagrania ręką. I co? I g…no. Ciągle sędziowie gwiżdżą jak chcą – nomen omen arbitralnie podchodzą do sprawy. Tu gwizdnie jakąś dziwną rękę po główce Bergiera, tu nie podyktuje ewidentnego karnego dla Jagiellonii. No i u nas, Kun – spryciula – tak niby chowa rękę, że intencjonalnie blokuje łokciem strzał. Ale żeby było, że niby cofa. Nie ma karnego.
Dodam tylko, że ta sytuacja miała miejsce bardzo krótko przed tym, jak Legia strzeliła gola…
Nad Szkurinem nie będę się już dłużej rozwodził. Zdania są podzielone, ale raczej przeważa opinia, że karnego nie powinno być. Ja tam widzę, że Tobiasz lewą ręką popycha Ilję i w dynamicznej sytuacji wytrąca go z biegu. Ale rozumiem argumenty drugiej strony.
No dobra, karny, nie karny – sędzia popełnił jeden lub dwa błędy, zdarza się. VAR powinien go zawołać, przynajmniej do tej ręki. Nie zawołał.
Natomiast ta sytuacja z Pankovem i Nowakiem to jest przecież przepotężny skandal, który prawdopodobnie zaraz ucichnie. Bo pokrzywdzonym zespołem jest tylko GieKSa. A przecież ten błąd jest naprawdę tak wielkiej rangi, jak brak czerwonej kartki w meczu Górnik – Jagiellonia. Ale pamiętamy co było wtedy – zaraz po meczu wielkie oburzenie, hurr durr, Frankowski tłumaczący się przed kamerą i wywalony na zbitą buzię przez Marcina Szulca. Choć i tak Frankowski wkrótce cichaczem wrócił. Szybko.
Natomiast tutaj? Cisza. A prześledźmy jeszcze raz, co tam się wydarzyło.
Bo tak, jak mówię. Błędy wynikające z niejasności interpretacji, miękkości faulu (tak jak niby ze Szkurinem) – jestem w stanie zrozumieć. Taka trochę jest piłka – nieewidentna, choć w przypadku rąk, to mam wrażenie, że te przepisy raz po raz zmienia jakieś kółko pijaków na rauszu. A potem i tak nikt nie egzekwuje wytycznych.
Czyli Pankov wjeżdża w nogi Nowaka. Z impetem, wyprostowaną nogą, korkami. Na złamanie nogi. Bandyckie wejście. I znów powiem – gdyby nie było VAR, powiedziałbym – trudno, sędzia nie widział dokładnie.
Tyle że Sylwestrzak podbiegł do monitora i mógł spokojnie, na obrazku, kilka razy zobaczyć, co tam się wydarzyło. Mógł zobaczyć, jak wygląda szkoleniowy faul na poważną kontuzję. Jak wygląda szkoleniowy faul na czerwoną kartkę, który powinien być pokazywany na kursach sędziowskich.
I nie zmienił swojej decyzji. Utrzymał wycenienie tego wejścia na żółtą kartkę.
Szczerze mówiąc, to się nie mieści w głowie. I naprawdę tego nie można w żaden sposób zrozumieć. Niestety – powtórzę – wtórował mu Kamil Kosowski, co jeszcze bardziej zwiększyło rangę absurdu tej sytuacji (w Lidze+Extra Kosa już nie był taki hardy w swojej pierwotnej wersji). Adam Lyczmański uznał tę sytuację za oczywistą czerwień. No ale ostatecznie nikt nie pochylił się nad tym, że jakkolwiek brak czerwonej kartki w pierwszym momencie to był błąd, ale brak zmiany decyzji po VAR-ze to po prostu jeden wielki skandal i kompromitacja sędziego.
Niektórzy próbowali to jakoś głupio tłumaczyć, że Pankov podwinął nogę w ostatniej chwili. Nie – w ostatniej chwili to nogi podwinął Nowak. Bo gdy zobaczył, że wpierdala się na niego z całą petą lokomotywa, to instynktownie próbował zrobić wszystko, żeby uniknąć czołowego zderzenia. Dobrze powiedział Paweł Paczul w Lidze Minus, że te teorie o podwinięciu nogi przez Pankova, to trochę jakby samochód przypierdzielił w ścianę, a kierowca potem pokazywał na zgnieciony przód i mówił „ale przecież hamowałem”.
No i tak to się kula w tej naszej kopanej. Z jednej strony sędziowie raz lepiej sędziują, raz gorzej, ale szkoda, że choć sprawa z błędami z piątkowego meczu stała się medialna, to i tak wszyscy o niej zapomną, a Sylwestrzak dalej sobie będzie sędziował w najlepsze.
A mecz ten zapisze kolejny rozdział w historii sędziowie przeciw GKS w potyczkach z Legią.
Felietony
Duma i wściekłość
Zdania po wczorajszym meczu były raczej zgodne. Z gry GKS wszyscy byli zadowoleni, ale pozostawał niedosyt, że nie udało się tego spotkania wygrać. Katowiczanie znów zaprezentowali się dynamicznie, bardzo walecznie, pokazali też swoje atuty piłkarskie. Zabrakło „tego czegoś”, co dałoby naszemu zespołowi trzy punkty.
Przed meczami z Widzewem – patrząc na formę naszych nadchodzących rywali – wymyśliłem sobie zestaw punktów i moje ustosunkowanie do nich. Mieliśmy się bowiem zmierzyć z rywalami, którzy są w różnego rodzaju rozsypce – Widzew ze zbieraniną gwiazd i trenerem stand-uperem, gadającym takie banialuki na coraz to kolejnych konferencjach, że szkoda gadać. Oraz Legią, pogrążaną w kryzysie, której kibice krzyczą, że jak Legia spadnie, to ich „zajebią”. Tak więc ten zestaw punktów wyglądał następująco: „2 – chujowe minimum, 3 – minimum, 4 – dobrze, 6 – idealnie”.
Przy okazji wybaczcie, że dziś nie będę wykropkowywał przekleństw, ale im dalej od meczu, to zamiast się uspokajać, coraz się bardziej wkurwiam. Ale o tym później.
Wracając do punktów. Trochę słabo by to wyglądało, gdybyśmy z tą zbieraniną z Łodzi i zdołowaną Legią zdobyli jedno czy dwa oczka. Ale po Widzewie były już trzy, więc to minimum zostało wykonane. To nie oznaczało jednak, że gdybyśmy przegrali z Legią, byłbym zadowolony. Jednak musimy zdawać sobie sprawę, że wszystkich meczów wygrać się nie da. Więc jeśli nie da się – to przynajmniej zremisujmy po dobrej grze. A to miało miejsce wczoraj. Więc wyszedł moduł „4 punkty – dobrze”.
Oczywiście ta moja tabelka punktów odnosiła się TYLKO do dorobku punktowego. On się zgadza – i to jest super. Bo jakbym miał spojrzeć na samą postawę zawodników – to już bym powiedział, że było znakomicie. O meczu z Widzewem pisałem. Jeśli chodzi o Legię, to naprawdę nasz zespół znów spisał się bardzo dobrze. Obawiałem się, czy po aż tak „wojennym” meczu jak z Widzewem, katowiczanie będą potrafili na tej samej intensywności z Legią zagrać. Okazało się, że potrafią, więc surowe mięso jak widać jest najlepszej jakości. Do tego widać, że piłkarsko nasz zespół naprawdę ma swoją jakość, próbuje tę piłkę rozgrywać, przesuwa akcje do przodu, gramy krótko, a czasem długo (i celnie!). Brakuje czasem trochę ogarnięcia z przodu, jakiegoś dobrego rozwiązania. Eman Marković hasa na skrzydle, ale mógłby lepiej czasem dograć. Wierzę jednak, że ta efektywność w ofensywie przyjdzie, bo przyjść musi. Nie da się grać idealnie i błędy zawsze będą. I mimo, że właśnie wymieniam tu Emana w kontekście rozwiązywania sytuacji, to i tak uważam, że jego zmiany były bardzo dobre.
