Felietony Hokej Kibice
www.usterka.uk, czyli post scriptum z wyjazdu do Cardiff
Wyjazd na finałowy turniej Pucharu Kontynentalnego do stolicy Walii zamykamy tradycyjnym PS-em. Zapraszamy do lektury.
- Podobnie jak na półfinałowy turniej do Cortiny, na finał do Cardiff redakcja GieKSa.pl udała się w jednoosobowym składzie w postaci niżej podpisanego. Jako współtowarzysze wybrali się ponownie Hudy i Seba.
- Jednak na miejscu mogłem liczyć na wsparcie ze strony wielu „miniredaktorów” spośród kibiców (o nich poniżej).
- Jako że wyjazd kolidował terminowo z turniejem w Spodku, wiedzieliśmy, że będą małe problemy sprzętowe. O ile z redakcyjnego aparatu mogłem skorzystać, to w kwestii wszelkich wideo z dopingu byłem już zdany na telefony. Dodatkowo bez statywu, który nie mieścił się do bagażu podręcznego.
- Pierwsze schody pojawiły się podczas starania się o akredytację. Otóż zostałem poinformowany, że wszystkie polskie prośby o wejściówkę dla mediów muszą przejść przez… klub. Nie ten z Cardiff, nasz. Nawet ze strony mediów kompletnie z GieKSą niezwiązanych takich jak Radio Katowice. Cóż, widocznie nie tylko w naszym klubie absurd goni absurd.
- Kiedy okazało się, że próby uzyskania akredytacji spalą na panewce, zaszła konieczność zakupienia biletu. Rozważając zakup poszczególnych wariantów wejściówek, spotkałem się na forum z zarzutami „przycebulenia” i wypominkami, że do Cortiny brałem kanister (który notabene bardzo się przydał!). Cóż, wyjazdy na drugi koniec Europy do tanich nie należą, a dowcipnych Kolegów po szalu zachęcam, żeby za każdą małą podśmiechujkę wsparli redakcję kwotą 19.64 zł, a za dużą – 196,40 zł. Śmiech to zdrowie!
- W związku z punktem 5., wybieramy wariant niskobudżetowy z tanim lotem do Londynu, nocnymi busami do Cardiff i jedynie dwoma noclegami.
- Wylatujemy z Pyrzowic w czwartek o 15.45 i po niespełna dwóch godzinach lądujemy na Stansted, skąd jedziemy busem do centrum Londynu. Jako że do busa do Cardiff pozostało kilka godzin, decydujemy się na pieszą trasę obok kilku głównych atrakcji: London Eye, Big Bena, katedry Westminster i w końcu pałacu Buckingham. Wszystkie zabytki podświetlone po zmroku prezentują się imponująco, choć zdecydowanie najmniej – siedziba króla.
- Trzeba przyznać, że busy linii National Express są niezwykle komfortowe, a ponadto wyposażone w wi-fi i gniazda USB. Z racji, że zapomnieliśmy angielskiej przejściówki do wtyczek, okazało się to dla nas chwilowo zbawienne.
- W stolicy Walii meldujemy się w piątek o 3:30 nad ranem. Położenie dworca autobusowego, a także temperatura odbiegająca od naszych oczekiwań sprawiają, że pierwszą przyśpiewką cisnącą się na nasze usta było: „Co to za miasto, co to za wieś – ani pod**ić, ani co zjeść…”
- Z racji zmęczenia, a przede wszystkim obrączek u większości z nas, pierwsza z wymienionych czynności nie była nam w głowie, natomiast na ząb chcieliśmy jak najbardziej coś wrzucić, a przede wszystkim się ogrzać. Pełni nadziei udajemy się do całodobowego Maca. Jednak zostajemy sprowadzeni na ziemię, kiedy okazuje się, że zjeść, owszem, można, ale jedynie na wynos i dłużej tu nie zabawimy.
- Poszukując nieco przyjaźniejszej temperatury, trafiamy na dworzec kolejowy, pozbawiony jednak… drzwi. Zapewne po to, żeby takim jak my nie wpadło do głowy kimać w tym miejscu. Jednak widząc bramki pozbawione kołowrotków, decydujemy się przejść przez nie na dalsze rejony stacji, po czym trafiamy na poczekalnię, w której momentalnie zasypiamy na najbliższe 2h.
- Jakież było nasze zdziwienie, kiedy po tym czasie, próbując wyjść z budynku, napotykamy te same bramki, ale… z kołowrotkami. Przy nich stoi uśmiechnięty kanar z prośbą „ticket, please”. Pierwsza myśl chłopaków: „Ty, Fjodor, powiedz mu, że wywaliliśmy bilety na hasiok”. Przytomnie zauważam, że to nie przejdzie i z rozbrajającą szczerością tłumaczę, że nie jechaliśmy żadnym cugiem i nie wiedzieliśmy, że nie można wejść, bo bramki były otwarte. W odpowiedzi na pytanie pomocnicze „To co robiliście tam przez 3h?!” próbuję być dyplomatyczny: „Well… tam jest zimno, tu jest ciepło…”. Na szczęście poskutkowało – typ machnął ręką i nas wypuścił.
- Wracamy do centrum, gdzie wreszcie jest możliwość zjedzenia śniadania w cywilizowanych warunkach. Podczas niego dostaję wiadomość z miłą niespodzianką – zamiast o 14:00 apartament będzie gotowy w południe. Zatem po posiłku i zakupach udajemy się na kwaterę.
- Vindico Arena, podobnie jak i cały kompleks International Sport Village, mieści się na kompletnym zadupiu. Od centrum Cardiff dzieli ją ok. 45-50 min z buta, natomiast od zatoki Cardiff Bay – około pół godziny. My wybraliśmy zakwaterowanie w tej drugiej lokalizacji.
- Po odświeżeniu się i zjedzeniu obiadu udajemy się na pierwszy szpil. Miałem lekkie obawy, czy na normalnym bilecie uda mi się wnieść cały sprzęt, ale okazały się one bezpodstawne.
- Umieszczenie telefonu w celu nagrania dopingu nastręczyło mi nieco problemów, jednak w sukurs przyszła mi taśma malarska znajdująca się na kwaterze, którą po prostu przykleiłem go do stalowych barierek sektora. Gospodarze nie mogli wyjść z podziwu, komentując: „ooo, very technical…”.
- Po pierwszej tercji turnieju mamy również pierwszą usterkę – okazuje się, że szlag trafił moją kartę pamięci w telefonie, a wraz z nią – wideo z dopingu. Na szczęście mam laptopa, na którego zgrywam naprędce dane, zwalniając pamięć urządzenia.
- To nie koniec problemów – po dogrywce telefon się rozładowuje. Na szczęście z pomocą spieszy Seba. Dzięki niemu możecie oglądać zwycięskie rzuty karne, radość po nich, a także odśpiewany hymn Polski.
- Niestety gospodarzom udzielił się świąteczny nastrój i odtworzyli Mazurka Dąbrowskiego w rytmie… „Lulajże Jezuniu”, przez co po raz kolejny wokal nie zgrał się z muzyką. W sumie nie wiem, co wyszłoby słabiej – takie przesunięcie w fazie czy dostosowanie się do muzycznych zamulaczy.
- Na szpilu spotykamy znajomych z okolic Imielina – Anię, Kingę, Zeba i innych „grubiorzy z Libiąża”, jak prosili o sobie napisać. Udało im się zakwaterować w liczbie 13 głów 10 minut z buta od hali. Szczęściarze.
- Hudy i Seba decydują się do nich na chwilę wpaść, ja natomiast, czując kompletne zmęczenie i mając w perspektywie pracę do wykonania, jadę busem na kwaterę.
- Materiały kończę obrabiać grubo po północy, a moich współtowarzyszy ani widu, ani słychu. Zmęczenie wygrywa jednak z niepokojem i padam na pysk.
- Okazało się, że chłopakom chwila przedłużyła się do… 8.30 rano, kiedy to wpadli na metę, urządzając mi pobudkę.
- Również rano Jaśka, który miał obrabiać materiały wideo, informuje mnie o usterce nr 2 – padł mu laptop kompletnie. Staje się jasne, że wideo z dopingu będzie z pewnym poślizgiem.
- Jako że w sobotę gramy z gospodarzami dopiero o 19:00, przeznaczamy ten dzień na zwiedzanie Cardiff. Czynimy to jednak osobno, gdyż udało mi się namówić starego szkolnego przyjaciela zamieszkałego w Southampton, aby mnie odwiedził w Walii. Moi współtowarzysze trafili do jakiegoś muzeum lokalnego górnictwa, my – na zamek, który okazał się finalnie zamknięty.
- W tym momencie następuje usterka nr 3, czyli czarny ekran w moim telefonie, którego nie można ani wyłączyć, ani zresetować. Abym mógł zawczasu zorganizować jakiś sprzęt zastępczy, kumpel podrzuca mnie pod samą halę, jednak jak na złość moich współtowarzyszy za nic znaleźć nie mogę, a zadzwonić do nich z wiadomych względów się nie da.
- Na początku szpilu telefonu użycza mi Kinga (którą z racji warkoczyków łatwiej wypatrzyć nawetw najgęstszym tłumie), a po pierwszej tercji wreszcie znajduję Hudego, który udostępnia mi swój sprzet. Dzięki niemu mieliście możliwość obejrzenia oprawy GieKSiarzy podczas trzeciej tercji starcia z gospodarzami.
- Sam szpil, choć bardzo wyrównany, nie kończy się tym razem happy endem i zamiast Mazurka Dąbrowskiego słuchamy hymnu walijskiego. Warto podkreślić godne zachowanie GieKSiarzy, którzy pierwsze takty hymnu skwitowali gromkimi brawami.
- Kibice gospodarzy byli pod wielkim wrażeniem naszego dopingu i zrewanżowali się długimi, rzęsistymi oklaskami w kierunku sektora trójkolorowych fanatyków, a ich hokeiści, zgodnie z duchem fair play tej dyscypliny, długo oczekiwali na zjazd z lodu drużyny GieKSy.
- Okazało się, że telefon Hudego miał idealne wyczucie, gdyż od razu po udaniu się obu drużyn do szatni… rozładował się do zera. Na szczęście w sukurs przyszedł Seba, dzięki któremu mogłem zarejestrować krótki wywiad z Grzegorzem Pasiutem.
- W moim laptopie już w momencie wyjazdu nie działała klawiatura. Wziąłem zatem ze sobą miniklawiaturę zastępczą, podłączaną na bluetooth, a ładowaną za pomocą USB. Niestety po powrocie na kwaterę spotkała mnie usterka nr 4 – gniazdo ładowania okazało się kompletnym bublem, które wytrzymało 3 włożenia kabla. Od tej pory musiałem używać klawiatury bardzo oszczędnie, ograniczając się do wklepywania haseł.
- Obrabianie materiałów do późnej nocy ma wiele minusów, a z pewnością jednym z nich jest to, że ryjesz nosem w spieprzoną klawiaturę, a zastępczej (niezdatnej do naładowania) zapominasz wyłączyć.
- W efekcie kolejny dzień zaczynam od pomstowania, że już żadna z klawiatur nie działa, a tym samym pozbawiam się jakiegokolwiek własnego sprzętu, na którym mógłbym pracować. No nie, wróć, aparat na szczęście był na chodzie.
- Jako że musieliśmy wykwaterować się do 10:00, a nasi ziomkowie mieli nocleg do dnia następnego, przenosimy do nich wszystkie bagaże, włączamy sprzęt do ładowania, wsiadamy w bus i udajemy się silną ekipą do katedry św. Dawida na niedzielna Mszę, która z racji efektownej oprawy muzycznej bardzo przypadła nam do gustu.
- Po uczcie duchowej uświadomiłem sobie, że z racji wczorajszej awarii telefonu od dłuższego czasu nie dzwoniłem do rodziny. Kiedy koło niedzielnego południa moja Żona po dłuższym milczeniu odebrała telefon z nieznanego numeru, pierwsza jej myśl była, że koledzy dzwonią powiadomić, że coś mi stało. Szybko została jednak sprowadzona na ziemię, że będzie jej dane dalej nieść krzyż w postaci chłopa GieKSiarza:)
- Podróż powrotna do hali miała zająć około kwadransa. Po tym czasie ku naszemu zdziwieniu zauważamy, że bus jedzie w nieco dziwnym kierunku, zamiast morza, naszym oczom ukazują się góry, a mieszkańcy za oknem staja się coraz bardziej kolorowi. Jednak dzielny Zeb, nasz nieformalny przewodnik, zapewnia, że wszystko ma obcykane, że bus robi kółko i sytuacja jest opanowana.
- Mimo że generalnie staram się ufać kolegom po szalu, ujrzawszy dwa busy z napisem „International Sport Village” podążające w przeciwną stronę, przypomina mi się stara turystyczna piosenka: „Módl się za tych, co dobrym poszli szlakiem, ale w złym kierunku”.
- Zasięgam zatem języka u kierowcy, który potwierdza czarny scenariusz. Na tej pomyłce tracimy ponad godzinę, co owocuje tym, że w hali meldujemy się na początku drugiej tercji.
- Na domiar złego, z tego pośpiechu zapominam baterii i karty pamięci do aparatu. Na szczęście telefonu użycza mi Ania i to dzięki niej mogliście oglądać foto i wideo ze starcia z Kazachami i podziękowań drużynie ze strony kibiców.
- Z kolei dzięki pomocy Hudego udało się przeprowadzić krótki wywiad z trenerem Jackiem Płachtą. Na gorąco nasz szkoleniowiec wyglądał na załamanego wynikiem turnieju i nie był zbyt rozmowny. Trenerze, głowa do góry, dobrze było!
- Po meczu udajemy się na kwaterę naszych ziomków, gdzie wszyscy mają mocno rozrywkowe nastroje, a mnie czeka praca. Spisywanie wywiadu na telefonie nie było chyba najlepszym pomysłem, bo roiło się w nim od literówek. Na szczęście Kosa czuwał.
- Wieczorem udaję się na trzecią tercję meczu Cardiff – Herning i dekorację, na której mam nadzieję zobaczyć i uwiecznić GieKSę. Niestety duński zespół wygrywa 4:3, przez co na podium mogliśmy oglądać jedynie inne ekipy.
- Około północy usterka nr 5 – ni stąd, ni zowąd, telefon Hudego odmawia posłuszeństwa, jednak nie wiedzieć czemu naprawia się mój (sam). Dzięki temu nie zostajemy z jednym na trzech chłopa.
- O 2:30 wsiadamy w powrotny bus do Londynu i przed 6:00 rano docieramy do stolicy. Pierwszym przystankiem jest ponownie Mac, w którym na szczęście można usiąść w cywilizowanych warunkach. Wykorzystuje to Hudy, który po spożyciu śniadania zasypia na stole jak kamień. Uwierzcie mi, cholernie zazdroszczę temu człowiekowi umiejętności spania gdziekolwiek łeb przyłoży. Niesamowite.
- W poniedziałek oglądamy most Tower Bridge, Katedrę św. Pawła (z zewnątrz) i na koniec docieramy do British Museum. Jednak mamy tam tylko półtorej godziny, więc zobaczyliśmy niewiele.
- Wejście do ostatniego z wymienionych obiektów jest darmowe, jednak uprasza się o zostawienie „donation”. Naszą dotacją był solidny scyzor Seby, który mu skasowano przy wejściu, mimo że wcześniej przeszedł nawet przez… bramki na lotnisku. Trzepanie w tym muzeum jest niesamowite, ludziom zabierano nawet… grzałki.
- Całe szczęście, że wybieramy stosunkowo wczesny bus, 4 godziny przed odlotem. Nie dość, że na dworcu dziki tłum i kierowca zabiera nas tylko ze względu na godzinę lotu, to jedziemy na lotnisko 2,5 godziny, z czego 2 godziny po Londynie.
- Nie licząc sporego opóźnienia, powrotny lot odbywa się bez zakłóceń i w Pyrzowicach lądujemy po 22:00.
- Na koniec pragnę jeszcze raz podziękować wszystkim, którzy mi pomogli w pracy w wyjątkowo trudnych tym razem warunkach – w szczególności, Ani, Hudemu i Sebie, bez których wsparcia materiałów na stronie byłoby znacznie mniej. Przepraszam również za jakość niektórych materiałów wideo – zapewne dało się je zrobić lepiej, ale w pojedynkę i przy tak licznych awariach było to niezwykle trudne.
- Jeśli w przyszłym roku będzie nam dane zagrać w europejskich pucharach, mnie ze względów rodzinnych może zabraknąć. Nieustannie i gorąco zachęcamy do pomocy w redakcji, a tych, którzy nie są w stanie – do materialnego wsparcia.
Felietony Piłka nożna
Co poprawić przed Igrzyskami Śmierci?
Igrzyska Śmierci, jak określił rundę wiosenną trener Motoru Lubin, zbliżają się wielkimi krokami. Za niecałe 30 dni GieKSa będzie już po pierwszym spotkaniu ligowym i miejmy nadzieję, że będziemy do tego meczu bardzo dobrze przygotowani. Runda jesienna to jedna wielka sinusoida – od nieudanego początku, przez niezłe mecze w środku, dobrą końcówkę i słabiutkie wykończenie akcji w Częstochowie. A to wszystko przeplatane świetnymi występami w Pucharze Polski.
Liga na wiosnę nie wybaczy błędów, drużyny będą chciały unikać spadku i kto wie, czy nie będziemy świadkami jednego z najciekawszych pod względem dramaturgii sezonu w Ekstraklasie od wielu lat. W grze GieKSy było sporo do poprawy, a ja postanowiłem się pochylić nad tymi najważniejszymi i przygotowałem dla trenera Rafała Góraka małą ściągawkę.
Co do poprawy?
OBRONA – błędów w obronie Ekstraklasa nie wybacza i przekonaliśmy się o tym wiele razy w tym sezonie. GieKSa pod koniec rundy odnalazła swój rytm, a kulminacją był występ przeciwko Pogoni Szczecin. Zagraliśmy wtedy kapitalnie w defensywie i jeśli chcemy myśleć o utrzymaniu, to takie spotkania muszą nam się zdarzać częściej. Potrzeba większego zgrania, automatyzmów i przede wszystkim wyczulenia na niechlujne zagrania przy rozegraniu piłki.
GALAN – z przyjemnością się patrzy na tego zawodnika i jego panowanie z piłką. Kolejny raz Hiszpan jest w czołówce wygranych pojedynków, ale…. nie mogę znieść jednego w grze Hiszpana. Borja stanowczo za dużo aktorzy na boisku – przewracanie się, machanie do sędziego, wieczne pretensje o nieodgwizdane faule. GieKSa to zespół, który słynął z waleczności, nie ma tu miejsca na udawanie i pretensje. Życzę sobie, byś na wiosnę stał się naszym kolejnym zakapiorem, który pokaże nam trochę hiszpańskiej magii na boisku. Nie chcę aktora na boisku, ale – zachowując proporcję – katowickiego Sergio Ramosa. Trenerze – czas troszkę odmienić Borję i jego styl gry.
STAŁE FRAGMENTY GRY – ze stałymi fragmentami gry GieKSa miała problem w tym sezonie. Nieco został on przykryty przez świetne strzały z rzutów wolnych Bartosza Nowaka oraz spotkanie z Arką, w którym funkcjonowały one znakomicie. Może jeszcze rzut rożny na Motorze przy golu Zrelaka wyszedł świetnie. Problem w tym, że ogólnie brakuje nam goli ze stałych fragmentów. Czasem wydaje mi się, że nasze rzuty wolne są za bardzo przekombinowane, a czasem zbyt proste do rozczytania (cała liga już wie, że będzie wrzutka na długi słupek, wyblok jednego z obrońców i próba zgrania w pole karne przez drugiego).
