Hokej Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Tygodniowy przegląd mediów: uKOCHane zdobywają Olsztyn
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatnich czterech dni, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
Mistrzynie Polski w drugim spotkaniu Orlen Ekstraligi pokonały na wyjeździe Stomilanki Olsztyn 3:0 (2:0) i prowadzą w tabeli. Następny mecz ligowy piłkarki rozegrają już w najbliższy czwartek, 31 sierpnia, na Bukowej o godz. 13:00. W piłkarze rozegrali kolejne ligowe spotkanie, z Resovią Rzeszów, w którym wygrali 3:0 (2:0) Prasówkę po tym spotkaniu znajdziecie TUTAJ. Kolejny mecz nasza drużyna rozegra w przyszła niedzielę, trzeciego września w Bielsku-Białej z Podbeskidziem. Początek spotkania o godzinie 15:00. Zgodnie z zapowiedziami z klubem rozstał się Marek Szczerbowski, nowym prezesem GieKSy został Krzysztof Nowak.
Siatkarze po powrocie z turniej PreZero Grand Prix PL rozpoczęli „regularne” przygotowania do nowego sezonu.
Mistrzowie Polski w hokeju na lodzie, w minionym tygodniu rozegrali dwa sparingi z niemiecką drużyną Lausitzer Füchse z Weißwasser/Oberlausitz. W pierwszym z nich drużyna przegrała po rzutach karnych 4:5, w drugim wygrała 6:2. W piątek zespół rozegra sparing z Energą Toruń.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – “uKOCHane” zdobywają Olsztyn
W niedzielne popołudnie beniaminek z Olsztyna podjął mistrzynie Polski. Mimo ambicji punkty pojechały do Katowic. GKS Katowice zostaje samodzielnym liderem jako jedyna drużyna w Orlen Ekstralidze z kompletem punktów.
Katowiczanki rozpoczęły mecz, narzucając gospodyniom swój styl gry. Już w 11 minucie wrzutka Julii Włodarczyk trafiła na głowę Aleksandry Nieciąg, a ta skierowała ją do bramki, strzelając debiutancką bramkę dla GKSu Katowice. 5. minut później ponownie Nieciąg po zamieszaniu w polu karnym trafiła do bramki olsztynianek po raz drugi, jednak tym razem była na pozycji spalonej i bramka nie została uznana. Stomilanki w 18. minucie miały swoją szansę na wyrównanie, jednak Katarzyna Kałużna została w ostatniej chwili uprzedzona przez jedną z defensorek Katowic i wywalczyła tylko rzut rożny. W 22 minucie za faul taktyczny została ukarana żółtą kartką Kamila Tkaczyk. Trzy minuty później Słowińska wykonywała rzut wolny, wrzucona piłka trafiła na głowę Tkaczyk, a ta wyłożyła piłkę na piąty metr wprost pod nogi Hajduk. Kapitanka GKSu nie marnuje takich sytuacji i strzałem z najbliższej odległości trafiła do bramki Milner.
Jedyną zawodniczką, która sprawiała problemy zawodniczkom z Katowic, była filigranowa Katarzyna Kałużna. To po faulu na niej Julia Włodarczyk otrzymała żółtą kartkę w 34. minucie. W ostatnim kwadransie przyjezdne kontrolując sytuacje na boisku, cofnęły się, pozwalając na więcej swobody olsztyniankom. Gospodynie starały się stworzyć sytuacje, ale dobrze poukładana obrona katowiczanek nie pozwała zagrozić swojej bramce. W doliczonym czasie Joanna Olszewska uderzała ze stałego fragmentu, jednak piłka poszybowała nad poprzeczką. Do przerwy katowiczanki pewnie prowadzą 2:0.
Drugą połowę rozpoczęła się od roszad w obu zespołach. Na boisku pojawiły się: w barwach GKSu Oliwia Grzegorczyk, a w drużynie Stomilanek: Patricia Lamanna i Justyna Libera. W 48. minucie grająca w zespole z Warmii ex-katowiczanka Aleksandra Drąg została ukarana żółtą kartką za ostre wejście. Drużyna z Katowic kontrolowała sytuacje na boisku, a Stomilanki nie miały pomysłu, by zmienić obraz meczu. W 67. minucie na boisku pojawiły się Aleksandra Lizoń i Oliwia Malesa. Kilka minut później boisko opuściła jedna z najlepiej grająca w drużynie Stomilanek Katarzyna Kałużna, a w jej miejsce pojawiła się Oliwia Korzec. Kolejna zmiana z 76. minuty została wymuszona przez kontuzję Oliwii Malesy i na boisku pojawiła się wracająca po długiej kontuzji Anna Konkol. W 79. minucie za ostry atak Adrianna Rosiak została ukarana żółtą kartką. Kolejną zawodniczką, która pojawiła się w barwach GKSu na boisku była 16-letnia Anna Krakowiak.
Na kolejną bramkę drużyny z Katowic trzeba było czekać aż do 87. minuty kiedy to Anna Konkol wypracowała piękną sytuację, a Dominika Misztal sfinalizowała trafiając do bramki Stomilanek. Pewne zwycięstwo GKSu daje im pierwsze miejsce po 2. kolejkach Orlen Ekstraligi.
olsztyn.com.pl – Brutalna rzeczywistość. Stomilanki bez szans w starciu z mistrzem Polski
W niedzielne popołudnie piłkarki Stomilanek Olsztyn rozegrały pierwsze domowe spotkanie w najwyższej klasie rozgrywkowej. Mistrzynie Polski, GKS Katowice nie dały jednak żadnych szans olsztynianom i pewnie wywalczyły komplet punktów.
Przed meczem Marek Łukiewski, prezes Warmińsko-Mazurskiego Związku Piłki Nożnej wręczył na ręce kapitan Gabrieli Kędzi puchar za awans do Orlen Ekstraligi kobiet.
W 2 minucie spotkania Stomilanki mogły wyjść na prowadzenie. Po bardzo ładnej akcji strzał w kierunku bramki oddała Adrianna Rosiak, ale piłka poszybowała wysoko nad poprzeczką. Minutę później aktualny mistrz Polski GKS Katowice mógł wyjść na prowadzenie, ale strzał Kamili Tkaczyk został wyblokowany w ostatnim momencie.
Zespół ze Śląska wyszedł na prowadzenie w 11 minucie spotkania. Do dośrodkowania z prawej strony boiska źle wyskoczyła amerykanka Maleah Milner i Aleksandra Nieciąg trafiła głową do pustej bramki. Błąd bramkarki Stomilanek został bezlitośnie wykorzystany.
Stomilanki się nie załamały, ale ruszyły do odrabiania strat. Dwukrotnie na bramkę rywali strzelała najmniejsza na boisku Katarzyna Kałużna.
W 25 minucie było już 2:0 dla GKS-u. Po dośrodkowaniu z rzutu wolnego bramkę strzelił z bliskiej odległości Marlena Hajduk, tym razem lepiej w polu karnym powinny się zachować zawodniczki z obrony.
W 38 minucie Stomilanki oddały pierwszy celny strzał w meczu. Mocno aktywna w tym meczu Adrianna Rosiak podała do Kamili Osajkowskiej, ale ta za lekko uderzyła, żeby bramkarka GKS-u miała wpuścić piłkę do siatki.
Po przerwie Dariusz Maleszewski wprowadził do gry dwie nowe zawodniczki. W 51 minucie w bardzo dobrej sytuacji znalazła się Osajkowska, ale na 18 metrze nie potrafiła minąć bramkarki GKS-u, która wybiła piłkę wślizgiem na aut. W 63 minucie bardzo ładną interwencją popisała się Milner, która wybroniła uderzenie Anity Turkiewicz.
Wynik spotkania ustaliła w 87 minucie spotkania Dominika Misztal, która wykorzystała zamieszanie w polu karnym Stomilanek. Skromna liczba widzów (około 250 kibiców) nie doczekała się premierowego gola Stomilanek w Ekstralidze.
infokatowice.pl – Marek Szczerbowski odszedł z GieKSy. Krzysztof Nowak nowym prezesem
Dzisiaj wczesnym popołudniem nowym prezesem GKS-u Katowice został Krzysztof Nowak, przez wiele lat związany z Akademią Wychowania Fizycznego im. Jerzego Kukuczki w Katowicach.
Dzisiaj po 12.00 GKS Katowice wydał następujący komunikat: „Rada Nadzorcza GKS GieKSa Katowice S.A. podjęła uchwałę o odwołaniu Prezesa Zarządu Marka Szczerbowskiego z funkcji Prezesa Zarządu. Jednocześnie Rada Nadzorcza GKS GieKSa Katowice S.A. powołała na stanowisko Prezesa Zarządu dotychczasowego Wiceprezesa Krzysztofa Nowaka.”
Szczerbowski został prezesem GieKSy w sierpniu 2019 r., po spadku piłkarzy do drugiej ligi. Jego odejście spowodowane jest konfliktem z kibicami, którzy w ubiegłym sezonie przez kilka miesięcy bojkotowali domowe spotkania Trójkolorowych.
Krzysztof Nowak, który zastąpił Szczerbowskiego na fotelu prezesa, pojawił się w klubie w lutym bieżącego roku, kiedy objął stanowisko wiceprezesa. Nowak przez trzydzieści lat związany był z Akademią Wychowania Fizycznego im. Jerzego Kukuczki w Katowicach, gdzie m.in. pełnił funkcje dyrektora biura rektora i dyrektora administracyjnego. Przez ponad dziesięć lat był także dyrektorem AZS-u AWF Katowice.
SIATKÓWKA
siatka.org – Jakub Jarosz: ruszamy z najmniej przyjemną częścią sezonu
– Mam nadzieję, że okres przygotowawczy będzie na tyle owocny, że od pierwszej kolejki będziemy zdobywać ligowe punkty – powiedział w mediach klubowych Grzegorz Słaby, trener drużyny z Katowic, która zaczęła treningi przed sezonem 2023/2024.
Po zmaganiach na piasku w PreZero Grand Prix poszczególne zespoły PlusLigi zaczynają właściwe przygotowania przed sezonem 2023/2024. Wśród nich jest także GKS Katowice, który ma za sobą pierwsze zajęcia w hali. – Mieliśmy wprowadzenie w postaci PreZero Grand Prix. Spędziliśmy trochę czasu w nowej grupie na wyjeździe. Jest dużo zmian w zespole, bo mniej więcej 50% zawodników jest nowych, a teraz ruszamy już z tą najmniej przyjemną częścią sezonu. Ciężko trenujemy w siłowni i wracamy do naszej hali – przyznał atakujący, Jakub Jarosz.
Przed katowiczanami kilka tygodni ciężkiej pracy. – Będziemy robić 10 jednostek treningowych w tygodniu, a wolna będzie sobota i niedziela. Na razie będziemy skupiać się głównie na przygotowaniu motorycznym i fizycznym, ale od pierwszego dnia w hali będziemy też trenować z piłkami. W pierwszym tygodniu nie przewidujemy skoków zawodników, więc będzie dużo biegania, przebijania piłki, tak żeby przygotować ich do właściwej pracy – podkreślił szkoleniowiec, Grzegorz Słaby.
Nie ma co ukrywać, że zawodnicy nie lubią obecnego okresu, ale jest on niezbędny do tego, aby w trakcie zmagań ligowych byli w jak najlepszej dyspozycji. – Na pewno jest to trudny okres. Po dwóch treningach dziennie nikt nie będzie chodził wieczorem pełny energii, ale ta praca jest bazą, która da efekty później. Musimy dobrze popracować, aby później mieć wytrzymałość siłową i aby było mniej kontuzji – zaznaczył doświadczony atakujący zespołu z Katowic.
W GKS-ie doszło do sporych zmian, a więc najbliższe tygodnie zostaną poświęcone także na zgrywanie zespołu. – To jest mój czwarty rok pracy, a praktycznie przed każdym sezonem zmienia się rozgrywający, z którym inni zawodnicy muszą złapać nić porozumienia. Mamy sporo czasu, żeby to zrobić. Mam nadzieję, że ten okres przygotowawczy będzie na tyle owocny, że od pierwszej kolejki będziemy zdobywać ligowe punkty – zakończył Grzegorz Słaby.
HOKEJ
hokej.net – Mocny comeback GieKSy, ale w karnych lepsi rywale
W piątkowym meczu sparingowym nie zabrakło emocji! Hokeiści GKS-u Katowice przegrali po rzutach karnych 4:5 z Lausitzer Füchse. Niemiecki zespół prowadził dwukrotnie trzema golami, jednak ambitni katowiczanie doprowadzali do wyrównania.
W meczu nie zagrał chory Bartosz Fraszko, ale w składzie znalazł się młody zawodnik z Naprzodu Janów – Eric Kaczyński. Po pierwszej tercji GieKSa przegrywała 0:2 po golach Sama Ruoppa oraz Roope Mäkitalo. Rywal zawiesił poprzeczkę naprawdę wysoko.
W 23. minuciena listę strzelców wpisał się Ville Järveläinen, ale dwie minuty później podczas gry w przewadze odpowiedział Mateusz Bepierszcz.W tej samej minucie Eric Valentin zdobyłgola na 4:1. Do końca tercji strzelali już tylko katowiczanie i wszystkie tebramki padły w przewadze. Na listę strzelców wpisywali się Olli Iisakka, Santeri Koponen oraz Hampus Olsson. Na ostatnie 20 minut wracaliśmy z wynikiem 4:4.
W 47. minucie na prowadzenie GKS mógł wyprowadzić Mateusz Michalski, ale nie udało mu się wykorzystać sytuacji sam na sam z bramkarzem Lausitzer Füchse. To katowiczanie wyglądali w tej tercji lepiej, mając kilka szans na to, by objąć w tym starciu prowadzenie. Po sześćdziesięciuminutach wynik był remisowy, co oznaczało pięciominutową dogrywkę 3 na 3. Po nałożeniu na jednego z rywali czterech minut kary, GieKSa grała 4 na 3. Jednak nie udało się wykorzystać tej szansy i spotkanie rozstrzygnęły rzuty karne, w których lepsi byli goście.
Dwa dublety. Mistrz Polski lepszy od przedstawiciela DEL2
GKS Katowice wziął rewanż na Lausitzer Füchse. Mistrzowie Polski pokonali zespół DEL2 6:2, a po dwie bramki zdobyli Olli Issaka i Sam Marklund.
Pierwsze sekundy spotkania spędziliśmy w głównej mierze w tercji GKS-u Katowice. Goście starali się zdominować wydarzenia na lodzie, głównie za sprawą mocnych strzałów z dystansu, jednak nie były one z kategorii tych, które mogłyby zaskoczyć Johna Murraya.
W miarę upływu czasu gra się wyrównała, a katowiczanie próbowali neutralizować zagrożenie dążąc do odbioru krążka w tercji gości. W 7. minucie spotkania przed podopiecznymi Jacka Płachty nastąpiła pierwsza sposobność gry w przewadze, bowiem karą czterech minut został ukarany zawodnik Lane Scheidl. Katowiczanie choć nie mieli problemów z utrzymywaniem krążka w tercji gości, to nie potrafili dojść do klarownych sytuacji bramkowych za sprawną szybkich reakcji defensywy niemieckiej drużyny.
Pomimo, że drużyny narzuciły szybkie tempo gry, to żadnej ze stron nie udawało się stworzyć sytuacji w których mogły by pokusić się o zagrożenie bramkowe. Na otwarcie wyniku musieliśmy poczekać aż do 18. minuty spotkania. Sam Marklund został obsłużony świetnym podaniem wzdłuż bramki przez Hampusa Olssona i nie pozostało mu nic innego jak skierować gumę do bramki Tommiego Steffena.
W 21. minucie spotkania na ławkę kar został skierowany Jakub Wanacki, lecz gra w przewadze gości nie trwała zbyt długo, bo już po 45 sekundach na do drugiego boksu został przez sędziów oddelegowany Clarke Breitkreuz.
Większa ilość miejsca na lodzie w okresie gry 4 na 4 zdawała się bardziej służyć zawodnikom Lausitzer, którzy kilkukrotnie sprawdzili czujność „Jaśka Murarza”. W okresie gry w przewadze zawodnicy GKS-u Katowice całkiem dobrze radzili sobie w rozegraniu krążka, co zaowocowało podwyższeniem prowadzenia za sprawą trafienia Olliego Iisakki w 24. minucie.
Odpowiedź gości nastąpiła błyskawicznie, bo już w 25. minucie. Clark Breitkreuz efektownym zagraniem związał obronę GKS-u wypatrując pozostawionego bez opieki Erica Valentina, a ten uderzeniem pokonał Murraya. W 33. minucie spotkania Santeri Koponen dobrym podaniem we własnej tercji napędził akcję wychodzącego prawym skrzydłem Shigekiego Hitosato. Dynamiczny skrzydłowy zdecydował przedrzeć się z krążkiem przez obronę gości i schodząc do środka samemu wykończył akcję, czym ponownie wyprowadził mistrzów Polski na dwubramkowe prowadzenie. W 39. minucie grający w przewadze GKS Katowice za sprawą „fińskiej” formacji ustalił wynik drugiej tercji. Tempo akcji nadał w okolicach niebieskiej linii duet Vartinen-Monto. Następnie krążek trafił do mającego nieco swobody na prawym skrzydle Santeriego Koponena, a ten wstrzeliwując krążek w światło bramki wykreował okazję, którą sfinalizował Olli Iisakka.
Od mocnego uderzenia trzecią odsłonę rozpoczęli zawodnicy GKS-u Katowice. Doskonałym przeglądem pola popisał się Grzegorz Pasiut obsługując wychodzącego na pozycję Sama Marklunda i tak o to w 41.minucie spotkania piąta bramka dla GKS-u stała się faktem.
Goście nie zamierzali tanio sprzedać skóry, czego dowodem było trafienie z 42. minuty. Na indywidualny rajd zdecydował się Roope Makitalo, który zdołał zaskoczyć starających się zagęścić środkową tercję zawodników GKS-u. Następnie zagrał na prawe skrzydło do Erica Hordlera, a ten wystawił gumę Lanowi Schiedlowi, który kierunkowym przyjęciem zmylił obronę i umieścił krążek w bramce. W trzeciej tercji spotkania nie zabrakło fizycznych starć, a także próby pojedynków pięściarskich. I to właśnie za inicjację takiego starcia na Dawidzie Lebku w 43. minucie spotkania sędziowie do szatni odesłali Clarka Breitkreuza. Wynik spotkania został ustalony w 45. Minucie spotkania przez Grzegorza Pasiuta, który najeżdżając na odbity krążek, umieścił gumę w lewym okienku bramki Steffena.
Felietony Piłka nożna
#SzacunekDlaArbitra
Jakoś tak się składa, że w swojej niemal 30-letniej „karierze” na GieKSie, gdy myślę o „skręconych” przez sędziów meczów na niekorzyść naszej drużyny – to do głowy przychodzą mi dwa spotkania… z Legią Warszawa.
Pierwszy, w 1996 roku, gdy katowiczanie do przerwy prowadzili przy Łazienkowskiej po golu Artura Adamusa, ale Legia ostatecznie wygrała 2:1. W bardzo kontrowersyjnych okolicznościach. Bramka Cezarego Kucharskiego padła po ewidentnym spalonym, a GieKSa nie dostała rzutu karnego za faul Piotra Mosóra na Janie Furtoku. Oprócz jedenastki zawodnik Legii powinien wylecieć z boiska. Decyzje niekorzystne dla GKS podejmował tego dnia sędzia Julian Pasek.
– Możemy mieć pretensje do siebie, że nie pokaraliśmy Legii wcześniej, bo wiadomo było, że tego wyniku 1:0 nie dowieziemy do końca – pomstował trener GKS Piotr Piekarczyk.
– Sędzia pasek powinien dostać paska – wtórował mu Kazimierz Węgrzyn.
Drugie spotkanie to mecz z 2001 roku, również w Warszawie. Tam GKS przegrał 0:1. Po golu z rzutu karngo, podyktowanego za to, że Adam Majewski potknął się o własne nogi. Z drugiej strony Maciej Murawski sfaulował Krzysztofa Gajtkowskiego w polu karnym, ale jedenastki Ryszard Wójcik nie podyktował. I choć faul był ewidentny, to Gajtek dostał drugą żółtą za symulowanie i wyleciał z boiska.
Oba te mecze zostały tak ordynarnie skręcone, że naprawdę rzadko się to spotyka. Ale to tylko taki historyczny wstęp. W tamtych czasach nie było VAR-u. Gdyby wówczas ta technologia obowiązywała – GKS prawdopodobnie wygrałby oba te mecz. No chyba, że sędziowałby sędzia Sylwestrzak.
Ciągle trudno przejść obojętnie obok piątkowego meczu, choć mam nadzieję, że trener i drużyna już wyrzucili z głowy to spotkanie i skupiają się na meczu z Arką. Ja jednak muszę wrócić do tego, bo wzburzenie pozostaje żywe. Już nie dlatego, że stało się, jak się stało. Tylko dlatego, że taki Sylwestrzak nie poniesie żadnych konsekwencji i wszystko zostanie zamiecione pod dywan.
W każdym programie, w każdym magazynie prześwietlono sytuacje z meczu. Dodatkowo nałożyły się na to sędziowskie błędy z innych spotkań w tej kolejce. I naprawdę trudno uwierzyć, że w dobie VAR, takie byki są ciągle popełniane.
Adam Lyczmański przed rundą mówił o kolejnych, nowych już pierdyliardowych wytycznych odnośnie zagrania ręką. I co? I g…no. Ciągle sędziowie gwiżdżą jak chcą – nomen omen arbitralnie podchodzą do sprawy. Tu gwizdnie jakąś dziwną rękę po główce Bergiera, tu nie podyktuje ewidentnego karnego dla Jagiellonii. No i u nas, Kun – spryciula – tak niby chowa rękę, że intencjonalnie blokuje łokciem strzał. Ale żeby było, że niby cofa. Nie ma karnego.
Dodam tylko, że ta sytuacja miała miejsce bardzo krótko przed tym, jak Legia strzeliła gola…
Nad Szkurinem nie będę się już dłużej rozwodził. Zdania są podzielone, ale raczej przeważa opinia, że karnego nie powinno być. Ja tam widzę, że Tobiasz lewą ręką popycha Ilję i w dynamicznej sytuacji wytrąca go z biegu. Ale rozumiem argumenty drugiej strony.
No dobra, karny, nie karny – sędzia popełnił jeden lub dwa błędy, zdarza się. VAR powinien go zawołać, przynajmniej do tej ręki. Nie zawołał.
Natomiast ta sytuacja z Pankovem i Nowakiem to jest przecież przepotężny skandal, który prawdopodobnie zaraz ucichnie. Bo pokrzywdzonym zespołem jest tylko GieKSa. A przecież ten błąd jest naprawdę tak wielkiej rangi, jak brak czerwonej kartki w meczu Górnik – Jagiellonia. Ale pamiętamy co było wtedy – zaraz po meczu wielkie oburzenie, hurr durr, Frankowski tłumaczący się przed kamerą i wywalony na zbitą buzię przez Marcina Szulca. Choć i tak Frankowski wkrótce cichaczem wrócił. Szybko.
Natomiast tutaj? Cisza. A prześledźmy jeszcze raz, co tam się wydarzyło.
Bo tak, jak mówię. Błędy wynikające z niejasności interpretacji, miękkości faulu (tak jak niby ze Szkurinem) – jestem w stanie zrozumieć. Taka trochę jest piłka – nieewidentna, choć w przypadku rąk, to mam wrażenie, że te przepisy raz po raz zmienia jakieś kółko pijaków na rauszu. A potem i tak nikt nie egzekwuje wytycznych.
Czyli Pankov wjeżdża w nogi Nowaka. Z impetem, wyprostowaną nogą, korkami. Na złamanie nogi. Bandyckie wejście. I znów powiem – gdyby nie było VAR, powiedziałbym – trudno, sędzia nie widział dokładnie.
Tyle że Sylwestrzak podbiegł do monitora i mógł spokojnie, na obrazku, kilka razy zobaczyć, co tam się wydarzyło. Mógł zobaczyć, jak wygląda szkoleniowy faul na poważną kontuzję. Jak wygląda szkoleniowy faul na czerwoną kartkę, który powinien być pokazywany na kursach sędziowskich.
I nie zmienił swojej decyzji. Utrzymał wycenienie tego wejścia na żółtą kartkę.
Szczerze mówiąc, to się nie mieści w głowie. I naprawdę tego nie można w żaden sposób zrozumieć. Niestety – powtórzę – wtórował mu Kamil Kosowski, co jeszcze bardziej zwiększyło rangę absurdu tej sytuacji (w Lidze+Extra Kosa już nie był taki hardy w swojej pierwotnej wersji). Adam Lyczmański uznał tę sytuację za oczywistą czerwień. No ale ostatecznie nikt nie pochylił się nad tym, że jakkolwiek brak czerwonej kartki w pierwszym momencie to był błąd, ale brak zmiany decyzji po VAR-ze to po prostu jeden wielki skandal i kompromitacja sędziego.
Niektórzy próbowali to jakoś głupio tłumaczyć, że Pankov podwinął nogę w ostatniej chwili. Nie – w ostatniej chwili to nogi podwinął Nowak. Bo gdy zobaczył, że wpierdala się na niego z całą petą lokomotywa, to instynktownie próbował zrobić wszystko, żeby uniknąć czołowego zderzenia. Dobrze powiedział Paweł Paczul w Lidze Minus, że te teorie o podwinięciu nogi przez Pankova, to trochę jakby samochód przypierdzielił w ścianę, a kierowca potem pokazywał na zgnieciony przód i mówił „ale przecież hamowałem”.
No i tak to się kula w tej naszej kopanej. Z jednej strony sędziowie raz lepiej sędziują, raz gorzej, ale szkoda, że choć sprawa z błędami z piątkowego meczu stała się medialna, to i tak wszyscy o niej zapomną, a Sylwestrzak dalej sobie będzie sędziował w najlepsze.
A mecz ten zapisze kolejny rozdział w historii sędziowie przeciw GKS w potyczkach z Legią.
Felietony
Duma i wściekłość
Zdania po wczorajszym meczu były raczej zgodne. Z gry GKS wszyscy byli zadowoleni, ale pozostawał niedosyt, że nie udało się tego spotkania wygrać. Katowiczanie znów zaprezentowali się dynamicznie, bardzo walecznie, pokazali też swoje atuty piłkarskie. Zabrakło „tego czegoś”, co dałoby naszemu zespołowi trzy punkty.
Przed meczami z Widzewem – patrząc na formę naszych nadchodzących rywali – wymyśliłem sobie zestaw punktów i moje ustosunkowanie do nich. Mieliśmy się bowiem zmierzyć z rywalami, którzy są w różnego rodzaju rozsypce – Widzew ze zbieraniną gwiazd i trenerem stand-uperem, gadającym takie banialuki na coraz to kolejnych konferencjach, że szkoda gadać. Oraz Legią, pogrążaną w kryzysie, której kibice krzyczą, że jak Legia spadnie, to ich „zajebią”. Tak więc ten zestaw punktów wyglądał następująco: „2 – chujowe minimum, 3 – minimum, 4 – dobrze, 6 – idealnie”.
Przy okazji wybaczcie, że dziś nie będę wykropkowywał przekleństw, ale im dalej od meczu, to zamiast się uspokajać, coraz się bardziej wkurwiam. Ale o tym później.
Wracając do punktów. Trochę słabo by to wyglądało, gdybyśmy z tą zbieraniną z Łodzi i zdołowaną Legią zdobyli jedno czy dwa oczka. Ale po Widzewie były już trzy, więc to minimum zostało wykonane. To nie oznaczało jednak, że gdybyśmy przegrali z Legią, byłbym zadowolony. Jednak musimy zdawać sobie sprawę, że wszystkich meczów wygrać się nie da. Więc jeśli nie da się – to przynajmniej zremisujmy po dobrej grze. A to miało miejsce wczoraj. Więc wyszedł moduł „4 punkty – dobrze”.
Oczywiście ta moja tabelka punktów odnosiła się TYLKO do dorobku punktowego. On się zgadza – i to jest super. Bo jakbym miał spojrzeć na samą postawę zawodników – to już bym powiedział, że było znakomicie. O meczu z Widzewem pisałem. Jeśli chodzi o Legię, to naprawdę nasz zespół znów spisał się bardzo dobrze. Obawiałem się, czy po aż tak „wojennym” meczu jak z Widzewem, katowiczanie będą potrafili na tej samej intensywności z Legią zagrać. Okazało się, że potrafią, więc surowe mięso jak widać jest najlepszej jakości. Do tego widać, że piłkarsko nasz zespół naprawdę ma swoją jakość, próbuje tę piłkę rozgrywać, przesuwa akcje do przodu, gramy krótko, a czasem długo (i celnie!). Brakuje czasem trochę ogarnięcia z przodu, jakiegoś dobrego rozwiązania. Eman Marković hasa na skrzydle, ale mógłby lepiej czasem dograć. Wierzę jednak, że ta efektywność w ofensywie przyjdzie, bo przyjść musi. Nie da się grać idealnie i błędy zawsze będą. I mimo, że właśnie wymieniam tu Emana w kontekście rozwiązywania sytuacji, to i tak uważam, że jego zmiany były bardzo dobre.
GieKSa trochę dała pograć Legii w pierwszej połowie. Z naciskiem na „trochę”. Legioniści też byli dynamiczni i waleczni, jakby naprawdę chcieli wyjść z tego swojego kryzysu. Więc podchodzili pod to nasze pole karne, raz kapitalnie interweniował Rafał Strączek po strzale głową Kuna. Ale nawet i tu – mimo, że przed przerwą było trochę gorzej z naszym pressingiem – GKS z samej gry miał więcej niż w pierwszej połowie meczu z Widzewem. Po przerwie Legia nie miała już praktycznie nic. Defensywne działania GKS zaczynają się już daleko od naszego pola karnego i Legia w dużej mierze została zneutralizowana. Co prawda był krótki moment chaosu w okolicach 70. minuty, ale z grubsza, cała ta połowa była bardzo dobra.
Musimy ten remis cenić też z innego powodu. GieKSa ten mecz przegrywała i wcale nie było oczywiste, że doprowadzimy do wyrównania. Sam gol – to błędy po naszej stronie, ale też trzeba docenić piękną akcję Legii. Poklepali i rozegrali to kapitalnie. Końcowa faza to wiadomo – dośrodkowanie i dał się Lukas Klemenz wyprzedzić małemu Biczachczjanowi, co raczej nie powinno mieć miejsca. Czy Strączek miał szansę odbić tę piłkę? Oczywiście, że miał, bo przecież widać, że próbował trafić dłonią w piłkę, ale nie trafił. Nie wiem, czy to błąd, ale kompletnie się tu golkipera nie czepiam. Było blisko, czas reakcji krótki, więc myślę, że w takiej sytuacji jak piłka przysłowiowo „śmiga koło ucha”, czyli dłoni, to jest w tym też element bramkarskiego szczęścia.
No ale do 45. minuty było 0:1 i na przerwę mogliśmy schodzić na debecie. Tymczasem Bartek Nowak i Borja Galan zrobili coś, co odmieniło losy tego meczu, a bramka miała znaczenie nie tylko wynikowe. Dając takiego „pancza”, jak mówi trener Igor Jovicević, siadło Legii na morale na całą drugą połowę. I Legia już nie była tą samą drużyną, o czym po meczu mówili trener Marek Papszun i Bartosz Kapustka. Gol był na wagę złota.
W tym sezonie to nam strzelano bramki do szatni. Swego czasu przez wiele meczów – co mecz. Wyliczaliśmy to, bo było to irytujące. Sytuacja jednak się zmieniła. My już tych goli do szatni nie tracimy, a na domiar dobrego – sami je strzelamy. I tak było i z Widzewem, i z Legią. Na przerwy dwóch ostatnich meczów schodziliśmy w wyśmienitych nastrojach.
Znów swoje zrobiły stałe fragmenty gry. Znów fenomenalnie wykonuje je Bartosz Nowak. Zawodnik ma fenomenalne liczby w tej rundzie. Brał udział przy każdej z czterech bramek. Jedną zdobył, a trzy razy tak bił rzuty rożne czy wolne, że koledzy zdobywali bramki. Absolutnie fenomenalne. I choć ja bym powiedział, że Bartek chce czasem coś zrobić… za ładnie, za elegancko i nie zawsze to wyjdzie, to stwierdzam, że… może, bo to nasz wybitny zawodnik.
Przejdźmy do spraw mniej przyjemnych i już chyba domyślacie się, o co chodzi. Przyznam szczerze, że sam jestem bardzo ostrożny w ocenianiu decyzji arbitrów – ostrożny w tym sensie, że chyba mam już tyle lat, że jak czarne jest czarne, to nie udaję, że jest białe. Oczywiście będąc kibicem mojego klubu wiadomo, że mam ulgę, gdy sędzia podjął błędną decyzję na korzyść mojej drużyny. Taki to już kibicowski szowinizm. Ale nie będę udawał czy ściemniał, że tego błędu nie popełnił. Miałem swoje zdanie na temat pewnych derbów Trójmiasta i decyzji sędziego w końcówce. Ale wyszło jak wyszło – i bardzo szczęśliwie dla nas.
W ekstraklasie de facto przez te półtora sezonu nie miałem jakichś uwag do sędziów. W naszych meczach wielkich kontrowersji nie było. Nie przypominam sobie meczu, w którym mogliśmy mieć pretensje. Raczej kontrowersje, które się przewijały w przestrzeni medialnej, dotyczyły decyzji sędziów na naszą korzyść. Pamiętamy gol N’Diaya z meczu z Motorem w poprzednim sezonie (tam faktycznie chyba powinien być uznany) czy wyrównująca bramka dla Radomiaka w obecnym.
Ale to co się odjebało wczoraj, to już było po prostu słabe. Ze stadionu tego aż tak nie widziałem, ale później oglądając sobie powtórki, złość zaczęła narastać. I dziś rano zamiast wstać spokojniejszym – było wręcz przeciwnie.
