Piłka nożna
Wielkosobotni wytrych do ekstraklasy
Po poprzednim sezonie, początku obecnego, a nawet całej rundzie jesiennej wydawało się, że do takiego meczu nie ma prawa dojść. Właśnie w poprzednich rozgrywkach GieKSa na wiosnę grała kilka naprawdę mega, megakluczowych spotkań – albo o pozycję lidera, albo – co było już apogeum – z liderem z Nowego Sącza, kiedy katowiczanie wyglądali naprawdę wyjściowo bardzo dobrze i w formie, a tymczasem spotkanie zakończyło się klapą, zarówno jeśli chodzi o wynik, jak i postawę przez 90 minut. Ktoś powie, że awans przegraliśmy z Kluczborkiem, ale mam przekonanie, że wygrana z Sandecją po prostu w konsekwencji dałaby awans i to pewny.
W rundzie jesiennej tym wielkim meczem miały być derby z Ruchem. Mimo fatalnego początku sezonu, derby z Niebieskimi poprzedzone były trzema zwycięstwami i przede wszystkim bardzo dobrym meczem ze Stomilem kilka dni wcześniej. Jak się skończyło pierwsze od 14 lat spotkanie z odwiecznym rywalem – wiadomo.
Życie nie znosi próżni. I kibicowskie serca również. Od spotkania z Ruchem, a potem jeszcze gorszego z Tychami, nasza drużyna zaczęła punktować niesamowicie. Ostatnie 6 meczów ligowych to 5 zwycięstw i 1 remis. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że z Piotrem Mandryszem zbyt wiele byśmy nie osiągnęli, ale trzeba mu oddać, że zapunktował w końcówce roku solidnie. Zapunktował tak, że dzisiaj możemy marzyć o awansie. Pamiętajmy bowiem, że w Łęcznej i Siedlcach można było przegrać.
W tym miejscu możemy porównać nasz stan punktowy po 21 rozegranych meczach do tych, które miały miejsce w analogicznym momencie w najlepszych sezonach GKS w ostatnich latach. Mowa oczywiście o drużynach Kazimierza Moskala i Jerzego Brzęczka. Oczywiście obecny sezon różni się od tych, w których zespół prowadzili wspomniani jegomoście, ponieważ wtedy mieliśmy bardzo udaną jesień i kompletnie spartaczoną wiosnę. Teraz sytuacja jest może nie odwrotna, ale na pewno inna – tym razem jesień była chimeryczna i zespół notował serie beznadziejne, ale też bardzo dobre. Mieliśmy seryjne wtopy, przegrywaliśmy u siebie z przeciętniakami oraz wszystkie prestiżowe mecze. Z drugiej strony były serie 3 zwycięstw z rzędu oraz bardzo dobra końcówka roku. Jeśli dodamy do tego, że teraz GKS wygrał dwa mecze na początek wiosny, można wspomniane i obecny sezon porównywać kompleksowo.
I tak – drużyna Moskala po 21 kolejkach miała 33 punkty, natomiast drużyna Brzęczka 37. Obecnie GKS Katowice ma 34 oczka na koncie. Wniosek jest więc prosty – to się w głowie nie mieści, ale ekipa Paszulewicza (a wcześniej Mandrysza) już jest lepsza od teamu Kazimierza Moskala w 2014 roku. Natomiast do wyniku ekipy Brzęczka co prawda brakuje 3 punkty, ale uwaga! Kolejne spotkanie Jerzy Brzęczek przegrał, co oznacza, że jeśli katowiczanie wygrają z Zagłębiem w sobotę, to będą na pułapie punktowym identycznym, jak rok temu.
Z jedną zasadniczą różnicą. Wtedy po prostu mieliśmy knockdown jeden za drugim, począwszy od meczu w Chojnicach, poprzez Stomil u siebie i straszną porażkę w Sosnowcu. Tak naprawdę już wtedy nawoływaliśmy do tego, żeby coś z tą drużyną zrobić, że tej ekipie potrzebna jest terapia. Niestety wówczas nikt za tymi sugestiami nie poszedł i tak naprawdę sezon był przegrany już w marcu, a to co było dalej, to były jedne wielkie złudzenia.
