Felietony Hokej Kibice
www.usterka.uk, czyli post scriptum z wyjazdu do Cardiff
Wyjazd na finałowy turniej Pucharu Kontynentalnego do stolicy Walii zamykamy tradycyjnym PS-em. Zapraszamy do lektury.
- Podobnie jak na półfinałowy turniej do Cortiny, na finał do Cardiff redakcja GieKSa.pl udała się w jednoosobowym składzie w postaci niżej podpisanego. Jako współtowarzysze wybrali się ponownie Hudy i Seba.
- Jednak na miejscu mogłem liczyć na wsparcie ze strony wielu „miniredaktorów” spośród kibiców (o nich poniżej).
- Jako że wyjazd kolidował terminowo z turniejem w Spodku, wiedzieliśmy, że będą małe problemy sprzętowe. O ile z redakcyjnego aparatu mogłem skorzystać, to w kwestii wszelkich wideo z dopingu byłem już zdany na telefony. Dodatkowo bez statywu, który nie mieścił się do bagażu podręcznego.
- Pierwsze schody pojawiły się podczas starania się o akredytację. Otóż zostałem poinformowany, że wszystkie polskie prośby o wejściówkę dla mediów muszą przejść przez… klub. Nie ten z Cardiff, nasz. Nawet ze strony mediów kompletnie z GieKSą niezwiązanych takich jak Radio Katowice. Cóż, widocznie nie tylko w naszym klubie absurd goni absurd.
- Kiedy okazało się, że próby uzyskania akredytacji spalą na panewce, zaszła konieczność zakupienia biletu. Rozważając zakup poszczególnych wariantów wejściówek, spotkałem się na forum z zarzutami „przycebulenia” i wypominkami, że do Cortiny brałem kanister (który notabene bardzo się przydał!). Cóż, wyjazdy na drugi koniec Europy do tanich nie należą, a dowcipnych Kolegów po szalu zachęcam, żeby za każdą małą podśmiechujkę wsparli redakcję kwotą 19.64 zł, a za dużą – 196,40 zł. Śmiech to zdrowie!
- W związku z punktem 5., wybieramy wariant niskobudżetowy z tanim lotem do Londynu, nocnymi busami do Cardiff i jedynie dwoma noclegami.
- Wylatujemy z Pyrzowic w czwartek o 15.45 i po niespełna dwóch godzinach lądujemy na Stansted, skąd jedziemy busem do centrum Londynu. Jako że do busa do Cardiff pozostało kilka godzin, decydujemy się na pieszą trasę obok kilku głównych atrakcji: London Eye, Big Bena, katedry Westminster i w końcu pałacu Buckingham. Wszystkie zabytki podświetlone po zmroku prezentują się imponująco, choć zdecydowanie najmniej – siedziba króla.
- Trzeba przyznać, że busy linii National Express są niezwykle komfortowe, a ponadto wyposażone w wi-fi i gniazda USB. Z racji, że zapomnieliśmy angielskiej przejściówki do wtyczek, okazało się to dla nas chwilowo zbawienne.
- W stolicy Walii meldujemy się w piątek o 3:30 nad ranem. Położenie dworca autobusowego, a także temperatura odbiegająca od naszych oczekiwań sprawiają, że pierwszą przyśpiewką cisnącą się na nasze usta było: „Co to za miasto, co to za wieś – ani pod**ić, ani co zjeść…”
- Z racji zmęczenia, a przede wszystkim obrączek u większości z nas, pierwsza z wymienionych czynności nie była nam w głowie, natomiast na ząb chcieliśmy jak najbardziej coś wrzucić, a przede wszystkim się ogrzać. Pełni nadziei udajemy się do całodobowego Maca. Jednak zostajemy sprowadzeni na ziemię, kiedy okazuje się, że zjeść, owszem, można, ale jedynie na wynos i dłużej tu nie zabawimy.
- Poszukując nieco przyjaźniejszej temperatury, trafiamy na dworzec kolejowy, pozbawiony jednak… drzwi. Zapewne po to, żeby takim jak my nie wpadło do głowy kimać w tym miejscu. Jednak widząc bramki pozbawione kołowrotków, decydujemy się przejść przez nie na dalsze rejony stacji, po czym trafiamy na poczekalnię, w której momentalnie zasypiamy na najbliższe 2h.
- Jakież było nasze zdziwienie, kiedy po tym czasie, próbując wyjść z budynku, napotykamy te same bramki, ale… z kołowrotkami. Przy nich stoi uśmiechnięty kanar z prośbą „ticket, please”. Pierwsza myśl chłopaków: „Ty, Fjodor, powiedz mu, że wywaliliśmy bilety na hasiok”. Przytomnie zauważam, że to nie przejdzie i z rozbrajającą szczerością tłumaczę, że nie jechaliśmy żadnym cugiem i nie wiedzieliśmy, że nie można wejść, bo bramki były otwarte. W odpowiedzi na pytanie pomocnicze „To co robiliście tam przez 3h?!” próbuję być dyplomatyczny: „Well… tam jest zimno, tu jest ciepło…”. Na szczęście poskutkowało – typ machnął ręką i nas wypuścił.
- Wracamy do centrum, gdzie wreszcie jest możliwość zjedzenia śniadania w cywilizowanych warunkach. Podczas niego dostaję wiadomość z miłą niespodzianką – zamiast o 14:00 apartament będzie gotowy w południe. Zatem po posiłku i zakupach udajemy się na kwaterę.
- Vindico Arena, podobnie jak i cały kompleks International Sport Village, mieści się na kompletnym zadupiu. Od centrum Cardiff dzieli ją ok. 45-50 min z buta, natomiast od zatoki Cardiff Bay – około pół godziny. My wybraliśmy zakwaterowanie w tej drugiej lokalizacji.
- Po odświeżeniu się i zjedzeniu obiadu udajemy się na pierwszy szpil. Miałem lekkie obawy, czy na normalnym bilecie uda mi się wnieść cały sprzęt, ale okazały się one bezpodstawne.
- Umieszczenie telefonu w celu nagrania dopingu nastręczyło mi nieco problemów, jednak w sukurs przyszła mi taśma malarska znajdująca się na kwaterze, którą po prostu przykleiłem go do stalowych barierek sektora. Gospodarze nie mogli wyjść z podziwu, komentując: „ooo, very technical…”.
- Po pierwszej tercji turnieju mamy również pierwszą usterkę – okazuje się, że szlag trafił moją kartę pamięci w telefonie, a wraz z nią – wideo z dopingu. Na szczęście mam laptopa, na którego zgrywam naprędce dane, zwalniając pamięć urządzenia.
- To nie koniec problemów – po dogrywce telefon się rozładowuje. Na szczęście z pomocą spieszy Seba. Dzięki niemu możecie oglądać zwycięskie rzuty karne, radość po nich, a także odśpiewany hymn Polski.
- Niestety gospodarzom udzielił się świąteczny nastrój i odtworzyli Mazurka Dąbrowskiego w rytmie… „Lulajże Jezuniu”, przez co po raz kolejny wokal nie zgrał się z muzyką. W sumie nie wiem, co wyszłoby słabiej – takie przesunięcie w fazie czy dostosowanie się do muzycznych zamulaczy.
- Na szpilu spotykamy znajomych z okolic Imielina – Anię, Kingę, Zeba i innych „grubiorzy z Libiąża”, jak prosili o sobie napisać. Udało im się zakwaterować w liczbie 13 głów 10 minut z buta od hali. Szczęściarze.
- Hudy i Seba decydują się do nich na chwilę wpaść, ja natomiast, czując kompletne zmęczenie i mając w perspektywie pracę do wykonania, jadę busem na kwaterę.
- Materiały kończę obrabiać grubo po północy, a moich współtowarzyszy ani widu, ani słychu. Zmęczenie wygrywa jednak z niepokojem i padam na pysk.
- Okazało się, że chłopakom chwila przedłużyła się do… 8.30 rano, kiedy to wpadli na metę, urządzając mi pobudkę.
- Również rano Jaśka, który miał obrabiać materiały wideo, informuje mnie o usterce nr 2 – padł mu laptop kompletnie. Staje się jasne, że wideo z dopingu będzie z pewnym poślizgiem.
- Jako że w sobotę gramy z gospodarzami dopiero o 19:00, przeznaczamy ten dzień na zwiedzanie Cardiff. Czynimy to jednak osobno, gdyż udało mi się namówić starego szkolnego przyjaciela zamieszkałego w Southampton, aby mnie odwiedził w Walii. Moi współtowarzysze trafili do jakiegoś muzeum lokalnego górnictwa, my – na zamek, który okazał się finalnie zamknięty.
- W tym momencie następuje usterka nr 3, czyli czarny ekran w moim telefonie, którego nie można ani wyłączyć, ani zresetować. Abym mógł zawczasu zorganizować jakiś sprzęt zastępczy, kumpel podrzuca mnie pod samą halę, jednak jak na złość moich współtowarzyszy za nic znaleźć nie mogę, a zadzwonić do nich z wiadomych względów się nie da.
- Na początku szpilu telefonu użycza mi Kinga (którą z racji warkoczyków łatwiej wypatrzyć nawetw najgęstszym tłumie), a po pierwszej tercji wreszcie znajduję Hudego, który udostępnia mi swój sprzet. Dzięki niemu mieliście możliwość obejrzenia oprawy GieKSiarzy podczas trzeciej tercji starcia z gospodarzami.
- Sam szpil, choć bardzo wyrównany, nie kończy się tym razem happy endem i zamiast Mazurka Dąbrowskiego słuchamy hymnu walijskiego. Warto podkreślić godne zachowanie GieKSiarzy, którzy pierwsze takty hymnu skwitowali gromkimi brawami.
- Kibice gospodarzy byli pod wielkim wrażeniem naszego dopingu i zrewanżowali się długimi, rzęsistymi oklaskami w kierunku sektora trójkolorowych fanatyków, a ich hokeiści, zgodnie z duchem fair play tej dyscypliny, długo oczekiwali na zjazd z lodu drużyny GieKSy.
- Okazało się, że telefon Hudego miał idealne wyczucie, gdyż od razu po udaniu się obu drużyn do szatni… rozładował się do zera. Na szczęście w sukurs przyszedł Seba, dzięki któremu mogłem zarejestrować krótki wywiad z Grzegorzem Pasiutem.
- W moim laptopie już w momencie wyjazdu nie działała klawiatura. Wziąłem zatem ze sobą miniklawiaturę zastępczą, podłączaną na bluetooth, a ładowaną za pomocą USB. Niestety po powrocie na kwaterę spotkała mnie usterka nr 4 – gniazdo ładowania okazało się kompletnym bublem, które wytrzymało 3 włożenia kabla. Od tej pory musiałem używać klawiatury bardzo oszczędnie, ograniczając się do wklepywania haseł.
- Obrabianie materiałów do późnej nocy ma wiele minusów, a z pewnością jednym z nich jest to, że ryjesz nosem w spieprzoną klawiaturę, a zastępczej (niezdatnej do naładowania) zapominasz wyłączyć.
- W efekcie kolejny dzień zaczynam od pomstowania, że już żadna z klawiatur nie działa, a tym samym pozbawiam się jakiegokolwiek własnego sprzętu, na którym mógłbym pracować. No nie, wróć, aparat na szczęście był na chodzie.
- Jako że musieliśmy wykwaterować się do 10:00, a nasi ziomkowie mieli nocleg do dnia następnego, przenosimy do nich wszystkie bagaże, włączamy sprzęt do ładowania, wsiadamy w bus i udajemy się silną ekipą do katedry św. Dawida na niedzielna Mszę, która z racji efektownej oprawy muzycznej bardzo przypadła nam do gustu.
- Po uczcie duchowej uświadomiłem sobie, że z racji wczorajszej awarii telefonu od dłuższego czasu nie dzwoniłem do rodziny. Kiedy koło niedzielnego południa moja Żona po dłuższym milczeniu odebrała telefon z nieznanego numeru, pierwsza jej myśl była, że koledzy dzwonią powiadomić, że coś mi stało. Szybko została jednak sprowadzona na ziemię, że będzie jej dane dalej nieść krzyż w postaci chłopa GieKSiarza:)
- Podróż powrotna do hali miała zająć około kwadransa. Po tym czasie ku naszemu zdziwieniu zauważamy, że bus jedzie w nieco dziwnym kierunku, zamiast morza, naszym oczom ukazują się góry, a mieszkańcy za oknem staja się coraz bardziej kolorowi. Jednak dzielny Zeb, nasz nieformalny przewodnik, zapewnia, że wszystko ma obcykane, że bus robi kółko i sytuacja jest opanowana.
- Mimo że generalnie staram się ufać kolegom po szalu, ujrzawszy dwa busy z napisem „International Sport Village” podążające w przeciwną stronę, przypomina mi się stara turystyczna piosenka: „Módl się za tych, co dobrym poszli szlakiem, ale w złym kierunku”.
- Zasięgam zatem języka u kierowcy, który potwierdza czarny scenariusz. Na tej pomyłce tracimy ponad godzinę, co owocuje tym, że w hali meldujemy się na początku drugiej tercji.
- Na domiar złego, z tego pośpiechu zapominam baterii i karty pamięci do aparatu. Na szczęście telefonu użycza mi Ania i to dzięki niej mogliście oglądać foto i wideo ze starcia z Kazachami i podziękowań drużynie ze strony kibiców.
- Z kolei dzięki pomocy Hudego udało się przeprowadzić krótki wywiad z trenerem Jackiem Płachtą. Na gorąco nasz szkoleniowiec wyglądał na załamanego wynikiem turnieju i nie był zbyt rozmowny. Trenerze, głowa do góry, dobrze było!
- Po meczu udajemy się na kwaterę naszych ziomków, gdzie wszyscy mają mocno rozrywkowe nastroje, a mnie czeka praca. Spisywanie wywiadu na telefonie nie było chyba najlepszym pomysłem, bo roiło się w nim od literówek. Na szczęście Kosa czuwał.
- Wieczorem udaję się na trzecią tercję meczu Cardiff – Herning i dekorację, na której mam nadzieję zobaczyć i uwiecznić GieKSę. Niestety duński zespół wygrywa 4:3, przez co na podium mogliśmy oglądać jedynie inne ekipy.
- Około północy usterka nr 5 – ni stąd, ni zowąd, telefon Hudego odmawia posłuszeństwa, jednak nie wiedzieć czemu naprawia się mój (sam). Dzięki temu nie zostajemy z jednym na trzech chłopa.
- O 2:30 wsiadamy w powrotny bus do Londynu i przed 6:00 rano docieramy do stolicy. Pierwszym przystankiem jest ponownie Mac, w którym na szczęście można usiąść w cywilizowanych warunkach. Wykorzystuje to Hudy, który po spożyciu śniadania zasypia na stole jak kamień. Uwierzcie mi, cholernie zazdroszczę temu człowiekowi umiejętności spania gdziekolwiek łeb przyłoży. Niesamowite.
- W poniedziałek oglądamy most Tower Bridge, Katedrę św. Pawła (z zewnątrz) i na koniec docieramy do British Museum. Jednak mamy tam tylko półtorej godziny, więc zobaczyliśmy niewiele.
- Wejście do ostatniego z wymienionych obiektów jest darmowe, jednak uprasza się o zostawienie „donation”. Naszą dotacją był solidny scyzor Seby, który mu skasowano przy wejściu, mimo że wcześniej przeszedł nawet przez… bramki na lotnisku. Trzepanie w tym muzeum jest niesamowite, ludziom zabierano nawet… grzałki.
- Całe szczęście, że wybieramy stosunkowo wczesny bus, 4 godziny przed odlotem. Nie dość, że na dworcu dziki tłum i kierowca zabiera nas tylko ze względu na godzinę lotu, to jedziemy na lotnisko 2,5 godziny, z czego 2 godziny po Londynie.
- Nie licząc sporego opóźnienia, powrotny lot odbywa się bez zakłóceń i w Pyrzowicach lądujemy po 22:00.
- Na koniec pragnę jeszcze raz podziękować wszystkim, którzy mi pomogli w pracy w wyjątkowo trudnych tym razem warunkach – w szczególności, Ani, Hudemu i Sebie, bez których wsparcia materiałów na stronie byłoby znacznie mniej. Przepraszam również za jakość niektórych materiałów wideo – zapewne dało się je zrobić lepiej, ale w pojedynkę i przy tak licznych awariach było to niezwykle trudne.
- Jeśli w przyszłym roku będzie nam dane zagrać w europejskich pucharach, mnie ze względów rodzinnych może zabraknąć. Nieustannie i gorąco zachęcamy do pomocy w redakcji, a tych, którzy nie są w stanie – do materialnego wsparcia.
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.
Felietony Piłka nożna
21 sekund mistrzowskich akcji
Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.
No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.
Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.
Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.
Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.
I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.
Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.
Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.
To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.
Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.
Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.
Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.
W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.
Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.
W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.
No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…
Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.
Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.
Piłka nożna
Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę
Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.
Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.
Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.
Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.


Opppo
27 stycznia 2024 at 22:31
Punkt 50, Redaktorze kochany,nie żartuj.
Zachary213
29 stycznia 2024 at 22:17
Bardzo fajna relacja. Zwłaszcza się uśmiałem przy 35 i37