Felietony
Użądlić głupotę
Szybko się denerwuję. Szybko się denerwuję tym bardziej, kiedy ktoś w sprawach dla mnie naprawdę ważnych bezpodstawnie je krytykuje, dokonuje przekłamań, słownych manipulacji, a swój osobisty acz kreowany na stonowany i wyważony osąd buduje jedynie na własnej niechęci i antypatiach.
Sprawa budowy nowego stadionu dla GKS-u Katowice będzie w najbliższych miesiącach sprawą budzącą wiele emocji, dyskusji i pewnie konkretnych działań ze strony kibiców. To oczywiste, kiedy w grę wchodzi inwestycja za około 160 milionów złotych. I dobrze – dyskutujmy, spierajmy się, wymieniajmy argumenty. Róbmy to jednak w cywilizowany sposób, ze zrozumieniem postulatów drugiej strony.
Ze zrozumieniem postulatów Stowarzyszenia Kibiców GKS-u Katowice ma najwyraźniej duży problem dziennikarz TVS – Grzegorz Żądło. W opublikowanym wczoraj tekście na swojej autorskiej stronie www.katowice24.info (nazwa może sugerować, że jest to portal zrzeszający kilkunastu dziennikarzy, jednak w rzeczywistości jest to strona prowadzona i redagowana jedynie przez Grzegorza Żądło) prezenter jasno daje do zrozumienia, że budowa nowego obiektu przy Bukowej1 nie ma najmniejszego sensu. Oczywiście nie mam pretensji o to, że redaktorowi nie jest na rękę realizacja tej inwestycji. Zanim jednak wyjaśnię, dlaczego tekst Grzegorza Żądło jest dla mnie stekiem bzdur, chciałbym przypomnieć o jednej ważnej rzeczy.
Jest wtorek, 19-sty dzień lutego 2013-ego roku. Krzysztof Pieczyński (obecnie świeżo upieczony radny miasta Katowice) publikuje na Facebooku wpis poświęcony wyjazdowi jednego z juniorów na obóz przygotowawczy wraz z pierwszą drużyną. Pod wpisem rozgorzała dyskusja na tematy około-klubowe. Chodziło głównie o zasadność nazwania jednej z ulic w Katowicach ulicą Górniczego Klubu Sportowego „Katowice”. Prawdziwą lawinę komentarzy, negatywnych „lajków” oraz zapewne prywatnych wiadomości wysyłanych później do zainteresowanego rozpoczął wspomniany wyżej Grzegorz Żądło. Umyślnie i z premedytacją zmieniając kilka liter w dumnej nazwie „GIEKSA”. Zapominalskich (choć mam nadzieję, że wśród kibicowskiej braci mało kto o tym zapomniał) odsyłam tutaj -> http://www.gieksa.pl/grzegorz-zadlo.
Wspominam o tej sytuacji nieprzypadkowo. Według mnie ma (i musi mieć) to ogromny wpływ na ocenę tekstu redaktora TVS opublikowanego w dniu wczorajszym. Bo jeśli ktoś otwarcie ukazuje swoją niechęć do kibiców GieKSy i obraźliwie oraz prowokująco przekręca klubową nazwę, to w swoich tekstach dotyczących tychże kibiców i klubu obiektywny być nie może. Te kilkadziesiąt linijek pisemnych żali i bezsensownych frekwencyjnych wyliczeń ma dokładnie taką samą wartość jak np. tekst kibica GieKSy o zasadności budowy nowego stadionu dla Chorzowskiego Ruchu. Wiadomo, że jeśli ja napisałbym jako kibic GieKSy tekst o tym, że w Chorzowie nie powinno budować się nowego stadionu, to zostałbym przez kibiców zza miedzy zignorowany, a co najwyżej wyśmiany. Po prostu nie potrafiłbym obiektywnie patrzeć na ich sprawę. Tak jak Grzegorz Żądło nie potrafi obiektywnie spojrzeć na potrzebę budowy nowego stadionu dla trójkolorowych. Oślepia go nienawiść.
Tekst nielubianego wśród fanów GKS-u dziennikarza zaczyna się między innymi od słów o rzekomym szantażu, dokonywanego przez kibiców przed drugą turą wyborów samorządowych. Szantaż to mocne, kontrowersyjne słowo. Problem w tym, że nietrafione. Kampania pod hasłem „Stadion dla Katowic” nie jest żadnym szantażem, ponieważ nie ganiamy za kandydatami na prezydenta miasta krzycząc jednocześnie „zróbcie stadion albo będzie to i to”. Nie, my po prostu przypominamy już teraz, po praktycznie zakończonych wyborach (czy prezydentem zostanie Marcin Krupa czy Andrzej Sośnierz – wymagania w stosunku do każdego z nich będą identyczne), że nadszedł czas na realizację inwestycji tak długo odkładanej w czasie. Teraz, gdy w Katowicach kończy się tyle tak ważnych, dużych i ciekawych projektów, przyszedł czas na budowę stadionu. I jak wspomniałem – działania kibiców nie są próbą szantażu, a jedynie powrotem do słów i obietnic sprzed lat, ale i miesięcy (przygotowywanie projektów, spotkania na linii UM-SK1964, publikacje medialne itd.)
Idźmy dalej, bo wraz ze zgłębianiem kolejnych linijek tekstu redaktora Żądło robi się równie nieprzyjemnie. Najpierw jeden z moich ulubionych zabiegów – wypominanie dotowania klubu przez miasto, ratowanie go przed upadkiem i wyprowadzaniem z długów. Szkoda tylko, że redaktor TVS nie wspomina, że długi powstały wskutek oddania przez miasto klubu w ręce złodziei z Centrozapu z Ireneuszem Królem na czele, przed czym kibice przestrzegali jeszcze przed podpisaniem stosownych umów. Nie wspominając już o tym, że to głównie fani trójkolorowych przepędzili te kreatury z Bukowej. Może redaktor TVS tego nie pamięta, nie wiem.
Kolejnym tematem poruszanym w tekście jest frekwencja. Autor tekstu zakłada, że skoro teraz frekwencja na Bukowej oscyluje w granicach 2,500 to jest to najlepszy dowód na to, że nowy stadion nie jest potrzebny. Każdy, kto choć trochę śledzi losy GKS-u w ostatnich latach, kto chociaż raz był w ostatnich miesiącach na meczu rozgrywanym przy Bukowej doskonale zrozumie, że takie założenie jest po prostu głupie.
„Wyciągając więc średnią z trzech sezonów, wychodzi 2786 osób na jednym meczu. Pytam więc dla kogo ten stadion?” Po pierwsze – jeśli już, to jest to średnia z dwóch i pół sezonu, a nie z trzech (Żądło pisze o dwóch poprzednich i obecnym sezonie, którego dopiero przecież półmetek za nami). Po drugie, wbrew temu co pisze redaktor, jest to liczba wyrwana z kontekstu. Bo jest to średnia liczba widzów z sezonów nr 5, 6 i 7 na zapleczu ekstraklasy. Dla przypomnienia – naszymi rywalami w tym okresie były między innymi drużyny z: Ząbek, Niecieczy, Stróży, Brzeska, Niepołomic, Chojnic, Głogowa, Suwałk, Siedlec czy Bytowa. Podejrzewam, że statystyczny kibic którejkolwiek z drużyn ekstraklasowych nawet nie potrafiłby dopasować do nazw tych miejscowości nazw klubów. To pierwsza sprawa. Druga to oczywiście wyniki, zawirowania wokół klubu, które nie zachęcały do przychodzenia na mecze.