Tym razem początek wiosny daje naprawdę głęboką nadzieję, że coś się zmieniło, choć tak naprawdę nie można się zachłystywać tymi dwiema wygranymi, bo nasze kibicowskie doświadczenie zna wielokrotny upadek z wysokości na twardy beton. Ale jednak jest inaczej. O ile do dobrych jesieni i spektakularnie przegranej wiosny byliśmy przyzwyczajeni, to jednak do tak skutecznego początku wiosny – zupełnie nie. Owszem, były zwycięstwa Rafała Góraka w Łodzi i Poznaniu, ale wtedy jesień była na tyle słaba, że katowiczanie już się w stawce nie liczyli. Tym razem mieliśmy stosunkowo niewielką, bo 6-punktową stratę, a dodatkowo zaczęliśmy ją od samego początku odrabiać. Gra GieKSy naprawdę może się podobać, widoczne jest spore zaangażowanie, pomysł i ręka trenera.
No właśnie – trener. Po raz pierwszy od dawna mamy szkoleniowca, który nie pieprzy głupot, nie podnieca się wygranymi i twardo stąpa po ziemi. A bajkopisarzy mieliśmy przecież wielu, począwszy od Wojciecha Stawowego, poprzez megalomana Artura Skowronka czy odlatującego Jerzego Brzęczka, który po przegranym meczu z Górnikiem „gratulował chłopakom”. Jacek Paszulewicz chce drużyny walczącej, która czasem nawet się potknie, ale będzie mogła spojrzeć w lustro. I to się naprawdę przenosi na boisko.
Bardzo pozytywne jest to, że mamy dzisiaj 29 marca i z wielką nadzieją podchodzimy do sobotniego meczu. Rok temu w tym momencie byliśmy 11 dni po wspomnianej klęsce w Sosnowcu, a dodatkowo 31 marca przyszedł kolejny gong z Podbeskidziem u siebie.
I w tym momencie dochodzimy do sedna tego artykułu. Mecz z Zagłębiem wydaje się absolutnie kluczowy, jeśli chodzi o odpowiedź na pytanie, czy tę drużynę stać na awans, czy chce awansować i czy ten awans jest realny. Wygrana oczywiście awansu nie zapewni, ale ze wszechmiar będzie wydarzeniem odmiennym od tego, czego doświadczaliśmy w ostatnich latach. Począwszy od wygrania czwartego spotkania z rzędu pierwszy raz od 7 lat, w końcu pokonania w tym sezonie prestiżowego rywala i przełamania niezrozumiałej niemocy w starciach z Zagłębiem. Przypomnijmy bowiem, że od awansu sosnowiczan, GKS w pięciu meczach zdobył z tym rywalem zaledwie jeden punkt. Nowe przecież jeszcze będzie to, że święta nie będą zepsute przez piłkarzy. Tych czynników przełamania niekorzystnych serii można by zapewne znaleźć jeszcze więcej. Faktem jest, że jeśli GKS wygra w sobotę, to zlikwiduje naprawdę wiele klątw ciążących na naszym klubie od lat. Dlatego mowa o kluczu, wytrychu do ekstraklasy. W moim osobistym przekonaniu wygrana w tym spotkaniu zwiększy nam szansę awansu o co najmniej kilkanaście procent.
Każdy medal ma jednak dwie strony i drugą stroną tego wielkiego optymizmu jest… niepokój i obawa. Bo odwracając wszystko, co zostało napisane w poprzednim akapicie, można powiedzieć, że jeśli GKS zagra słabo i przegra to spotkanie, będzie to wypisz, wymaluj powtórka systematycznych traum kibica GKS Katowice. Czyli wielkie nadzieje i wiara przed bardzo ważnym, kluczowym meczem – kolejny cios w twarz oraz przy okazji zepsute święta. I tutaj analogicznie – uważam, że jeśli GieKSa przegra to spotkanie, zagra słabo lub odda mecz bez walki, to szansę na awans zmniejszą się, ale – i tu już brak analogii – nie o kilkanaście, ale o kilkadziesiąt procent. Po prostu w takim wypadku powtórzy nam się to, co znamy doskonale i co wydarzyło się wielokrotnie. Więc tak naprawdę, jeśli w sobotę zobaczylibyśmy taki mecz jak z Ruchem, Tychami czy Sosnowcem na jesień, będzie oznaczało to ni mniej, ni więcej, że należy zwinąć żagle.
Podskórnie jednak czuję, że tym razem będzie inaczej, właśnie ze względu na jednak wyjściowo inną sytuację poprzedzającą spotkanie niż zawsze. Teraz wygrane nie były przypadkowe, nie były trochę z kosmosu. Były wywalczone dobrą i solidną pracą. i to jest kwestia utrzymania tego trendu. GKS z Zagłębiem nie musi się wznosić na wyżyny, chodzi o to by utrzymał regularność. Forma i postawa z meczów z Rakowem i Odrą jest wystarczająca, aby myśleć o sukcesie w Wielką Sobotę. A przecież wiemy, że są jeszcze rezerwy, na przykład lepiej mogą grac boki pomocy. Taka gra, jak w drugiej połowie z Odrą Opole to jest to, co chcemy oglądać zawsze. A przecież nie była to gra wybitna, po prostu solidna, pewna, mądra. Tylko i aż tyle.
W preludium Wielkiej Nocy GieKSa może dokonać rzeczy wielkiej. Życzmy trenerowi, piłkarzom i samym sobie, aby późny powrót do domu w sobotę przebiegał naprawdę w podwójnie świątecznej atmosferze!
Piłka nożna
Górak: Powrót króla na złote miejsce
Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.
Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.
Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak: Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.
Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak: To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.
Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.
Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.
Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak: Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.
Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak: Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.
Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak: Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.
Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.
Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak: Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.
Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.
Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.
Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.
GieKSa wygrała siódmy mecz półfinałów play-off THL. W finale nasi hokeiści zmierzą się z GKS-em Tychy. Zapraszamy do fotorelacji z Satelity.
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do Jagi i Cracovii
Miniony tydzień był dla naszej redakcji bardzo pracowity. Dwa wyjazdowe mecze w ciągu kilku dni to operacja logistyczna i organizacyjna. Myślę jednak, że podołaliśmy. Wszystko w imię GieKSy. Zapraszamy do zobaczenia wyjazdów do Białegostoku i Krakowa okiem redakcji. A teraz mamy dwa tygodnie przerwy od piłki i czekamy na Wisłę Płock. Niech teraz koledzy z sekcji hokejowej przejmują pałeczkę, bo przed GieKSą bardzo ważne wyzwanie.
1. Białystok przekładany był dwa razy. Za trzecim w końcu mecz doszedł do skutku, ale wiadomo – że był to środek tygodnia, wtorek godzina dziewiętnasta. W związku z tym z redakcji pojechaliśmy we dwójkę: ja i Misiek, ale w samochodzie jechało nas pięciu.
2. Wyjazd z Katowic był gdzieś po dziesiątej. Ładna pogoda, to i droga mijała szybko. Na ten jeden z najdalszych wyjazdów w sezonie.
3. Po kilku godzinach byliśmy na Podlasiu. Czas mieliśmy tak dobry, jak chyba nigdy wcześniej, bo było nieco po piętnastej. Postanowiliśmy więc skierować swoje kroki do Gospody Podlaskiej, znanej nam z poprzedniego sezonu, a mi jeszcze dodatkowo z wyjazdu na ten niedoszły mecz w listopadzie.
4. Miejscówka godna polecenia – na samym Rynku. Zaparkowaliśmy jakimś cudem praktycznie tuż pod tym lokalem. Wówczas byliśmy w niedzielę, więc były tłumy. Teraz – w środku tygodnia o piętnastej – niemal pustki.
5. No to wzięliśmy się za solidne jedzenie. Ja zamówiłem rosół z pielmieni, mielone na patyku i kartacza, Patryk mega xxl schaboszczaka, a reszta ekipy placki. Było to solidne jadło przed meczem.
6. W samej knajpie sporo było ciekawych elementów, jak ta stara przymocowywana maszynka do mielenia czy… czerwona gitara. Czy obrazek z Samych Swoich. W sympatycznej atmosferze oczekiwaliśmy spotkania.