GieKSa trochę dała pograć Legii w pierwszej połowie. Z naciskiem na „trochę”. Legioniści też byli dynamiczni i waleczni, jakby naprawdę chcieli wyjść z tego swojego kryzysu. Więc podchodzili pod to nasze pole karne, raz kapitalnie interweniował Rafał Strączek po strzale głową Kuna. Ale nawet i tu – mimo, że przed przerwą było trochę gorzej z naszym pressingiem – GKS z samej gry miał więcej niż w pierwszej połowie meczu z Widzewem. Po przerwie Legia nie miała już praktycznie nic. Defensywne działania GKS zaczynają się już daleko od naszego pola karnego i Legia w dużej mierze została zneutralizowana. Co prawda był krótki moment chaosu w okolicach 70. minuty, ale z grubsza, cała ta połowa była bardzo dobra.
Musimy ten remis cenić też z innego powodu. GieKSa ten mecz przegrywała i wcale nie było oczywiste, że doprowadzimy do wyrównania. Sam gol – to błędy po naszej stronie, ale też trzeba docenić piękną akcję Legii. Poklepali i rozegrali to kapitalnie. Końcowa faza to wiadomo – dośrodkowanie i dał się Lukas Klemenz wyprzedzić małemu Biczachczjanowi, co raczej nie powinno mieć miejsca. Czy Strączek miał szansę odbić tę piłkę? Oczywiście, że miał, bo przecież widać, że próbował trafić dłonią w piłkę, ale nie trafił. Nie wiem, czy to błąd, ale kompletnie się tu golkipera nie czepiam. Było blisko, czas reakcji krótki, więc myślę, że w takiej sytuacji jak piłka przysłowiowo „śmiga koło ucha”, czyli dłoni, to jest w tym też element bramkarskiego szczęścia.
No ale do 45. minuty było 0:1 i na przerwę mogliśmy schodzić na debecie. Tymczasem Bartek Nowak i Borja Galan zrobili coś, co odmieniło losy tego meczu, a bramka miała znaczenie nie tylko wynikowe. Dając takiego „pancza”, jak mówi trener Igor Jovicević, siadło Legii na morale na całą drugą połowę. I Legia już nie była tą samą drużyną, o czym po meczu mówili trener Marek Papszun i Bartosz Kapustka. Gol był na wagę złota.
W tym sezonie to nam strzelano bramki do szatni. Swego czasu przez wiele meczów – co mecz. Wyliczaliśmy to, bo było to irytujące. Sytuacja jednak się zmieniła. My już tych goli do szatni nie tracimy, a na domiar dobrego – sami je strzelamy. I tak było i z Widzewem, i z Legią. Na przerwy dwóch ostatnich meczów schodziliśmy w wyśmienitych nastrojach.
Znów swoje zrobiły stałe fragmenty gry. Znów fenomenalnie wykonuje je Bartosz Nowak. Zawodnik ma fenomenalne liczby w tej rundzie. Brał udział przy każdej z czterech bramek. Jedną zdobył, a trzy razy tak bił rzuty rożne czy wolne, że koledzy zdobywali bramki. Absolutnie fenomenalne. I choć ja bym powiedział, że Bartek chce czasem coś zrobić… za ładnie, za elegancko i nie zawsze to wyjdzie, to stwierdzam, że… może, bo to nasz wybitny zawodnik.
Przejdźmy do spraw mniej przyjemnych i już chyba domyślacie się, o co chodzi. Przyznam szczerze, że sam jestem bardzo ostrożny w ocenianiu decyzji arbitrów – ostrożny w tym sensie, że chyba mam już tyle lat, że jak czarne jest czarne, to nie udaję, że jest białe. Oczywiście będąc kibicem mojego klubu wiadomo, że mam ulgę, gdy sędzia podjął błędną decyzję na korzyść mojej drużyny. Taki to już kibicowski szowinizm. Ale nie będę udawał czy ściemniał, że tego błędu nie popełnił. Miałem swoje zdanie na temat pewnych derbów Trójmiasta i decyzji sędziego w końcówce. Ale wyszło jak wyszło – i bardzo szczęśliwie dla nas.
W ekstraklasie de facto przez te półtora sezonu nie miałem jakichś uwag do sędziów. W naszych meczach wielkich kontrowersji nie było. Nie przypominam sobie meczu, w którym mogliśmy mieć pretensje. Raczej kontrowersje, które się przewijały w przestrzeni medialnej, dotyczyły decyzji sędziów na naszą korzyść. Pamiętamy gol N’Diaya z meczu z Motorem w poprzednim sezonie (tam faktycznie chyba powinien być uznany) czy wyrównująca bramka dla Radomiaka w obecnym.
Ale to co się odjebało wczoraj, to już było po prostu słabe. Ze stadionu tego aż tak nie widziałem, ale później oglądając sobie powtórki, złość zaczęła narastać. I dziś rano zamiast wstać spokojniejszym – było wręcz przeciwnie.
Trzy sytuacje. Pierwsza to łokieć Patryka Kuna przy próbie dośrodkowania Marcina Wasielewskiego. Sytuacja nietypowa i można ją różnie rozpatrywać. Przede wszystkim łokieć wystaje zdecydowanie poza obrys sylwetki Kuna, a zawodnik obraca się w taki sposób, że tę rękę wykorzystuje do zablokowania piłki. Wydaje się, że intencjonalnie. I osiągnął z tego korzyć.
Druga to sytuacja Tobiasza z Ilją. Przecież bramkarz centralnie lewą ręką popycha napastnika w plecy, gdy ten jest przed pustą bramką. Jeszcze na szybko puszczając powtórkę na meczu mogłem się zgodzić z komentatorami, że jest to „za miękkie” na karnego. Ale wygląda na to, że Kacper przeszkodził ewidentnie Ilji w zdobyciu gola.
O ile jednak te dwie sytuacje można jeszcze rozpatrywać interpretacyjnie, choć dziwi mnie, że sędzia nie podchodził do monitora, to jest jeszcze trzecia sytuacja. I tutaj uważam, że to jest kompletny skandal. Pankov niemal łamie nogi Nowakowi, sędzia jeszcze ogląda tę sytuację na VAR-ze i utrzymuje żółtą kartkę.
Powtórzmy to jeszcze raz – Pankov WPIERDALA się prostą nogą i korkami w nogi Nowaka i grozi naszemu pomocnikowi poważną kontuzją. I teraz komentatorzy Kamil Kosowski i Adam Marchliński wili się, żeby zawodnika Legii tłumaczyć – że podwinął nogę w ostatniej chwili. I bardzo chwalili sędziego za utrzymanie w mocy kartki żółtej. Przecież to jest niepojęte. Nawet jeśli Pankov minimalnie ugiął nogę w ostatniej chwili to zrobił to i tak zdecydowanie za późno. To jest tak ewidentna czerwona kartka, że tu nawet nie ma co dyskutować. I naprawdę śmiem twierdzić, że jeśli ktokolwiek bezstronny uważa, że żółta kartka to dobra decyzja – to świadomie lub nie, ale faworyzuje Legię.
Powiem tak, bo idealnie napisał Mariusz Polak na Twitterze: „Ciekawy mecz w Katowicach. Coś mi podpowiada, że większość kibiców w Polsce trzyma kciuki za gospodarzami, a większość dziennikarzy sportowych za gośćmi”.
Nic dodać, nic ująć. Daleki jestem od teorii spiskowych, ale nie zdziwię się, jak zaraz zacznie wyciąganie Legii za uszy ze strefy spadkowej. GieKSie wczoraj należał się z tych dwóch sytuacji przynajmniej jeden rzut karny. A czerwona kartka dla Pankova jest bezdyskusyjna. Niepokazanie jej, to było przyzwolenie na boiskowy bandytyzm.
Szkoda tego meczu, bo naprawdę można go było wygrać. W pewnym sensie przełamaliśmy fatum, w końcu nie przegraliśmy z Legią, która nam nie leżała w końcówce lat 90. i na początku lat 2000, nie leżała nam i teraz. W końcu w całości zagraliśmy mecz, jak równy z równym. Zabrakło tylko kropki nad i.
Miło, że przyczyniliśmy się do pobicia przez Legię niechlubnego rekordu 12 meczów z rzędu bez zwycięstwa w lidze. GKS kiedyś był często klubem na przełamanie dla innych. Teraz to już nie ma miejsca.
Katowiczanie dalej idą łeb w łeb z poprzednim sezonem, a konkretniej – z początkiem roku. Rok temu też w pierwszych trzech meczach wiosny mieliśmy 7 punktów. Tyle że rok temu trzeci mecz to była wojna, ale mało piłki z Piastem u siebie, a teraz wojna, z dobrą piłkarską kwestią.
Możemy być dumni z piłkarzy, spisali się na medal. Mamy piękną drużynę. Kibice też wczoraj zaprezentowali się kapitalnie – komplet, wspaniały doping, wszyscy nakręceni. Kolorytu oczywiście dodał wypełniony sektor gości i kibice Legii, którzy również świetnie dopingowali. To było kolejne piłkarskie święto na Nowej Bukowej.
Czekamy na Arkę. Wracamy do miejsca wielkiego triumfu. To jest historia, piękna historia. Ale teraz czas napisać kolejny jej rozdział.
Piłka nożna Wywiady
Czerwiński: To my graliśmy lepiej
Po zremisowanym meczu z Legią porozmawialiśmy z Alanem Czerwińskim o atmosferze w klubie i na murawie, kontrowersjach sędziowskich, a także jego roli w szatni. Nie zabrakło również pytania o ulubionego krepla, a po odpowiedzi zapraszamy do lektury.
Ostatnie dwa mecze to twoje dwa udane strzały. Do trzech razy sztuka?
Alan Czerwiński: Mam taką nadzieję, dobrze się z przodu odnajduję. Szkoda, że obydwa strzały były na lewej nodze i nie mogłem pokazać mojej prawej, która jest dużo dokładniejsza. Naprawdę szkoda, że dzisiaj ta bramka nie wpadła, bo byłaby takim stemplem. To był idealny mecz na takiego gola, bo to byłoby po prostu piękne trafienie i szkoda, że nie wpadło.
Grałeś kilka meczów z dolegliwościami. Już wszystko w porządku?
Tak, dochodzę do siebie i jest coraz lepiej. W mojej głowie tak naprawdę nie ma tego urazu. Gdybym wychodził na mecz zastanawiając się, czy wszystko jest okej, miałbym spory problem. Dużo pracuję mentalnie nad przygotowaniami do meczu. W myślach nie mam żadnego urazu, nie kalkuluję nic, gram na 100% i to jest dla mnie najważniejsze w przygotowaniach. Gdy gram na 100%, mogę pokazać wszystkie umiejętności i to, co mam najlepsze.
Za twojego poprzedniego pobytu w Katowicach Legia walczyła w Lidze Mistrzów, a teraz drży o utrzymanie. To zmieniło podejście do tych spotkań?
Mecz z Legią zawsze wzbudza większe emocje wśród zawodników i kibiców. Atmosfera dzisiaj była… no fantastyczna. Nie ma co ukrywać, u nas kibice są tym dwunastym zawodnikiem. W poprzednim meczu żyli tym meczem, tak samo dzisiaj. Bardzo fajnie grać dla nich i zostawiać zdrowie dla kibiców, bardzo za to dziękujemy i to doceniamy. Co do Legii, są w fazie przebudowy, ale dalej mają dobrych zawodników i trochę jakości.
Ale tylko trochę?
Myślę, że to my dzisiaj graliśmy lepiej. Zasłużyliśmy na trzy punkty, taka jest moja opinia. Szanujemy ten remis i jeden punkt, ale staraliśmy się, a kibice też to myślę widzieli – nie grać na remis i powalczyć o trzy punkty. Walczyliśmy do końca, stworzyliśmy kilka sytuacji i zabrakło jedynie centymetrów.
Lukas Klemenz ostatnio powiedział piękne słowa, że zaangażowania i takiej zgranej ekipy nie da się po prostu kupić.
Charakterologicznie jest to świetnie dobrane. Trener sobie to układa i to się dobrze zazębia. Mam nadzieję, że będziemy to trzymać, bo przed nami trudne mecze. Będziemy potrzebować wsparcia kibiców jak dzisiaj, czy tydzień temu z Widzewem. To nas niesie i razem możemy walczyć w każdym meczu o punkty.
