Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Tygodniowy przegląd mediów: Zdecydowana wygrana GKS Katowice!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja GieKSy. Prezentujemy najciekawsze z nich.

Piłkarki w 5. kolejce pokonały na wyjeździe drużynę Mistrzyń Polski Pogoń Szczecin 3:1 (3:0). Następne spotkanie zespół rozegra w sobotę 21 września na Bukowej o 12:00 z wiceliderem Śląskiem Wrocław. Piłkarze w ramach 8. kolejki PKO BP Ekstraklasy zremisowali z Widzewem Łódź 2:2 (2:1). Następne spotkanie drużyna rozegra na wyjeździe z Górnikiem Zabrze. Mecz rozpocznie się o godz. 20:15.

Siatkarze rozpoczęli rozgrywki PlusLigi od porażki z MKS-em Będzin 0:3. W tym tygodniu zespół rozegra dwa wyjazdowe spotkania: z Projektem Warszawa i Stalą Nysa. Mecze rozpoczną się odpowiednio o 17:30 (w środę, 18 września) i o 20:30 ( w sobotę 21 września).

W miniony piątek, rozpoczęli rozgrywki hokeiści w THL. W pierwszym spotkaniu GieKSa pokonała STS Sanok 2:0. W rozpoczętym tygodniu drużyna rozegra dwa mecze. W środę (18 września) zmierzy się na wyjeździe z Unią Oświęcim. W niedzielę (22 września) z kolei zespół podejmie w Satelicie GKS Tychy. Spotkania rozpoczną się odpowiednio o godzinie 18:00 i 17:00.

PIŁKA NOŻNA

kobiecyfutbol.pl – Zdecydowana wygrana GKS – u Katowice!

Już na samo otwarcie 5. kolejki Ekstraligi mogliśmy oglądać prawdziwy hit. Aktualnie mistrzynie ze Szczecina podejmowały na własnym stadionie ustępujące z tronu po zeszłej kampanii piłkarki GKS – u Katowice. Obie ekipy do tej pory zgarnęły komplet punktów, lecz Pogoń rozegrała jedno spotkanie mniej.

Już od samego początku mogliśmy zaobserwować niezwykle agresywne nastawienie przyjezdnych. Zakładały one na gospodyniach nieustanny pressing, tym samym często zmuszając rywalki do popełniania błędów, które już niedługo miały okazać się niezwykle kosztowne. Bowiem „GieKSa” bardzo szybko wyprowadziła cios i to bynajmniej nie pojedynczy.

W 11. minucie świetnie skrzydłem popędziła Karolina Bednarz, która wymieniła piłkę z Klaudią Słowińską. Ta wypatrzyła w polu karnym wbiegającą na krótki słupek Nikolę Brzęczek, która z bliskiej odległości pokonała bezradną przy strzale w okienko Annę Palińską. Jakby złego dla miejscowych było mało, raptem kilka minut później defensorka mistrzyń, Kinga Bużan, sfaulowała w polu karnym Klaudię Maciążkę. Rzut karny pewnie na gola zamieniła Marlena Hajduk. To nie był koniec kanonady w tej połowie. W 20. minucie po rzucie rożnym powstało ogromne zamieszanie, w którym najlepiej odnalazła się Kinga Kozak i podwyższyła na 3:0.

W następnych meczach intensywność pressingu Katowiczanek nieco zmalało, co choć na chwilę pozwoliło wziąć oddech Pogoni i powymieniać nieco dłużej piłkę. Najgroźniejszą okazję gospodynie wykreowały sobie w 37. minucie, kiedy kawałek wolnej przestrzeni wykorzystała Jaylen Crim i oddała strzał, który jednak nie zmusił do szczególnego wysiłku Kingi Seweryn. Do przerwy zatem mieliśmy teoretycznie już po meczu. Chyba nikt się nie spodziewał tak ogromnej przewagi i okazałego prowadzenia którejkolwiek ze stron.

Po zmianie stron dwie niezwykle groźne sytuacje wykreowały sobie gościnie. Najpierw Aleksandra Nieciąg uderzyła z kilku metrów, lecz świetnym refleksem wykazała się Palińska. Niedługo później po napędzeniu kontry wysoko nad bramką huknęła Grzybowska. Następne kilka minut należało jednak do Pogoni, co widzieliśmy chyba pierwszy raz w tym spotkaniu. Natomiast ta chwila przewagi przyniosła już gola, otwierającego konto Szczecinianek. Z lewej strony boiska do rzutu wolnego podeszła Luana Zajmi i wykonała idealny centrostrzał, który z pomocą wiatru całkowicie zmylił Kingę Seweryn i tym samym to cudowne trafienie wlało w serca piłkarek oraz kibiców na chociaż remis. Aczkolwiek czas był sprzymierzeńcem „GieKSy” , o której mimo zmniejszonej przewagi wciąż spokojnie należało twierdzić, że ma przebieg boiskowych wydarzeń pod kontrolą.

Kolejne minuty to po raz kolejny dominacja w posiadaniu piłki ekipy przyjezdnej. Piotr Łęczyński próbował odmienić oblicze rywalizacji zmianami, lecz rotacje nie zdawały się na wiele. Ożywiły się skrzydła, na których aktywne były wprawdzie Garbowska i Kuśmierczyk, lecz w pojedynkach ze świetnie dysponowanymi Turkiewicz, Słowińską czy Bednarz nie wywalczyły nic więcej niż parę rzutów rożnych, niebędącym realnym zagrożeniem dla defensywy GKS – u. Więcej bramek nie przyszło nam już oglądać na stadionie w Szczecinie. Przyjezdne zaliczają przekonującą i naprawdę zasłużoną wygraną po bardzo dobrym meczu. Tym samym kontynuują one serię zwycięstw, pozostając na fotelu liderek.

SIATKÓWKA

dziennizachodni.pl – Prezentacja hokeistów i siatkarzy GKS Katowice na dachu Supersamu

We wtorek 10 września w stolicy Górnego Śląska odbyła się prezentacja drużyn GKS Katowice. Hokeiści i siatkarze tego klubu spotkali się ze swoimi kibicami w niezwykłym miejscu – na dachu katowickiego Supersamu.

Zarówno hokeiści jak i siatkarze GieKSy w najbliższy weekend rozpoczną zmagania ligowe, więc we wtorkowe popołudnie 10 września obydwa zespoły zaprezentowały się katowickim kibicom. Impreza odbyła się na dachu Supersamu i uczestniczyło w niej kilkaset osób.

Jako pierwsi fanom zaprezentowali się siatkarze. W drużynie trenera Grzegorza Słabego nie ma już kapitana Jakuba Jarosza, ale jest aż siedmiu nowych graczy, których kibice mieli okazję poznać. Nowym kapitanem został Bartosz Mariański. Katowiczan czeka ciężka walka o pozostanie w PlusLidze, która po tym sezonie zostanie odchudzona. Pierwszy mecz siatkarze rozegrają w niedzielę o godz. 20.30 w hali w Szopienicach z beniaminkiem Nowak-Mosty MKS Będzin.

– Mogę obiecać, że będziemy walczyć w każdym meczu. W naszej hali w Szopienicach bardzo często dochodziło do tie-breaków i mam nadzieję, że w tym sezonie też będziemy pod tym względem rekordzistami PlusLigi – powiedział trener Grzegorz Słaby.

Później na scenie pojawili się hokeiści. Trener Jacek Płachta ma w składzie aż 12 nowych zawodników i to pewnie jeszcze nie koniec zmian w składzie, ale znów chce powalczyć o medal i kolejny raz awansować do finału Tauron Hokej Ligi. Wicemistrzowie Polski rozgrywki zaczną w piątek 13 września domowym spotkaniem z Texomem STS Sanok, który rozpocznie się w odnowionej Satelicie o godz. 17. Funkcję kapitana zespołu ponownie pełnić będzie Grzegorz Pasiut.

– Okres przygotowawczy był ciężki. Mocno trenowaliśmy, graliśmy wiele sparingów. Już nie możemy się doczekać pierwszego meczu w Satelicie i spotkania z naszymi kibicami – stwierdził trener Jacek Płachta.

Po prezentacji sympatycy GieKSy robili sobie wspólne zdjęcia ze sportowcami i zbierali ich autografy, a także podziwiali widoki na centrum miasta z dachu katowickiego Supersamu. Mogli też kupić w klubowym stoisku nowe koszulki hokeistów i siatkarzy przygotowane na rozpoczynający się w weekend sezon.

siatka.org – Znakomite wejście beniaminka, ważne trzy punkty w Katowicach

Nowak-Mosty MKS Będzin w znakomitym stylu po latach wrócił na ligowe salony. W swoim pierwszym meczu po powrocie do Plusligi będzinianie nie dali większych szans GKS Katowice inkasując bezcenne trzy punkty nie tracąc nawet seta,  Najlepszym zawodnikiem spotkania wybrany został Brandon Koppers, przyjmujący MKS-u.

Od samego początku toczyła się wyrównana walka. Będzinianie odskoczyli na dwa oczka po ataku oraz asie Brandona Koppersa (6:4). Dłużni nie byli gospodarze, którzy po asie Aymena Bouguerry oraz zatrzymaniu Damiana Schulza wygrywali 8:7. MKS po chwili wyrównanej gry, ponownie objął dwupunktowe prowadzenie po zatrzymaniu ataku Alexandra Bergera z szóstej strefy (13:11). Po chwili ponownie doszło do remisu za sprawą autowego ataku gości i uderzeniu Damiana Domagały (13:13). Po tym, jak w kontrze zapunktował Berger, grę przerwał trener Dawid Murek (16:15). Aż po sam koniec byliśmy świadkami potężnej wymiany ciosów i gry punkt za punkt, a także widowiskowych bloków autorstwa obu ekip. Losy wyrównanej odsłony musiała rozstrzygnąć gra na przewagi. Zarówno jedna, jak i druga drużyna miały piłki na jej skończenie. Po ataku ze środka oraz asie Damiana Schulza MKS objął prowadzenie.

Drugą partię również otworzyła gra punkt za punkt. Od samego startu aktywni byli Koppers i Łukasz Usowicz. Jako pierwsi na dwupunktowe prowadzenie wyszli goście po zatrzymaniu Bouguerry (8:6). Ekipa z Będzina utrzymywała się na nim do stanu 12:10. Dwukrotne zatrzymanie Depowskiego wiązało się z remisem po 12. Raz jeszcze sprawy w swoje ręce wzięli będzinianie. Po asie Grzegorza Pająka wygrywali 15:13. Wraz z czasem nawarstwiały się błędy oraz chaos w szeregach gospodarzy (18:14). Dobrze mimo to na środku siatki spisywał się Usowicz. Koncert rozgrywał Koppers, do którego kierowana była największa ilość piłek. Po dwóch atakach Schulza z prawego skrzydła MKS wygrywał 2:0.

Do trzeciej części katowiczanie przystąpili z Bartoszem Gomułką na ataku oraz Bartłomiejem Krulickim na środku. Po dwóch blokach oraz ataku pierwszego z nich wygrywali 4:1. Przyjezdni zaczęli grać bardziej technicznie, mniej siłowo. Po chwili tablica wyników wskazała na remis. Podobnie jak w pierwszej części, ekipy zaczęły wyrównaną grę punkt za punkt. Na dwa oczka zaliczki wstąpił GKS po zdrapce i asie Usowicza (13:11). Nie zwalniał ręki po drugiej stronie Schulz, który dał swojej drużynie remis (16:16). Nie zwalniali tempa mimo to siatkarze ze Śląska. Dwa asy Jewgienija Kisiliuka wiązały się z prowadzeniem 19:17, by atak Artura Ratajczaka i blok na Gomułce oznaczały kolejne wyrównanie (20:20). Przez moment trwała gra punkt za punkt, ale powtórzył się scenariusz z ubiegłej partii. Asem i po chwili atakiem po bloku zakończył mecz Schulz (25:23).

GKS Katowice – Nowak-Mosty MKS Będzin 0:3 (27:29, 19:25, 23:25)

HOKEJ

hokej.net – GieKSa otwiera sezon za trzy punkty. Czyste konto Murraya

Udanie przywitali się z własną publicznością zawodnicy GKS-u Katowice. Podopieczni Jacka Płachty pokonali 2:0 zespół Texom STS-u Sanok. Premierowe trafienie w barwach GKS-u zanotował Stephen Anderson. Punktował również Grzegorz Pasiut, dla którego dzisiejsze spotkanie było 800 meczem rozegranym na polskich taflach.

Dobre informacje na kibiców GKS-u Katowice czekały już na przedmeczowej rozgrzewce, gdzie można było dostrzec powracającego do kadry meczowej Bena Sokaya. Spotkanie inaugurujące sezon 2024/2025, było jednocześnie jubileuszem Grzegorza Pasiuta. Dla kapitana GieKSy potyczka przeciwko Texom STS-owi Sanok była bowiem 800 meczem rozegranym na polskich taflach.

Od pierwszych sekund było jasne, która z drużyn będzie starała się rozdawać karty. Już w 1. minucie swój potencjał zaprezentował flagowy atak katowiczan. Przestrzeń w tercji rywala zdobył Dante Salituro, a tempa akcji nadał Grzegorz Pasiut, który z charakterystycznym dla siebie sznytem, zagrał wprost na łopatkę Bartosza Fraszko. Mając przed sobą otwartą drogę do bramki ten uderzył jednak wprost w Dominika Salame. Wraz z upływem czasu obraz gry pozostawał niezmienny. Podopieczni Jacka Płachty coraz pewniej czuli się w tercji rywala, przyspieszając rozegrania krążka. Goście jednak nie pozwolili na przełamanie swoich szyków obronnych. Głównie za sprawą dobrze dysponowanego między słupkami Dominika Salamy, choć w niektórych momentach sanoczanom mocno sprzyjało sportowe szczęście. Katowicka karuzela nabierała tempa, dobrą dynamiką imponował Sokay, sęk w tym, że przekładało się to na otwarcie wyniku spotkania.

Na drugą tercje podopieczni Elmo Aittoli wyszli ze zdecydowanie większym apetytem gry na krążku. Nieprzyjemnie uderzenie na bramkę Murraya posłał Tamminen, ale przede wszystkim gościom udawało się utrzymywać grę z dala od własnej tercji. Paliwa do nawiązania równorzędnej walki nie wystarczyło na zbyt długo, na co spory wpływ miało wykluczenie Joony Tamminena. Choć goście wyszli z osłabienia obroną ręką, to po wyrównaniu formacji na lodzie, tempo wydarzeniom znów nadawali wicemistrzowie Polski. W 35. minucie na ławce kar zasiadł Bartosz Fraszko. Okres gry w przewadze nie pozwolił gościom na dłużej rozgościć się w katowickiej tercji. Co więcej, w ostatnich sekundach wykluczenia, kontratak zainicjował Mateusz Bepierszcz. Po chwili jego rajd zamienił się w dwójkowy atak, gdy akcję uzupełnił opuszczający boks kar Bartosz Fraszko. Tym razem Fraszko zachował zimną krew i strzałem poza zasięgiem Salamy, otworzył wynik spotkania.

Przebieg trzeciej tercji nie wskazywał aby mógł nastąpić przełom. Gospodarze utrzymywali swoją przewagę, będąc zespołem lepszym w podstawowych aspektach hokejowego rzemiosła. Ekipa z Podkarpacia płaciła coraz wyższą cenę za ciężką pracę w obronie, co skutkowało coraz większą liczbą wykluczeń. W 50. minucie grający w przewadze katowiczanie rozprowadzili obronę gości. Odwdzięczając się za podanie z pierwszej minuty, Fraszko nadał krążek do Pasiuta, jednak kolejny raz na drodze do szczęścia katowickiej dwójce stanął Dominik Salama. W 50. minucie spotkania Grzegorz Pasiut składał reklamacje odnośnie decyzji podejmowanych przez arbitrów. Bartosz Kaczmarek uznał, że roszczenia Pasiuta wyczerpują znamiona niesportowego zachowania, nakładając na kapitana GieKSy kare mniejszą. W 58. minucie Elmo Aittola poprosił o czas dla swojej drużyny, by po chwili zaryzykować wycofaniem z bramki Dominika Salamy. Ten manewr nie przyniósł jednak oczekiwanego efektu w postaci wyrównującej bramki, co więcej po chwili Stephen Anderson strzałem do pustej bramki zdobył swoje premierowe trafienia w barwach GieKSy oraz ustalił wynik spotkania.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga