Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Wielosekcyjny przegląd mediów: GKS Katowice wygrywa i przerwę zimową spędzi na fotelu lidera
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które obejmują dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
W Ekstralidze rozegrano ostatnią w tym roku kolejkę spotkań. Drużyna kobiet wygrała z Medykiem Konin 2:1 (2:1) i pozostała na fotelu liderek rozgrywek z przewagą dwóch punktów nad Górnikiem Łęczna. Piłkarze przebywają na urlopach, do treningów wrócą 28 listopada. Przez pierwszy tydzień zawodnicy będą trenować indywidulanie, następnie piątego grudnia zespół będzie trenował na Bukowej. W tej formie treningi potrwają do 21 grudnia.
W ubiegłym tygodniu drużyna siatkarzy rozegrała dwa spotkania. Pierwsze z nich wygrała z BBTS-em Bielsko-Biała 3:1. W drugim z nich zespół musiał uznać wyższość Skry Bełchatów, przegrywając 0:3. Kolejne spotkanie siatkarze zagrają jutro z PGS Stal Nysa, na wyjeździe. Początek meczu o godzinie 18:30.
Hokeiści w ubiegłym tygodniu zmierzyli się z trzema przeciwnikami: niestety we wszystkich meczach przegrali. We wtorek z Unią Oświęcim 4:5, następnie w piątek z JKH GKS-em Jastrzębie 0:6 oraz w niedzielę z GKS-em Tychy 1:2. W rozpoczętym tygodniu zespół zmierzy się z Cracovią (wyjazd) oraz KH Energą Toruń i STS-em Sanok (oba mecze w Katowicach). Spotkania tradycyjnie zostaną rozegrane we wtorek, piątek i niedzielę.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – GKS Katowice wygrywa i przerwę zimową spędzi na fotelu lidera
GKS Katowice pokonał na własnym stadionie Medyka Konin 2:1 w 11.kolejce Ekstraligi i przerwę zimową spędzi jako samodzielny lider Ekstraligi.
Medyk objął prowadzenie w 22.minucie po bramce Miksone jednak już cztery minuty później do wyrównania doprowadziła Hajduk, która wykorzystała rzut karny. Przed przerwą gospodynie wyszły na prowadzenie za sprawą Bińkowskiej. Do końca spotkania wynik nie uległ zmianie i zespół z Katowic wykorzystał porażkę TME SMS-u Łódź o czym pisaliśmy TUTAJ i został samodzielnym liderem Ekstraligi.
lm.pl – Medyk Konin przegrał z liderem w ostanim jesiennym meczu Ekstraligi
W starciu z GKS Katowice piłkarki Romana Jaszczaka faworytkami nie były i potwierdziło się to na boisku. Lider wygrał 2:1.
Ku zaskoczeniu wszystkich to jednak goście w 22. minucie wyszli na prowadzenie po golu Karliny Miksone. Po dośrodkowaniu Anastasiji Rocane z rzutu rożnego zeszła na bliższy słupek i strzałem głową nie dała szans Weronice Klimek. Tyle, że to powinno być trafienie na 2:0 dla przyjezdnych, bo dwie minuty wcześniej ta sama zawodniczka z pięciu metrów nie potrafiła skierować piłki do siatki.
Jak to bywa w takich przypadkach GKS doprowadził do wyrównania. I to bardzo szybko. W 26. minucie Klaudia Maciążka wywalczyła rzut karny, po tym jak faulowała ją Sashana Campbell. Do piłki podeszła Marlena Hajduk i mocnym strzałem „pod ladę” nie dała szans Oliwii Szymczak.
Remis nie utrzymał się zbyt długo. Jeszcze przed końcem pierwszej połowy Klaudia Maciążka wymanewrowała lewą defensorkę z Konina, a Amelia Binkowska uprzedziła Oliwię Szymczak i z bliska ustaliła wynik meczu na 2:1.
sportdziennik.com – Finisz ze zgrzytem
– Jeśli wywalczymy utrzymanie w piątej czy siódmej kolejce rundy rewanżowej, musimy być gotowi, by zaatakować miejsca barażowe – podkreśla trener Rafał Górak.
– Rok temu, po meczu z Podbeskidziem, który wygraliśmy 2:1, wszyscy świętowaliśmy, cieszyliśmy się tym momentem. Był 4 grudnia, odnieśliśmy zwycięstwo w ostatnim spotkaniu roku, było dużo radości. Teraz przegraliśmy i jest trochę niesmaku – mówi Rafał Górak, trener GieKSy, która na „do widzenia” została rozbita przez ŁKS Łódź. Lider wygrał przy Bukowej w ostatniej kolejce aż 5:1.
[…] – Spójrzmy, co w tej lidze się wydarzyło. Wobec straty poczucia tożsamości punktowej Termaliki, Podbeskidzia czy Wisły Kraków, ŁKS zasłużenie jest na pierwszym miejscu. Ale moim zdaniem to zespół całkowicie w naszych realiach. Jeśli byśmy zagrali kilka meczów z rzędu, to wyniki by tak nie wyglądały. Tym razem wyszło jak wyszło, strata pięciu bramek jest bolesna, ale moje odczucie jest takie, że nie jesteśmy dziś na pewno drużyną słabszą aż o tyle – zaznacza Górak.