Trzy sytuacje. Pierwsza to łokieć Patryka Kuna przy próbie dośrodkowania Marcina Wasielewskiego. Sytuacja nietypowa i można ją różnie rozpatrywać. Przede wszystkim łokieć wystaje zdecydowanie poza obrys sylwetki Kuna, a zawodnik obraca się w taki sposób, że tę rękę wykorzystuje do zablokowania piłki. Wydaje się, że intencjonalnie. I osiągnął z tego korzyć.
Druga to sytuacja Tobiasza z Ilją. Przecież bramkarz centralnie lewą ręką popycha napastnika w plecy, gdy ten jest przed pustą bramką. Jeszcze na szybko puszczając powtórkę na meczu mogłem się zgodzić z komentatorami, że jest to „za miękkie” na karnego. Ale wygląda na to, że Kacper przeszkodził ewidentnie Ilji w zdobyciu gola.
O ile jednak te dwie sytuacje można jeszcze rozpatrywać interpretacyjnie, choć dziwi mnie, że sędzia nie podchodził do monitora, to jest jeszcze trzecia sytuacja. I tutaj uważam, że to jest kompletny skandal. Pankov niemal łamie nogi Nowakowi, sędzia jeszcze ogląda tę sytuację na VAR-ze i utrzymuje żółtą kartkę.
Powtórzmy to jeszcze raz – Pankov WPIERDALA się prostą nogą i korkami w nogi Nowaka i grozi naszemu pomocnikowi poważną kontuzją. I teraz komentatorzy Kamil Kosowski i Adam Marchliński wili się, żeby zawodnika Legii tłumaczyć – że podwinął nogę w ostatniej chwili. I bardzo chwalili sędziego za utrzymanie w mocy kartki żółtej. Przecież to jest niepojęte. Nawet jeśli Pankov minimalnie ugiął nogę w ostatniej chwili to zrobił to i tak zdecydowanie za późno. To jest tak ewidentna czerwona kartka, że tu nawet nie ma co dyskutować. I naprawdę śmiem twierdzić, że jeśli ktokolwiek bezstronny uważa, że żółta kartka to dobra decyzja – to świadomie lub nie, ale faworyzuje Legię.
Powiem tak, bo idealnie napisał Mariusz Polak na Twitterze: „Ciekawy mecz w Katowicach. Coś mi podpowiada, że większość kibiców w Polsce trzyma kciuki za gospodarzami, a większość dziennikarzy sportowych za gośćmi”.
Nic dodać, nic ująć. Daleki jestem od teorii spiskowych, ale nie zdziwię się, jak zaraz zacznie wyciąganie Legii za uszy ze strefy spadkowej. GieKSie wczoraj należał się z tych dwóch sytuacji przynajmniej jeden rzut karny. A czerwona kartka dla Pankova jest bezdyskusyjna. Niepokazanie jej, to było przyzwolenie na boiskowy bandytyzm.
Szkoda tego meczu, bo naprawdę można go było wygrać. W pewnym sensie przełamaliśmy fatum, w końcu nie przegraliśmy z Legią, która nam nie leżała w końcówce lat 90. i na początku lat 2000, nie leżała nam i teraz. W końcu w całości zagraliśmy mecz, jak równy z równym. Zabrakło tylko kropki nad i.
Miło, że przyczyniliśmy się do pobicia przez Legię niechlubnego rekordu 12 meczów z rzędu bez zwycięstwa w lidze. GKS kiedyś był często klubem na przełamanie dla innych. Teraz to już nie ma miejsca.
Katowiczanie dalej idą łeb w łeb z poprzednim sezonem, a konkretniej – z początkiem roku. Rok temu też w pierwszych trzech meczach wiosny mieliśmy 7 punktów. Tyle że rok temu trzeci mecz to była wojna, ale mało piłki z Piastem u siebie, a teraz wojna, z dobrą piłkarską kwestią.
Możemy być dumni z piłkarzy, spisali się na medal. Mamy piękną drużynę. Kibice też wczoraj zaprezentowali się kapitalnie – komplet, wspaniały doping, wszyscy nakręceni. Kolorytu oczywiście dodał wypełniony sektor gości i kibice Legii, którzy również świetnie dopingowali. To było kolejne piłkarskie święto na Nowej Bukowej.
Czekamy na Arkę. Wracamy do miejsca wielkiego triumfu. To jest historia, piękna historia. Ale teraz czas napisać kolejny jej rozdział.
Piłka nożna Wywiady
Czerwiński: To my graliśmy lepiej
Po zremisowanym meczu z Legią porozmawialiśmy z Alanem Czerwińskim o atmosferze w klubie i na murawie, kontrowersjach sędziowskich, a także jego roli w szatni. Nie zabrakło również pytania o ulubionego krepla, a po odpowiedzi zapraszamy do lektury.
Ostatnie dwa mecze to twoje dwa udane strzały. Do trzech razy sztuka?
Alan Czerwiński: Mam taką nadzieję, dobrze się z przodu odnajduję. Szkoda, że obydwa strzały były na lewej nodze i nie mogłem pokazać mojej prawej, która jest dużo dokładniejsza. Naprawdę szkoda, że dzisiaj ta bramka nie wpadła, bo byłaby takim stemplem. To był idealny mecz na takiego gola, bo to byłoby po prostu piękne trafienie i szkoda, że nie wpadło.
Grałeś kilka meczów z dolegliwościami. Już wszystko w porządku?
Tak, dochodzę do siebie i jest coraz lepiej. W mojej głowie tak naprawdę nie ma tego urazu. Gdybym wychodził na mecz zastanawiając się, czy wszystko jest okej, miałbym spory problem. Dużo pracuję mentalnie nad przygotowaniami do meczu. W myślach nie mam żadnego urazu, nie kalkuluję nic, gram na 100% i to jest dla mnie najważniejsze w przygotowaniach. Gdy gram na 100%, mogę pokazać wszystkie umiejętności i to, co mam najlepsze.
Za twojego poprzedniego pobytu w Katowicach Legia walczyła w Lidze Mistrzów, a teraz drży o utrzymanie. To zmieniło podejście do tych spotkań?
Mecz z Legią zawsze wzbudza większe emocje wśród zawodników i kibiców. Atmosfera dzisiaj była… no fantastyczna. Nie ma co ukrywać, u nas kibice są tym dwunastym zawodnikiem. W poprzednim meczu żyli tym meczem, tak samo dzisiaj. Bardzo fajnie grać dla nich i zostawiać zdrowie dla kibiców, bardzo za to dziękujemy i to doceniamy. Co do Legii, są w fazie przebudowy, ale dalej mają dobrych zawodników i trochę jakości.
Ale tylko trochę?
Myślę, że to my dzisiaj graliśmy lepiej. Zasłużyliśmy na trzy punkty, taka jest moja opinia. Szanujemy ten remis i jeden punkt, ale staraliśmy się, a kibice też to myślę widzieli – nie grać na remis i powalczyć o trzy punkty. Walczyliśmy do końca, stworzyliśmy kilka sytuacji i zabrakło jedynie centymetrów.
Lukas Klemenz ostatnio powiedział piękne słowa, że zaangażowania i takiej zgranej ekipy nie da się po prostu kupić.
Charakterologicznie jest to świetnie dobrane. Trener sobie to układa i to się dobrze zazębia. Mam nadzieję, że będziemy to trzymać, bo przed nami trudne mecze. Będziemy potrzebować wsparcia kibiców jak dzisiaj, czy tydzień temu z Widzewem. To nas niesie i razem możemy walczyć w każdym meczu o punkty.
Kogo nie spytać, wyróżni Alana Czerwińskiego jako tego, który coś potrafi powiedzieć w szatni.
Generalnie staram się nie mówić za dużo, rozluźniać atmosferę. Nie jestem spiętym zawodnikiem, ale nie boję się wygłaszać swojego zdania. Zawsze chcę pomóc młodym chłopakom, ze starszymi zawodnikami mam dobre relacje. Po prostu nie boję się powiedzieć swojego zdania, w piłce przeżyłem już bardzo dużo. Zagrałem wiele poważnych meczów o sporym ciśnieniu, w Lidze Europy czy Konferencji. Jeden błąd waży tam bardzo dużo. Nie boję się wypowiadać, oczywiście słucham też innych chłopaków – wymieniamy się poglądami i to jest fajne. Nie zamykam się na ich zdanie, a oni na moje. Doskonale to wszystko funkcjonuje. Jeżeli chodzi o odzywanie się w szatni, bardzo to lubię. Rozluźniam atmosferę, żartem czy też dobrym słowem do naszej kochanej młodzieży.
Masz jakieś sposoby na kontrowersyjne decyzje sędziego, czy już się po prostu tym nie przejmujesz?
Totalnie nie, na mnie to już nie wpływa. Dostałem żółtą kartkę i musiałem grać ostrożnie, bo czasem to przypadek decyduje o tym, czy obejrzysz drugi kartonik. Kontrowersje sędziowskie? Pewnie jakieś były, tak mi się wydaje. Wydaje mi się, że nawet mogliśmy dostać rzut karny?
Można było dopatrzeć się nawet trzech potencjalnych jedenastek.
No to naprawdę szkoda, taki karny by nam dzisiaj bardzo pomógł. W tej szesnastce się kotłowało, a to z kolei świadczy o tym, że dochodziliśmy do sytuacji. Legia miała dzisiaj z nami problem.
Było widać przy jednej z ostatnich akcji, że instynktownie chciałeś odpychać rywala, a później cofnąłeś ręce.
Tak, tak. Wyszedłem bardzo wysoko, on sobie dzióbnął tę piłkę. W pierwszym odruchu normalnie bym akcję od razu kasował, bo wolę dostać żółtą kartkę. W ostatnim momencie, naprawdę ostatnim, zaświeciła mi się lampka i odsunąłem ręce. Przybiłem sobie brawo za tę decyzję, bo czerwona kartka mogłaby zupełnie zmienić oblicze meczu w samej końcówce.
Końcówki na Arenie Katowice faktycznie należą do was, łapiecie flow z kibicami. Mocniejszy doping to lepsza akcja i odwrotnie.
Dokładnie tak, w meczu z Widzewem to bardzo mocno odczułem. Jeden z nas zrobił wślizg, trybuny się jeszcze bardziej ożywiły i to nas dalej napędzało. Dawno nie miałem tak, by kibice żyli z drużyną, a drużyna z kibicami. Mega mi się to podoba, to naprawdę pomaga.
Jak radzą sobie nowi zawodnicy?
System nie jest najłatwiejszy, ale mamy taką drużynę, że od razu czują się bardzo dobrze. Jesteśmy otwarci. Kiedyś nie widziałem takich rzeczy, gdy przychodził nowy zawodnik, jak mu pomóc czy doradzić. Teraz staramy się, ja się staram, być bardzo dobrym kolegą. Służyć żartem, pomocą, żeby jak najszybciej się odnaleźli i dobrze czuli. Całej drużynie to wychodzi na dobre, że szybko się wkomponowują. Warunek jest jeden: będziesz się czuł dobrze, jeśli dasz z siebie 100%. Jeśli nie dasz z siebie wszystkiego, będziesz się tu czuł źle i tyle.
Tłusty czwartek za nami, jaki twój ulubiony pączek? Lukier czy cukier puder?
Zdecydowanie lukier. Ulubiony z czekoladą, jadłem z moją córką. Ja sobie takiego sprawiłem i jej też takiego przywiozłem, bardzo takie lubi. Polany czekoladą i z czekoladą w środku, nie odmówiłem sobie (śmiech).


Najnowsze komentarze