Dołącz do nas

Felietony

Walka i dobry mecz – ale żaden prognostyk

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Wczorajszy mecz z Chrobrym Głogów był rozczarowaniem dla wielu kibiców. Miało być przełamanie, miało być zwycięstwo. I na to się zanosiło, w końcu GKS po pierwszej połowie prowadził 2:0. Skończyło się mało satysfakcjonującym remisem i po raz kolejny w tym sezonie nasz zespół prowadząc, dał sobie wydrzeć wygraną.

Niezależnie od składu i zmian kadrowych w lecie, to co się dzieje na Bukowej to jakieś kuriozum. GKS na własnym stadionie w tym roku rozegrał trzynaście meczów. Tylko dwa wygrał. Bilans beznadziejny, ale to jeszcze pół biedy. W pięciu spotkaniach bowiem katowiczanie prowadzili i nie potrafili tego prowadzenia utrzymać. Trzykrotnie takie mecze przegrali. Dwa razy nie utrzymali prowadzenia dwubramkowego. Ze Stomilem dwukrotnie sobie dali prowadzenie wydrzeć.

Drugą niepokojącą i niezrozumiałą statystyką są bramki tracone u siebie w podziale na połowy. Aż trudno to sobie wyobrazić, ale w pierwszych połowach tych wszystkich spotkań, GKS stracił trzy gole. W drugich aż szesnaście. W aż siedmiu – czyli ponad połowie spotkań – aż dwie stracone bramki miały miejsce w drugiej połowie.

Co się dzieje od początku roku po przerwie, daje sporo do myślenia. A może warto zadać sobie pytanie – co się dzieje w przerwie?…

Gdyby udało się utrzymywać wiosną te prowadzenia – byłaby ekstraklasa. Gdyby udało się utrzymać prowadzenia w tym sezonie – bylibyśmy w zupełnie innej sytuacji w tabeli. Nie ma w tej lidze, a pewnie i w bardzo pojedynczych przypadkach na całym świecie drużyn – które w tak fatalny sposób, masowo przez tyle miesięcy, zawalały sobie wygrane mecze.

Ktoś powie, że kwestia psychologiczna i okej, jednak wydawałoby się, że po tylu podobnych sytuacjach, prowadzenie i dobra gra powinna pomagać i uskrzydlać, a nie wiązać nogi. Trudne to do wytłumaczenia.

No właśnie – wczorajsza gra. Abstrahując od wyniku – i w końcu możemy zgodzić się z trenerem Mandryszem – to był dobry mecz GieKSy, momentami bardzo dobry. Akcje były ciekawe, sytuacji sporo. Tak naprawdę przy odrobinie szczęścia mogło być 3:0 już na początku drugiej połowy i byłoby po sprawie…chociaż nie, bo patrząc na przytoczone wyżej statystyki, to kto ich tam wie, czy by nie utracili wygranej.

W każdym razie gra mogła się podobać, zdobywaliśmy bramki po stałych fragmentach, ale sytuacje przecież mieli Mandrysz, Cerimagić czy Błąd i to każda z gatunku takich, że mogła przynieść powodzenie.

Czym się ten mecz różnił od poprzednich? Walką. To było w końcu widoczne – po przechodzonych i oddanych bez zaangażowania poprzednich meczach. Tym razem zawodnicy jeździli na tyłkach, w końcu orali tę trawę jak należy i był z tego efekt. Niestety do czasu. Szkoda, że czasem praca całej drużyny jest niweczona przez jakieś jedno nieodpowiedzialne zachowanie jednego zawodnika. To co wyprawia ostatnio Dalibor Pleva woła o pomstę do nieba. W Mielcu na mecz nie wyszedł z łóżka, teraz zupełnie przyspał przy golu i nie dość, że był źle ustawiony to jeszcze nie zrobił nic, aby zablokować przeciwnika. Zawodnik za takie akcje powinien co najmniej wylądować na ławie, ale niestety – nie mamy wartościowych zmienników. W każdym razie o ile Pleva zagrał dobrą pierwszą połowę w Sosnowcu, to teraz jest to tykająca bomba zegarowa.