Odpowiadam więc na pytanie postawione w cytowanym fragmencie – stadion ma być dla 10 000 kibiców, którzy obejrzeli mecz z Tychami w IV lidze, dla 10 000 osób, które świętowały awans do 3 ligi (!!!), dla tych kilku tysięcy osób, które zapełniają Bukową, gdy tylko pojawi się chociaż trochę lepszy piłkarsko i kibicowsko rywal (Zawisza, ŁKS Łódź, Arka Gdynia, GKS Tychy, Stomil Olsztyn).
Bo nie sztuką jest wyciągać jakieś durne wyliczenia frekwencyjne. Sztuką jest spojrzeć na problem szerzej. A fakty są takie, że obecnie stadion jest przestarzały, drużyna gra chujowo, a wysiadając z zaparkowanego pod stadionem samochodu wpadamy w kałużę błota. Więc nie ma się co dziwić, że obecnie frekwencja jest niska. Od 7 lat nie mamy żadnego sukcesu, nawet jednego fajnego meczu w Pucharze Polski z ekstraklasowym przeciwnikiem z prawdziwego zdarzenia. Trwamy w sportowym gównie, na starym stadionie, zbierając baty od drużyn z wiosek. Kto chciałby to regularnie oglądać przez 7 lat? Kto poza tymi średnio 2786 masochistami, którzy tydzień w tydzień i tak przychodzą na Bukową i jeżdżą na wyjazdy?
Nowy stadion to impuls, na jaki czekamy niczym tonący na wdech powietrza. Nowy stadion to nowe możliwości dla działu marketingu, klubu biznesu, miasta Katowice i środowiska katowickiego sportu – kto wie, czy na stadionie nie znalazłoby się miejsce dla zawodników Kleofasu albo zapaśników GKS-u Katowice? Może będzie też miejsce na ogólnodostępny basen, siłownię, klubową kawiarenkę? Nowy stadion to ukłon w stronę bardzo bogatej historii KLUBU MIASTA. Nowy stadion to wreszcie już nie tylko ciekawa propozycja – to realna potrzeba.
„Z rozbawieniem obserwuję dyskusję, w której przewija się rózna liczba krzesełek na oczekiwanym przez kibiców stadionie. 15 tys. to oczywiście minimum. Przydałoby się 21 tys. a docelowo 25 tys. ! Przy obecnej frekwencji, udałoby się go zapełnić przez cały sezon. Kibicami z wszystkich meczów.”
Ten fragment cytuję, ponieważ jest niezwykle istotny. Istotny dla zrozumienia, że dziennikarska rzetelność i poinformowanie to dla autora tekstu sprawy obce. Gdzie trwają niby takie dyskusje? W komentarzach na onecie? Przecież kwestia ilości miejsc na nowym stadionie jest zamknięta od miesięcy, kiedy to Miasto Katowice po konsultacjach ze Stowarzyszeniem Kibiców zatwierdziło projekt na 21 282 miejsca. Projekt, za który zapłacono kilka milionów złotych.
W dalszej części tekstu autor „leci już po całości” – wróżenie ukończenia Stadionu Śląskiego i organizowanie tam, a nie na Bukowej wszelakich imprez kulturalnych, sugerowanie pojemności nowego stadionu na 10 000 miejsc (dla porównania miasta o wiele mniejsze od stolicy Górnego Śląska – Tychy: 15 300 miejsc, Bielsko Biała: 15 292 miejsc) czy wreszcie stawianie wyżej w hierarchii priorytetów takich inwestycji jak ścieżki rowerowe czy parki i skwery…
Powyższych już nawet nie chce się komentować. Ręce opadają.
Piotr Koszecki popełnił niedawno świetny felieton traktujący o potrzebie budowy stadionu w Katowicach. Jednym z najważniejszych jego fragmentów jest ten przypominający, że kibice nie protestowali, gdy budowano za ich pieniądze siedzibę dla NOSPR, Centrum Kongresowe czy praktycznie bez żadnego planu i konsultacji z mieszkańcami zaczęto przebudowywać rynek. I to jest właśnie w tym wszystkim najdziwniejsze, że my jako ci stereotypowi źli, głupi i niepotrzebni kibole rozumiemy potrzebę realizacji tych inwestycji. Rozumiemy, że dzięki nim miasto się rozwija, zwiększa swój prestiż, staje się ciekawsze i przyjemniejsze dla mieszkańców (kto jeszcze nie zwiedzał okolic Muzeum Śląskiego i NOSPR – szczerze polecam udać się na spacer, ja byłem zachwycony!).