GKS-owi z pewnością nie pomogły problemy z bramkarzami, wskutek czego pierwszoligowy debiut zaliczył 18-letni Patryk Kukulski.
– Dawid Kudła kontuzjowany, Patryk Szczuka kontuzjowany… Już w środę wiedziałem, że zagra Patryk Kukulski. Kudła po meczu z Chojniczanką zszedł z boiska prawie nie o swoich siłach. Musimy działać zachowawczo, zapobiegawczo, ale jest też pomysł, by operować Dawidowi kolano. Na swoje bardzo duże ryzyko mógł zagrać z ŁKS-em, ale czy można do tego nakłaniać, skoro lekarz mówi, że powinien odpocząć 3-4 tygodnie? Jestem trenerem, ale przede wszystkim człowiekiem. Rozmawiam z zawodnikiem, lekarzami, fizjoterapeutami i swoją głowę muszę mieć na karku. Zdrowie zawodnika powinno być na pierwszym miejscu – podkreśla trener katowiczan. Już pierwsza interwencja 18-letniego Kukulskiego zakończyła się dobitką, po której ŁKS wyszedł w 3 minucie na prowadzenie.
– Z Tychami bronił Szczuka i od razu pierwszy strzał zakończył się bramką, przegrywaliśmy 0:1, wyrównaliśmy potem na 1:1. Z ŁKS-em zawodnicy umożliwiali kolejne uderzenia, młodych ich nie obronił, ale nie sądzę, by był czemukolwiek w tych interwencjach winien. Gdyby wykazał się przy bramce nr 2, 3, 4, 5 czymś zjawiskowym, to może jeden z tych strzałów by obronił, ale my nie możemy tak funkcjonować w działaniach obronnych. Sądzę, że Kudła też byłby w tych sytuacjach rozstrzelany – twierdzi Górak.
GKS jak na drużynę legitymującą się dotąd najlepszą defensywą w lidze (13 straconych goli) popełniał na zakończenie jesieni karygodne błędy, dwa razy łodzianie od połowy „jechali” sam na sam z bramkarzem, niczym w hokejowym rzucie karnym.
– Nigdy nie mówiłem, że mamy najlepszą defensywę w lidze. W niektórych sytuacjach zachowywaliśmy się fatalnie, to były bardzo proste błędy, które na przestrzeni tej rundy nam się nie zdarzały. Jako zawodnicy i trenerzy możemy się czerwienić. Nawołujemy do drużyny, by podejmowała ryzyko grania wysoko, odbierała wysoko piłkę, bo mamy szybkich, zdecydowanych, dobrze grających w tej materii obrońców. W piątek nie tylko oni, ale cały nieprzemyślany atak na przeciwnika nas zawiódł. Drużyna bardzo dobrze realizuje swoje zadania w obronie niskiej, jest bardzo skuteczna, ale w fazie przejścia do gry defensywnej z obrony wysokiej mamy rzeczywiście braki i będziemy nad tym pracować – zapowiada szkoleniowiec katowiczan, którzy nie grzeszą też bramkostrzelnością. Ich dorobek w 18 kolejkach to 21 goli.
– Pracujemy nad tym, by zdobywać dużo więcej bramek. Musimy zdać sobie sprawę, że wiele pracy włożyliśmy w moment, kiedy znaleźliśmy się na dnie tabeli – we wrześniu 2021, po porażce w Opolu. Wtedy trzeba było skupić się, by drużyna zaczęła tracić mniej bramek i punktować w określony sposób. Aż do dziś, od tamtej pory bodaj tylko Arka Gdynia i Chrobry Głogów zdobyły w pierwszej lidze więcej punktów od nas. Taki sposób gry dał nam punkty, choć bramek – może nie tyle, ile by się chciało. Coś za coś. Mamy trochę problemów w prowadzeniu gry do przodu. Zawodników kreatywnych, mających strzelać więcej goli, będziemy szukać, ale nie jest to proste patrząc przez pryzmat rynku transferowego i tego, kto chce do nas przyjść. Musimy nad sobą pracować. Chciałbym, by w okienku zimowym coś się wydarzyło się. Może na pozycjach nr 8 i 10, może – dla wzmocnienia rywalizacji – na wahadle, bo jeszcze jedno jest nam potrzebne… Choć jesień w wielu momentach była udana, to dała nam też wiele do myślenia pod względem personalnym. Runda się skończyła, możemy podyskutować nad wzmocnieniami kadry na przyszłą rundę. Wiemy, czego potrzebujemy, czekam na zwrotną informację od dyrektora. Zobaczymy, co z tego wyjdzie – mówi Rafał Górak.
GieKSa na ostatniej prostej wypadła ze strefy barażowej I-ligowej tabeli. Przezimuje tuż pod nią, na pozycji nr 7, ze stratą ledwie 1 punktu do Arki Gdynia, a 2 – do Bruk-Betu Termaliki Nieciecza.
– Przed sezonem narracja była trudna, bo nie „zero-jedynkowa”, a zawsze takiej się oczekuje. Mówiliśmy, że bardzo chcielibyśmy, aby GKS utrzymał się w pierwszej lidze szybciej niż w sezonie wcześniejszym. To się budowało. Mamy 27 punktów, jeszcze trochę nam brakuje. Jeśli tak się stanie po piątej czy siódmej kolejce rundy rewanżowej, musimy być przygotowani, by atakować miejsce barażowe. Gdy znajdziesz się w barażach, przecież nie chcesz ich łatwo oddać. Wszystko przed nami. Rywalizujemy. Znajdujemy się w takim miejscu, że musimy tę szansę wykorzystywać. Zdajemy sobie sprawę, że ktoś może nas lekko strącić, dać po uszach, w piątek z ŁKS-em tak się stało – przyznaje Górak.
I dodaje.
– Moje ambicje w odniesieniu do GKS-u Katowice są bardzo wysokie. Mam swoje marzenia. Kiedy tu wróciłem, pierwszym i najważniejszym był awans do pierwszej ligi. Teraz nie jest to nic innego jak to, by z GKS-em Katowice trafić do ekstraklasy – podkreśla szkoleniowiec, składając też podziękowania.
– Całemu środowisku piłkarskiemu GKS-u Katowice za pół roku. Czuliśmy że ci, którzy naprawdę nam kibicują, są koło nas. Chcielibyśmy, aby to było odczuwalne bezpośrednio w czasie każdego spektaklu sportowego, bo to istotne. Mam nadzieję, że daliśmy wam trochę radości. Kończymy ze zgrzytającymi zębami, ale okres, podczas którego będziemy przygotowywać się do nowej rundy, na pewno znowu wykorzystamy dobrze. Jakkolwiek patrzeć, co pół roku drużyna notuje progres i wynik z ŁKS-em nie może tego absolutnie zamydlać. To dla nas przykry moment, ale może taka lekcja okaże się dobra. Dla drużyny i dla mnie też – by twardo siedzieć na dupsku i działać tak, by GKS wygrywał. Wraz z budującym się stadionem mamy budować coraz mocniejszy zespół, który na tym stadionie będzie grał tam, gdzie na pewno wszyscy marzycie. Ja również – mówi trener katowiczan, którzy mają teraz przerwę w treningach.
Pół kroku w dobrą stronę
Fanatycy GieKSy ze stowarzyszenia „SK1964” wzięli udział w posiedzeniu Komisji Kultury, Promocji i Sportu przy radzie miasta Katowice, by rozmawiać o klubie i bojkocie. Kibice GKS-u Katowice, członkowie stowarzyszenia „SK1964”, stawili się w poniedziałek na posiedzeniu Komisji Kultury, Promocji i Sportu przy radzie miasta Katowice, by porozmawiać z radnymi o sytuacji klubu, który ich zdaniem nie funkcjonuje tak, jak powinien, dlatego od lipca bojkotują domowe mecze piłkarzy czy hokeistów w geście sprzeciwu dla rządów prezesa Marka Szczerbowskiego.
– Naszym zdaniem zostało poczynione pół kroku w dobrą stronę. Zostaliśmy wysłuchani przez radnych, zarówno opozycji, jak i rządzącej opcji. Wyraziliśmy swoje stanowisko, spotkaliśmy się z przynajmniej częściowym zrozumieniem naszego punktu widzenia – mówi Karol Pallado, który wraz z Ireneuszem Kaliną wypowiadał się w imieniu „SK1964”.
Pallado wyjaśnia: – W ubiegłym tygodniu mieliśmy spotkanie stowarzyszenia, na którym padł pomysł, by pójść z delegacją na komisję. Wiedzieliśmy, że jest możliwość uczestnictwa mieszkańców w obradach, zadawania pytań. Postanowiliśmy się wybrać. Kto musiał, ten wziął wolne, łącznie było nas siedmiu. Sam pomysł wziął się stąd, że wciąż szukamy dróg konstruktywnego rozwiązania naszego konfliktu. Wobec ciągłej odmowy spotkania przez stronę prezydencką, chcieliśmy „wciągnąć” w sprawę radnych. Oni przecież nas reprezentują, jesteśmy ich wyborcami, a Komisja Sportu powinna mieć coś do powiedzenia. Było miło, sympatycznie, napiliśmy się herbaty na koszt miasta, przysłuchiwaliśmy się obradom, a następnie głos został oddany dwójce naszych przedstawicieli – opisuje Pallado.
Krzysztof Pieczyński, przewodniczący Komisji Kultury, Promocji i Sportu, tłumaczy, że w programie posiedzenia nie było tematu GKS-u Katowice, bo tym razem było ono poświęcone kwestiom promocyjnym. – Kibice zapytali, czy mogą zabrać głos w wolnych wnioskach. Za zgodą radnych udzieliłem głosu i zapytałem też, czemu nie uprzedzili, bo na komisji nie było – skoro nieprzewidziane były kwestie sportowe – ani wiceprezydenta Bojaruna, ani naczelnika Witka. Zaprosiłbym ich, wiedząc wcześniej o planach kibiców. Wypowiedzieli się, co ich – w cudzysłowie – boli. Mówili o braku marketingu, braku tworzenia społeczności GieKSy. Rozpocząłem dyskusję wśród radnych, każdy z chętnych wyraził swoje zdanie odnośnie sytuacji GKS-u i bojkotu kibiców, którzy zaznaczyli, że ich celem absolutnie nie jest odwołanie prezesa Szczerbowskiego, a poprawa sytuacji klubu – relacjonuje Pieczyński.
Radna Barbara Wnęk-Gabor, wiceprzewodnicząca Komisji, przyznaje: „Dobrze, że kibice przyszli”. – Trzeba wysłuchać wszystkich, zorganizować spotkanie Komisji Kultury, Promocji i Sportu Rady Miasta Katowice na którym każda ze stron przedstawi swoje racje, pretensje. Jak najszybciej trzeba ten konflikt zażegnać, bo pusty stadion to kompromitacja dla klubu, miasta i środowiska kibiców. Celem GKS-u jest ekstraklasa i do tego powinniśmy wspólnie dążyć – podkreśla Wnęk-Gabor.
Kibice nie tylko mówili o przyczynach bojkotu, ale chcieli też włączyć radnych do dyskusji. – Zaproponowaliśmy, by radni odnieśli się do panującej sytuacji, a przede wszystkim dwóch kwestii: marketingu i otoczenia społecznego klubu, bo naszym zdaniem to coś, co nie funkcjonuje. Mamy takie informacje, że wiceprezydentowie Bojarun i Sobula uważają, że marketing w klubie nie jest potrzebny – a na pewno nie na tym etapie. My mamy odrębną opinię. Warto zaznaczyć, że podczas obrad komisji był punkt dotyczący mistrzostw świata w piłce ręcznej, które częściowo odbędą się w Katowicach. Obejrzeliśmy prezentację o tym, jak obszerna jest promocja tego wydarzenia w katowickich szkołach, jacy są ambasadorowie, jak wiele atrakcji i konkursów z tym związanych zaplanowano. Brzmiało to jak echo naszych propozycji, które zanosimy do klubu odnośnie promowania GKS-u, spotykając się z komentarzami, że to nieskuteczne i niepotrzebne. Dlatego to był dla nas dobry punkt zaczepienia: zapytaliśmy radnych, czy nie uważają, że podobne inicjatywy powinny toczyć się wokół klubu miejskiego, będącego dobrem katowiczan, finansowanego z samorządowych środków – mówi Karol Pallado.
Podniesiona przez kibiców została też kwestia, o którą w trakcie rundy dopytywali trenera Rafała Góraka, czyli braku jasno sprecyzowanego celu na ten sezon dla piłkarskiej drużyny rywalizującej w I lidze.
– Interesowało nas, czy radni uważają, że przed drużyną, sekcją piłkarską, powinien zostać postawiony na ten sezon cel. Trener Górak oficjalnie na jednej z konferencji powiedział, że taki cel postawiony nie został. Nasz punkt widzenia jest taki, że klub, który otrzymuje dotację z miasta, powinien ubiegać się o powrót do ekstraklasy. Naszym zdaniem to jest miejsce klubu. GieKSa w ekstraklasie być powinna, niejednokrotnie takie hasła padały też na sesjach rady miasta. Widzimy jednak, że obecnie nie ma takiego celu, choć teoretycznie awansować można nawet z szóstego miejsca. My na koniec jesieni właśnie z tej szóstki wypadliśmy – przypomina przedstawiciel „SK1964” i dodaje:
– Wypowiedzi radnych były interesujące. Podnosili też inne kwestie, odnoszące się do nas, kibiców. Mówili o bazgrołach na murach, co zgłaszają radnym mieszkańcy, pytali, czy dla nas to problem, jakie widzimy rozwiązania. Deklarowali, że powinien być cel, że powinniśmy być w ekstraklasie. Padały głosy, że za poprzednich zarządów radni byli zapraszani na mecze, otrzymywali informacje z klubu, czuli się jego częścią. Było tak, jak powinno być, a teraz nic takiego nie ma miejsca i nie czują, by wokół klubu była budowana społeczność.
Barbara Wnęk-Gabor: – Widać, że kibicom zależy na klubie, żyją nim, żyją miastem, to dla nich coś bardzo ważnego. Przedstawili postulaty. Zaproponowałam, by na kolejne posiedzenie, na którym będą kibice, przygotowali to w krótkich punktach: czego oczekują i co mogą zaproponować od siebie. Niech to będzie konstruktywne spotkanie, byśmy mogli w nową rundę wejść pogodzeni.
Przewodniczący Pieczyński: – Radna Wnęk-Gabor zawnioskowała o nadzwyczajne posiedzenie komisji, które miałoby być poświęcone GKS-owi. Wcześniej zgłosiłem radnym, by przedstawili propozycje planu pracy na 2023 rok. Będziemy głosować w grudniu, by na pierwszej komisji w nowym roku rozmawiać o GKS-ie Katowice. Oczywiście zagłosuję za, rokrocznie odbywa się komisja poświęcona tylko klubowi. To najważniejszy klub w mieście, marka Katowic, na której zależy każdemu, panom prezydentom Krupie i wiceprezydentowi Bojarunowi. Gdyby było inaczej, nie byłoby też decyzji o budowie stadionu czy zabezpieczaniu w każdym budżecie tak dużych kwot na dotację dla wielosekcyjnego GKS-u.
Karol Pallado: – Pani radna nazwała to nawet „okrągłym stołem ds. ratowania GKS Katowice”, co jest trochę przesadą, bo nie uważamy, by klub trzeba było ratować, a chodzi o rozwiązanie kilku problemów. Wszyscy obecni radni się ku temu przychylili. Zgłosiliśmy swoje uwagi, że byłoby idealnie, gdyby takie nadzwyczajne spotkanie odbyło się po południu, bo każdy z nas ma obowiązki zawodowe, a zależy nam, by nasza delegacja była jak najpełniejsza.
Wiceprzewodnicząca Wnęk-Gabor: – Chciałam, by nadzwyczajne posiedzenie komisji odbyło się jeszcze w tym roku. Przewodniczący zaproponował, aby stało się to na początku przyszłego roku i żebym taki postulat zgłosiła do planu pracy komisji na przyszły rok, który będziemy procedować w grudniu. Zaproponowałam, by pojawiły się na nim wszystkie zainteresowane strony: prezydent prezydent resortowy, zarząd – dobrze byłoby też zaprosić radę nadzorczą – no i przedstawiciele kibiców. Na razie odbywają się różne spotkania, w różnym gronie, a chodzi o to, by wspólnie usiąść, wysłuchać każdego i dojść do porozumienia.
Krzysztof Pieczyński mówi, że po posiedzeniu komisji spotkał się z wiceprezydentem Bojarunem. – Zaznaczył, że spotkanie przedstawicieli miasta i kibiców odbyłoby się już dawno, jako że otrzymali warunki porozumienia, po spełnieniu których mogą rozmawiać nawet na dniach. Rola rady miasta jest w tym wypadku mediatorska. Zaznaczyłem podczas posiedzenia komisji, że w tym roku mija 30 lat od mojego „debiutu” na GieKSie jako kibic. Całe życie zależy mi na niej i powtarzam, że zależy też władzom miasta. Droga jest otwarta, wszyscy znają zasady i warunki, a ja zapraszam na jedno z przyszłorocznych posiedzeń komisji poświęcone GKS-owi, co – mam nadzieję – przegłosujemy w grudniu – nie kryje nasz rozmówca.
Przypomnijmy, że miasto oczekuje od „SK1964” oficjalnego odcięcia się od kwietniowej zadymy z Widzewem Łódź, po którym PZPN oraz wojewoda zamknęli na kilka meczów stadion przy Bukowej. Podobny postulat wyraża prezes Marek Szczerbowski, a przede wszystkim oczekuje od „SK1964” brania odpowiedzialności za zachowanie kibiców na meczach domowych czy wyjazdowych, z czym ci nie są w stanie się zgodzić, co argumentowali m.in. na łamach „Sportu”. Sprawa bojkotu, konfliktu, jest złożona.
Na koniec oddajmy jeszcze raz głos radnej Wnęk-Gabor: – Niedawno zastanawiałam się z mężem, czy wybrać się w większym gronie na mecz hokejowej GieKSy w europejskich pucharach. Zaproponowaliśmy wyjście dwóm kolegom, 50-latkom z wyższym wykształceniem. Odmówili, bo powiedzieli, że solidaryzują się z postulatami kibiców, sami nimi są i to z długim stażem. To środowisko naprawdę jest szerokie i ważne dla miasta. Zamiast pozostawać skonfliktowani, trzeba wspólnie działać, by stadion był pełny, zwłaszcza że trwa budowa nowego. Trzeba skończyć ten konflikt!
SIATKÓWKA
siatka.org – BBTS w starciu z GKS-em urwał tylko seta
Na zakończenie 9. kolejki PlusLigi BBTS Bielsko-Biała podejmował GKS Katowice. Miejscowi nie polepszyli swojego dorobku punktowego, zdołali urwać katowiczanom tylko jednego seta. Wyniki poszczególnych partii wskazują, że BBTS starał się walczyć, ale ostatecznie przewaga GKS-u nie podlegała jednak dyskusji. MVP spotkania wybrany został Jakub Jarosz
Chociaż po ataku Piotra Haina GKS prowadził 6:4, błąd Jarosza i atak Jake’a Hanesa wyrównały wynik (6:6). W kolejnych akcjach to gospodarze wyszli na prowadzenie, jednak nie zdołali go utrzymać. Po obu stronach siatki nie brakowało pomyłek w polu zagrywki. Na siatce skuteczniejsi byli goście. Celny atak po bloku Jakuba Jarosza i blok katowiczan pozwolił im odskoczyć na 18:14, o czas poprosił trener Kapelus. Z czasem sytuacja na boisku nie ulegała zmianie. Kolejne ataki Hanesa nie wystarczały, by odrobić powstałe straty. Ostatnie punkty w tej odsłonie padały po asach Jakuba Jarosza.
Od początku drugiej odsłony sytuacja układała się po myśli gospodarzy, gdy kolejnego ataku nie skończył Hain, został zmieniony przez Sebastiana Adamczyka (8:5). Coraz pewniej punktował Jakub Szymański. Po drugiej stronie siatki ze zmiennym szczęściem atakował Hanes. Na niewielkim prowadzeniu pozostawali gospodarze. Po ataku Rolanda Gergye BBTS miał dwa punkty przewagi, o czas poprosił trener Słaby (19:17). Po przerwie asa dołożył jeszcze Hanes a dopiero w kolejnej akcji skutecznie zaatakował Tomas Rousseaux. Bielszczanie grali konsekwentnie. Gdy atak przez środek skończył Dawid Woch, ponownie interweniował szkoleniowiec GKS-u (22:18). Serię przy mocnych zagrywkach Gergye przerwał dopiero błąd tego zawodnika. Katowiczanie obronili pierwszą piłkę setową, ale zagrywka w siatkę Adamczyka zamknęła partię.