Słówko jeszcze o Abramowiczu. Winiliśmy go za utratę pierwszego gola, ale na powtórce zza bramki dokładnie widać, jak tuż przed rękawicą piłka podskoczyła na murawie. Jedziemy po piłkarzach, ale bądźmy też sprawiedliwi – on kompletnie nie mógł nic w tej sytuacji zrobić.

Bardzo dobrze spisali się stoperzy, a małym odkryciem meczu okazał się Lukas Klemenz. Pewna i dobra gra zawodnika, to się mogło podobać, także jak niepatyczkowanie się – miał wybić, to wybił. Karny? Mocno wątpliwy, bo wyglądało na to, że w ogóle nie dotknął piłki ręką. Drugi stoper – Tomasz Midzierski – również spisał się solidnie, po poprzednich kiepskich meczach.

Mieliśmy trochę powiewu świeżości, w końcu na niezłym poziomie zagrał Adrian Błąd, był szybki i dynamiczny, ale jeszcze musi pamiętać, by z szatni na boisko zabrać głowę. Armin Cerimagić to mały wygrany ostatnich kolejek. No i w końcu Jakub Yunis, który mimo, że jest raczej przeciętny, w końcu strzelił bramkę. Do niezłej formy być może wraca Zejdler.

Niestety oprócz danych liczbowych boli to, że właśnie z dobrą grą i walką, GKS tak łatwo oddał punkty przeciętnie grającemu Chrobremu. Te bramki były tak z niczego, że głowa boli. Nie były to okresy dominacji rywala, wielu strzałów i sytuacji. Ot takie dwa wypady, stały fragment i dwa gole. Nie można tak łatwo oddawać punktów.

Można też zadać sobie pytanie, na ile brak w składzie takich zawodników, jak Kamiński, Goncerz czy w dłuższej perspektywie Foszmańczyk wpłynęło na taki obraz gry, a nie inny. Kibice już od dawna twierdzą, że starzy zawodnicy psuli grę. Trudno nie odnieść wrażenia, że zawiało świeżością, gdy żadnego z nich nie było w składzie. Gonzo już ni daje rady w ofensywie, Kamyk był ostatnio fatalny i zastępujący go Klemenz pokazał, jak powinien grać stoper. Fosa – wiadomo, Grudziądz i te sprawy.

Niestety swoją postawą w poprzednich meczach piłkarze doprowadzili do tego, że strasznie wyglądał opustoszały Blaszok. W Katowicach fakt, że gra GKS na prawie nikim nie robi już wrażenia. Coraz mniej ludzi chodzi na stadion. Swoje dołożył też Krupa, któremu chyba odechciewa się bawić w te klocki. I teraz co prawda nie wiemy, czy zaangażowanie z wczoraj było efektem jego słów, ale jeśli tak by było, jest to godne uznania.

Doceniamy zaangażowanie zawodników, nie doceniamy wyniku. I jeszcze przytoczmy słowa jednego z kibiców – słowa, które są głosem rozsądku. Piłkarze w tym roku wyznaczyli nam takie standardy, że teraz jak tylko zobaczymy dwa celne podania, to mówimy o dobrej grze. Jak trochę pobiegają, to już mówimy, że jest walka. To jest straszne, bo być może ten mecz taki dobry wcale nie był, ale nasz spaczony odbiór, związane z wszystkimi oglądanymi w tym roku spotkaniami, powoduje takie oceny, a nie inne?

Ale zostańmy przy tym, że było to dobre spotkanie i jednak – niezaprzeczalnie z widoczną walką. Nie będziemy pisać o żadnym dobrym prognostyku, bo takich mieliśmy już wiele, nawet w tym sezonie się zdarzyło, a potem był dramat. Jeden mecz nie zmienia niczego, tym bardziej mecz bez wygranej. Piłka po stronie piłkarzy – niech udowodnią w następnych spotkaniach, że jednak chce im się w dłuższej perspektywie czasu. Na ten moment nic się nie zmienia w łatce, którą sobie sami stworzyli. I w tym, że kibice totalnie obojętnie podchodzą do ich spotkań i nie rusza ich już to, jakim rezultatem zakończył się mecz…

9 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

9 komentarzy

  1. Avatar photo

    irishman

    23 września 2017 at 12:25

    Jak mamy być sprawiedliwi, to bądźmy do końca. Fakt, że Pleva zaspał ale potem tak przyblokował zawodnika Chrobrego, ze ten mógł strzelić jedynie w światło bramki chronione przez bramkarza.
    Druga sprawa, gdzie był lewoskrzydłowy, który powinien pilnować naszej lewej flanki?

  2. Avatar photo

    irishman

    23 września 2017 at 12:30

    Dla mnie ten mecz na pewno nie był przełomem ale jakimś dobrym prognostykiem już tak. Ale oczywiście nadal otwarte pozostają pytania czy piłkarze będą kontynuować tą walkę, czy trener znów nie wróci do swoich ulubieńców bez formy albo „hamulcowych” z wiosny itp.

  3. Avatar photo

    irishman

    23 września 2017 at 12:38

    Denerwuje mnie na maksa pojęcie szczęścia-nieszczęścia w sporcie. Osobiście zawsze wolę skupiać się na umiejętnościach. Jeśli jednak uprzemy się, że trzeba mieć także farta, to obie stracone przez nas bramki pokazały, że go w tym meczu nie mieliśmy.
    Weźmy to także pod uwagę oceniając wynik.

  4. Avatar photo

    yop

    23 września 2017 at 13:46

    Żeby być sprawiedliwy to Wasze bramki też były z niczego. Wolny, rożny. Zgadzam się mieliście więcej okazji. Nie o tym chciałem pisać. W byłych krajach „Jugosławiańskich” są zakłady gdzie obstawia się m.in ligę polską. Trzeba wpłacać kasę i niekiedy dostaje się fajne meczyki. Nc nie sugeruję ale podczas meczu w Mielcu przy stanie 3-1 była fajna stawka na 3-2.pozdro.haha

  5. Avatar photo

    uk

    23 września 2017 at 16:02

    jeżeli kaminski goncerz i foszmanczyk nie wroca do składu to z meczu na mecz powinno być coraz lepiej,oby…

  6. Avatar photo

    zadolak

    23 września 2017 at 18:06

    Nie dziwię się że znowu nie wygraliśmy,jak co mecz gramy innym składem.Niestety w tym sezonie czeka nas cieżka walka o utrzymanie,takie są realia i nic nie zmienimy.A ja kocham ten klub i będę kochał obojętnie w której lidze będzie grał.

  7. Avatar photo

    Rafael

    24 września 2017 at 14:36

    Najgorsza obrona w lidze (najwiecej straconych bramek w lidze), miejsce w strefie spadkowej! nie potrafimy grać piłką.

    Co ten trener Mandrysz jeszcze robi w naszym klubie ???
    Jeszcze jest szansa na awans, trzeba zacząć grać i wygrywać. Wszyscy będą tracić punkty. !

    Mandrysz miej honor i wypier…j

  8. Avatar photo

    Max

    24 września 2017 at 18:02

    Dziady !!!!!!!!!!!!!!!!!!!! II liga nos czeko:)

  9. Avatar photo

    Rafał

    24 września 2017 at 18:26

    Mandrysz gdzie jest twoja DYMISJA!!!! WON!!!! ODEJDŹ BO NISZCZYSZ TEN KLUB SWOIM BEZ SENSOWNYM TRZYMANIEM SIĘ STOŁKA I TYLE!!!!!!!!

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).

Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).

W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.

Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.

We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.

W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.

Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.

I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…

Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.

Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.

Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.

Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.

Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.

Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.

Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.

Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.

Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.

Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.

I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!

Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.

Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.

Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.

Wesołych Świąt!

PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Powrót króla na złote miejsce

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.

Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.

Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak:
Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.

Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak:
To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.

Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.

Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.

Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak:
Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.

Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak:
Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.

Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak:
Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.

Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.

Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak:
Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.

Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.

Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.

Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga