Dołącz do nas

Felietony

Uzależnieni tylko od siebie – refleksje po Suwałkach

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Uff, ależ to były emocje. Dawno się tak nie denerwowaliśmy, jak przez długi okres drugiej połowy przy stanie 1:0. GieKSa broniła się dość rozpaczliwie przed atakami rozpędzonych i energicznych suwalczan i – choć nie stwarzali sobie oni wybitnie groźnych sytuacji, to raz po raz powodowali wielkie zamieszanie przed i wewnątrz naszego pola karnego. Liczyliśmy na tę jedną, jedyną kontrę, która da bramkę zamykającą to spotkanie. Doczekaliśmy się. Fantastyczny zryw Prokića, wejście w pole karne, faul, jedenastka, dziękujemy – mamy trzy punkty. Gol Adriana Błąda spowodował jedną wielką ulgę.

Ten mecz nie musiał być wygrany czy zremisowany. Wigry pokazały, że ich forma i seria nie są dziełem przypadku. Zagrali naprawdę dobre spotkanie, a jedyne, czego im brakowało to „kropki nad i”. Oczywiście brak tej kropki był dużą zasługą naszych stoperów, którzy raz po raz ratowali cały zespół ze sporej opresji. Jednak sposób rozgrywania piłki, chociażby na skrzydłach, szybkość nie tylko biegu w akcji, ale także wznawiania gry z rzutu onego czy wrzutu z autu powodowała, że nasi zawodnicy bywali czasem nieco pogubieni. Inni rywale Wigier zapewne również się w tym gubią. To są takie niuanse piłki, ale właśnie też dobra nauka dla naszego zespołu – że jeśli jest stały fragment gry dla rywala, to rywal ten może w ciągu ułamka sekundy wznowić grę i jak to się mówi „z niczego” przeprowadzić bardzo groźną akcję.

Słówko o stoperach, bo w jak żadnym innym meczu ich rola była pierwszoplanowa. GKS w poprzednich spotkaniach raczej nie dopuszczał rywali do pola karnego, dobrą robotę wykonywali w środku pola zawodnicy odpowiedzialni za zasieki gdzieś 40-50 metrów przed bramką, jak Bartłomiej Poczobut, który ze swojej roli wywiązywał się bardzo dobrze. Wczoraj siła ofensywna i animusz Wigier były jednak na tyle silne, że przeciwnik wycofał nas w pobliże swojego pola karnego. Raz po raz zespół Artura Skowronka próbował wejść w szesnastkę, wrzucić czy zagrać prostopadłą piłkę. I wtedy włączali się do akcji Mateusz Kamiński i Lukas Klemenz. Poza incydentalnymi drobnymi błędami, czyścili w tych trudnych sytuacjach, jak należy. Jeśli chodzi o występ dwójki stoperów z ciągle zaangażowanym w atak rywalem, był to jeden z najlepszych meczów w ostatnich latach.

Życzylibyśmy sobie, żeby środkowi obrońcy nie mieli jednak tak wiele pracy. To bowiem oznacza, że nie funkcjonuje dobrze środek pola. Nawet jeśli weźmiemy poprawkę na wspomniane energiczne ataki Wigier. To co nie było dobre w tym meczu to notoryczne tracenie piłek w wyniku wybić na tzw. pałę czy niedokładnych, niechlujnych prób jej wyprowadzania. To było trudne do oglądania, bo zdawaliśmy sobie sprawę, że przy tak mocno atakującym przeciwniku, nadal wystarczy lekkie ogarnięcie sytuacji po przejęciu piłki, chwila spokoju, jakieś podłączenie się zawodników na flankach i naprawdę można wyprowadzić kontrę, a co najmniej oddalić zagrożenie. Niestety z tej roli w środku nie wywiązali się zbyt dobrze pomocnicy i o ile Bartłomiej Poczobut jest raczej zatrudniony do destrukcji, to Łukasz Zejdler ze swoją techniką powinien to ogarnąć, rozejrzeć się, rozprowadzić. Czasem można było nieco więcej wymagać nawet od cofniętych Prokića i Kędziory, w kwestii powalczenia o piłkę.

Na szczęście lekko ten animusz Wigrom opadł w ostatnim kwadransie czy dziesięciu minutach. Udało się nieco oddalić grę od swojego pola karnego, a efektem tego była akcja Prokića, która dała jedenastkę i drugą bramkę.