Jak już mamy rzut rożny, to niewiele z niego wynikało i zamiast kombinować z wystawieniem piłki na woleje z 16 metra, przydałaby się mocna centra w pole karne – wzorem niech będzie gol Radka Dejmka ze spotkania z Resovią w Rzeszowie (2:2). Trener Górak, Adi Błąd czy Arek Jędrych na pewno będą pamiętać tego gola.
Trener Górak u redaktora Ćwiąkały przywołał świetnie rozegrany stały fragment gry ze spotkania z Błękitnymi w II lidze. Wszystko tam super zagrało, ale jak popatrzymy na to na chłodno, to poziom skomplikowania tego wykonania rożnego był naprawdę duży. Czasem większa prostota, czasem popatrzenie na to, co było w przeszłości, może dać lepsze efekty. Sugeruję spojrzeć na rozegranie od gwizdka przez PSG i gol Mbappe czy też na rzut wolny Szwecji z MŚ w 1994 roku w spotkaniu z Rumunią i gol Brolina. Można również spojrzeć na rzut wolny Argentyny w spotkaniu z Anglią z 1998. To są po prostu klasyki, które powinniśmy spróbować skopiować w tak prostych sytuacjach. Apeluję o większą prostotę trenerze.
Brakuje również rzutów karnych, które mogłyby ustawić nam spotkanie. Statystycznie jesteśmy coraz bliżej, ale tak się składa, że na Arenie Katowice nie mieliśmy jeszcze ani jednego rzutu karnego, a i na wyjazdach jakby ich mniej ostatnio. Warto się temu przyjrzeć, dlaczego tych karnych mamy tak mało i co można z tym zrobić.
MNIEJ EKSPERYMENTÓW – runda wiosenna nie wybaczy eksperymentów. Musimy być przygotowani a zawodnicy wiedzieć, co mają robić. To nie będzie czas na to, by testować Grzegorza Rogalę na stoperze, nie będzie to również czas, by stawiać w ataku na Rosołka, rotacje w środku pola również mogą nam nie dać dużo dobrego. Przed trenerem ciężkie zadanie, by w te niecałe 30 dni przygotować zespół do tego, by wiedział, co ma robić na boisku, a jednocześnie dobrze reagować na to, co nieprzewidywalne.
TRANSFERY – tutaj już kamień do ogródka dyrektora sportowego. Rynek w oknie zimowym ciężki, ale GieKSa nie może zostać w tyle pod tym względem. Pokusa będzie pewnie duża, by dać zaufać ekipie, którą zmontowano latem, ale jeśli ja widzę jeszcze małe braki kadrowe, to tym bardziej powinni widzieć je dyrektor sportowy oraz sztab szkoleniowy. Liczę na wzmocnienia składu przed jedną z najważniejszych rund dla GieKSy. Liczę, że uda się wyłowić ciekawych zawodników, którzy będą wzmocnieniem.
Zapraszamy do galerii z Krynicy, gdzie GieKSa mierzyła się z Zagłębiem Sosnowiec w ramach Pucharu Polski. Niestety, kolejny raz odpadaliśmy w półfinale.
Galeria Kibice Piłka nożna
Spodek Super Cup 2026
Zapraszamy do pierwszej galerii z Superbet Spodek Super Cup 2026. Turniej wygrała Reprezentacja Polski Socca, która w finale pokonała Wieczystą Kraków, a ostatnie miejsce na podium wywalczył ROW Rybnik. Autorem zdjęć jest Misiek.


Opppo
27 stycznia 2024 at 22:31
Punkt 50, Redaktorze kochany,nie żartuj.
Zachary213
29 stycznia 2024 at 22:17
Bardzo fajna relacja. Zwłaszcza się uśmiałem przy 35 i37