Po asie Dawida Wocha BBTS prowadził 7:4 w pierwszej części trzeciego seta. W kolejnych akcjach zespoły wymieniały się skutecznymi atakami. Na zagrania Szymańskiego odpowiadał Jakub Urbanowicz (14:11). Na prowadzeniu pozostawali gospodarze, po błędzie Szymańskiego interweniował katowicki trener (16:13). Po czasie po prostej zaatakował Jarosz, a następnie zablokowany został Siek. Gdy w kolejnej akcji kontratak wykorzystał Kania, zawodników do siebie przywołał szkoleniowiec BBTS-u (16:16). W kolejnych akcjach nie brakowało walki. W końcówce ponownie inicjatywę zaczęli przejmować goście, gdy kontratak wykorzystał Jarosz, drugi czas wykorzystał trener Kapelus (19:21). Do końca to GKS dyktował warunki na boisku. Atak Adamczyka i błąd Hanesa dały ostatnie punkty katowiczanom.
Pierwsze akcje czwartej odsłony toczyły się po myśli BBTS-u (5:3), ale szybko do głosu doszli goście. Kolejne akcje kończyli Jarosz i Rousseaux. Gdy zablokowany został Urbanowicz, o czas poprosił trener bielszczan (6:8). Katowiczanie utrzymywali przewagę, Seganow coraz częściej wykorzystywał swoich środkowych (11:14). Obie drużyny wciąż psuły zagrywki. Gospodarze starali się walczyć, jednak rywale byli skuteczniejsi. Gdy Urbanowicz nie poradził sobie z przyjęciem zagrywki Seganowa, ostatnią przerwę wykorzystał trener Kapelus (15:19). Po czasie Formela zmienił Urbanowicza. Katowiczanie skutecznie ustawiali blok (16:20). Gdy dwa asy dołożył Szymański, było już 22:16 dla GKS-u. Gospodarze obronili pierwszą piłkę meczową. Autowa zagrywka Gergye zakończyła pojedynek.
MVP: Jakub Jarosz
BBTS Bielsko-Biała – GKS Katowice 1:3 (21:25, 25:20, 22:25, 19:25)
sportdziennik.com – Skra za silna dla GKS-u
W szopienickiej hali pojawił się włoski szkoleniowiec Andrea Gardini i to znak, że nie była to wizyta kurtuazyjna.
Czyżby czyhał na posadę jednego z trenerów? Grzegorz Słaby, szkoleniowiec GKS-u Katowice ma silną pozycję, zaś Brytyjczyk Joel Banks, opiekun Skry, ma prawo czuć się niepewnie, wszak jego zespół gra w „kratkę”. Niemniej siatkarze z Bełchatowa zdobyli komplet punktów, bo grali mniej więcej równo i tylko mieli drobne kłopoty w 3. secie, bo natrafili na silny opór gospodarzy.
Zespół GKS-u jest znany z waleczności i dobrej gry w elemencie blok – obrona. Tym razem w tych elementach prezentowali się poniżej oczekiwań w pierwszych dwóch setach. Ponadto szwankowało przyjęcie. Goście szybko obejmowali prowadzenie i potem pewnie zmierzali do zakończenia seta. Skra wygrała dwie pierwsze odsłony, bo była skuteczniejsza w ataku.
A to głównie za sprawą Grzegorza Łomacza, który umiejętnie rozdzielał piłkę wśród kolegów. Gospodarze sprawili sporo kłopotów w ostatniej, jak się okazało odsłonie. Walczyli do samego końca, ale nie zdołali przedłużyć meczu. Czy po tym zwycięstwie posada trenera Banksa została ocalona? O tym przekonamy niebawem pewnie po kolejnym meczu.
GKS Katowice – PGE Skra Bełchatów 0:3 (21:25, 21:25, 23:25)
HOKEJ
hokej.net – Grad bramek w „Satelicie”.Pełna pula dla Unii
W hicie 20. kolejki Polskiej Hokej Ligi GKS Katowie przegrał na własnym lodzie z Re-Plast Unią Oświęcim 4:5. Dzięki temu zwycięstwu biało-niebiescy utrzymali pozycję lidera.
Oba zespoły przystąpiły do spotkania w niemal najsilniejszych składach. W ekipie GieKSy zabrakło jedynie Mateusza Rompkowskiego, którego w pierwszej parze obrony zastąpił Dawid Musioł. Z kolei w drużynie Unii nie wystąpił Kamil Paszek, który nabawił się urazu na zgrupowaniu reprezentacji Polski. Jego miejsce zajął doświadczony Patryk Noworyta i trzeba przyznać, że zaprezentował się dobrej strony i zdobył ważnego gola. Ale po kolei.
Spotkanie mogło się podobać, bo nie zabrakło w nim twardej męskiej walki, okazji strzeleckich i kapitalnych parad bramkarskich. Zarówno Kevin Lindskoug, jak i John Murray dobrze wywiązywali się ze swoich zadań. Znacznie słabiej zaprezentowały się formacje defensywne obu ekip.
Po pierwszej odsłonie więcej powodów do zadowolenia mieli jednak biało-niebiescy, którzy prowadzili 1:0. Wynik spotkania w 15. minucie otworzył Erik Ahopelto, który – podczas gry swojego zespołu w podwójnej przewadze – przymierzył z prawego bulika pod poprzeczkę. „Jasiek Murarz” nie zdążył w porę zareagować.
Ten element był w tym spotkaniu bardzo ważny, bo podczas gry 5 na 3 gola zdobyli też gospodarze. W 29. minucie soczystym uderzeniem z pełnego zamachu popisał się Marcin Kolusz, a zasłonięty przez Hampusa Olssona Lindskoug nie miał żadnych szans na skuteczną interwencję.
Niezwykle istotne dla dalszych losów okazało się trafienie Patryka Noworyty z 33. minuty, bo jego pozwolił gościom mocniej uwierzyć w siebie. „Benek” dobrze podłączył się do akcji i precyzyjnym uderzeniem z korytarza międzybulikowego zaskoczył katowickiego golkipera. Podopieczni Nika Zupančiča poszli za ciosem i w ciągu 75 sekund zdobyli jeszcze dwie bramki. W obu przypadkach dobrze wyprowadzili kontrataki. Jak się później okazało, był to kluczowy moment meczu. Najpierw podanie wzdłuż bramki Andrija Denyskina na gola zamienił Dariusz Wanat, a później dogranie Michaela Cichego wykorzystał Alexander Szczechura, który musiał tylko odpowiednio przyłożyć łopatkę kija.
Gospodarze nie dali jednak za wygraną iw trzeciej odsłonie zaczęli grać odważniej i agresywniej.Sygnał do odrabiania strat dał Dawid Musioł, który popisał się soczystym strzałem spod liniiniebieskiej. Przewaga Unii stopniała zatem do dwóch trafień.W trudnym momencie oświęcimskiemu zespołowi pomógł Kevin Lindskoug.
W 55. minucie na 5:2 podwyższył Andrij Denyskin, a uczynił to po pięknej indywidualnej akcji. Ukraiński napastnik wymanewrował katowicką obronę, obrócił się z krążkiem i precyzyjnym uderzeniem pod poprzeczkę zaskoczył Johna Murraya.
Ale oświęcimianie zbyt szybko uwierzyli w końcowy sukces i zbyt beztrosko zagrali w defensywie. Mistrzowie Polski wyczuli swoją szansę i w 57. minucie zmniejszyli straty po uderzeniu Macieja Kruczka.
Trener Jacek Płachta dwukrotnie decydował się na manewr z wycofaniem bramkarza, ale przyniósł im on jedynie kontaktowego gola. Zdobył go Matias Lehtonen, który przekierował do bramki wrzutkę Marcina Kolusza. Trzy punkty pojechały do Oświęcimia.
Jastrzębianie na szóstkę! Mistrzowie Polski rozbici
W meczu 21. kolejki Polskiej Hokej Ligi w starciu na szczycie doszło do nokautu. Zawodnicy JKH GKS-u Jastrzębie rozbili na własnej tafli GKS Katowice 6:0. Po dwie bramki w tym starciu zdobyli Maciej Urbanowicz oraz Mark Kaleinikovas.
Pierwsza tercja rozpoczęła się od ataków drużyny JKH GKS-u Jastrzębie. Pierwszą okazję miał już w 120. sekundzie Antons Sinegubovs, który uderzył potężnie z lewego skrzydła, ale jego strzał odbił John Murray. Minutę później uderzył z linii niebieskiej Hugo Jansons, ale i w tej sytuacji kunsztem wykazać się musiał „Jasiek Murarz”. W odpowiedzi strzał z linii niebieskiej Grzegorza Pasiuta parkanami odbił Bence Bálizs. Swoje szanse mieli jeszcze wspomniany Jansons oraz Mikyska.
W 9. minucie zawodnicy JKH-u na prowadzenie, kiedy to po błędzie Johna Murraya, który nie zatrzymał dostatecznie krążka po strzale Viikinainena, do turlającej się w kierunku linii bramkowej dopadł Maciej Urbanowicz i otworzył wynik meczu. Goście najlepszą szansę na wyrównanie mieli dopiero w 18. minucie, gdy podczas gry w przewadze, potężnie z linii niebieskiej uderzył Christian Blomqvist, ale guma odbiła się od słupka, a następnie zamroził ją golkiper jastrzębian. Pierwsza odsłona była bardzo wyrównana i zakończyła się jednobramkowym prowadzeniem gospodarzy.
Druga i trzecia tercja były już totalnym koncertem gry podopiecznych Róberta Kalábera, którzy praktycznie raz za razem gościli w tercji Katowic. Mimo to, to goście mieli dwukrotnie szansę na wyrównanie. Najpierw po rozpoczęciu drugiej odsłony kapitalną dwójkową kontrę napastników Katowic przerwał Dominik Paś, blokując podanie na pustą bramkę do Grzegorza Pasiuta, a następnie Hampus Olsson strzelił minimalnie nad poprzeczką z bliskiej odległości. Swoje szanse mieli jeszcze Hitosato, który uderzył obok słupka z linii niebieskiej, oraz Bartosz Fraszko, którego strzał fenomenalnie zatrzymał doskonale dysponowany tego dnia Bence Bálizs.
W 25. minucie na 2:0 podwyższył Kaleinikovas, a jastrzębianie szli za ciosem. W 30. minucie karę za zahaczanie otrzymał Mathias Lehtonen, a jastrzębianie wykorzystali tę przewagę na cztery sekundy przed końcem „power playa”, a gola na 3:0 zdobył Jozef Švec. W tej odsłonie warto odnotować jeszcze bójkę pomiędzy Grzegorzem Pasiutem i Eduadsem Hugo Jansonsem, za którą obaj zawodnicy zmuszeni zostali udać się do szatni.
W ostatniej odsłonie królowali już tylko hokeiści z „Jastora”, a prawdziwa gehenna podopiecznych Jacka Płachty rozpoczęła się w 45. minucie, gdy na ławce kar przebywał Kruczek, a hokeiści znad czeskiej granicy wykorzystali tę sytuację zaledwie 9 sekund później. Aż do 51. minuty gra toczyła się bez zagrożeń bramkowych, a jastrzębianie kontrolowali mecz.
Wtedy to kunsztem swoich umiejętności popisał się Mark Kaleinikovas zdobywając dublet, a jednocześnie podwyższając prowadzenie gospodarzy, ale należy uwiecznić znakomitą akcję i podanie Jozefa Šveca. Wynik ustalił zaledwie 34 sekundy później w sytuacji sam na sam Patryk Pelaczyk. Graczem meczu został wybrany Maciej Urbanowicz, który miał szansę na hat tricka, ale przegrał pojedynek sam na sam z Johnem Murrayem, a szósty shotout zachował w tym sezonie Bence Bálizs.
Derby Śląska dla Tychów. Konsekwentne ataki w drugiej tercji na wagę zwycięstwa
W ramach 22. kolejki Polskiej Hokej Ligi hokeiści GKS-u Tychy wygrali na wyjeździe z GKS Katowice 2:1. Decydująca okazała się druga tercja, w której to tyszanie zdobyli dwie bramki w ciągu 50 sekund. Bramkę na wagę zwycięstwa zdobył Christian Mroczkowski.
Było to trzecie spotkanie derbowe pomiędzy tymi GKS-ami w tym sezonie. Pierwsze wygrali katowiczanie na „Stadionie Zimowym w Tychach” (1:0), natomiast w drugim starciu tyszanie wzięli odwet za tamtą przegraną i wygrali w „Satelicie” (2:1).
Niedzielny mecz zapowiadał się niezwykle ciekawie i to z kilku powodów. GieKSa po dwóch przegranych z rzędu stanęła przed szansą udowodnienia swoim kibicom swojej wartości i tego, że ostanie przegrane były wypadkiem przy pracy. Tyszanie po czterech wygranych z rzędu są na fali i nie myślą o tym, żeby zwalniać.
Zawodnicy katowickiej GieKSy agresywniej weszli w to spotkanie. Wyprowadzali więcej ataków i stwarzali sobie więcej sytuacji strzeleckich. Tyszanie dzielnie się bronili i starali wypierać katowiczan ze swojej tercji. Świetnie w bramce gości spisywał się Tomáš Fučík. Czeski bramkarz wielokrotnie obronił bardzo trudne strzały napastników Katowic. W 17. minucie spotkania katowiczanie rozgrywali hokejowy zamek i otworzyli wynik spotkania, Shigeki Hitosato podał przed tyską bramkę do nadjeżdżającego Joony Monto, który przymierzył pod poprzeczkę.
Druga odsłona była jeszcze bardziej wyrównana. Obie drużyny wyprowadzały atak za atak i trwała zacięta walka o krążek.
W 33. minucie spotkania po dwójkowej akcji tyskich napastników: Bartłomieja Jeziorskiego i Filipa Komorskiego mieliśmy wyrównującego. Komorski podał do Jeziorskiego, a ten bez zastanowienia oddał strzał na bramkę Johna Murraya.
Dosłownie 50 sekund prowadzenie podopiecznym Andrieja Sidorienki dał Christian Mroczkowski, którego dobrze obsłużył Alexandre Boivin.
Zawodnicy z Tychów po szybko strzelonych dwóch bramkach zwolnili i skupili się na obronie wyniku. Natomiast podopieczni Jacka Płachty coraz mocniej napierali na swoich rywali, chcąc doprowadzić do wyrównania. W ostatniej odsłonie tego śląskiego starcia w głównych rolach występowali bramkarze obu GKS-ów: John Murray i Tomáš Fučík. Obaj zagrali dobre spotkanie i mocno pomogli swoim drużynom.
Galeria Piłka nożna
Feta na Arenie Katowice
Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.
Felietony Piłka nożna
Esencja piłki nożnej
Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.
Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.
Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.
W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.
A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.
No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.
Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.
Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.
Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.
W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.
Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.
I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.
No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.
Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.
Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.
Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.
Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.
Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.
Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.
W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.
Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.
Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…
Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.
Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.
Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.
Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.
Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.
Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.
Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.
Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.
Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.
To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.
Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.
W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.
Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.
Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.
Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.
Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.
Galeria Piłka nożna
Z drugiej ligi do Europy
Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek.


Najnowsze komentarze