Brakowało też ponownie akcji skrzydłami i to jest do poprawy. Kompletnie przestał być pożyteczny w ofensywie Adrian Frańczak. Mateusz Mączyński co prawda wybitnym graczem nie jest, ale raz na jakiś czas robi coś szalonego i tym razem był to rajd pomiędzy zawodnikami Wigier, zakończony strzałem. I choć ten slalom był po nogach rywali, to mogło być już wtedy 2:0. Tylko tak jak mówimy – to są raczej błyski Mączyńskiego, niż stała tendencja. Nie spisał się Wojciech Słomka, który po Opolu dwa kolejne mecze zagrał słabiej. O Adrianie Błądzie to nie ma co nawet gadać, bo chłopak znów zagrał bardzo przeciętnie, by nie powiedzieć słabo, a na koniec strzelił gola. Standard. Znów jest jednym z bohaterów meczu. I to nam wystarczy, choć oczywiście liczymy, że zacznie swój potencjał wykorzystywać bardziej, czyli po prostu przez cały mecz nękać przeciwników.

Zdecydowanie coś trzeba zrobić z Mateuszem Abramowiczem i jego wykopami piłki w aut. To sytuacja na tym poziomie absolutnie kuriozalna, żeby co druga piątka wywalana była poza boisko. To jest strata piłki i szybcy zawodnicy Wigier po kilku sekundach znów byli pod naszym polu karnym. To się nie ma prawa powtarzać i trenerzy muszą znaleźć źródło, bo w którymś momencie to się może zakończyć szybką akcją rywala i bramką. Czy to są zaburzenia wzrokowo-przestrzenne Mateusza, czy niechlujstwo – nie wiemy, ale trzeba się temu głęboko przyjrzeć, zanim nie będzie jakiejś wymiernej szkody.

No dobra, tyle mankamentów, a przecież… GieKSa wygrała. I to wygrała z nie byle kim, bo najlepszą drużyną tej ligi jeśli chodzi o zdobycz punktową od wielu kolejek. Z rozpędzoną młodzieńczą fantazją ekipą, która ostatnio wygrywała jak na zawołanie. Z drużyną, z którą w ostatnich latach nam nie szło i przegraliśmy trzy ostatnie pojedynki. Z drużyną, której trenerem jest człowiek, który za cel obrał sobie notoryczne nękanie GieKSy wygranymi meczami. Artur Skowronek miał kiedyś taką statystykę, że jako trener innych drużyn w pierwszej lidze potrafił wygrać tylko z GKS i to dwa razy, a cała reszta to były jego porażki. To się zmieniło i teraz Skowronek wygrywa sporo meczów, ale jednak tej GieKSie pewnie znów chciał coś pokazać. Po raz pierwszy mu się to nie udało.

GieKSa wygrywa mecz, którego jeszcze pół roku czy rok temu wygrać nie miała prawa. Takie mecze przegrywaliśmy z kretesem, często bez walki. Tym razem kluczem do wygranej, nawet grając słabiej, była właśnie walka i jednak żelazna konsekwencja przez cały mecz. Konsekwencja w chęci realizowania celu. Umiejętności i techniki czasem zabrakło, ale udało się to zniwelować. Plus doświadczenie Klemenza, a zwłaszcza Kamińskiego, którzy nie dali się zwieść młodemu, efektownemu Klimali i jego kolegom. Pisaliśmy przed meczem, że to będzie pojedynek doświadczenia z młodzieńczą fantazją. I to, i to było bardzo obecne na boisku, ale wygrało jednak doświadczenie. Nie powiemy wyrachowanie, bo to nie był wyrachowany mecz GieKSy, ale konsekwentna gra w obronie, koncentracja stoperów pozwoliły nie stracić bramki. A błysk Prokića? To jest ten element szaleństwa, o którym już kilka razy pisaliśmy. Balans pomiędzy coraz lepszą grą obronną, a tymi na razie pojedynczymi błyskami (ale megaskutecznymi), powoduje, że katowiczanie notują piątą wygraną z rzędu, a czwartą Jacka Paszulewicza.

