Felietony Hokej Kibice
www.usterka.uk, czyli post scriptum z wyjazdu do Cardiff
Wyjazd na finałowy turniej Pucharu Kontynentalnego do stolicy Walii zamykamy tradycyjnym PS-em. Zapraszamy do lektury.
- Podobnie jak na półfinałowy turniej do Cortiny, na finał do Cardiff redakcja GieKSa.pl udała się w jednoosobowym składzie w postaci niżej podpisanego. Jako współtowarzysze wybrali się ponownie Hudy i Seba.
- Jednak na miejscu mogłem liczyć na wsparcie ze strony wielu „miniredaktorów” spośród kibiców (o nich poniżej).
- Jako że wyjazd kolidował terminowo z turniejem w Spodku, wiedzieliśmy, że będą małe problemy sprzętowe. O ile z redakcyjnego aparatu mogłem skorzystać, to w kwestii wszelkich wideo z dopingu byłem już zdany na telefony. Dodatkowo bez statywu, który nie mieścił się do bagażu podręcznego.
- Pierwsze schody pojawiły się podczas starania się o akredytację. Otóż zostałem poinformowany, że wszystkie polskie prośby o wejściówkę dla mediów muszą przejść przez… klub. Nie ten z Cardiff, nasz. Nawet ze strony mediów kompletnie z GieKSą niezwiązanych takich jak Radio Katowice. Cóż, widocznie nie tylko w naszym klubie absurd goni absurd.
- Kiedy okazało się, że próby uzyskania akredytacji spalą na panewce, zaszła konieczność zakupienia biletu. Rozważając zakup poszczególnych wariantów wejściówek, spotkałem się na forum z zarzutami „przycebulenia” i wypominkami, że do Cortiny brałem kanister (który notabene bardzo się przydał!). Cóż, wyjazdy na drugi koniec Europy do tanich nie należą, a dowcipnych Kolegów po szalu zachęcam, żeby za każdą małą podśmiechujkę wsparli redakcję kwotą 19.64 zł, a za dużą – 196,40 zł. Śmiech to zdrowie!
- W związku z punktem 5., wybieramy wariant niskobudżetowy z tanim lotem do Londynu, nocnymi busami do Cardiff i jedynie dwoma noclegami.
- Wylatujemy z Pyrzowic w czwartek o 15.45 i po niespełna dwóch godzinach lądujemy na Stansted, skąd jedziemy busem do centrum Londynu. Jako że do busa do Cardiff pozostało kilka godzin, decydujemy się na pieszą trasę obok kilku głównych atrakcji: London Eye, Big Bena, katedry Westminster i w końcu pałacu Buckingham. Wszystkie zabytki podświetlone po zmroku prezentują się imponująco, choć zdecydowanie najmniej – siedziba króla.
- Trzeba przyznać, że busy linii National Express są niezwykle komfortowe, a ponadto wyposażone w wi-fi i gniazda USB. Z racji, że zapomnieliśmy angielskiej przejściówki do wtyczek, okazało się to dla nas chwilowo zbawienne.
- W stolicy Walii meldujemy się w piątek o 3:30 nad ranem. Położenie dworca autobusowego, a także temperatura odbiegająca od naszych oczekiwań sprawiają, że pierwszą przyśpiewką cisnącą się na nasze usta było: „Co to za miasto, co to za wieś – ani pod**ić, ani co zjeść…”
- Z racji zmęczenia, a przede wszystkim obrączek u większości z nas, pierwsza z wymienionych czynności nie była nam w głowie, natomiast na ząb chcieliśmy jak najbardziej coś wrzucić, a przede wszystkim się ogrzać. Pełni nadziei udajemy się do całodobowego Maca. Jednak zostajemy sprowadzeni na ziemię, kiedy okazuje się, że zjeść, owszem, można, ale jedynie na wynos i dłużej tu nie zabawimy.
- Poszukując nieco przyjaźniejszej temperatury, trafiamy na dworzec kolejowy, pozbawiony jednak… drzwi. Zapewne po to, żeby takim jak my nie wpadło do głowy kimać w tym miejscu. Jednak widząc bramki pozbawione kołowrotków, decydujemy się przejść przez nie na dalsze rejony stacji, po czym trafiamy na poczekalnię, w której momentalnie zasypiamy na najbliższe 2h.
- Jakież było nasze zdziwienie, kiedy po tym czasie, próbując wyjść z budynku, napotykamy te same bramki, ale… z kołowrotkami. Przy nich stoi uśmiechnięty kanar z prośbą „ticket, please”. Pierwsza myśl chłopaków: „Ty, Fjodor, powiedz mu, że wywaliliśmy bilety na hasiok”. Przytomnie zauważam, że to nie przejdzie i z rozbrajającą szczerością tłumaczę, że nie jechaliśmy żadnym cugiem i nie wiedzieliśmy, że nie można wejść, bo bramki były otwarte. W odpowiedzi na pytanie pomocnicze „To co robiliście tam przez 3h?!” próbuję być dyplomatyczny: „Well… tam jest zimno, tu jest ciepło…”. Na szczęście poskutkowało – typ machnął ręką i nas wypuścił.
- Wracamy do centrum, gdzie wreszcie jest możliwość zjedzenia śniadania w cywilizowanych warunkach. Podczas niego dostaję wiadomość z miłą niespodzianką – zamiast o 14:00 apartament będzie gotowy w południe. Zatem po posiłku i zakupach udajemy się na kwaterę.
- Vindico Arena, podobnie jak i cały kompleks International Sport Village, mieści się na kompletnym zadupiu. Od centrum Cardiff dzieli ją ok. 45-50 min z buta, natomiast od zatoki Cardiff Bay – około pół godziny. My wybraliśmy zakwaterowanie w tej drugiej lokalizacji.
- Po odświeżeniu się i zjedzeniu obiadu udajemy się na pierwszy szpil. Miałem lekkie obawy, czy na normalnym bilecie uda mi się wnieść cały sprzęt, ale okazały się one bezpodstawne.
- Umieszczenie telefonu w celu nagrania dopingu nastręczyło mi nieco problemów, jednak w sukurs przyszła mi taśma malarska znajdująca się na kwaterze, którą po prostu przykleiłem go do stalowych barierek sektora. Gospodarze nie mogli wyjść z podziwu, komentując: „ooo, very technical…”.
- Po pierwszej tercji turnieju mamy również pierwszą usterkę – okazuje się, że szlag trafił moją kartę pamięci w telefonie, a wraz z nią – wideo z dopingu. Na szczęście mam laptopa, na którego zgrywam naprędce dane, zwalniając pamięć urządzenia.
- To nie koniec problemów – po dogrywce telefon się rozładowuje. Na szczęście z pomocą spieszy Seba. Dzięki niemu możecie oglądać zwycięskie rzuty karne, radość po nich, a także odśpiewany hymn Polski.
- Niestety gospodarzom udzielił się świąteczny nastrój i odtworzyli Mazurka Dąbrowskiego w rytmie… „Lulajże Jezuniu”, przez co po raz kolejny wokal nie zgrał się z muzyką. W sumie nie wiem, co wyszłoby słabiej – takie przesunięcie w fazie czy dostosowanie się do muzycznych zamulaczy.
- Na szpilu spotykamy znajomych z okolic Imielina – Anię, Kingę, Zeba i innych „grubiorzy z Libiąża”, jak prosili o sobie napisać. Udało im się zakwaterować w liczbie 13 głów 10 minut z buta od hali. Szczęściarze.
- Hudy i Seba decydują się do nich na chwilę wpaść, ja natomiast, czując kompletne zmęczenie i mając w perspektywie pracę do wykonania, jadę busem na kwaterę.
- Materiały kończę obrabiać grubo po północy, a moich współtowarzyszy ani widu, ani słychu. Zmęczenie wygrywa jednak z niepokojem i padam na pysk.
- Okazało się, że chłopakom chwila przedłużyła się do… 8.30 rano, kiedy to wpadli na metę, urządzając mi pobudkę.
- Również rano Jaśka, który miał obrabiać materiały wideo, informuje mnie o usterce nr 2 – padł mu laptop kompletnie. Staje się jasne, że wideo z dopingu będzie z pewnym poślizgiem.
- Jako że w sobotę gramy z gospodarzami dopiero o 19:00, przeznaczamy ten dzień na zwiedzanie Cardiff. Czynimy to jednak osobno, gdyż udało mi się namówić starego szkolnego przyjaciela zamieszkałego w Southampton, aby mnie odwiedził w Walii. Moi współtowarzysze trafili do jakiegoś muzeum lokalnego górnictwa, my – na zamek, który okazał się finalnie zamknięty.
- W tym momencie następuje usterka nr 3, czyli czarny ekran w moim telefonie, którego nie można ani wyłączyć, ani zresetować. Abym mógł zawczasu zorganizować jakiś sprzęt zastępczy, kumpel podrzuca mnie pod samą halę, jednak jak na złość moich współtowarzyszy za nic znaleźć nie mogę, a zadzwonić do nich z wiadomych względów się nie da.
- Na początku szpilu telefonu użycza mi Kinga (którą z racji warkoczyków łatwiej wypatrzyć nawetw najgęstszym tłumie), a po pierwszej tercji wreszcie znajduję Hudego, który udostępnia mi swój sprzet. Dzięki niemu mieliście możliwość obejrzenia oprawy GieKSiarzy podczas trzeciej tercji starcia z gospodarzami.
- Sam szpil, choć bardzo wyrównany, nie kończy się tym razem happy endem i zamiast Mazurka Dąbrowskiego słuchamy hymnu walijskiego. Warto podkreślić godne zachowanie GieKSiarzy, którzy pierwsze takty hymnu skwitowali gromkimi brawami.
- Kibice gospodarzy byli pod wielkim wrażeniem naszego dopingu i zrewanżowali się długimi, rzęsistymi oklaskami w kierunku sektora trójkolorowych fanatyków, a ich hokeiści, zgodnie z duchem fair play tej dyscypliny, długo oczekiwali na zjazd z lodu drużyny GieKSy.
- Okazało się, że telefon Hudego miał idealne wyczucie, gdyż od razu po udaniu się obu drużyn do szatni… rozładował się do zera. Na szczęście w sukurs przyszedł Seba, dzięki któremu mogłem zarejestrować krótki wywiad z Grzegorzem Pasiutem.
- W moim laptopie już w momencie wyjazdu nie działała klawiatura. Wziąłem zatem ze sobą miniklawiaturę zastępczą, podłączaną na bluetooth, a ładowaną za pomocą USB. Niestety po powrocie na kwaterę spotkała mnie usterka nr 4 – gniazdo ładowania okazało się kompletnym bublem, które wytrzymało 3 włożenia kabla. Od tej pory musiałem używać klawiatury bardzo oszczędnie, ograniczając się do wklepywania haseł.
- Obrabianie materiałów do późnej nocy ma wiele minusów, a z pewnością jednym z nich jest to, że ryjesz nosem w spieprzoną klawiaturę, a zastępczej (niezdatnej do naładowania) zapominasz wyłączyć.
- W efekcie kolejny dzień zaczynam od pomstowania, że już żadna z klawiatur nie działa, a tym samym pozbawiam się jakiegokolwiek własnego sprzętu, na którym mógłbym pracować. No nie, wróć, aparat na szczęście był na chodzie.
- Jako że musieliśmy wykwaterować się do 10:00, a nasi ziomkowie mieli nocleg do dnia następnego, przenosimy do nich wszystkie bagaże, włączamy sprzęt do ładowania, wsiadamy w bus i udajemy się silną ekipą do katedry św. Dawida na niedzielna Mszę, która z racji efektownej oprawy muzycznej bardzo przypadła nam do gustu.
- Po uczcie duchowej uświadomiłem sobie, że z racji wczorajszej awarii telefonu od dłuższego czasu nie dzwoniłem do rodziny. Kiedy koło niedzielnego południa moja Żona po dłuższym milczeniu odebrała telefon z nieznanego numeru, pierwsza jej myśl była, że koledzy dzwonią powiadomić, że coś mi stało. Szybko została jednak sprowadzona na ziemię, że będzie jej dane dalej nieść krzyż w postaci chłopa GieKSiarza:)
- Podróż powrotna do hali miała zająć około kwadransa. Po tym czasie ku naszemu zdziwieniu zauważamy, że bus jedzie w nieco dziwnym kierunku, zamiast morza, naszym oczom ukazują się góry, a mieszkańcy za oknem staja się coraz bardziej kolorowi. Jednak dzielny Zeb, nasz nieformalny przewodnik, zapewnia, że wszystko ma obcykane, że bus robi kółko i sytuacja jest opanowana.
- Mimo że generalnie staram się ufać kolegom po szalu, ujrzawszy dwa busy z napisem „International Sport Village” podążające w przeciwną stronę, przypomina mi się stara turystyczna piosenka: „Módl się za tych, co dobrym poszli szlakiem, ale w złym kierunku”.
- Zasięgam zatem języka u kierowcy, który potwierdza czarny scenariusz. Na tej pomyłce tracimy ponad godzinę, co owocuje tym, że w hali meldujemy się na początku drugiej tercji.
- Na domiar złego, z tego pośpiechu zapominam baterii i karty pamięci do aparatu. Na szczęście telefonu użycza mi Ania i to dzięki niej mogliście oglądać foto i wideo ze starcia z Kazachami i podziękowań drużynie ze strony kibiców.
- Z kolei dzięki pomocy Hudego udało się przeprowadzić krótki wywiad z trenerem Jackiem Płachtą. Na gorąco nasz szkoleniowiec wyglądał na załamanego wynikiem turnieju i nie był zbyt rozmowny. Trenerze, głowa do góry, dobrze było!
- Po meczu udajemy się na kwaterę naszych ziomków, gdzie wszyscy mają mocno rozrywkowe nastroje, a mnie czeka praca. Spisywanie wywiadu na telefonie nie było chyba najlepszym pomysłem, bo roiło się w nim od literówek. Na szczęście Kosa czuwał.
- Wieczorem udaję się na trzecią tercję meczu Cardiff – Herning i dekorację, na której mam nadzieję zobaczyć i uwiecznić GieKSę. Niestety duński zespół wygrywa 4:3, przez co na podium mogliśmy oglądać jedynie inne ekipy.
- Około północy usterka nr 5 – ni stąd, ni zowąd, telefon Hudego odmawia posłuszeństwa, jednak nie wiedzieć czemu naprawia się mój (sam). Dzięki temu nie zostajemy z jednym na trzech chłopa.
- O 2:30 wsiadamy w powrotny bus do Londynu i przed 6:00 rano docieramy do stolicy. Pierwszym przystankiem jest ponownie Mac, w którym na szczęście można usiąść w cywilizowanych warunkach. Wykorzystuje to Hudy, który po spożyciu śniadania zasypia na stole jak kamień. Uwierzcie mi, cholernie zazdroszczę temu człowiekowi umiejętności spania gdziekolwiek łeb przyłoży. Niesamowite.
- W poniedziałek oglądamy most Tower Bridge, Katedrę św. Pawła (z zewnątrz) i na koniec docieramy do British Museum. Jednak mamy tam tylko półtorej godziny, więc zobaczyliśmy niewiele.
- Wejście do ostatniego z wymienionych obiektów jest darmowe, jednak uprasza się o zostawienie „donation”. Naszą dotacją był solidny scyzor Seby, który mu skasowano przy wejściu, mimo że wcześniej przeszedł nawet przez… bramki na lotnisku. Trzepanie w tym muzeum jest niesamowite, ludziom zabierano nawet… grzałki.
- Całe szczęście, że wybieramy stosunkowo wczesny bus, 4 godziny przed odlotem. Nie dość, że na dworcu dziki tłum i kierowca zabiera nas tylko ze względu na godzinę lotu, to jedziemy na lotnisko 2,5 godziny, z czego 2 godziny po Londynie.
- Nie licząc sporego opóźnienia, powrotny lot odbywa się bez zakłóceń i w Pyrzowicach lądujemy po 22:00.
- Na koniec pragnę jeszcze raz podziękować wszystkim, którzy mi pomogli w pracy w wyjątkowo trudnych tym razem warunkach – w szczególności, Ani, Hudemu i Sebie, bez których wsparcia materiałów na stronie byłoby znacznie mniej. Przepraszam również za jakość niektórych materiałów wideo – zapewne dało się je zrobić lepiej, ale w pojedynkę i przy tak licznych awariach było to niezwykle trudne.
- Jeśli w przyszłym roku będzie nam dane zagrać w europejskich pucharach, mnie ze względów rodzinnych może zabraknąć. Nieustannie i gorąco zachęcamy do pomocy w redakcji, a tych, którzy nie są w stanie – do materialnego wsparcia.
Galeria Piłka nożna
Feta na Arenie Katowice
Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.
Felietony Piłka nożna
Esencja piłki nożnej
Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.
Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.
Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.
W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.
A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.
No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.
Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.
Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.
Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.
W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.
Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.
I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.
No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.
Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.
Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.
Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.
Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.
Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.
Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.
W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.
Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.
Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…
Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.
Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.
Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.
Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.
Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.
Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.
Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.
Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.
Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.
To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.
Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.
W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.
Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.
Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.
Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.
Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.
Galeria Piłka nożna
Z drugiej ligi do Europy
Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek.


Opppo
27 stycznia 2024 at 22:31
Punkt 50, Redaktorze kochany,nie żartuj.
Zachary213
29 stycznia 2024 at 22:17
Bardzo fajna relacja. Zwłaszcza się uśmiałem przy 35 i37