Kibice Klub Piłka nożna
[WYWIAD] GKS lepiej jest postrzegany w Polsce niż u nas w Katowicach
Jutro minie dokładnie 150 dni od czasu, gdy Wojciech Cygan podał się do dymisji. Od tego czasu praktycznie nie udzielał wywiadów, a w mediach znalazło się jedynie kilka krótszych rozmów. Uznaliśmy w redakcji, że warto spotkać się z osobą, która przez 7,5 roku tworzyła GKS Katowice. Były prezes przystał na nasze zaproszenie.
Warto dodać, że trochę czasu spędziliśmy na przekonywaniu naszego rozmówcy, że taki wywiad ma sens. Rozmowa jest swego rodzaju klamrą, która spina okres Wojciecha Cygana w GieKSie. Po nagłej dymisji pojawiło się kilka pytań, m.in. o Damiana Garbacika, drużynę rezerw, czy menedżera Dariusza Motałę, które tak naprawdę nigdy nie zostały wyjaśnione. Poruszyliśmy te kwestie w poniższej rozmowie. Oprócz tego nie mogło zabraknąć pytań, o całokształt działań przez te ponad siedem lat. Wojciech Cygan zastał GieKSę biedną, z ogromnymi problemami i stojącą na krawędzi istnienia. Zostawił stabilną organizacyjnie, gdzie finanse i licencja nie stanowią problemu. Nie przedłużamy i… zapraszamy do wywiadu!
Minęło niecałe 150 dni od czasu, gdy zrezygnowałeś z bycia prezesem w GieKSie. Szybko zleciało?
To ciągle krótki okres, bo przez te 7,5 roku mocno związałem się z klubem. Dalej łapię się na tym, że zaczynam i kończę dzień od sprawdzenia tego, co tam ciekawego się dzieje w GieKSie. To oprócz wiadomego sentymentu bierze się także z tego, że dalej jestem zaangażowany w sprawy związane z GKS, choć już nie jako osoba zarządzająca, a jedynie nadzorująca – jak to ma miejsce choćby w spółce hokejowej. Myślę, że wszystkie osoby, które pracowały w GieKSie, a później z niej odeszły, świetnie rozumieją, o czym mówię. Trudno jest tak po prostu odejść z klubu i stracić z nim całkowicie kontakt.
Czym się teraz zajmujesz?
Dalej jestem w piłce. Zasiadam w zarządzie PZPN, a moja kadencja kończy się pod koniec 2020 roku. Oprócz tego pracuję w kilku organach związkowej centrali. Pełnię także funkcję wiceprezesa Pierwszej Ligi Piłkarskiej i jestem tam odpowiedzialny przede wszystkim za sprawy prawne. To na pewno w jakiś sposób absorbuje, bo dość często muszę pojawiać się w Warszawie. Prowadzę także kancelarię adwokacką, która funkcjonuje i na pewno będę chciał, by tak było dalej. Piłka nożna na pewno wciąga. Przez te wiele lat spotkałem naprawdę masę osób i teraz mam większą okazję, by się z nimi spotykać, często w milszej i spokojniejszej atmosferze.
Mecz w Sosnowcu to był taki punkt kulminacyjny?
Moja decyzja, która zapadła zaraz po jego zakończeniu, nie miała związku tylko z wynikiem spotkania. To było narastające we mnie przekonanie, że w klubie potrzebna jest zmiana. I to nie na zasadzie kolejnej wymiany trenera, czyli tak jak się często dzieje w wielu klubach. Nie chciałem udawać, że to jest jedyny sposób na rozwiązanie problemu, w jakim sportowo znalazła się sekcja piłki nożnej. Trener pozostał i myślę, że wówczas to była dobra decyzja, bo mimo tych spotkań derbowych, mamy taką pozycję, że awans w tym sezonie dalej jest możliwy. Moja decyzja narastała we mnie od pewnego czasu. Największym ciosem była dla mnie sytuacja po meczu z Kluczborkiem. Wtedy odpadliśmy de facto z walki o awans, który miał być ukoronowaniem mojej aktywności w GieKSie. Jeśli miałbym wskazać punkt kulminacyjny, to byłoby właśnie to spotkanie, a nie mecz w Sosnowcu. Podaliśmy się wtedy razem z Marcinem Janickim do dymisji, ale potem, po rozmowach z właścicielem, zdecydowaliśmy się spróbować jeszcze raz. Początek tego sezonu był jednak bardzo ciężki. Mecz z Puszczą, z Siedlcami i napięta atmosfera, która eskalowała po meczu w Sosnowcu, to był ten moment, w którym podjąłem decyzję, że czas odejść. Chciałbym podkreślić, iż nie zostałem przez kogokolwiek zwolniony. To była moja samodzielna decyzja. Moment był odpowiedni, bo pozwolił wstrząsnąć klubem i to nie tylko piłkarzami, ale całą strukturą.
Nie uważasz, że zbyt szybko odszedłeś?
Na pewno to nie była decyzja podjęta zbyt szybko. Miałem czas by ją przemyśleć. Nawet teraz po kilku miesiącach jestem przekonany, że to był odpowiedni krok – i dla mnie, i dla GieKSy. Osiągnięcie sukcesu bez poprawnych relacji między piłkarzami a kibicami, pracownikami klubu czy sponsorami, jest według mnie bardzo, bardzo trudne. Dlatego też, jeśli moja dymisja mogła w tym jakoś pomóc, to myślę, że wybrałem dobrze.
Z jakimi reakcjami spotkałeś się przed i po ogłoszeniu swojej decyzji?
Od dłuższego czasu dużo mniejszą wagę przywiązywałem do wpisów w mediach społecznościowych, czy na forum, choć oczywiście docierały do mnie czasami informacje, co tam jest wypisywane. Od dawna staram się nie czytać w ogóle komentarzy, bo za większością z nich kryją się kompletnie anonimowe osoby. Zdarzało się, że dostawałem od takich osób mało przyjemne wiadomości, ale pojawiały się także głosy od kibiców, którzy mnie wspierali, dziękowali lub nawet dziwili się, że podjąłem taką decyzję. I proszę mi wierzyć — to nie były głosy pojedyncze. To był bardzo miły moment, a po opublikowaniu pożegnania (które pojawiło się też na GieKSa.pl) to się jeszcze bardziej nasiliło. Raz jeszcze za to dziękuję.
Dlaczego GKS Katowice nie awansował do Ekstraklasy w poprzednim sezonie?
To jest bardzo dobre pytanie, bo mimo upływu czasu — wszak to już ponad pół roku — to ciągle najczęściej zadawane mi pytanie. Zadają je wszyscy, którzy są związani z branżą piłkarską. Mecz z Kluczborkiem cały czas siedzi mi głowie. Nie potrafię racjonalnie i ze stuprocentowym przekonaniem odpowiedzieć, co się wtedy wydarzyło. Pamiętam pierwsze minuty, dwie bramki i absolutną kontrolę nad tym, co dzieje się na boisku. To już nawet nie chodzi o tę ostatnią bramkę w meczu, ale o sam fakt, że Kluczbork strzelił wcześniej dwie i wyrównał stan meczu. Jest to dla mnie naprawdę trudne. Przed meczem z Kluczborkiem trener Brzęczek powiedział mi, że jeśli wygramy trzy spotkania, to awansujemy. I okazałoby się to prawdą… Ta ścieżka do upragnionego awansu wówczas nie wyglądała jakoś ekstremalnie trudno – mecze z Kluczborkiem, Grudziądzem i Bytovią. Z perspektywy czasu myślę, czy właśnie wtedy — przed meczem z Kluczborkiem — nie trzeba było podjąć jakiegoś działania. Może lekki wstrząs personalny, a może idąc w drugą stronę np. zgrupowanie? Teraz to już takie „gdybanie”. Zarząd zasadniczo powinien zapewnić najlepsze warunki dla dyrektora, trenera i piłkarzy. I tak na pewno było. Każdy to potwierdzi, że od strony organizacji klub był gotowy na ten awans – i to także, jeśli chodzi o premie czy zapisy w kontraktach gwarantujące przedłużenia umów po awansie. Liczne pomysły, które były zgłaszane przez sztab szkoleniowy czy dyrektora, były omawiane i praktycznie w całości wdrażane. Projekt „Jerzy Brzęczek” był skrojony na GieKSę, przynosił długo bardzo dobre efekty i nagle — w ciągu kilkudziesięciu minut — zakończył się z hukiem. Odrzucam skrajne teorie — takie o działaniach niezgodnych z przepisami. Bardziej stawiałbym na sprawy związane ze sferą mentalną.
Jakbyś skomentował to, co powiedział menedżer Dariusz Motała, że według niego na awansie bardziej zależało trenerowi niż piłkarzom?
Wydaje mi się, że w tej wypowiedzi nie chodziło o samo uderzenie w piłkarzy, ale bardziej podkreślenie, jak bardzo na awansie zależało trenerowi. Ja nie mogę zarzucić piłkarzom jako grupie, że nie chcieli awansu. Pamiętam, jak wyglądali po meczu z Kluczborkiem. Nie mam też żadnego dowodu, by oceniać indywidualnie, że komuś nie zależało, że ktoś odpuścił. Myślę też, że trener Brzęczek miał wiele racji, mówiąc, że dla wielu z tych chłopaków to była jedyna szansa na awans do Ekstraklasy, która już nigdy się nie powtórzy. I jeszcze raz podkreślę, że na tym awansie na pewno zależało miastu i bezpośrednio władzom Katowic, sponsorom, zarządowi oraz pracownikom klubu. To wiem na pewno.
Zawiodłeś się na wielu osobach podczas czasu spędzonego przy Bukowej?
Wiadomo, że przez te lata było masę momentów, kiedy emocje grały dużą rolę. Nie wszystko układało się tak, jakbym to sobie zaplanował. Na pewno nie mam żadnych ukrytych pretensji. Jeśli miałem lub mam do kogoś coś personalnie, to ta osoba na pewno o tym wie. Zawsze starałem się o takich rzeczach mówić bezpośrednio. Nie chcę tego roztrząsać publicznie, ale na pewno jest tak, że z pewnymi osobami dalej utrzymuję kontakt, a z innymi moje drogi się rozeszły.
Jaki jest Twój największy sukces, a jaka największa porażka związana z GieKSą?
Niezależnie od tego, co by się nie działo przez najbliższe kilkadziesiąt lat i jakkolwiek ludzie, by nie oceniali tego okresu sportowo, to faktem jest, że przez ostatnie lata GieKSa przeszła przemianę. Klub wyszedł z ogromnych problemów finansowych i organizacyjnych. Przez te lata, wraz ze wszystkimi pracownikami, Marcinem Janickim, z ogromnym udziałem miasta Katowice i całej masy sponsorów, udało się zmienić postrzeganie GKS w Polsce. Klub przestał być uważany za finansowego trupa. Zostawiłem GieKSę w dobrej sytuacji finansowej, bez widma likwidacji. Nie ma już żadnych problemów licencyjnych. Miasto udało się przekonać do objęcia większościowego pakietu oraz przejęcia odpowiedzialności za klub. Urzędnicy byli zadowoleni z tych zmian do tego stopnia, że teraz na bazie GKS buduje się istotną część całego sportu zawodowego w mieście. Mam z tego ogromną satysfakcję. Do dziś nasz klub jest też pokazywany jako wzór podmiotu, który poradził się z ogromnymi problemami finansowymi. To podkreślają szczególnie przedstawiciele Komisji Licencyjnej PZPN. Oni nam kiedyś zaufali, uwierzyli w nasz plan i teraz tego nie żałują. Teraz gdy w zarządzie spółki nie ma już mojej osoby, to czas, by nowi ludzie na solidnych fundamentach budowali sukces sportowy, bo kwestie organizacyjne na pewno są na wysokim poziomie. Dziwi mnie tylko jedno, a mianowicie fakt, że rozmawiając z wieloma osobami z całego kraju, można odnieść wrażenie, że GKS lepiej jest postrzegany w Polsce niż u nas w Katowicach. Dobrze o klubie wypowiadają się nie tylko ludzie piłki, ale także siatkówki czy hokeja. I to z całego kraju. A u nas często słychać narzekania i wątpliwości – i nie mam tu na myśli samego wyniku sportowego, ale takie pojawiające się przeświadczenie, że jeżeli np. Tychy czy Gliwice wspierają swoje kluby to dobrze, a jeśli to samo robią w Katowicach, to już takie dobre nie jest…
Jeśli chodzi o błędy, to rozpamiętuję przede wszystkim te personalne. Należy jednak pamiętać, że nie ma takiego klubu, który ich nie popełnia. To jest nieodłączona część sportu. Bardzo często na papierze ktoś wyglądał super, ale np. potem nie umiał odnaleźć się w tak dużym klubie, jak GKS. Nie chcę już używać słowa „presja”, bo to jest słowo, które w Polsce jest wypowiadane chyba jedynie w kontekście GieKSy… Problem w postrzeganiu GKS polega na długim okresie bez wymiernego sukcesu sportowego. Często jednak zapomina się o tym, że klub balansował przez wiele lat na granicy istnienia. Czasami sam się łapię na tym, że pewnie moje rządy byłyby ocenianie niemal wyłącznie pozytywnie, gdyby Komisja Licencyjna swego czasu nam nie zaufała i spadlibyśmy do niższych lig. Raczej nikt nie miałby wtedy by do mnie pretensji, bo co ja sam wtedy mógłbym zrobić, mając na plecach przeszło 10 mln zł zobowiązań? A przez te kolejne lata pewnie byśmy na ten poziom pierwszoligowy wrócili… Jednakże wtedy – razem z miastem – postanowiliśmy walczyć i przez dwa kolejne sezony dostawaliśmy licencję na 1 ligę w ostatnich możliwych terminach po złożeniu stosownych odwołań. Doskonale zdaję sobie sprawę, że ciężko przekonać kibiców, którzy chodzą na mecze, że sukcesem jest to, że mając kilkumiesięczne opóźnienia w płatnościach, udawało się utrzymać w lidze, że przystępowaliśmy do spłaty długów czy pozyskiwaliśmy kolejnego sponsora. Oni chcą wygrywania, awansów i trudno im się dziwić, bo to klub sportowy. Patrząc na ostatnie lata, nie zapominajmy jednak, że mogliśmy startować kolejny raz od samego początku, a tak naprawdę dopiero ostatnie dwa sezony – ten zakończony na 4. miejscu i ten ostatni przegrany na finiszu – były rozgrywane w warunkach stabilizacji finansowej.
Zawsze w wywiadach powtarzałeś, że żałujesz zwolnienia trenera Moskala.
Chciałbym, by kiedyś wrócił do GieKSy, bo mam bardzo dobre zdanie na jego temat, jeśli chodzi o umiejętności trenerskie, budowanie relacji z szatnią. Trener Moskal załapał się na okres, gdzie płynność finansowa dopiero się tworzyła, a zdecydowanie gorzej pracuje się w momencie, kiedy ciągle myśli się, czy w tym miesiącu będzie wypłata i to pytanie krąży po szatni. Podkreślałem, że tej decyzji żałuję, bo myślę, że była podjęta pod wpływem emocji, które wtedy nie powinny na to wpływać. Ta decyzja nie obroniła się również pod innym względem. Nie mieliśmy przygotowanej alternatywy na taką sytuację. Teraz mając doświadczenie, wiem, że zawsze trzeba mieć przygotowany plan B, jeśli chcesz zmienić trenera.
Kto podjął decyzję o likwidacji zespołu rezerw?
Propozycja wyszła od Darka Motały. Dziś trzeba przyznać, że przedstawiony wówczas pomysł nie został wprowadzony w życie. Mniejsza o przyczyny, bo nie mogłem już tego obserwować od środka. Plan polegał na tym, że po spadku do okręgówki zamiast rozgrywek w tak niskiej klasie miały być organizowane mecze sparingowe z udziałem innych zespołów — czy to trzeciej-czwartej ligi, czy rezerw pozostałych klubów ze Śląska i nie tylko. Spotkania miały się odbywać na dobrych boiskach, przede wszystkim na bocznym boisku przy Bukowej — raz na dwa, trzy tygodnie — i zawsze pod okiem sztabu szkoleniowego pierwszej drużyny. Oprócz samego spadku drużyny rezerw to drugim ważnym powodem było to, że chcieliśmy postawić na zespoły juniorskie. Naszym celem było stopniowe wprowadzanie młodzieżowych drużyn do CLJ. Na tym fundamencie miało się budować coś, co w niedługim czasie powinno zaprocentować wzmocnieniami dla pierwszej drużyny. Nie uważam, by konieczne było posiadanie zespołu rezerw, by piłkarze byli w rytmie meczowym. Mamy dobre przykłady tego choćby w Białymstoku czy Kielcach. Nawet jeśli nastąpi zmiana w tym podejściu i powstanie znowu zespół rezerw to będzie on mógł starać się o grę w rozgrywkach A klasy, a nie jak niektórzy mówią — w C klasie. A klasa, to tylko liga niżej niż okręgówka, w której znaleźliśmy się, gdy likwidowaliśmy drużynę rezerw. To powinien być tylko sezon różnicy, więc nie demonizowałbym tego tematu. I raz jeszcze podkreślę, że – w mojej opinii – zaproszenie drużyn na mecze sparingowe jest dużo lepsze i wygodniejsze – także z punktu widzenia naszych drużyn młodzieżowych, bo w takich spotkaniach mogliby się też ogrywać czasem lepsi juniorzy, którzy pod okiem szkoleniowca pierwszej drużyny byliby o krok od pierwszej ligi. Chcę też podkreślić, że trener Mandrysz wiedział o tym planie, był mu przedstawiony i chociaż miał swoje wątpliwości, czy uwagi, to ostatecznie z taką decyzją się pogodził.
Sporo zamieszania było w lecie z osobą Dariusza Motały. Jego rozmowy w Lubinie, brak planu B, a później nowa umowa i szybka rezygnacja z jego osoby w ciągu sezonu.
Jeśli chodzi o rozmowy z Lubinem, to Dariusz Motała o nich mnie nie informował, ale ja o nich się szybko dowiedziałem z innych źródeł. Dla mnie nie było tutaj przekroczenia reguł z jego strony. Nasza umowa się kończyła, a Dariusz dostał sygnał, że ktoś chce się spotkać, więc na to spotkanie pojechał. Dla mnie to była rzecz absolutnie zrozumiała. Jeśli chodzi o „plany A, B” — bo nawet trener Mandrysz się do tego odnosił w wywiadach — to już od zakończenia zimowego okienka mieliśmy rozmowy z dyrektorem Motałą i trenerem Brzęczkiem na temat zawodników do ekstraklasy oraz do pierwszej ligi. Były dwa warianty i nie było tak, że się skupialiśmy tylko na ekstraklasie, czy też tylko pierwszej lidze. Gdy było wiadomo, że zostajemy w pierwszej lidze, a trenerem zostanie Piotr Mandrysz, to na spotkaniach z dyrektorem miał on przedstawianą listę zawodników, którzy mogli dołączyć do składu. Część z tych propozycji spotkała się z akceptacją trenera, a część nie. Zasadniczo w mojej ocenie Darek Motała pełnił swoje obowiązki dobrze. Uważam, że był przygotowany, miał pojęcie o tym, co robi i to, że ekstraklasa się po niego zgłosiła, to mnie nie zdziwiło. Jeśli zaś chodzi o jego umowę, to kończyła się ona 30 czerwca i przed tym dniem została przedłużona. To nie było też tak, że dyrektor nie wiedział, na czym stoi i do ostatniej chwili trzymaliśmy go w niepewności. Jeśli chodzi o odejście, to odbyliśmy długą rozmowę i razem doszliśmy do wniosku, że takie pożegnanie będzie dla nas najlepsze. Nie chcę odnosić się do tego, czy już wtedy Darek miał umowę w Lubinie, czy nie, bo tego nie wiem. Dla mnie normalną sprawą jest, że ktoś odchodzi z jednego klubu i idzie od razu do drugiego. Mamy dalej poprawne relacje i życzę Darkowi wszystkiego dobrego w jego dalszej karierze.
Czy mógłbyś wyjaśnić kwestię związaną z przesunięciem do rezerw Damiana Garbacika?
To ja zadecydowałem o przesunięciu Damiana do treningów z zespołem juniorów. Wbrew podejrzeniom strzelona samobójcza bramka w meczu z Wigrami nie miała automatycznego przełożenia na taką decyzję. Nikt nie stwierdził przecież, że Damian strzelił takiego gola specjalnie. Po tym meczu zaprosiłem Damiana na rozmowę. Wtedy też zadecydowałem, że najlepiej będzie, jak Damian złapie pewien dystans, pewne rzeczy sobie przemyśli i poukłada w głowie. Zewnętrzna ocena kibiców tej decyzji mnie w tej sytuacji nie interesowała, gdyż tylko wąskie grono ma wiedzę na temat tego, o czym rozmawialiśmy na tym spotkaniu. Żeby nie było niedomówień — Damian na tej rozmowie zachowywał się normalnie, nie było żadnych problemów, nazwijmy to „wychowawczych”. W trakcie tej rozmowy odniosłem wrażenie, że Damian potrzebuje przerwy i uzgodniliśmy, że takie przesunięcie nastąpi, ale już wtedy ustaliliśmy, że za jakiś czas zawodnik wróci do pierwszej drużyny, że jest to przesunięcie czasowe. Dalej jestem przekonany, że w tamtym momencie to było najlepsze wyjście dla wszystkich.
Jak wygląda od środka sytuacja akademii Młodej GieKSy? W ostatnim czasie wiele krytyki zbiera ona wśród kibiców, czy też rodziców.
Najpierw generalna uwaga — każda akademia, gdzie trenuje kilkaset dzieci, naraża się na niebezpieczeństwo takich negatywnych komentarzy. Jeśli w roczniku jest kilkadziesiąt dzieci, to wiadomo, że jedni grają w tych fajniejszych turniejach, a inni w mniej fajnych. Dodatkowo duża część rodziców będzie uważać, że to właśnie ich dziecko jest najlepsze i to ono powinno grać w najlepszej drużynie. Akademia Młoda GieKSa jest już na takim etapie, gdzie coraz ciszej można mówić o tym, że cały czas jest rozruch, budowa i czekamy na efekty. Te pierwsze efekty już powinny powoli nachodzić. To będzie pierwszy etap mocnej weryfikacji tego, co zrobiono w ostatnich latach. Myślę jednak, że to nie jedyna płaszczyzna takiej weryfikacji. Patrząc na inne akademie, to taka praca nie powinna się ograniczać jedynie na szkoleniu tych, którzy są w klubie, ale również na wyszukiwaniu zdolnych zawodników w innych drużynach i wzmacniania nimi akademii. Mam nadzieję, że stabilna sytuacja finansowa akademii pozwoli także na to, żeby stawiać poszczególnym rocznikom cele — czy to indywidualne, czy drużynowe. Bardzo bym chciał, by drużyny Młodej GieKSy grały w CLJ, bo to jest dobra podbudowa pod pierwszy zespół. Trzeba dawać możliwość młodym. Ja – także w kontekście likwidacji zespołu rezerw – uważam, że trzymanie ludzi w rezerwach, którzy mają po 22-23 lata nie ma większego sensu. Jeśli nie przebili się wcześniej, to raczej GieKSy już nie zbawią. Jeśli zaś chodzi o samą młodzież, to teraz z dużym zaciekawieniem jadę na turniej do Warszawy, gdzie dwa młode roczniki GieKSy awansowały do turnieju finałowego o Puchar Prezesa PZPN–u. Chętnie obejrzę, jak wypadną na tle innych drużyn z całego kraju.
Dlaczego współpraca z Rozwojem idzie tak opornie?
Przez długie lata bardzo szkodliwy wpływ miały animozje personalne. Nawet nie na płaszczyźnie prezesów, ale na niższych poziomach. Pojawiały się spory i rywalizacja o to, kto jest w danym roczniku lepszy, a mecz derbowy między drużynami urastał do największego wydarzenia w sezonie. Taka sytuacja była niezdrowa i nie pomagała stosunkom pomiędzy klubami. Te wzajemne animozje trwały wiele lat i tego nie można było ot, tak zmienić. W momencie, gdy prezesem Rozwoju został Zbigniew Waśkiewicz, to zaczęliśmy rozmawiać na temat współpracy. Podpisana w lipcu zeszłego roku umowa nie daje gotowych rozwiązań dla każdej sytuacji, ale wyznacza pewne ramy. Niewątpliwie Rozwój ma duże sukcesy w szkoleniu młodzieży, więc naturalną jest chęć umożliwienia tym chłopakom grania w klubie, który jest w wyższej lidze — tym bardziej że oba kluby są z jednego miasta, a obie akademie są wspierane przez miasto Katowice. Wiem, że najtrudniejszy jest ten pierwszy krok, w którym zawodnik Rozwoju stanie się pełnoprawnym zawodnikiem pierwszej drużyny GieKSy. Trzymam mocno kciuki za to, by taki transfer nastąpił jak najszybciej, bo to pozwoliłoby przełamać kolejną barierę do pełnej współpracy obu klubów.
Kibice często domagają się rozwiązania kontraktów z zawodnikami. Czy to jest takie proste, jak się wydaje?
Rozwiązanie kontraktu za porozumieniem stron zawsze jest możliwe, ale nie zawsze jest łatwe i tanie. Od strony prawnej umowy piłkarskie są bardzo dobrze zabezpieczone. Wszystko zależy od zdolności negocjacyjnych, przekonania danego zawodnika do tego i — tak jak przy trenerach — trzeba mieć mocne przekonanie, że na jego miejsce przyjdzie ktoś, kto będzie lepszy. Jeśli chodzi o takie łatwe recepty, to bardzo często są one przekazywane przez osoby, które nie mają wiedzy na temat zapisów kontraktów, tego, jaką zawodnik odgrywa rolę nie tylko na boisku, a w szatni, jaki ma wpływ na drużynę. Jeśli chodzi o aktualną sytuację, to mówienie o zmianach w zimie na poziomie więcej niż 3-4 piłkarzy, jest moim zdaniem bardzo ryzykowne. Takich przykładów było wiele – choćby swego czasu Flota. Zresztą teraz jestem bardzo ciekaw, jak po dużych zmianach będzie funkcjonował na przykład Raków Częstochowa. Co do części kibiców to ich słowa, że trzeba „wywalić wszystkich, budować od nowa” to ocena nazbyt ogólna i przez to niesprawiedliwa. Może kolejny raz się narażę, ale z całą mocą podkreślę, że aktualna szatnia GieKSy to nie jest siedlisko leserów i lekkoduchów, którzy wybrali to miejsce na ziemi, by przeżyć kolejne miesiące ze swojego życia. W końcu to w niej zasiadają ludzie, których jeszcze nie tak dawno przy Bukowej oklaskiwano, a rok temu w przerwie zimowej byli na 2. miejscu w tabeli. A że nie wszyscy zawsze znajdują się w optymalnej formie to specyfika sportu i efekt wielu różnych czynników, nie zawsze zależnych tylko od samych zawodników. Zresztą tak po prawdzie to, jaka jest pewność, że przyjdzie 20 czy 25 innych, lepszych piłkarzy, którzy szybko zaadoptują się do klubu i z ich udziałem nastąpi pasmo sukcesów? Poza tym taka drastyczna wymiana w środowisku piłkarskim mogłaby przynieść odwrotny efekt. Piłkarze mogą nie chcieć przychodzić do klubu, który nie jest stabilny, w którym piłkarze podpisują kontrakty, a nagle się ich wyrzuca w ramach jakiejś odpowiedzialności zbiorowej. W każdej takiej decyzji o rozwiązaniu kontraktu trzeba być ostrożnym i duża w tym rola trenera. To on musi zadecydować, czy danego zawodnika widzi w składzie, chce go oglądać i trenować. Co oczywiste, zmiany w kadrze na ogół są pożądane, bo nie ma takiej grupy ludzi, której nie można wzmocnić, ale decyzje o rozmiarze tych zmian winny być gruntownie przemyślane.
Czy zrobiłeś wszystko, co się dało w sprawie stadionu?
Nie brałem udziału w pracach żadnego zespołu w tej sprawie, ale przekazywaliśmy do miasta informację na temat naszych uwag i potrzeb. Jestem przekonany, że wykonaliśmy swoją pracę dobrze w tym zakresie. Partnerem dla miasta jest teraz osoba Marcina Janickiego i wiem, że on również nie zaniedba rzeczy, które są istotne z punktu widzenia funkcjonowania klubu na nowym stadionie.
Z perspektywy czasu, gdybyś mógł teraz tamtemu Wojciechowi Cyganowi doradzić, czy wchodzić w GieKSie, to co byś mu powiedział po tylu latach i czasie spędzonym w klubie?
Rozumiem, że jesteśmy w 2010 z bagażem doświadczeń z 2017 roku? Wtedy w 2010 przy pierwszej propozycji wejścia do klubu, odmówiłem. Teraz mając taką wiedzę i doświadczenie, nie zrobiłbym tego. Miałem wtedy obawy, czy uda mi się zdać egzamin adwokacki, czy nie zaniedbam czegoś, na co pracowałem całe lata. Moi koledzy z roku mieli 3-4 miesiące, by się do tego egzaminu przygotować, ja takiego komfortu nie miałem, ale ostatecznie efekt był pozytywny. Praca w GieKSie to bardzo ciężki kawałek chleba, wymagający czasem bardzo dużej odporności psychicznej. Pamiętam np. wigilie, które zaczynałem od telefonów od komorników czy wierzycieli. Dostawałem też SMS-y, które były bardzo osobiste i trudne dla mnie. Ludzie pisali o sytuacjach życiowych spowodowanych tym, że GieKSa nie płaciła. Ja w tamtym momencie nie miałem możliwości, by płacić, bo klub tonął w długach. Czasami trzeba było angażować prywatne środki… Teraz ktoś powie, że można się było zachować inaczej, lepiej, ale w tamtym czasie tych decyzji było dziesiątki dziennie, przychodziły wezwania do zapłaty, wyroki, zajęcia komornicze. Pojawiały się wciąż nowe problemy. Wtedy naprawdę pracowaliśmy po 20 godzin dziennie na rzecz klubu. Ktoś powie, że to nie sztuka wyjść z problemów przy wsparciu miasta. Jak słyszę takie argumenty, to polecam tym ludziom, by poszli do miasta i poprosili o wsparcie dla klubu w takim położeniu, w jakim wówczas była GieKSa. Ciekaw jestem, co by usłyszeli. W jednym z artykułów zobaczyłem wyliczenia, ile to pieniędzy miasto Katowice przeznaczyło na klub za moich czasów. Zostało to przedstawione jako zarzut. Ja uważam to za swój sukces. To, że w ekstremalnie trudnym momencie udało mi się przekonać władze miasta do tego, że w GieKSę warto inwestować i pomóc klubowi spłacić zobowiązania, to coś, co zadecydowało, że klub dalej funkcjonuje, tyle że już na dużo spokojniejszych wodach. Za to wielkie brawa należą się miastu i jego władzom. Zresztą, co ciekawe, ci, którzy twierdzą, że oni lepiej zarządzaliby klubem w trudnych czasach, jakoś dziwnie nie zgłaszali swoich kandydatur w sytuacji milionowych zobowiązań, braku pewności co do przyszłości klubu czy też możliwej odpowiedzialności za część długów prywatnym majątkiem moim i Marcina.
Z drugiej strony, co z życiem osobistym?
Szczerze, jeśli chcesz wejść w klub tylko by administrować nim, to nie rób tego. Ja absolutnie nie mam poczucia, że coś straciłem przez to, że byłem zaangażowany w pracę w klubie. Dla mnie GKS to nie są zmarnowane lata, to jest przygoda mojego życia. Dzięki tej pracy moje życie się zmieniło. Poznałem masę fajnych ludzi. Może coś mi uciekło, ale nie należę do tych, którzy rozpamiętują i żałują zdarzeń z przeszłości.
Co dalej z Wojtkiem Cyganem?
Na pewno nie szukam teraz propozycji, które by mnie angażowały w takim stopniu, jak praca jako prezes GKS-u Katowice. Po moim odejściu pojawiały się zapytania i to nie tylko ze sportu, ale na dziś potrzebuję czasu i złapania dystansu przed kolejnymi wyzwaniami. Pewnie, jeśli pojawiłby się jakiś ciekawy projekt, to będę myślał nad swoim zaangażowaniem się, o ile oczywiście osoby decyzyjne będą widziały w nim moją osobę.
Tym wywiadem zamykamy pewien rozdział związany z Twoją osobą i funkcją prezesa w GieKSie. Co byś chciał przekazać zatem kibicom?
Chciałbym, by kibice patrzyli na funkcjonowanie klubu z uwagą, z żywym zainteresowaniem, ale przede wszystkim by nie zapominali, że są kibicami i powinni być z klubem na dobre i na złe. Bez kibiców klub nie istnieje i na pewno nie będzie dobrze funkcjonować. Bez wsparcia trybun, czy też takiego codziennego zainteresowania, ten projekt nie ma przyszłości. Nikt nie będzie budować dużego klubu sportowego tylko po to, by ludzie w administracji mieli pracę, czy zawodnicy pograli sobie na boisku, tafli lub parkiecie. Prosiłbym też kibiców o powściągliwość w niektórych ocenach, bo naprawdę nie wszystko jest takie, jak na pierwszy rzut oka widać. Łatwo wydawać opinie, komentować, ale najpierw warto poznać uzasadnienie danej decyzji. Życie klubu, zwłaszcza wielosekcyjnego, to wiele różnych działań każdego dnia. Jak to w życiu – nikt nie ma patentu na nieomylność i nawet jeśli po tygodniach, miesiącach czy latach pewne decyzje nie są w stanie się obronić, to trzeba z tego wyciągać dobre wnioski na przyszłość i iść do przodu. Chcę też, by kibice pamiętali, że GKS Katowice to projekt na długie lata i o przyszłości nie będzie decydować jedynie pierwszy mecz z Puszczą Niepołomice na wiosnę. Kibice muszą być z klubem przez cały czas, bo tylko tak rodzi się sukces. Na koniec, jeśli mogę siebie ocenić, to wydaje mi się, że swoją robotę wykonałem solidnie i na pewno w każdej decyzji szukałem dobra klubu. Teraz mocno trzymam kciuki i wierzę, że w niedługim czasie będę mógł się cieszyć z sukcesów każdej z sekcji. Kibicom zalecam cierpliwość i wiarę w tych ludzi, którzy są w klubie. Oni naprawdę chcą silnej GieKSy. A tym wszystkim, którzy chcą mi coś przekazać pod tekstem w komentarzach, to zapraszam do rozmowy osobistej czy też przy pomocy mediów społecznościowych. Anonimowych komentarzy i wpisów na forum nadal nie czytam i nawet ta rozmowa z Wami mojego stanowiska w tym zakresie nie zmieni (śmiech).
Rozmawiali: Błażej, kosa
Felietony Piłka nożna
Dawid Kudła GKS!
Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.
W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.
Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.
Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.
Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.
Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.
Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.
Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.
GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.
Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.
W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.
W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.
Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.
Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.
Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.
A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.
Felietony Piłka nożna
GieKSa bawi się w Opalenicy
No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.
Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.
Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.
„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.
To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.
Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.
No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.
I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.
Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.
Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!
Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.
Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.
Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.
PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!
Kibice Piłka nożna
Wyjazdy kibiców GKS Katowice – wiosna 2026
Zapraszamy do podsumowania wyjazdów w rundzie wiosennej sezonu 2025/26 w wykonaniu kibiców GKS Katowice.
Tradycyjnie należy zacząć od turnieju halowego Spodek Super Cup, który rozgrywany był w styczniu. Frekwencja wyniosła ponad 6500 widzów. GieKSa, jak co roku, wystawiła największy młyn, liczący 1200 osób. Drugim najliczniejszym składem był Górnik Zabrze, który zawitał w 900 gardeł. Warto odnotować, że Torcida obok GKS to jedyna kibicowska kapela, która wystąpiła we wszystkich edycjach Spodka (licząc od 1995 roku). Trzecią najliczniejszą ekipą był ROW Rybnik, który zasiadł po naszej prawej stronie w sile 132 Gladiatorów. W 100 osób obecny był JKS Jarosław, który spóźniony zasiadł w naszym młynie oraz Wisłoka Dębica, która przyjechała w 40 fanatyków. Symbolicznie zameldowała się również Wieczysta Kraków, która miała 10 przedstawicieli z flagą.
W połowie stycznia nasza hokejowa duma ponownie mogła reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej w Pucharze Kontynentalnym, który rozgrywany był w Nottingham. Przez trzy dni rywalizacji graliśmy kolejno z HK Mogo (Łotwa), gospodarzami Nottingham Panthers oraz Herning Blue Fox (Dania). W trakcie tego maratonu spotkań hokeiści mogli liczyć na doping 500 Trójkolorowych fanatyków, a GieKSa UK zorganizowała przemarsz ulicami Nottingham.
Z końcem stycznia przyszło nam jechać na pierwszy wyjazd w rundzie wiosennej. Do Lubina w piątek wybrało się 485 fanatyków, w tym 1 kibic Banika Ostrava. Piłkarze odnieśli ważne zwycięstwo 2:0, a na meczu zadebiutowała machajka „GieKSa Banik” z okazji 30-lecia zgody, którą będziemy świętowali cały 2026 rok.
Pod koniec lutego graliśmy w Gdyni. W niedzielę do Trójmiasta wybrało się 688 osób, w tym 1 fan JKS Jarosław. Niestety, przez opóźnienia, bramkę naszych zawodników w 34. sekundzie świętowaliśmy pod bramami otoczni przez policję. Weszliśmy w 15. minucie, a Arka wygrała 2:1.
Na początku marca pojechaliśmy pierwszy raz w historii do Radomia, który po kilkunastu latach doczekał się otwarcia sektora gościa i końca wieloletniej budowy stadionu. W niedzielne popołudnie stawiło się 751 GieKSiarzy, w tym 16 Świrów z Jarosławia. Był to komplet i z automatu nasz najlepszy wyjazd w historii do Radomia. GKS wygrał 1:0.
W połowie marca „po raz trzeci” graliśmy z Jagiellonią w Białymstoku. Na wyjazd w środku tygodnia zdecydowało się 259 GieKSiarzy, w tym 2 fanów Banika Ostrava. Niestety zbiegło się to z informacją o śmierci Sissiego. Transparentem w Białymstoku oddaliśmy mu hołd. Jagiellonia była lepsza na boisku i wygrała 2:1.
Już w niedzielę, zaledwie cztery dni po Białymstoku, graliśmy na stadionie Pasów. Była to nasza pierwsza wizyta na Cracovii po 13 latach. Dzięki dodatkowej puli biletów mogliśmy się pokazać w 1128 osób, w tym 50 Banik Ostrava. Była to nasza najliczniejsza wizyta w historii na stadionie KSC. Drużyna dość nieoczekiwania przegrała 0:1.
Chwilę później, bo w czwartek 9 kwietnia, graliśmy półfinał Pucharu Polski. Wybraliśmy się w 400 osób, w tym 5 kibiców Banika Ostrava i 1 fan JKS Jarosław. Piłkarze walczyli do końca, jednak seria jedenastek sprawiła, że to RKS pojechał na Stadion Narodowy do Warszawy.
Niestety nie było czasu na przeżywanie rozczarowania bo jechaliśmy do Poznania na mecz z Mistrzem Polski. Na Bułgarskiej zameldowało się 740 GieKSiarzy, w tym 2 Banik i 1 JKS. Na murawie padł remis 3:3.
Pod koniec kwietnia graliśmy w Kielcach, a Koroniarze udostępnili nam dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na mecz wybrało się 1281 fanów GieKSy, w tym 1 przedstawiciel FCB, co jest naszym rekordem wyjazdowym w Kielcach. Na trybunach zaprezentowaliśmy choreografię „Ultras” w asyście pirotechniki, a na murawie padł remis 1:1.
W maju graliśmy derby z Piastem Gliwice i tu też mogliśmy liczyć na dodatkową pulę biletów. Ostatecznie na wyjeździe zameldowało się 1322 GieKSiarzy, w tym 25 Banik i 1 JKS, co było naszym najlepszym wyjazdem w historii do Gliwic. Na murawie 0:0.
Z końcem maja przyszło coś, o czym nikt w lutym nie miał prawa marzyć. Do Szczecina pojechało 990 osób, które świętowały powrót po 23 latach do Europy! W tej liczbie nie zabrakło 8 Świrów i 2 Chacharów. W pierwszej połowie wszyscy byliśmy ubrani na żółto, a w drugiej części na biało, co było kolejnym elementem obchodów 30-lecia Przyjaźni z Banikiem. Towarzyszył temu transparent: Jedni liczą korzyści, my wspólne lata – GieKSa & Banik do końca świata”. Był to nasz najlepszy wyjazd w historii do Szczecina.
Łącznie na wszystkich 20 wyjazdach w sezonie 2025/26 pojawiło się 17923 GieKSiarzy. Komplet wojaży zaliczyło co najmniej 38 osób – gratulujemy!
Wiosną GieKSiarze regularnie wspierali Banik na wszystkich wyjazdach, o ile GieKSa nie grała swojego meczu. Byliśmy między innymi w 120 osób w Pradze na spotkaniu ze Slavią. Banik mógł także liczyć na wsparcie w Ostrawie – pojawiliśmy się np. w 430 osób na meczu ze Zlinem i w 100 na barażu z FC MAS Taborsko.
JKS Jarosław wspieraliśmy między innymi na derbach Podkarpacia z Polonią Przemyśl. Do Jarosławia zawitała delegacja 100 GieKSiarzy, którzy wspólnie z JKS-em świętowali po 8 latach awans do trzeciej ligi.
Podobnie było z ROW Rybnik, który w Łaziskach przypieczętował awans do trzeciej ligi. Wśród 159 osób obecna była delegacja 15 GieKSiarzy.
Fani GieKSy byli obecni także na wszystkich meczach reprezentacji Polski oraz podczas rocznic ważnych dla naszej Ojczyzny.
Część materiałów została zaczerpnięta ze strony www.GzG64.pl – najlepszej kroniki kibiców GieKSy.



















KaTe
9 lutego 2018 at 15:59
Dajcie spokój panu Cyganowi. Jego wpływ na poprawę sytuacji finansowej Gieksy jest zerowy… Natomiast, głupie decyzje o likwidacji rezerw i w sprawie Garbacika spadają już na jego konto. Poza tym, naiwna wiara w fachowość „Darka” Motały nie świadczy najlepiej o rozeznaniu b. prezesa.
Mecza
9 lutego 2018 at 17:50
Mądre słowa „uważam, że trzymanie ludzi w rezerwach, którzy mają po 22-23 lata nie ma większego sensu. Jeśli nie przebili się wcześniej, to raczej GieKSy już nie zbawią.” Niestety u nas jest kilku „wieczny nie istniejących” w kadrze 1 zespołu.
Mecza
10 lutego 2018 at 08:10
Zabrakło pytania o Trochima. @KaTe bardzo płytka uwaga, chyba nie czytałeś uważnie. Pozdrowienia Prezesie. Dziękuję są wszystko co zrobiłeś dla mojego ukochanego GKS.
Irishman
10 lutego 2018 at 19:59
Prezes okazał się genialnym człowiekiem na czasy kryzysu, zapisując się na stałe w panteon najważniejszych ludzi związanych z GieKSą! Tego mu już nikt nie zabierze.
Niestety potem było znacznie gorzej
Moim zdaniem powinien być konsekwentny i nie wracać już latem na to stanowisko. No ale po fakcie to każdy jest mądry.
Dziękuję panie Wojciechu za wszystko!
Dziadek
11 lutego 2018 at 02:04
Nie przyłączę się do peanów na cześć byłego prezesa. Nawet z tego wywiadu wynika jaka przez lata była amatorszczyzna i ile decyzji podejmowanych było na zasadzie „chciejstwa”. A już szczytem jest sprowadzanie zeszłorocznego braku awansu do meczu z Kluczborkiem. To była wisienka na torcie, zresztą prymitywnie tam postawiona… W kilku wcześniejszych meczach drużyna w pewnym momencie po prostu przestawała grać. A Kluczbork to była jawna kpina z kibiców. I prezes nie wyciągnął konsekwencji, a nawet nie był w stanie z honorem odejść. Odejście Cygana z Gieksy było o jakieś 3 lata spóźnione.
Irishman
11 lutego 2018 at 09:08
@Dziadek, peany jak najbardziej należą się prezesowi za uratowanie klubu!!!
Problem polega na tym, że niestety potem ten styl działania, która nas wcześniej uratował, kompletnie się nie sprawdził.
Powinien odejść 3 lata temu? Nie zgadzam się! Zrobił dobrą robotę i chciał ją kontynuować. Zresztą projekt awansu w dwa lata miał wszelkie szanse powodzenia! I niewiele zabrakło, aby się udał.
Ale po jego zakończeniu powinien tak jak zapowiadał odejść, bo straciliśmy pół roku i trochę pieniędzy na nie trafione decyzje. No chyba… że jakimś cudem jednak awansujemy wtedy to będzie zasługa także tych decyzji, które dziś uznajemy za błąd.
No ale po fakcie to się łatwo ocenia.
anty grzyb
11 lutego 2018 at 10:45
Prawda jest i tego nikt mu nie odbierze ze Prezes Cygan zmienil ten klub na lepsze. Sciagnoł do klubu chcacych duzo zrobic mlodych fajnych ludzi z zapalem i entuzjazmem. Nie poradził sobie z szatnia i tego nikt tez nie zaprzeczy. Plan awansu do Ekstraklasy w dwa lata spalil na panewce i nikt nie odpowiedział za to .Piłkarzyki graja dalej i robia z nami co chca a mi IDIOCI WIERNI jak zaczarowani chodzimy i bedziemy chodzic i co najgorsze zyjemy tym i zyc bedziemy.Dziekuje Panie Prezesie za dobra robote a Gieksie i sobie zycze by nie bylo gorzej
Dziadek
11 lutego 2018 at 15:49
@Irishman ale ja mu nie odbieram chwały za uratowanie klubu i doprowadzenie do finansowej płynności. Tylko że… taka misja powinna trwać 3-4 lata. Wtedy wszyscy zapamiętalibyśmy go jako tego, który uratował klub.
Jego późniejsze działania to dla Gieksy smutny okres. Nietrafione decyzje personalne (dyrektorzy sportowi), podpisywanie kontraktów z których do dzisiaj ciężko się wygrzebać, nieumiejętność znalezienie sponsora strategicznego (nie mówię o chwilówkach i osiedlu, tylko o takim, który stanie się właścicielem klubu, bo tylko tak można budować profesjonalizm), nieumiejętność zdyscyplinowania niektórych zawodników, którzy z Gieksy zrobili sobie fajną przystań (kłaniają się powody odejścia Trochima). Mam wrażenie, że Gieksa bardziej była potrzebna Cyganowi niż Cygan Gieksie. Zasiada teraz w kilku zarządach, mimo że w samej Gieksie jego praca jest oceniana niejednoznacznie. To odpowiedź dlaczego siedział tu tak długo. Po trzech latach i uporządkowaniu spraw finansowych nie byłoby zarządu HC ani PZPN… Teraz już mógł odejść bo ma poduchę finansową. Brutalna prawda. Janicki powinien „nastać” już rok temu, może dziś kupowalibyśmy karnety na ekstraklasę. Ja nie mówię, że Cygan był totalnie zły i nie chciał. Chciał, ale jak wielu w katowickim kurwidołku po prostu nie potrafił. Ludzie patrzcie realnie. Z tego bezowocnego czasu spędzonego na zapleczu ekstraklasy śmieje się już cała Polska. Zdążyła wejść Arka, Termalika, Sandecja. Górnik zdążył spaść i dzięki naszym prezentom awansować. Itd itp. A murowany kandydat nadal w 1 lidze…
Irishman
11 lutego 2018 at 22:57
@anty grzyb – „spalić na panewce” tzn. na samym początku, a to nieprawda.
@dziadek, facet dokonał fantastycznej rzeczy, a przy okazji zżył się z klubem. Chciał poprowadzić go do sukcesów, w NARESZCIE normalnych warunkach. Czy to takie dziwne? Tym bardziej, że czuł się na siłach, kibice tez myśleli, ze to najlepszy kandydat!
Tak naprawdę dopiero latem minionego roku boleśnie okazało się, że potrzebne są zmiany.
Dlatego ja, osobiście mam tylko o to pretensje, że nie odszedł latem, bo potem działania Zarządu to już było pasmo klęsk.
A to, ze inni lecą w dół, stają na nogi i prześcigają nas kolejne razy w walce o awans… No widać taki nasze j…e szczęście! Ale w końcu, jak karta się odwróci, a los odda to co zabrał to NIC NAS NIE POWSTRZYMA W WALCE O SAME ZASZCZYTY!!!