Teraz jesteśmy już nie tylko mentalnie, ale i punktowo lepsi od ekipy Brzęczka rok temu. Wówczas po 23 meczach GKS miał 37 punktów, obecnie ma tych oczek 40. Wówczas Brzęczek pisał bajki o niesprawiedliwej porażce z Podbeskidziem i zrzucał porażki na karb magicznych złych mocy miesiąca marca („Dobrze, że marzec się już kończy” – mówił). To już jest spory atut, by bić się o ekstraklasę. Znów nasz zespół wykorzystał potknięcia rywali – Stali i Chojniczanki i zameldował się po raz pierwszy w tym sezonie w strefie awansu. Co prawda nadal nierówna ilość meczów kilku drużyn powoduje zamieszanie w obliczeniach, ale po meczu w Suwałkach – co świetnie wychwycił redaktor Błażej – wszystko zależy od podopiecznych Jacka Paszulewicza – nie muszą się oni oglądać na rywali. Nawet bowiem jeśli Chojniczanka wygra swój zaległy mecz z Ruchem w środę, to nasza wygrana w Chojnicach spowoduje, że przy równej ilości punktów, bilans bezpośredni będzie lepszy. Oczywiście to założenie „wszystko zależy od nas” jest prawdziwe z tego względu, że na ten moment dotyczy takiej matematyki, w której GKS wygrywając wszystkie spotkania do końca sezonu, awansuje do ekstraklasy. Nadal jednak każda utrata punktów powoduje, że to założenie bardzo szybko może strzelić w łeb. Nie mamy na ten moment żadnego marginesu błędu, jesteśmy na styku, ale wychodzimy z olbrzymią prędkością od zależności naszego losu od wyników innych drużyn. Obecny margines błędu na razie nie zakłada nawet remisu z Chojniczanką. Więc trzeba spowodować taką sytuację, aby czasem na ten remis można było sobie pozwolić.

Sytuacja jest kapitalna, ale nadal nie może spowodować uśpienia trenera i piłkarzy. Pięć wygrnaych ostatnio mieliśmy w trzeciej lidze – ponad 11 lat temu. Seria imponująca, ale nadal to jest tylko środek do realizacji celu. Tym bardziej, że mankamenty są ciągle widoczne. Wierzymy, że sukcesywnie będą eliminowane, już są – bo przecież wygrywamy mecze, które jeszcze niedawno przegrywaliśmy. To jednak ustawiczna praca nad rozwojem zespołu, by było z każdą kolejką coraz to lepiej i lepiej.

Czekają nas arcyciekawe dni w kwietniu. Początek już w środę, kiedy będzie rozgrywana zaległa kolejka z marca. Będziemy mogli rozsiąść się przed ekranami monitorów czy telefonów i śledzić wyniki rywali w walce o awans. To, że wszystko zależy od nas nie znaczy bowiem, że nadal nie należy liczyć na potknięcia rywali, które ostatnio są seryjne. W końcu GieKSa nauczyła się te potknięcia wykorzystywać. W środę nie musi, bo ma wolne. I bardzo dobrze – przyda nam się chwila wytchnienia, a na pierwszoligowych boiskach niech się zabija cała reszta. A nam niech się zwiększa ten margines błędu, oczywiście z założeniem, żeby tego błędu samemu popełnić jak najmniej.

5 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

5 komentarzy

  1. Avatar photo

    aress

    8 kwietnia 2018 at 17:53

    rok temu mielismy tyle samo pkt po 23 kolejkach policzyłem na 90 minut teraz

  2. Avatar photo

    fghgfhgf

    8 kwietnia 2018 at 19:11

    a kej jes nowy podkast???

  3. Avatar photo

    Shellu

    8 kwietnia 2018 at 20:31

    Aress nie chodzi o punkty po 23 kolejkach, tylko po 23 rozegranych meczach. Rok temu mieliśmy przełożony Znicz, więc 23. mecz rozegraliśmy w 24. kolejce z Podbeskidziem.

  4. Avatar photo

    Błażej

    8 kwietnia 2018 at 20:32

    nowy podcast będzie najprawdopodobniej we wtorek

  5. Avatar photo

    Sebek

    8 kwietnia 2018 at 20:34

    Pamiętajcie, że Miedź gra jeszcze z Chojnicami, więc na pewno ktoś straci punkty. Margines błędu się powiększa 😀

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga