Kibice Klub Piłka nożna
[WYWIAD] GKS lepiej jest postrzegany w Polsce niż u nas w Katowicach
Jutro minie dokładnie 150 dni od czasu, gdy Wojciech Cygan podał się do dymisji. Od tego czasu praktycznie nie udzielał wywiadów, a w mediach znalazło się jedynie kilka krótszych rozmów. Uznaliśmy w redakcji, że warto spotkać się z osobą, która przez 7,5 roku tworzyła GKS Katowice. Były prezes przystał na nasze zaproszenie.
Warto dodać, że trochę czasu spędziliśmy na przekonywaniu naszego rozmówcy, że taki wywiad ma sens. Rozmowa jest swego rodzaju klamrą, która spina okres Wojciecha Cygana w GieKSie. Po nagłej dymisji pojawiło się kilka pytań, m.in. o Damiana Garbacika, drużynę rezerw, czy menedżera Dariusza Motałę, które tak naprawdę nigdy nie zostały wyjaśnione. Poruszyliśmy te kwestie w poniższej rozmowie. Oprócz tego nie mogło zabraknąć pytań, o całokształt działań przez te ponad siedem lat. Wojciech Cygan zastał GieKSę biedną, z ogromnymi problemami i stojącą na krawędzi istnienia. Zostawił stabilną organizacyjnie, gdzie finanse i licencja nie stanowią problemu. Nie przedłużamy i… zapraszamy do wywiadu!
Minęło niecałe 150 dni od czasu, gdy zrezygnowałeś z bycia prezesem w GieKSie. Szybko zleciało?
To ciągle krótki okres, bo przez te 7,5 roku mocno związałem się z klubem. Dalej łapię się na tym, że zaczynam i kończę dzień od sprawdzenia tego, co tam ciekawego się dzieje w GieKSie. To oprócz wiadomego sentymentu bierze się także z tego, że dalej jestem zaangażowany w sprawy związane z GKS, choć już nie jako osoba zarządzająca, a jedynie nadzorująca – jak to ma miejsce choćby w spółce hokejowej. Myślę, że wszystkie osoby, które pracowały w GieKSie, a później z niej odeszły, świetnie rozumieją, o czym mówię. Trudno jest tak po prostu odejść z klubu i stracić z nim całkowicie kontakt.
Czym się teraz zajmujesz?
Dalej jestem w piłce. Zasiadam w zarządzie PZPN, a moja kadencja kończy się pod koniec 2020 roku. Oprócz tego pracuję w kilku organach związkowej centrali. Pełnię także funkcję wiceprezesa Pierwszej Ligi Piłkarskiej i jestem tam odpowiedzialny przede wszystkim za sprawy prawne. To na pewno w jakiś sposób absorbuje, bo dość często muszę pojawiać się w Warszawie. Prowadzę także kancelarię adwokacką, która funkcjonuje i na pewno będę chciał, by tak było dalej. Piłka nożna na pewno wciąga. Przez te wiele lat spotkałem naprawdę masę osób i teraz mam większą okazję, by się z nimi spotykać, często w milszej i spokojniejszej atmosferze.
Mecz w Sosnowcu to był taki punkt kulminacyjny?
Moja decyzja, która zapadła zaraz po jego zakończeniu, nie miała związku tylko z wynikiem spotkania. To było narastające we mnie przekonanie, że w klubie potrzebna jest zmiana. I to nie na zasadzie kolejnej wymiany trenera, czyli tak jak się często dzieje w wielu klubach. Nie chciałem udawać, że to jest jedyny sposób na rozwiązanie problemu, w jakim sportowo znalazła się sekcja piłki nożnej. Trener pozostał i myślę, że wówczas to była dobra decyzja, bo mimo tych spotkań derbowych, mamy taką pozycję, że awans w tym sezonie dalej jest możliwy. Moja decyzja narastała we mnie od pewnego czasu. Największym ciosem była dla mnie sytuacja po meczu z Kluczborkiem. Wtedy odpadliśmy de facto z walki o awans, który miał być ukoronowaniem mojej aktywności w GieKSie. Jeśli miałbym wskazać punkt kulminacyjny, to byłoby właśnie to spotkanie, a nie mecz w Sosnowcu. Podaliśmy się wtedy razem z Marcinem Janickim do dymisji, ale potem, po rozmowach z właścicielem, zdecydowaliśmy się spróbować jeszcze raz. Początek tego sezonu był jednak bardzo ciężki. Mecz z Puszczą, z Siedlcami i napięta atmosfera, która eskalowała po meczu w Sosnowcu, to był ten moment, w którym podjąłem decyzję, że czas odejść. Chciałbym podkreślić, iż nie zostałem przez kogokolwiek zwolniony. To była moja samodzielna decyzja. Moment był odpowiedni, bo pozwolił wstrząsnąć klubem i to nie tylko piłkarzami, ale całą strukturą.
Nie uważasz, że zbyt szybko odszedłeś?
Na pewno to nie była decyzja podjęta zbyt szybko. Miałem czas by ją przemyśleć. Nawet teraz po kilku miesiącach jestem przekonany, że to był odpowiedni krok – i dla mnie, i dla GieKSy. Osiągnięcie sukcesu bez poprawnych relacji między piłkarzami a kibicami, pracownikami klubu czy sponsorami, jest według mnie bardzo, bardzo trudne. Dlatego też, jeśli moja dymisja mogła w tym jakoś pomóc, to myślę, że wybrałem dobrze.
Z jakimi reakcjami spotkałeś się przed i po ogłoszeniu swojej decyzji?
Od dłuższego czasu dużo mniejszą wagę przywiązywałem do wpisów w mediach społecznościowych, czy na forum, choć oczywiście docierały do mnie czasami informacje, co tam jest wypisywane. Od dawna staram się nie czytać w ogóle komentarzy, bo za większością z nich kryją się kompletnie anonimowe osoby. Zdarzało się, że dostawałem od takich osób mało przyjemne wiadomości, ale pojawiały się także głosy od kibiców, którzy mnie wspierali, dziękowali lub nawet dziwili się, że podjąłem taką decyzję. I proszę mi wierzyć — to nie były głosy pojedyncze. To był bardzo miły moment, a po opublikowaniu pożegnania (które pojawiło się też na GieKSa.pl) to się jeszcze bardziej nasiliło. Raz jeszcze za to dziękuję.
Dlaczego GKS Katowice nie awansował do Ekstraklasy w poprzednim sezonie?
To jest bardzo dobre pytanie, bo mimo upływu czasu — wszak to już ponad pół roku — to ciągle najczęściej zadawane mi pytanie. Zadają je wszyscy, którzy są związani z branżą piłkarską. Mecz z Kluczborkiem cały czas siedzi mi głowie. Nie potrafię racjonalnie i ze stuprocentowym przekonaniem odpowiedzieć, co się wtedy wydarzyło. Pamiętam pierwsze minuty, dwie bramki i absolutną kontrolę nad tym, co dzieje się na boisku. To już nawet nie chodzi o tę ostatnią bramkę w meczu, ale o sam fakt, że Kluczbork strzelił wcześniej dwie i wyrównał stan meczu. Jest to dla mnie naprawdę trudne. Przed meczem z Kluczborkiem trener Brzęczek powiedział mi, że jeśli wygramy trzy spotkania, to awansujemy. I okazałoby się to prawdą… Ta ścieżka do upragnionego awansu wówczas nie wyglądała jakoś ekstremalnie trudno – mecze z Kluczborkiem, Grudziądzem i Bytovią. Z perspektywy czasu myślę, czy właśnie wtedy — przed meczem z Kluczborkiem — nie trzeba było podjąć jakiegoś działania. Może lekki wstrząs personalny, a może idąc w drugą stronę np. zgrupowanie? Teraz to już takie „gdybanie”. Zarząd zasadniczo powinien zapewnić najlepsze warunki dla dyrektora, trenera i piłkarzy. I tak na pewno było. Każdy to potwierdzi, że od strony organizacji klub był gotowy na ten awans – i to także, jeśli chodzi o premie czy zapisy w kontraktach gwarantujące przedłużenia umów po awansie. Liczne pomysły, które były zgłaszane przez sztab szkoleniowy czy dyrektora, były omawiane i praktycznie w całości wdrażane. Projekt „Jerzy Brzęczek” był skrojony na GieKSę, przynosił długo bardzo dobre efekty i nagle — w ciągu kilkudziesięciu minut — zakończył się z hukiem. Odrzucam skrajne teorie — takie o działaniach niezgodnych z przepisami. Bardziej stawiałbym na sprawy związane ze sferą mentalną.
Jakbyś skomentował to, co powiedział menedżer Dariusz Motała, że według niego na awansie bardziej zależało trenerowi niż piłkarzom?
Wydaje mi się, że w tej wypowiedzi nie chodziło o samo uderzenie w piłkarzy, ale bardziej podkreślenie, jak bardzo na awansie zależało trenerowi. Ja nie mogę zarzucić piłkarzom jako grupie, że nie chcieli awansu. Pamiętam, jak wyglądali po meczu z Kluczborkiem. Nie mam też żadnego dowodu, by oceniać indywidualnie, że komuś nie zależało, że ktoś odpuścił. Myślę też, że trener Brzęczek miał wiele racji, mówiąc, że dla wielu z tych chłopaków to była jedyna szansa na awans do Ekstraklasy, która już nigdy się nie powtórzy. I jeszcze raz podkreślę, że na tym awansie na pewno zależało miastu i bezpośrednio władzom Katowic, sponsorom, zarządowi oraz pracownikom klubu. To wiem na pewno.
Zawiodłeś się na wielu osobach podczas czasu spędzonego przy Bukowej?
Wiadomo, że przez te lata było masę momentów, kiedy emocje grały dużą rolę. Nie wszystko układało się tak, jakbym to sobie zaplanował. Na pewno nie mam żadnych ukrytych pretensji. Jeśli miałem lub mam do kogoś coś personalnie, to ta osoba na pewno o tym wie. Zawsze starałem się o takich rzeczach mówić bezpośrednio. Nie chcę tego roztrząsać publicznie, ale na pewno jest tak, że z pewnymi osobami dalej utrzymuję kontakt, a z innymi moje drogi się rozeszły.
Jaki jest Twój największy sukces, a jaka największa porażka związana z GieKSą?
Niezależnie od tego, co by się nie działo przez najbliższe kilkadziesiąt lat i jakkolwiek ludzie, by nie oceniali tego okresu sportowo, to faktem jest, że przez ostatnie lata GieKSa przeszła przemianę. Klub wyszedł z ogromnych problemów finansowych i organizacyjnych. Przez te lata, wraz ze wszystkimi pracownikami, Marcinem Janickim, z ogromnym udziałem miasta Katowice i całej masy sponsorów, udało się zmienić postrzeganie GKS w Polsce. Klub przestał być uważany za finansowego trupa. Zostawiłem GieKSę w dobrej sytuacji finansowej, bez widma likwidacji. Nie ma już żadnych problemów licencyjnych. Miasto udało się przekonać do objęcia większościowego pakietu oraz przejęcia odpowiedzialności za klub. Urzędnicy byli zadowoleni z tych zmian do tego stopnia, że teraz na bazie GKS buduje się istotną część całego sportu zawodowego w mieście. Mam z tego ogromną satysfakcję. Do dziś nasz klub jest też pokazywany jako wzór podmiotu, który poradził się z ogromnymi problemami finansowymi. To podkreślają szczególnie przedstawiciele Komisji Licencyjnej PZPN. Oni nam kiedyś zaufali, uwierzyli w nasz plan i teraz tego nie żałują. Teraz gdy w zarządzie spółki nie ma już mojej osoby, to czas, by nowi ludzie na solidnych fundamentach budowali sukces sportowy, bo kwestie organizacyjne na pewno są na wysokim poziomie. Dziwi mnie tylko jedno, a mianowicie fakt, że rozmawiając z wieloma osobami z całego kraju, można odnieść wrażenie, że GKS lepiej jest postrzegany w Polsce niż u nas w Katowicach. Dobrze o klubie wypowiadają się nie tylko ludzie piłki, ale także siatkówki czy hokeja. I to z całego kraju. A u nas często słychać narzekania i wątpliwości – i nie mam tu na myśli samego wyniku sportowego, ale takie pojawiające się przeświadczenie, że jeżeli np. Tychy czy Gliwice wspierają swoje kluby to dobrze, a jeśli to samo robią w Katowicach, to już takie dobre nie jest…
Jeśli chodzi o błędy, to rozpamiętuję przede wszystkim te personalne. Należy jednak pamiętać, że nie ma takiego klubu, który ich nie popełnia. To jest nieodłączona część sportu. Bardzo często na papierze ktoś wyglądał super, ale np. potem nie umiał odnaleźć się w tak dużym klubie, jak GKS. Nie chcę już używać słowa „presja”, bo to jest słowo, które w Polsce jest wypowiadane chyba jedynie w kontekście GieKSy… Problem w postrzeganiu GKS polega na długim okresie bez wymiernego sukcesu sportowego. Często jednak zapomina się o tym, że klub balansował przez wiele lat na granicy istnienia. Czasami sam się łapię na tym, że pewnie moje rządy byłyby ocenianie niemal wyłącznie pozytywnie, gdyby Komisja Licencyjna swego czasu nam nie zaufała i spadlibyśmy do niższych lig. Raczej nikt nie miałby wtedy by do mnie pretensji, bo co ja sam wtedy mógłbym zrobić, mając na plecach przeszło 10 mln zł zobowiązań? A przez te kolejne lata pewnie byśmy na ten poziom pierwszoligowy wrócili… Jednakże wtedy – razem z miastem – postanowiliśmy walczyć i przez dwa kolejne sezony dostawaliśmy licencję na 1 ligę w ostatnich możliwych terminach po złożeniu stosownych odwołań. Doskonale zdaję sobie sprawę, że ciężko przekonać kibiców, którzy chodzą na mecze, że sukcesem jest to, że mając kilkumiesięczne opóźnienia w płatnościach, udawało się utrzymać w lidze, że przystępowaliśmy do spłaty długów czy pozyskiwaliśmy kolejnego sponsora. Oni chcą wygrywania, awansów i trudno im się dziwić, bo to klub sportowy. Patrząc na ostatnie lata, nie zapominajmy jednak, że mogliśmy startować kolejny raz od samego początku, a tak naprawdę dopiero ostatnie dwa sezony – ten zakończony na 4. miejscu i ten ostatni przegrany na finiszu – były rozgrywane w warunkach stabilizacji finansowej.
Zawsze w wywiadach powtarzałeś, że żałujesz zwolnienia trenera Moskala.
Chciałbym, by kiedyś wrócił do GieKSy, bo mam bardzo dobre zdanie na jego temat, jeśli chodzi o umiejętności trenerskie, budowanie relacji z szatnią. Trener Moskal załapał się na okres, gdzie płynność finansowa dopiero się tworzyła, a zdecydowanie gorzej pracuje się w momencie, kiedy ciągle myśli się, czy w tym miesiącu będzie wypłata i to pytanie krąży po szatni. Podkreślałem, że tej decyzji żałuję, bo myślę, że była podjęta pod wpływem emocji, które wtedy nie powinny na to wpływać. Ta decyzja nie obroniła się również pod innym względem. Nie mieliśmy przygotowanej alternatywy na taką sytuację. Teraz mając doświadczenie, wiem, że zawsze trzeba mieć przygotowany plan B, jeśli chcesz zmienić trenera.
Kto podjął decyzję o likwidacji zespołu rezerw?
Propozycja wyszła od Darka Motały. Dziś trzeba przyznać, że przedstawiony wówczas pomysł nie został wprowadzony w życie. Mniejsza o przyczyny, bo nie mogłem już tego obserwować od środka. Plan polegał na tym, że po spadku do okręgówki zamiast rozgrywek w tak niskiej klasie miały być organizowane mecze sparingowe z udziałem innych zespołów — czy to trzeciej-czwartej ligi, czy rezerw pozostałych klubów ze Śląska i nie tylko. Spotkania miały się odbywać na dobrych boiskach, przede wszystkim na bocznym boisku przy Bukowej — raz na dwa, trzy tygodnie — i zawsze pod okiem sztabu szkoleniowego pierwszej drużyny. Oprócz samego spadku drużyny rezerw to drugim ważnym powodem było to, że chcieliśmy postawić na zespoły juniorskie. Naszym celem było stopniowe wprowadzanie młodzieżowych drużyn do CLJ. Na tym fundamencie miało się budować coś, co w niedługim czasie powinno zaprocentować wzmocnieniami dla pierwszej drużyny. Nie uważam, by konieczne było posiadanie zespołu rezerw, by piłkarze byli w rytmie meczowym. Mamy dobre przykłady tego choćby w Białymstoku czy Kielcach. Nawet jeśli nastąpi zmiana w tym podejściu i powstanie znowu zespół rezerw to będzie on mógł starać się o grę w rozgrywkach A klasy, a nie jak niektórzy mówią — w C klasie. A klasa, to tylko liga niżej niż okręgówka, w której znaleźliśmy się, gdy likwidowaliśmy drużynę rezerw. To powinien być tylko sezon różnicy, więc nie demonizowałbym tego tematu. I raz jeszcze podkreślę, że – w mojej opinii – zaproszenie drużyn na mecze sparingowe jest dużo lepsze i wygodniejsze – także z punktu widzenia naszych drużyn młodzieżowych, bo w takich spotkaniach mogliby się też ogrywać czasem lepsi juniorzy, którzy pod okiem szkoleniowca pierwszej drużyny byliby o krok od pierwszej ligi. Chcę też podkreślić, że trener Mandrysz wiedział o tym planie, był mu przedstawiony i chociaż miał swoje wątpliwości, czy uwagi, to ostatecznie z taką decyzją się pogodził.
Sporo zamieszania było w lecie z osobą Dariusza Motały. Jego rozmowy w Lubinie, brak planu B, a później nowa umowa i szybka rezygnacja z jego osoby w ciągu sezonu.
Jeśli chodzi o rozmowy z Lubinem, to Dariusz Motała o nich mnie nie informował, ale ja o nich się szybko dowiedziałem z innych źródeł. Dla mnie nie było tutaj przekroczenia reguł z jego strony. Nasza umowa się kończyła, a Dariusz dostał sygnał, że ktoś chce się spotkać, więc na to spotkanie pojechał. Dla mnie to była rzecz absolutnie zrozumiała. Jeśli chodzi o „plany A, B” — bo nawet trener Mandrysz się do tego odnosił w wywiadach — to już od zakończenia zimowego okienka mieliśmy rozmowy z dyrektorem Motałą i trenerem Brzęczkiem na temat zawodników do ekstraklasy oraz do pierwszej ligi. Były dwa warianty i nie było tak, że się skupialiśmy tylko na ekstraklasie, czy też tylko pierwszej lidze. Gdy było wiadomo, że zostajemy w pierwszej lidze, a trenerem zostanie Piotr Mandrysz, to na spotkaniach z dyrektorem miał on przedstawianą listę zawodników, którzy mogli dołączyć do składu. Część z tych propozycji spotkała się z akceptacją trenera, a część nie. Zasadniczo w mojej ocenie Darek Motała pełnił swoje obowiązki dobrze. Uważam, że był przygotowany, miał pojęcie o tym, co robi i to, że ekstraklasa się po niego zgłosiła, to mnie nie zdziwiło. Jeśli zaś chodzi o jego umowę, to kończyła się ona 30 czerwca i przed tym dniem została przedłużona. To nie było też tak, że dyrektor nie wiedział, na czym stoi i do ostatniej chwili trzymaliśmy go w niepewności. Jeśli chodzi o odejście, to odbyliśmy długą rozmowę i razem doszliśmy do wniosku, że takie pożegnanie będzie dla nas najlepsze. Nie chcę odnosić się do tego, czy już wtedy Darek miał umowę w Lubinie, czy nie, bo tego nie wiem. Dla mnie normalną sprawą jest, że ktoś odchodzi z jednego klubu i idzie od razu do drugiego. Mamy dalej poprawne relacje i życzę Darkowi wszystkiego dobrego w jego dalszej karierze.
Czy mógłbyś wyjaśnić kwestię związaną z przesunięciem do rezerw Damiana Garbacika?
To ja zadecydowałem o przesunięciu Damiana do treningów z zespołem juniorów. Wbrew podejrzeniom strzelona samobójcza bramka w meczu z Wigrami nie miała automatycznego przełożenia na taką decyzję. Nikt nie stwierdził przecież, że Damian strzelił takiego gola specjalnie. Po tym meczu zaprosiłem Damiana na rozmowę. Wtedy też zadecydowałem, że najlepiej będzie, jak Damian złapie pewien dystans, pewne rzeczy sobie przemyśli i poukłada w głowie. Zewnętrzna ocena kibiców tej decyzji mnie w tej sytuacji nie interesowała, gdyż tylko wąskie grono ma wiedzę na temat tego, o czym rozmawialiśmy na tym spotkaniu. Żeby nie było niedomówień — Damian na tej rozmowie zachowywał się normalnie, nie było żadnych problemów, nazwijmy to „wychowawczych”. W trakcie tej rozmowy odniosłem wrażenie, że Damian potrzebuje przerwy i uzgodniliśmy, że takie przesunięcie nastąpi, ale już wtedy ustaliliśmy, że za jakiś czas zawodnik wróci do pierwszej drużyny, że jest to przesunięcie czasowe. Dalej jestem przekonany, że w tamtym momencie to było najlepsze wyjście dla wszystkich.
Jak wygląda od środka sytuacja akademii Młodej GieKSy? W ostatnim czasie wiele krytyki zbiera ona wśród kibiców, czy też rodziców.
Najpierw generalna uwaga — każda akademia, gdzie trenuje kilkaset dzieci, naraża się na niebezpieczeństwo takich negatywnych komentarzy. Jeśli w roczniku jest kilkadziesiąt dzieci, to wiadomo, że jedni grają w tych fajniejszych turniejach, a inni w mniej fajnych. Dodatkowo duża część rodziców będzie uważać, że to właśnie ich dziecko jest najlepsze i to ono powinno grać w najlepszej drużynie. Akademia Młoda GieKSa jest już na takim etapie, gdzie coraz ciszej można mówić o tym, że cały czas jest rozruch, budowa i czekamy na efekty. Te pierwsze efekty już powinny powoli nachodzić. To będzie pierwszy etap mocnej weryfikacji tego, co zrobiono w ostatnich latach. Myślę jednak, że to nie jedyna płaszczyzna takiej weryfikacji. Patrząc na inne akademie, to taka praca nie powinna się ograniczać jedynie na szkoleniu tych, którzy są w klubie, ale również na wyszukiwaniu zdolnych zawodników w innych drużynach i wzmacniania nimi akademii. Mam nadzieję, że stabilna sytuacja finansowa akademii pozwoli także na to, żeby stawiać poszczególnym rocznikom cele — czy to indywidualne, czy drużynowe. Bardzo bym chciał, by drużyny Młodej GieKSy grały w CLJ, bo to jest dobra podbudowa pod pierwszy zespół. Trzeba dawać możliwość młodym. Ja – także w kontekście likwidacji zespołu rezerw – uważam, że trzymanie ludzi w rezerwach, którzy mają po 22-23 lata nie ma większego sensu. Jeśli nie przebili się wcześniej, to raczej GieKSy już nie zbawią. Jeśli zaś chodzi o samą młodzież, to teraz z dużym zaciekawieniem jadę na turniej do Warszawy, gdzie dwa młode roczniki GieKSy awansowały do turnieju finałowego o Puchar Prezesa PZPN–u. Chętnie obejrzę, jak wypadną na tle innych drużyn z całego kraju.
Dlaczego współpraca z Rozwojem idzie tak opornie?
Przez długie lata bardzo szkodliwy wpływ miały animozje personalne. Nawet nie na płaszczyźnie prezesów, ale na niższych poziomach. Pojawiały się spory i rywalizacja o to, kto jest w danym roczniku lepszy, a mecz derbowy między drużynami urastał do największego wydarzenia w sezonie. Taka sytuacja była niezdrowa i nie pomagała stosunkom pomiędzy klubami. Te wzajemne animozje trwały wiele lat i tego nie można było ot, tak zmienić. W momencie, gdy prezesem Rozwoju został Zbigniew Waśkiewicz, to zaczęliśmy rozmawiać na temat współpracy. Podpisana w lipcu zeszłego roku umowa nie daje gotowych rozwiązań dla każdej sytuacji, ale wyznacza pewne ramy. Niewątpliwie Rozwój ma duże sukcesy w szkoleniu młodzieży, więc naturalną jest chęć umożliwienia tym chłopakom grania w klubie, który jest w wyższej lidze — tym bardziej że oba kluby są z jednego miasta, a obie akademie są wspierane przez miasto Katowice. Wiem, że najtrudniejszy jest ten pierwszy krok, w którym zawodnik Rozwoju stanie się pełnoprawnym zawodnikiem pierwszej drużyny GieKSy. Trzymam mocno kciuki za to, by taki transfer nastąpił jak najszybciej, bo to pozwoliłoby przełamać kolejną barierę do pełnej współpracy obu klubów.
Kibice często domagają się rozwiązania kontraktów z zawodnikami. Czy to jest takie proste, jak się wydaje?
Rozwiązanie kontraktu za porozumieniem stron zawsze jest możliwe, ale nie zawsze jest łatwe i tanie. Od strony prawnej umowy piłkarskie są bardzo dobrze zabezpieczone. Wszystko zależy od zdolności negocjacyjnych, przekonania danego zawodnika do tego i — tak jak przy trenerach — trzeba mieć mocne przekonanie, że na jego miejsce przyjdzie ktoś, kto będzie lepszy. Jeśli chodzi o takie łatwe recepty, to bardzo często są one przekazywane przez osoby, które nie mają wiedzy na temat zapisów kontraktów, tego, jaką zawodnik odgrywa rolę nie tylko na boisku, a w szatni, jaki ma wpływ na drużynę. Jeśli chodzi o aktualną sytuację, to mówienie o zmianach w zimie na poziomie więcej niż 3-4 piłkarzy, jest moim zdaniem bardzo ryzykowne. Takich przykładów było wiele – choćby swego czasu Flota. Zresztą teraz jestem bardzo ciekaw, jak po dużych zmianach będzie funkcjonował na przykład Raków Częstochowa. Co do części kibiców to ich słowa, że trzeba „wywalić wszystkich, budować od nowa” to ocena nazbyt ogólna i przez to niesprawiedliwa. Może kolejny raz się narażę, ale z całą mocą podkreślę, że aktualna szatnia GieKSy to nie jest siedlisko leserów i lekkoduchów, którzy wybrali to miejsce na ziemi, by przeżyć kolejne miesiące ze swojego życia. W końcu to w niej zasiadają ludzie, których jeszcze nie tak dawno przy Bukowej oklaskiwano, a rok temu w przerwie zimowej byli na 2. miejscu w tabeli. A że nie wszyscy zawsze znajdują się w optymalnej formie to specyfika sportu i efekt wielu różnych czynników, nie zawsze zależnych tylko od samych zawodników. Zresztą tak po prawdzie to, jaka jest pewność, że przyjdzie 20 czy 25 innych, lepszych piłkarzy, którzy szybko zaadoptują się do klubu i z ich udziałem nastąpi pasmo sukcesów? Poza tym taka drastyczna wymiana w środowisku piłkarskim mogłaby przynieść odwrotny efekt. Piłkarze mogą nie chcieć przychodzić do klubu, który nie jest stabilny, w którym piłkarze podpisują kontrakty, a nagle się ich wyrzuca w ramach jakiejś odpowiedzialności zbiorowej. W każdej takiej decyzji o rozwiązaniu kontraktu trzeba być ostrożnym i duża w tym rola trenera. To on musi zadecydować, czy danego zawodnika widzi w składzie, chce go oglądać i trenować. Co oczywiste, zmiany w kadrze na ogół są pożądane, bo nie ma takiej grupy ludzi, której nie można wzmocnić, ale decyzje o rozmiarze tych zmian winny być gruntownie przemyślane.
Czy zrobiłeś wszystko, co się dało w sprawie stadionu?
Nie brałem udziału w pracach żadnego zespołu w tej sprawie, ale przekazywaliśmy do miasta informację na temat naszych uwag i potrzeb. Jestem przekonany, że wykonaliśmy swoją pracę dobrze w tym zakresie. Partnerem dla miasta jest teraz osoba Marcina Janickiego i wiem, że on również nie zaniedba rzeczy, które są istotne z punktu widzenia funkcjonowania klubu na nowym stadionie.
Z perspektywy czasu, gdybyś mógł teraz tamtemu Wojciechowi Cyganowi doradzić, czy wchodzić w GieKSie, to co byś mu powiedział po tylu latach i czasie spędzonym w klubie?