7. Nadal mając jeszcze dużo czasu zrobiliśmy spacer po rynku. Weszliśmy do wielkiego kościoła – w zasadzie Bazyliki Mniejszej WNP. Imponujący obiekt. Można było się na chwilę wyciszyć przed nadchodzącym zgiełkiem.
8. Napis Białystok na kółkach, przesuwany jest. Pamiętam, że w listopadzie był w innym miejscu, teraz bliżej stricte Rynku. Rekwizyt popularny do robienia sobie przy nim zdjęć. O ile to można nazwać rekwizytem.
9. Wróciliśmy do samochodu i czas było zbierać się na stadion. Oczywiście – jak często to ostatnio bywa – na drodze widzieliśmy autobus z drużyną. Śmiesznie wyszło, bo robiłem zdjęcie jakiegoś grafa i coś zielonego mi przed nosem przejechało i przeszkodziło.
10. Wkrótce byliśmy pod stadionem. Przejechaliśmy skręt, więc musieliśmy go objechać, ale zaprowadziło nas to prosto do bramy wjazdowej, którą dobrze pamiętaliśmy w lutego i listopada poprzedniego roku. Samochód zostawiliśmy na parkingu i poszliśmy odebrać akredytacje.
11. Udaliśmy się na stadion, gdzie na wejściu przeszukuje się także dziennikarzy (rzadkość). I można było pobuszować po stadionie. Poszliśmy do stanowiska z klubowymi gadżetami, jednego, a później drugiego na VIP-ach. Do meczu pozostawało jeszcze sporo czasu, więc trybuny świeciły pustkami. A cały dzień był słoneczny, więc i temperatura była przystępna.
12. Potem przyszedł czas na herbatkę w sali konferencyjnej. Komentatorzy Canal Plus – Gabriel Rogaczewski i Tomasz Wieszczycki dywagowali, jak będzie wyglądać to spotkanie i wietrzyli – zgodnie z logiką ekstraklasy – przełamanie Jagiellonii.
13. Udaliśmy się na prasówkę, na dobrze nam znane miejsca. Stanowisko prasowe przyjemne, bez rewelacji, ale wystarczające. Jest dziurka na kable, solidny blat i… niepotrzebna szybka między blatami konkretnych stanowisk. W zamierzeniu służy oddzieleniu dziennikarzy, żeby mieli większy komfort. W praktyce – jest to utrudnienie w obserwacji meczu, bo głowa odruchowo tę szybę chce ominąć, patrząc na boisko. A widoczność? Bez zarzutu.
14. Przed meczem odbyła się uroczystość wręczenia trenerowi Siemieńcowi tablicy upamiętniającej jego 100 meczów w Jagiellonii. Kibice w Białymstoku go kochają. Skandują jego nazwisko często, skandowali i teraz. Trudno się dziwić.
15. Wkrótce rozpoczął się mecz. Gospodarze szybko objęli prowadzenie w sytuacji, w której nikt się tego nie spodziewał. Piłkarze o nazwisku Pozo mieli swój moment, dzień wcześniej Jose z Pogoni trafił dwa razy, teraz Alex tak odbił piłkę głową, że ta ku zaskoczeniu wszystkich wpadła do siatki.
16. Drugi raz pokonała nas legenda Jagi Taras Romanczuk. Piłkarz wiosną zeszłego roku strzelił zwycięskiego gola, teraz trafił do szatni, dając swojej drużynie prowadzenie 2:0.
17. Kibice Jagi bardzo głośno dopingowali, Katowiczanie na sektorze gości też odgryzali się, mimo, że byli w liczbie niemal czterokrotnie niższej niż w listopadzie na niedoszłym meczu.
18. Humor w przerwie był kiepski. Na szczęście można go było sobie poprawić na VIP-ach, gdzie było pyszne jedzonko. W sumie to można było tam zostać, ale zaraz była druga połowa. Co ciekawe, miejsce to miało klimat, jak dyskoteka, taka była gra świateł. Ciekawa opcja.
19. W drugiej połowie GKS dążył do zdobycia bramki. Gra wyglądała dużo lepiej. W końcu Erik Jirka trafił do siatki notując swoje pierwsze trafienie w barwach GieKSy. Na wyrównanie niestety nie starczyło czasu.
20. GieKSa przegrała drugi mecz w Białymstoku i na razie to się układa tak, że u siebie GieKSa wygrywa – dwa razy, a na Podlasiu triumfuje Jaga. W tym sezonie czeka nas jeszcze mecz ligowy na Nowej Bukowej. Chcielibyśmy, by ta passa była podtrzymana.
21. Po meczu tradycyjna nagrywka i trzeba się było zbierać na konferencje prasową. Dziennikarze Jagiellonii wniebowzięci, cieszyli się. A my ze skwaszonymi minami robiliśmy swoje materiały, galerie itp.
22. Trener Górak starał się wyciągnąć pozytywy i była nimi dla niego ta druga połowa. Fakt, Katowiczanie nie załamali się dwubramkową stratą, tylko grali swoje i częściowo udało im się je odrobić.
23. Za to Adrian Siemieniec na moje pytanie o Puchar Polski zażartował, że teraz to oni są drudzy, skoro z nami przegrali. Nie tak szybko – Jaga będzie druga, jak GieKSa zdobędzie Puchar Polski. O tym wszyscy marzymy, a finalista pucharu przecież kiedyś w Europie występował, później zmieniono ten przepis.
24. Zostaliśmy jeszcze chwilę na sali i trzeba się było zbierać w długą podróż do Katowic. My tego wieczoru byliśmy niepocieszeni, ale co mieli powiedzieć kibice Bodo Glimt, którzy zaszli tak niesamowicie daleko w Lidze Mistrzów i w rewanżu ze Sportingiem roztrwonili trzybramkową przewagę z pierwszego meczu przegrywając 0:5.
25. Droga powrotna zajęła nam około pięć godzin. Myślałem, że będzie się dłużyć, tymczasem jakoś to przeleciało. W Katowicach byliśmy gdzieś przed czwartą. Trzeba było szybko iść spać, bo wkrótce miał nastać nowy dzień. A już w sobotę czekał nas mecz z Cracovią.
—-
26. Do Krakowa wybraliśmy się już w mocniejszym składzie, bo aż 5-osobowym. To znaczy 4 osoby z Katowic plus Marcin, który dotarł na własną rękę. Dzięki temu mogliście obejrzeć aż trzy fotogalerie z tego spotkania.
27. Dobrze, że po Białymstoku kolejny wyjazd był tak niedaleki. Można było i się wyspać, i potem w miarę wcześnie wrócić. Wyjeżdżaliśmy więc 11-12 zbierając osoby po drodze i ruszyliśmy do Małopolski. Oprócz wspomnianego Marcina pojechaliśmy w składzie: Werka, Flifen, Misiek i moja skromna osoba.
28. Pogoda była piękna, wiosenna. W samochodzie było co prawda nagrzane, natomiast na zewnątrz trochę chłodek był. Dawał się on potem we znaki – głównie w postaci wiatru – zarówno osobom na murawie, jak i nam – na koronie stadionu.
29. Droga przebiegła szybko i sprawnie. Godzinka i byliśmy w Krakowie. Zastanawialiśmy się, jak to będzie z tą całą „strefą czystego transportu”. Ale załatwiliśmy niezbędne pozwolenia i mogliśmy do centrum Krakowa wjechać.
30. Natrudziliśmy się, jeżeli chodzi o wjazd na obiekt. Nie wpuszczono nas na parking, mimo że w poprzednim sezonie zarówno na mecz z Cracovią, jak i Puszczą to miejsce parkingowe było dostępne. No nic, zaparkowaliśmy pod stadionem.
31. Potem zaczęła się jednak trochę farsa. Pierwsza rzecz – akredytacje. W poprzednim sezonie odbierało się je w jednej z budek/kas od strony ulicy Kałuży. I rzeczywiście, był napis akredytacje. Tyle, że pani powiedziała, że to są jakieś inne akredytacje. Cokolwiek to znaczy. A my mamy się kierować na drugą stronę stadionu – od ulicy Kraszewskiego.
32. Zaczęliśmy więc obchodzić stadion, przy czym rozdzieliliśmy się – Misiek i Werka poszli, a mnie z Flifenem zatrzymała kiełbasa. Mieliśmy ją w planie, ale skoro już przechodziliśmy obok grilla, stwierdziliśmy, że skonsumujemy ją teraz, żeby potem nie tracić czasu.
33. Kiełbaska solidna. Mogłaby być nieco bardziej przypieczona, ale była smaczna. Więc godnie. W atmosferze wiosennej, ładnej pogody i zbliżającego się meczu wuszcik zawsze na propsie.
34. Wracając do wspomnianej farsy. Zaczęliśmy ten stadion faktycznie obchodzić. To co się działo na ulicy Focha, czyli tej najgłówniejszej przy stadionie, wołało o pomstę do nieba. Najpierw przejeżdżały autokary, ale chyba opróżnione już z kibiców GieKSy. I policjant nie pozwolił przejść WZDŁUŻ stadionu. Tu był kordon. Potem drugi nie pozwalał przejść na drugą stronę ulicy. Musieliśmy czekać. Najlepsze jest to, że między jednym, a drugim kordonem na dwóch końcach tej krawędzi stadionu, normalnie chodzili sobie kibice.
35. W końcu przeszliśmy na drugą stronę, ale chcieliśmy też zahaczyć o sklep klubowy. Policjant znów nie pozwalał przejść, ale nagle ludzie zaczęli przechodzić i tyle.
36. Absurdalne jest to, że blokowali całościowo to miejsce, podczas gdy kompletnie nic się tam nie działo i nie było zagrożenia. Co oni wymyślili – nie wiem.
37. W sklepiku klubowym zakupiłem proporzec, to taka tradycja powoli. Warto mieć swoje prywatne muzeum. Jakiś gościu długo stał przy kasie, bo wysyłał kartkę do kogoś na świecie. Ciekawa i miła opcja.
38. W końcu dotarliśmy za siódme góry i siódme rzeki na ten drugi koniec stadionu. Była tam budka i akredytacje odebraliśmy. Skierowaliśmy się do bramy technicznej stadionu i weszliśmy na obiekt. Ufff.
39. Ostatecznie znów byliśmy bardzo długo przed meczem, więc te wszystkie perypetie nie spowodowały jakiegoś uszczerbku na naszym czasie i standardowych przygotowaniach do spotkania. Tyle dobrze.
40. Nieoczekiwanie weszliśmy bezpośrednio na salę konferencyjną. Przyznam, że jedną z lepszych. A już znakomite wrażenie robi ściana z proporczykami rywali Cracovii. Wygląda to po prostu przepięknie. To, jak udekorowane są niektóre sale konferencyjne, to mistrzostwo. Ogólnie – dużo stolików i siedzeń. Czysto, Schludnie. Bardzo przyjemnie.
41. Miejsce z powiedzmy cateringiem już nie przystaje do tej sali… To znowu jest jakieś brzydkie i miałkie. Dodatkowo herbata jest już gotowa w tych warnikach, a nie po prostu gorąca woda i że samemu można sobie zrobić herbkę. Dodam, że w przerwie podobno były jakieś kanapki, ale dziennikarze jak hieny rzucają się na nie zazwyczaj tak szybko, że jak ja przychodzę, to już nic nie ma.
42. Z naszej winy nie umieliśmy dostać się do miejsca, gdzie wchodzi się na media. Wchodziliśmy wszędzie, na jakieś vipy, do mixed zony. Próbowaliśmy bowiem przejść wnętrzem stadionu, a to było zgubne.
43. W końcu dotarliśmy do drzwi wejściowych i windą wjechaliśmy na górę. Później pokonywałem ten trakt kilkukrotnie, m.in. wybierając się znów poza stadion po nachosy, bo tej kiełby było nam za mało.
44. W końcu znaleźliśmy się na prasówce. Byłem tu w tym 2013 roku, kiedy GieKSa w przenikliwym zimnie (podobno) grała i przegrała. Rok temu nie dane mi było być świadkiem spektakularnej wygranej 4:3, jak i 6:0 z Puszczą. Miałem okazję natomiast oglądać poczynania Cracovii i Lecha.
45. I co mogę powiedzieć… Prasówka ta jest doskonała. Widok – fenomenalny. Blaty, kapitalne. Jest prąd, jest internet. Wszystko, co potrzeba, by w komforcie relacjonować mecz. Nie ma co gadać, być może jest to najlepsza prasówka w Polsce. Jak i cały stadion – trzeba przyznać – jest doskonały.
46. Jeszcze przed meczem przeszedłem się górą, żeby obadać, czy czegoś ciekawego tam nie ma. Przyznam, że jak spojrzałem jak ultrałatwo jest dostać się na dach, to nie dziwię się, że kibice Widzewa to wykorzystali. Oczywiście oni mieli nieco trudniejszy dostęp, bo trybuna z sektorem gości jest wyższa. Ale wyszło bardzo ciekawie. Jakkolwiek sam nie jestem zwolennikiem akcji chuligańskich, to cała ta sytuacja była naprawdę oryginalna i zabawna.
47. Nie pozostawało nic, jak czekać na mecz. Kibice gości powoli zapełniali sektor, wkrótce zaczęli się też schodzić gospodarze. Czekało nas – mieliśmy nadzieję – ciekawe piłkarskie widowisko.
48. GieKSa dominowała w pierwszej połowie, ale nie umiała tego udokumentować bramką. Cracovia natomiast kompletnie nie zagroziła bramce Strączka.
49. Dodam tylko, że sporo się mówiło o podyktowanym karnym dla krakowian, w wyniku ręki Klemenza. Ogólnie jednak nie było to podnoszone jako jakiś wielki skandal. Lukas tę rękę wystawił i sędzia miał argumenty.
50. Brak czerwonej kartki dla Klicha na początku meczu to jednak duża pomyłka sędziego. Alfa i omega polskiego sędziowania, czyli Adam Lyczmański, orzekł, że powinna być czerwień.
51. Kibice obu drużyn głośno dopingowali. Ze strony kibiców Cracovii padały stwierdzenia, że GieKSa była jedną z najgłośniejszych ekip, jakie w ostatnich latach zawitały na Kałuży.
52. Mecz był ostatecznie totalnym paździerzem, ale GieKSa powinna go wygrać. Niestety nie była zbyt zdecydowana w ofensywie, a Cracovia wykorzystała jeden błąd i strzeliła bramkę.
53. Wierzyliśmy do końca, że wynik meczu ulegnie zmianie, ale niestety. Przegraliśmy to spotkanie i jak niepyszni opuszczaliśmy prasówkę udając się na konferencję.
54. Pamiętam czasy z pierwszej czy drugiej ligi, kiedy trener Górak był po niektórych meczach mocno zdenerwowany. W ekstraklasie sobie takiej sytuacji nie przypominam. Widać po mowie ciała i postawie szkoleniowca, kiedy jest wybitnie wk..iony, a jednocześnie stara się to opanować. W trakcie konferencji gdy był zobowiązany odpowiadać na pytania, musiał robić dobrą minę do złej gry i włączać trochę dyplomacji, więc ten odczuwalny w atmosferze poziom napięcia nieco spadł.
55. Luka Elsner coraz lepiej mówi po polsku. Po konferencji zażartował sobie do dziennikarzy Cracovii: „To może na piwko?”. Ogólnie sympatyczny człowiek, choć ostatnio też mu nerwy puściły, gdy chciał odchodzić z Cracovii.
56. Oczywiście dziennikarze Cracovii szczęśliwi i z ulgą. Były śmiechy i śpiewki pod nosem. Ale też dało się wyczuć trochę sarkazmu w zdaniach, że teraz idą na puchary. Tutaj nie było widać typowo widzewskiej napinki.
57. Wszystkim się spieszyło, więc mieliśmy plan zaraz po konfie zbierać się do domu i w aucie robić materiały. Stracił się jednak gdzieś Flifen, więc udało nam się je dokończyć na sali.
58. Wynikła z tego przedziwna sytuacja, bo Flifen niby czekał na wywiad, a my mieliśmy informację, że autokar z piłkarzami już wyjeżdża nie tylko ze stadionu, ale i z Krakowa. Zastanawialiśmy się, czy Filip podczas wywiadu po prostu nie zauważył, że wszedł z piłkarzami do środka i odjechał w siną dal. Dodatkowo nie było z nim kontaktu.
59. Postanowiliśmy się zebrać i ruszyć do auta. Okazało się, że wywiad jest w toku. Jak to możliwe? Ano Mateusz Wdowiak został w Krakowie i to jego złapał nasz reporter. Dlatego tak śmiesznie wyszło.
60. Ruszyliśmy niepocieszeni do Katowic. Tyle dobrze, że po takim meczu nie czekała nas długa podróż powrotna. W Katowicach byliśmy około 19:30.
61. Teraz przerwa reprezentacyjna. Trzymamy kciuki za awans reprezentacji Polski do Mistrzostw Świata. Wygrać z Albanią, pokonać Shehu, a potem finał. Do boju Polska!
62. A za dwa tygodnie gramy z Wisłą Płock. I jak teraz mieliśmy trochę oddechu, to pojedynek z piłkarzami Mariusza Misiury będzie znów mega ważnym starciem.





































































Marcin
29 marca 2018 at 15:11
Jeśli GIEKSIARZE będą jezdzić na dupach,gryść trawe przez cały mecz,to obstawiam 3-1 nawet jeśli po wojnie derbowej na B1 po meczu będzie z murawy błotowisko,trawa odrośnie a 3 pkt zostaną w Katowicach,już nie moge się doczekać szpilu,a dawno już tak nie miałem,a co najlepsze w pracy już się nie naśmiewają z GIEKSY tak jak kiedyś i z tego można być dumnym.CAŁE NASZE ŻYCIE TO GKS KATOWICE,DO BOJU GIEKSIARZE.
kamechame
29 marca 2018 at 17:03
dokładnie, Marcin! Do boju GKS!!!
olo
29 marca 2018 at 17:43
Zostało około 950 biletow na ten mecz powinni udostepnic naszym kibicom trybune północną
KaTe
29 marca 2018 at 18:33
Karkołomny brak konsekwencji. Cyt.:”z Piotrem Mandryszem zbyt wiele byśmy nie osiągnęli, ale trzeba mu oddać, że zapunktował w końcówce roku solidnie. Zapunktował tak, że dzisiaj możemy marzyć o awansie.”
Ludzie, spokojnie – zagrali dopiero dwa mecze. Z beniaminkami. Po 2:1, a nie 4:0. Poczekajmy.
Jeśli znowu się nie uda, to Paszulewicz także doczeka się szydery ze swoich złotoustych tyrad.
Trochę dystansu, bo w przeciwnym razie znowu na szpilu z Sosnowcem będzie 8.000 ludzi, a na następnych po 1.500. Czyli ilu jest prawdziwych kibiców?
Łukasz
30 marca 2018 at 12:50
Zaczyna się… Pompowanie balonika, coraz głośniejsze mówienie a awansie.
A ja powiem tak: Awans robi się punktami.
Punkty zdobywa się wygrywając mecze (wygrywając, bo remisując uzbieramy za mało do awansu).
Żeby wygrać mecz trzeba trzeba strzelić co najmniej jedną bramkę więcej niż przeciwnik. Tutaj są 2 opcje:
->Albo kiepski przeciwnik i średni GKS strzeli jedną czy dwie bramki i mecz wygra ( ale ta opcja się sprawdza na krótko, bo kiepskich drużyn w tej lidze jest za mało)
->Albo dobrze grający GKS, który nie boi się nikogo w tej lidze i strzela bramki. Czasem więcej, czasem mniej. Czasem też je traci. Taki jest sport. Ale, co najważniejsze, gra, walczy, widać że zostawia na boisku serce.
To co napisałem powyżej to banał, zgadza się, natomiast tylko tak można osiągnąć awans. Naszą rolą, rolą kibiców jest iść na szpil, zedrzeć gardło a nie biadolić w marcu „że jak wygramy, to szanse na awans wzrosną o kilkanaście %”
Proszę Was, nie pompujmy balonika, róbmy każdy swoje. Piłkarze grać, trener ich ustawiać a my pokażmy jakimi kibicami jesteśmy. A o awansie napiszmy jak już go osiągniemy, gwarantuje że radość będzie ogromna!
Pozdrawiam!