Osobiście mam to szczęście, że mogę po mieście poruszać się samochodem – nie muszę zatem korzystać z komunikacji miejskiej czy ścieżek rowerowych. Do siedziby NOSPR pójdę pewnie kilka razy w życiu, a Centrum Kongresowe zobaczę od środka tylko na zdjęciach. Jednak to wszystko nigdy nie spowoduje, że powiem, że te inwestycje (nawet jeśli miasto będzie do nich dopłacać) są niepotrzebne czy błędne.
Natomiast ludzie zawistni, którzy nie utożsamiają się z jakąś ideą za wszelką cenę będą ją atakować, zamiast zaakceptować i postarać się zrozumieć racje drugiej strony. Nie wiem skąd u byłego redaktora Dziennika Zachodniego taka złośliwość, arogancja i ignorancja. Może te wszystkie cechy podpowiedziała mu żona, będąca na co dzień rzecznikiem prasowym ugrupowania o nazwie Forum Samorządowe i Piotr Uszok. A może było to spowodowane słabą ilością wejść na stronę i związanej z tym chęcią podreperowania liczby kliknięć? Może autor tekstu chciał nas tylko wkurwić? Nie wiem, ale liczę na to, że jak już ten nowy stadion powstanie (a wierzę w to, że w końcu powstanie) to cofnięcie akredytacji Grzegorzowi Żądle z lutego 2013 roku będzie w klubie i na nowym obiekcie tak samo stałą i zastrzeżoną decyzją jak zarezerwowanie dla Jana Furtoka na zawsze numeru 9.
Na koniec chciałbym zauważyć, że mimo iż otwarcie i stanowczo krytykuję tekst Grzegorza Żądło to jest coś, co nas oraz nasze teksty łączy – oba są pisane ze szczerą niechęcią do drugiej strony…
Marcin Gruszczyński
Piłka nożna Wywiady
Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji
Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.
Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?
Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.
A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.
Może, może (śmiech). Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.
Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje.
Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.
Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?
Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.
Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?
Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.
To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?
Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.
A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?
Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.
W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?
Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.
Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.
Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.
Biło serce, jak sprawdzali spalonego?
Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.
Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?
Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.
Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?
Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.
Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.
Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.
Felietony Piłka nożna
Realizacja piłkarskich mitów
Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”…
Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.
Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.
GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.
Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.
Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…
No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.
Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.
Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.
Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.
Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.
Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.
Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.
Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.
Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.
Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.
Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.
A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.
Piłka nożna
Górak: Gra o finał to wielka duma
Po meczu GKS Katowice – Widzew Łódź wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów – Rafał Górak i Igor Jovicević. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Igor Jovicević (trener Widzewa Łódź):
To trudny moment, ale jestem dumny z drużyny, jej ducha walki i jakości, który pokazała. Konkurs rzutów karnych to loteria – możesz wygrać i przegrać. Ale pokazaliśmy, że jesteśmy drużyną. Potencjał, jakość, ale rezultat nie jest dobry dla nas. Rozumiemy wysokie oczekiwania naszych kibiców, akceptujemy to, ale nie dajemy im takich rezultatów, jak chcą.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Długie i wyczerpujące spotkanie, na pewno też pod względem emocjonalnym, bo wiadomo, że to dużo kosztuje. Graliśmy już w tej edycji dogrywkę, a dzisiaj było jeszcze dłużej, bo były rzuty karne. Sam mecz był równy, zawsze podkreślam, że piłkarze Widzewa nie są z pierwszej łapanki, natomiast my chcąc zawsze odpowiedzieć na to, co na boisku może się wydarzyć, musimy działać organizacyjnie, systemowo i z ogromnym zaangażowaniem. To był taki trudniejszy mecz dla nas, tak energetycznie, podobnie jak ostatnio, gdy tutaj graliśmy. Natomiast z samej organizacji gry było więcej niż przyzwoicie, zawodnicy bardzo dobrze realizowali grę w obronie niskiej, nie chcąc dać się do niej zepchnąć całkowicie, pracowali i walczyli bardzo dobrze, strefy do zabezpieczenia, które każdy z nich miał – to funkcjonowało okej. Stąd nie wzięła się – jak na 120 minut – jakaś duża ilość sytuacji pod naszą bramką. I to jest na plus, ten mecz jest w taki dobry sposób wybroniony. Zaspaliśmy przy rzucie wolnym, to jest nasza wina i sztabu, bo powinniśmy dać lepszą wytyczną drużynie – Widzew nasze gapiostwo wykorzystał i zdobył bramkę. Ciekawe czy stuprocentowa sytuacja na 2:0 nie zamknęłaby tego meczu i nie kończylibyśmy go po 90 minutach. Ale skoro tak się skończyło, to jest to dla kibiców i całego naszego społeczeństwa kolejna nagroda za wiele lat trudnych. Zbieramy owoce naszej cierpliwej pracy i wyrozumiałości. I cóż wszystko przed nami. W niedziele bardzo ważny mecz w Radomiu, musimy się dobrze zregenerować, by w pełni sił pojechać na kolejne spotkanie. A to że zagramy o finał Pucharu Polski, to jest ogromna duma.


Fjodor
22 listopada 2014 at 11:04
Świetny felieton. Brawo!
JaB
22 listopada 2014 at 11:33
Super felieton.
Katowiczanin
22 listopada 2014 at 12:02
Trafione w sedno! Nierzetelne dziennikarstwo to prawdziwa plaga…
harry64
22 listopada 2014 at 13:55
Trafiony, zatopiony!!! I kto tu jest prawdziwym dziennikarzem?
Gratulacje za bardzo dobry tekst.
polo
22 listopada 2014 at 14:56
Swietny felieton Marcin !!
GRZEGORZ
22 listopada 2014 at 17:01
Zgadzam się- budowa molochu przy Bukowej, do której prowadzi jedna, wąska dróżka jest nieporozumieniem.
Janus
22 listopada 2014 at 17:37
Sama prawda Marcin, pstryczek w nos tym dziennikarskim bredniom
jarek
22 listopada 2014 at 17:45
Swietny felieton
fan-club dortmund
22 listopada 2014 at 20:18
tekst dobry zobrazowany sytuacja i choc tez osobiscie nie jestem zwolennikiem slepej budowy—czytaliscie jakie straty przynosza nowe stadiony???–TO JEDNAK JAKOS TRZEBA te sytuacje w koncu rozwiazac i cos postanowic…choc patrzac na stadion syfiarzy i tak wydaje mi sie ze gramy na ….dobrym obiekcie…a na temat pana Zadlo to moze by tak odwiedzic go pare razy w redakcji…w koncu to centrum katowic wiec jako pewnie wzorowy smierdziel mialby wiele do powiedzenia,wiec moze naprawde regularne odwiedziny i wspolne jedzenia sniadania w bufecie zakladowym zlagodziloby jego temperament…no nie zeby mu od razu zlamac pioro……albo moze podac tel jego sluzbowy…podzwonimy pogadamy..dawac panowie
____
22 listopada 2014 at 20:54
ciekawe czy Żądło tak samo sprzeciwia się budowie stadionu swojego widzewka :)))
BIGI
22 listopada 2014 at 21:05
Swietnie napisane Marcino!
Gregg
23 listopada 2014 at 02:01
Panowie prosze o stworzenie petycji do prezesa tv silesia z jak najwieksza iloscia podpisow o usuniecie redaktorzyny za brak rzetelnosci i brak profesjonalizmu.