Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Wariackie siedem minut GieKSy. Aż trener Mandrysz się wzruszył. Media o meczu Górnik Łęczna-GieKSa 1:3

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu Górnik Łęczna – GKS Katowice. Mecz zakończył się wynikiem 1:3 (1:0).

 

 

sportslaski.pl – Obudzili się po czerwonej kartce. Znakomita końcówka GieKSy!

 

GKS Katowice do 85. minuty przegrywał z Górnikiem Łęczna, w dodatku grał w osłabieniu. Mimo to… śląska drużyna zdążyła strzelić trzy gole i wraca do domu z kompletem punktów.

To, że z naszymi drużynami spadkowiczowi z Lotto Ekstraklasy gra się dobrze potwierdziło się już w pierwszym kwadransie gry, bo już w 13. minucie gospodarze objęli prowadzenie. Tomasz Midzierski bezsensownie staranował Pawła Sasina i sędzia podyktował rzut karny, z którego celnie uderzył 19-letni Paweł Szysz. Chwilę później mogło być już 2:0, ale tym razem sytuację uratował Lukas Klemenz, który wybił piłkę z linii bramkowej.
Łęcznianie cofnęli się, co spowodowało większą aktywność katowiczan, zwłaszcza skrzydłowych. GieKSa częściej atakowała, ale goli z tego nie było, choć w kilku sytuacjach Sergiusz Prusak musiał się wykazać. Bramkarz Górnika uratował swój zespół interwencją nogami po dośrodkowaniu z rzutu wolnego.
Po przerwie GieKSa dalej przeważała, strzelała, ale bez efektu. Jakby tego było mało, Bartłomiej Kalinkowski w przeciągu dwóch minut otrzymał dwie żółte kartki (drugą za rozmowę z sędzią) i wyleciał z boiska.

[…] Gra wyglądała tak, jakby to goście grali w przewadze, chociaż pewnie byłoby po meczu, gdyby nie Sebastian Nowak – bramkarz katowiczan w świetnym stylu obronił uderzenie Łukasza Sosnowskiego z dystansu. Chwilę później bramkarz zagrał do Adriana Błąda, ten przebiegł kilkadziesiąt metrów i podał do Dawida Plizgi. Pomocnik znalazł się w sytuacji sam na sam z Prusakiem i doprowadził do wyrównania. Minęło kilkadziesiąt sekund i… było już 2:1 dla GKS-u, bo ponownie zawodnika drużyny Piotra Mandrysza znalazł się oko w oko z bramkarzem gospodarzy – tym razem był to Wojciech Kędziora, który przelobował Prusaka.
Mało? Dla GieKSy tak! W doliczonym czasie gry bramkarz Górnika pobiegł w pole karne katowiczan na stały fragment gry. To się jednak zemściło, bo GKS przejął piłkę i ruszył z kontrą. Do pustej bramki piłkę wpakował Błąd.

 

 

katowickisport.pl – Sensacyjna końcówka w Łęcznej: GieKSa groźniejsza w… osłabieniu!

 

Trzynastka okazała się w Łęcznej pechowa dla katowiczan. W 13 min Patryk Szysz wykorzystał rzut karny. Potem przez 70 minut goście próbowali sforsować obronę rywala. Udało się im… dopiero po usunięciu z boiska Bartłomieja Kalinkowskiego.

[…] Aktywny był co prawda Andreja Prokić, parokrotnie sprawdzając czujność Sergiusza Prusaka, ale ta okazywała się bez zarzutu. Gospodarze odpowiadali jedynie próbami kontr, w których najgroźniejszy okazywał się autor gola. Nie znalazł jednak sposobu na Sebastiana Nowaka, co wciąż pozwalało podopiecznym Piotra Mandrysza mieć nadzieję na pomyślną końcówkę.

Kiedy jednak na 11 minut przed końcem drugie sędziowskie upomnienie zaliczył Bartłomiej Kalinkowski, wydawało się, że Górnik – po długiej przerwie – wreszcie wygra. Tymczasem katowiczanie w osłabieniu zadali trzy sensacyjne ciosy.

 

 

kurierlubelski.pl – Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:3. Przegrali po fatalnej końcówce

 

[…] Pierwsza połowa stała na dość wysokim poziomie. Początek spotkania nie zwiastował wielkich emocji, ale rywalizacja szybko się ożywiła dzięki rzutowi karnemu podyktowanemu dla gospodarzy, który został przyznany za faul Tomasza Midzierskiego na Pawle Sasinie.

[…] Kilkadziesiąt sekund po otwarciu wyniku, drugie trafienie dla Górnika w tym meczu mógł zdobyć Sasin, lecz jego uderzenie wybił z linii bramkowej jeden z defensorów przyjezdnych. W kolejnych fragmentach łęcznianie mieli dużą przewagę i mocno naciskali na rywali, ale bez efektu. Natomiast pierwszy godny odnotowania strzał gości miał miejsce dopiero w 25. minucie, gdy na uderzenie zza pola karnego zdecydował się Mateusz Mączyński. Jednak wówczas futbolówka przeleciała nad poprzeczką. Niedługo potem, po ładnym rajdzie lewym skrzydłem i uderzeniu Andreji Prokicia z ostrego kąta dobrze interweniował nogami Sergiusz Prusak. 10 minut później ponownie bramkarz Górnika musiał się wykazać po strzale serbskiego gracza ekipy z Katowic.
Do przerwy lepsze wrażenie sprawiali „Górnicy” i to oni schodzili do szatni z jednobramkowym prowadzeniem. Niekorzystny rezultat dla gości sprawił, że przed drugą połową trener Piotr Mandrysz zdecydował się na desygnowanie do gry Dawida Plizgi. Doświadczony pomocnik wprowadził w poczynania popularnej „Gieksy” więcej spokoju i to katowiczanie rozpoczęli lepiej spotkanie po zmianie stron. Ekipa ze Śląska początkowo miała przewagę w posiadaniu piłki i próbowała przedostać się pod pole karne Górnika. Z tego okresu gry najgroźniejszy był strzał z dystansu Adriana Frańczaka.

[…] Kibiców poderwał z krzesełek dopiero mocny strzał z rzutu wolnego w wykonaniu wprowadzonego z ławki Łukasza Tymińskiego. Jednak w tej sytuacji zmierzającą pod poprzeczkę futbolówkę sparował na rzut różny bramkarz gości, Sebastian Nowak. Od 79. minuty przyjezdni grali w osłabieniu.

[…] „Górnicy” chcieli wykorzystać przewagę liczebną i podwyższyć prowadzenie. Bliski powodzenia był Łukasz Sosnowski, który kąśliwie przymierzył z dystansu, ale jego strzał z najwyższym trudem obronił Nowak. Zaraz potem gospodarze mieli rzut rożny, który nieoczekiwanie zakończył się skutecznym kontratakiem katowiczan. Na listę strzelców wpisał się Dawid Plizga. Chwilę później goście wyszli na prowadzenie po kolejnej kontrze. Tym razem gola dla GKS-u zdobył doświadczony Wojciech Kędziora, który przelobował wychodzącego z bramki Sergiusza Prusaka. Gospodarze próbowali odpowiedzieć strzałem z dystansu Grzegorza Bonina, ale z tym uderzeniem poradził sobie bramkarz rywali. Natomiast podopieczni Piotra Mandrysza wykorzystali jeszcze jeden kontratak i ostatecznie zwyciężyli 3:1. Ostatnią z bramek dla gości zdobył inny z rezerwowych, Adrian Błąd. Zawodnik z Katowic trafił do pustej bramki, po kolejnej kontrze po rzucie rożnym, w którym Sergiusz Prusak pobiegł w pole karne GKS-u.

 

 

futbolfejs.pl – Wariackie siedem minut GieKSy. Aż trener Mandrysz się wzruszył

 

Na GieKSę można liczyć. Zawsze coś „zmajstruje” w swoich meczach. Co prawda nie zawsze na swoją korzyść, ale tym razem w Łęcznej to akurat była fura szczęścia. W ostatnie siedem minut meczu z Górnikiem katowiczanie, przegrywając 0:1, strzelili trzy gole. Mało tego – strzelili te trzy gole grając w… dziesięciu!

Ja tego meczu od 80. minuty nie rozumiem – kręcił głową z niedowierzaniem na konferencji prasowej Tomasz Kafarski. I tu jak najbardziej zgoda! Przynajmniej medal z kartofla dla tego, kto rozumie. Ale takiego pewnie ze świecą szukać.
Bo Górnik Łęczna prowadził 1:0 od 11. aż do 86. minuty.

[…] Ale nic to, gospodarze mieli, co chcieli. Czyli prowadzenie. GieKSa co prawda atakowała, szukała szansy, stwarzała sytuacje, ale bardzo długo niczego to nie dawało.
Gdy w 78. minucie Bartłomiej Kalinkowski dostał dwie żółte kartki w jednej akcji – za faul, a potem za protesty (kompletny absurd, gdy zespół musi gonić wynik), pewnie część kibiców już zaczęła się zbierać do domu. Szansa na to, że Górnikowi stanie się krzywda, spadła w okolice zera.

Przekonanie kibiców to mały problem, wielki, że podobnie pomyśleli piłkarze. A jak pomyśleli, tak zrobili. Poszli do domu, bo dla łęcznian ewidentnie mecz skończył się w 78. minucie.

[…] Na konferencji po Piotrze Mandryszu tym razem nie widać było radości. Tak bardzo przeżył ostatnie minuty, że z mimiki – gdyby ktoś nie znał wyniku – trudno było odczytać: wygrała GieKSa, czy może koszmarnie wtopiła. Ale to raczej nie kwestia braku radości, a przede wszystkim wielkich emocji.
Bo trenerowi w istocie trudno było ukryć wzruszenie, gdy mówił: – Rzadko to czynię, ale dziś muszę powiedzieć, że jestem dumny z chłopców, bo strzelić trzy gole grając w osłabieniu nie jest łatwo. Pokazaliśmy hart ducha, duże zaangażowanie i poparliśmy wieloma składnymi akcjami.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).

Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).

W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.

Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.

We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.

W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.

Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.

I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…

Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.

Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.

Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.

Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.

Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.

Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.

Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.

Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.

Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.

Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.

I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!

Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.

Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.

Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.

Wesołych Świąt!

PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.

Kontynuuj czytanie

Felietony Hokej

Czy możemy narzekać na najlepszą drużynę ostatnich pięciu lat?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.

Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.

Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.

Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?

Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.

Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.

Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?

Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga