Piłka nożna
Wielkosobotni wytrych do ekstraklasy
Po poprzednim sezonie, początku obecnego, a nawet całej rundzie jesiennej wydawało się, że do takiego meczu nie ma prawa dojść. Właśnie w poprzednich rozgrywkach GieKSa na wiosnę grała kilka naprawdę mega, megakluczowych spotkań – albo o pozycję lidera, albo – co było już apogeum – z liderem z Nowego Sącza, kiedy katowiczanie wyglądali naprawdę wyjściowo bardzo dobrze i w formie, a tymczasem spotkanie zakończyło się klapą, zarówno jeśli chodzi o wynik, jak i postawę przez 90 minut. Ktoś powie, że awans przegraliśmy z Kluczborkiem, ale mam przekonanie, że wygrana z Sandecją po prostu w konsekwencji dałaby awans i to pewny.
W rundzie jesiennej tym wielkim meczem miały być derby z Ruchem. Mimo fatalnego początku sezonu, derby z Niebieskimi poprzedzone były trzema zwycięstwami i przede wszystkim bardzo dobrym meczem ze Stomilem kilka dni wcześniej. Jak się skończyło pierwsze od 14 lat spotkanie z odwiecznym rywalem – wiadomo.
Życie nie znosi próżni. I kibicowskie serca również. Od spotkania z Ruchem, a potem jeszcze gorszego z Tychami, nasza drużyna zaczęła punktować niesamowicie. Ostatnie 6 meczów ligowych to 5 zwycięstw i 1 remis. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że z Piotrem Mandryszem zbyt wiele byśmy nie osiągnęli, ale trzeba mu oddać, że zapunktował w końcówce roku solidnie. Zapunktował tak, że dzisiaj możemy marzyć o awansie. Pamiętajmy bowiem, że w Łęcznej i Siedlcach można było przegrać.
W tym miejscu możemy porównać nasz stan punktowy po 21 rozegranych meczach do tych, które miały miejsce w analogicznym momencie w najlepszych sezonach GKS w ostatnich latach. Mowa oczywiście o drużynach Kazimierza Moskala i Jerzego Brzęczka. Oczywiście obecny sezon różni się od tych, w których zespół prowadzili wspomniani jegomoście, ponieważ wtedy mieliśmy bardzo udaną jesień i kompletnie spartaczoną wiosnę. Teraz sytuacja jest może nie odwrotna, ale na pewno inna – tym razem jesień była chimeryczna i zespół notował serie beznadziejne, ale też bardzo dobre. Mieliśmy seryjne wtopy, przegrywaliśmy u siebie z przeciętniakami oraz wszystkie prestiżowe mecze. Z drugiej strony były serie 3 zwycięstw z rzędu oraz bardzo dobra końcówka roku. Jeśli dodamy do tego, że teraz GKS wygrał dwa mecze na początek wiosny, można wspomniane i obecny sezon porównywać kompleksowo.
I tak – drużyna Moskala po 21 kolejkach miała 33 punkty, natomiast drużyna Brzęczka 37. Obecnie GKS Katowice ma 34 oczka na koncie. Wniosek jest więc prosty – to się w głowie nie mieści, ale ekipa Paszulewicza (a wcześniej Mandrysza) już jest lepsza od teamu Kazimierza Moskala w 2014 roku. Natomiast do wyniku ekipy Brzęczka co prawda brakuje 3 punkty, ale uwaga! Kolejne spotkanie Jerzy Brzęczek przegrał, co oznacza, że jeśli katowiczanie wygrają z Zagłębiem w sobotę, to będą na pułapie punktowym identycznym, jak rok temu.
Z jedną zasadniczą różnicą. Wtedy po prostu mieliśmy knockdown jeden za drugim, począwszy od meczu w Chojnicach, poprzez Stomil u siebie i straszną porażkę w Sosnowcu. Tak naprawdę już wtedy nawoływaliśmy do tego, żeby coś z tą drużyną zrobić, że tej ekipie potrzebna jest terapia. Niestety wówczas nikt za tymi sugestiami nie poszedł i tak naprawdę sezon był przegrany już w marcu, a to co było dalej, to były jedne wielkie złudzenia.
Tym razem początek wiosny daje naprawdę głęboką nadzieję, że coś się zmieniło, choć tak naprawdę nie można się zachłystywać tymi dwiema wygranymi, bo nasze kibicowskie doświadczenie zna wielokrotny upadek z wysokości na twardy beton. Ale jednak jest inaczej. O ile do dobrych jesieni i spektakularnie przegranej wiosny byliśmy przyzwyczajeni, to jednak do tak skutecznego początku wiosny – zupełnie nie. Owszem, były zwycięstwa Rafała Góraka w Łodzi i Poznaniu, ale wtedy jesień była na tyle słaba, że katowiczanie już się w stawce nie liczyli. Tym razem mieliśmy stosunkowo niewielką, bo 6-punktową stratę, a dodatkowo zaczęliśmy ją od samego początku odrabiać. Gra GieKSy naprawdę może się podobać, widoczne jest spore zaangażowanie, pomysł i ręka trenera.
No właśnie – trener. Po raz pierwszy od dawna mamy szkoleniowca, który nie pieprzy głupot, nie podnieca się wygranymi i twardo stąpa po ziemi. A bajkopisarzy mieliśmy przecież wielu, począwszy od Wojciecha Stawowego, poprzez megalomana Artura Skowronka czy odlatującego Jerzego Brzęczka, który po przegranym meczu z Górnikiem „gratulował chłopakom”. Jacek Paszulewicz chce drużyny walczącej, która czasem nawet się potknie, ale będzie mogła spojrzeć w lustro. I to się naprawdę przenosi na boisko.
Bardzo pozytywne jest to, że mamy dzisiaj 29 marca i z wielką nadzieją podchodzimy do sobotniego meczu. Rok temu w tym momencie byliśmy 11 dni po wspomnianej klęsce w Sosnowcu, a dodatkowo 31 marca przyszedł kolejny gong z Podbeskidziem u siebie.
I w tym momencie dochodzimy do sedna tego artykułu. Mecz z Zagłębiem wydaje się absolutnie kluczowy, jeśli chodzi o odpowiedź na pytanie, czy tę drużynę stać na awans, czy chce awansować i czy ten awans jest realny. Wygrana oczywiście awansu nie zapewni, ale ze wszechmiar będzie wydarzeniem odmiennym od tego, czego doświadczaliśmy w ostatnich latach. Począwszy od wygrania czwartego spotkania z rzędu pierwszy raz od 7 lat, w końcu pokonania w tym sezonie prestiżowego rywala i przełamania niezrozumiałej niemocy w starciach z Zagłębiem. Przypomnijmy bowiem, że od awansu sosnowiczan, GKS w pięciu meczach zdobył z tym rywalem zaledwie jeden punkt. Nowe przecież jeszcze będzie to, że święta nie będą zepsute przez piłkarzy. Tych czynników przełamania niekorzystnych serii można by zapewne znaleźć jeszcze więcej. Faktem jest, że jeśli GKS wygra w sobotę, to zlikwiduje naprawdę wiele klątw ciążących na naszym klubie od lat. Dlatego mowa o kluczu, wytrychu do ekstraklasy. W moim osobistym przekonaniu wygrana w tym spotkaniu zwiększy nam szansę awansu o co najmniej kilkanaście procent.
Każdy medal ma jednak dwie strony i drugą stroną tego wielkiego optymizmu jest… niepokój i obawa. Bo odwracając wszystko, co zostało napisane w poprzednim akapicie, można powiedzieć, że jeśli GKS zagra słabo i przegra to spotkanie, będzie to wypisz, wymaluj powtórka systematycznych traum kibica GKS Katowice. Czyli wielkie nadzieje i wiara przed bardzo ważnym, kluczowym meczem – kolejny cios w twarz oraz przy okazji zepsute święta. I tutaj analogicznie – uważam, że jeśli GieKSa przegra to spotkanie, zagra słabo lub odda mecz bez walki, to szansę na awans zmniejszą się, ale – i tu już brak analogii – nie o kilkanaście, ale o kilkadziesiąt procent. Po prostu w takim wypadku powtórzy nam się to, co znamy doskonale i co wydarzyło się wielokrotnie. Więc tak naprawdę, jeśli w sobotę zobaczylibyśmy taki mecz jak z Ruchem, Tychami czy Sosnowcem na jesień, będzie oznaczało to ni mniej, ni więcej, że należy zwinąć żagle.
Podskórnie jednak czuję, że tym razem będzie inaczej, właśnie ze względu na jednak wyjściowo inną sytuację poprzedzającą spotkanie niż zawsze. Teraz wygrane nie były przypadkowe, nie były trochę z kosmosu. Były wywalczone dobrą i solidną pracą. i to jest kwestia utrzymania tego trendu. GKS z Zagłębiem nie musi się wznosić na wyżyny, chodzi o to by utrzymał regularność. Forma i postawa z meczów z Rakowem i Odrą jest wystarczająca, aby myśleć o sukcesie w Wielką Sobotę. A przecież wiemy, że są jeszcze rezerwy, na przykład lepiej mogą grac boki pomocy. Taka gra, jak w drugiej połowie z Odrą Opole to jest to, co chcemy oglądać zawsze. A przecież nie była to gra wybitna, po prostu solidna, pewna, mądra. Tylko i aż tyle.
W preludium Wielkiej Nocy GieKSa może dokonać rzeczy wielkiej. Życzmy trenerowi, piłkarzom i samym sobie, aby późny powrót do domu w sobotę przebiegał naprawdę w podwójnie świątecznej atmosferze!
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna
Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy
Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.
Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.
Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.
Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.
Felietony Piłka nożna
Felieton o Zagłębiu Lubin
„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.
Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.
Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.
Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.
We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.
Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.
Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.
I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.
W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.
Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…
Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.
Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.
Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.
Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.
Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.
Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.


Marcin
29 marca 2018 at 15:11
Jeśli GIEKSIARZE będą jezdzić na dupach,gryść trawe przez cały mecz,to obstawiam 3-1 nawet jeśli po wojnie derbowej na B1 po meczu będzie z murawy błotowisko,trawa odrośnie a 3 pkt zostaną w Katowicach,już nie moge się doczekać szpilu,a dawno już tak nie miałem,a co najlepsze w pracy już się nie naśmiewają z GIEKSY tak jak kiedyś i z tego można być dumnym.CAŁE NASZE ŻYCIE TO GKS KATOWICE,DO BOJU GIEKSIARZE.
kamechame
29 marca 2018 at 17:03
dokładnie, Marcin! Do boju GKS!!!
olo
29 marca 2018 at 17:43
Zostało około 950 biletow na ten mecz powinni udostepnic naszym kibicom trybune północną
KaTe
29 marca 2018 at 18:33
Karkołomny brak konsekwencji. Cyt.:”z Piotrem Mandryszem zbyt wiele byśmy nie osiągnęli, ale trzeba mu oddać, że zapunktował w końcówce roku solidnie. Zapunktował tak, że dzisiaj możemy marzyć o awansie.”
Ludzie, spokojnie – zagrali dopiero dwa mecze. Z beniaminkami. Po 2:1, a nie 4:0. Poczekajmy.
Jeśli znowu się nie uda, to Paszulewicz także doczeka się szydery ze swoich złotoustych tyrad.
Trochę dystansu, bo w przeciwnym razie znowu na szpilu z Sosnowcem będzie 8.000 ludzi, a na następnych po 1.500. Czyli ilu jest prawdziwych kibiców?
Łukasz
30 marca 2018 at 12:50
Zaczyna się… Pompowanie balonika, coraz głośniejsze mówienie a awansie.
A ja powiem tak: Awans robi się punktami.
Punkty zdobywa się wygrywając mecze (wygrywając, bo remisując uzbieramy za mało do awansu).
Żeby wygrać mecz trzeba trzeba strzelić co najmniej jedną bramkę więcej niż przeciwnik. Tutaj są 2 opcje:
->Albo kiepski przeciwnik i średni GKS strzeli jedną czy dwie bramki i mecz wygra ( ale ta opcja się sprawdza na krótko, bo kiepskich drużyn w tej lidze jest za mało)
->Albo dobrze grający GKS, który nie boi się nikogo w tej lidze i strzela bramki. Czasem więcej, czasem mniej. Czasem też je traci. Taki jest sport. Ale, co najważniejsze, gra, walczy, widać że zostawia na boisku serce.
To co napisałem powyżej to banał, zgadza się, natomiast tylko tak można osiągnąć awans. Naszą rolą, rolą kibiców jest iść na szpil, zedrzeć gardło a nie biadolić w marcu „że jak wygramy, to szanse na awans wzrosną o kilkanaście %”
Proszę Was, nie pompujmy balonika, róbmy każdy swoje. Piłkarze grać, trener ich ustawiać a my pokażmy jakimi kibicami jesteśmy. A o awansie napiszmy jak już go osiągniemy, gwarantuje że radość będzie ogromna!
Pozdrawiam!