Kogo nie spytać, wyróżni Alana Czerwińskiego jako tego, który coś potrafi powiedzieć w szatni.
Generalnie staram się nie mówić za dużo, rozluźniać atmosferę. Nie jestem spiętym zawodnikiem, ale nie boję się wygłaszać swojego zdania. Zawsze chcę pomóc młodym chłopakom, ze starszymi zawodnikami mam dobre relacje. Po prostu nie boję się powiedzieć swojego zdania, w piłce przeżyłem już bardzo dużo. Zagrałem wiele poważnych meczów o sporym ciśnieniu, w Lidze Europy czy Konferencji. Jeden błąd waży tam bardzo dużo. Nie boję się wypowiadać, oczywiście słucham też innych chłopaków – wymieniamy się poglądami i to jest fajne. Nie zamykam się na ich zdanie, a oni na moje. Doskonale to wszystko funkcjonuje. Jeżeli chodzi o odzywanie się w szatni, bardzo to lubię. Rozluźniam atmosferę, żartem czy też dobrym słowem do naszej kochanej młodzieży.
Masz jakieś sposoby na kontrowersyjne decyzje sędziego, czy już się po prostu tym nie przejmujesz?
Totalnie nie, na mnie to już nie wpływa. Dostałem żółtą kartkę i musiałem grać ostrożnie, bo czasem to przypadek decyduje o tym, czy obejrzysz drugi kartonik. Kontrowersje sędziowskie? Pewnie jakieś były, tak mi się wydaje. Wydaje mi się, że nawet mogliśmy dostać rzut karny?
Można było dopatrzeć się nawet trzech potencjalnych jedenastek.
No to naprawdę szkoda, taki karny by nam dzisiaj bardzo pomógł. W tej szesnastce się kotłowało, a to z kolei świadczy o tym, że dochodziliśmy do sytuacji. Legia miała dzisiaj z nami problem.
Było widać przy jednej z ostatnich akcji, że instynktownie chciałeś odpychać rywala, a później cofnąłeś ręce.
Tak, tak. Wyszedłem bardzo wysoko, on sobie dzióbnął tę piłkę. W pierwszym odruchu normalnie bym akcję od razu kasował, bo wolę dostać żółtą kartkę. W ostatnim momencie, naprawdę ostatnim, zaświeciła mi się lampka i odsunąłem ręce. Przybiłem sobie brawo za tę decyzję, bo czerwona kartka mogłaby zupełnie zmienić oblicze meczu w samej końcówce.
Końcówki na Arenie Katowice faktycznie należą do was, łapiecie flow z kibicami. Mocniejszy doping to lepsza akcja i odwrotnie.
Dokładnie tak, w meczu z Widzewem to bardzo mocno odczułem. Jeden z nas zrobił wślizg, trybuny się jeszcze bardziej ożywiły i to nas dalej napędzało. Dawno nie miałem tak, by kibice żyli z drużyną, a drużyna z kibicami. Mega mi się to podoba, to naprawdę pomaga.
Jak radzą sobie nowi zawodnicy?
System nie jest najłatwiejszy, ale mamy taką drużynę, że od razu czują się bardzo dobrze. Jesteśmy otwarci. Kiedyś nie widziałem takich rzeczy, gdy przychodził nowy zawodnik, jak mu pomóc czy doradzić. Teraz staramy się, ja się staram, być bardzo dobrym kolegą. Służyć żartem, pomocą, żeby jak najszybciej się odnaleźli i dobrze czuli. Całej drużynie to wychodzi na dobre, że szybko się wkomponowują. Warunek jest jeden: będziesz się czuł dobrze, jeśli dasz z siebie 100%. Jeśli nie dasz z siebie wszystkiego, będziesz się tu czuł źle i tyle.
Tłusty czwartek za nami, jaki twój ulubiony pączek? Lukier czy cukier puder?
Zdecydowanie lukier. Ulubiony z czekoladą, jadłem z moją córką. Ja sobie takiego sprawiłem i jej też takiego przywiozłem, bardzo takie lubi. Polany czekoladą i z czekoladą w środku, nie odmówiłem sobie (śmiech).


Najnowsze komentarze