Rozumiem, że jesteśmy w 2010 z bagażem doświadczeń z 2017 roku? Wtedy w 2010 przy pierwszej propozycji wejścia do klubu, odmówiłem. Teraz mając taką wiedzę i doświadczenie, nie zrobiłbym tego. Miałem wtedy obawy, czy uda mi się zdać egzamin adwokacki, czy nie zaniedbam czegoś, na co pracowałem całe lata. Moi koledzy z roku mieli 3-4 miesiące, by się do tego egzaminu przygotować, ja takiego komfortu nie miałem, ale ostatecznie efekt był pozytywny. Praca w GieKSie to bardzo ciężki kawałek chleba, wymagający czasem bardzo dużej odporności psychicznej. Pamiętam np. wigilie, które zaczynałem od telefonów od komorników czy wierzycieli. Dostawałem też SMS-y, które były bardzo osobiste i trudne dla mnie. Ludzie pisali o sytuacjach życiowych spowodowanych tym, że GieKSa nie płaciła. Ja w tamtym momencie nie miałem możliwości, by płacić, bo klub tonął w długach. Czasami trzeba było angażować prywatne środki… Teraz ktoś powie, że można się było zachować inaczej, lepiej, ale w tamtym czasie tych decyzji było dziesiątki dziennie, przychodziły wezwania do zapłaty, wyroki, zajęcia komornicze. Pojawiały się wciąż nowe problemy. Wtedy naprawdę pracowaliśmy po 20 godzin dziennie na rzecz klubu. Ktoś powie, że to nie sztuka wyjść z problemów przy wsparciu miasta. Jak słyszę takie argumenty, to polecam tym ludziom, by poszli do miasta i poprosili o wsparcie dla klubu w takim położeniu, w jakim wówczas była GieKSa. Ciekaw jestem, co by usłyszeli. W jednym z artykułów zobaczyłem wyliczenia, ile to pieniędzy miasto Katowice przeznaczyło na klub za moich czasów. Zostało to przedstawione jako zarzut. Ja uważam to za swój sukces. To, że w ekstremalnie trudnym momencie udało mi się przekonać władze miasta do tego, że w GieKSę warto inwestować i pomóc klubowi spłacić zobowiązania, to coś, co zadecydowało, że klub dalej funkcjonuje, tyle że już na dużo spokojniejszych wodach. Za to wielkie brawa należą się miastu i jego władzom. Zresztą, co ciekawe, ci, którzy twierdzą, że oni lepiej zarządzaliby klubem w trudnych czasach, jakoś dziwnie nie zgłaszali swoich kandydatur w sytuacji milionowych zobowiązań, braku pewności co do przyszłości klubu czy też możliwej odpowiedzialności za część długów prywatnym majątkiem moim i Marcina.
Z drugiej strony, co z życiem osobistym?
Szczerze, jeśli chcesz wejść w klub tylko by administrować nim, to nie rób tego. Ja absolutnie nie mam poczucia, że coś straciłem przez to, że byłem zaangażowany w pracę w klubie. Dla mnie GKS to nie są zmarnowane lata, to jest przygoda mojego życia. Dzięki tej pracy moje życie się zmieniło. Poznałem masę fajnych ludzi. Może coś mi uciekło, ale nie należę do tych, którzy rozpamiętują i żałują zdarzeń z przeszłości.
Co dalej z Wojtkiem Cyganem?
Na pewno nie szukam teraz propozycji, które by mnie angażowały w takim stopniu, jak praca jako prezes GKS-u Katowice. Po moim odejściu pojawiały się zapytania i to nie tylko ze sportu, ale na dziś potrzebuję czasu i złapania dystansu przed kolejnymi wyzwaniami. Pewnie, jeśli pojawiłby się jakiś ciekawy projekt, to będę myślał nad swoim zaangażowaniem się, o ile oczywiście osoby decyzyjne będą widziały w nim moją osobę.
Tym wywiadem zamykamy pewien rozdział związany z Twoją osobą i funkcją prezesa w GieKSie. Co byś chciał przekazać zatem kibicom?
Chciałbym, by kibice patrzyli na funkcjonowanie klubu z uwagą, z żywym zainteresowaniem, ale przede wszystkim by nie zapominali, że są kibicami i powinni być z klubem na dobre i na złe. Bez kibiców klub nie istnieje i na pewno nie będzie dobrze funkcjonować. Bez wsparcia trybun, czy też takiego codziennego zainteresowania, ten projekt nie ma przyszłości. Nikt nie będzie budować dużego klubu sportowego tylko po to, by ludzie w administracji mieli pracę, czy zawodnicy pograli sobie na boisku, tafli lub parkiecie. Prosiłbym też kibiców o powściągliwość w niektórych ocenach, bo naprawdę nie wszystko jest takie, jak na pierwszy rzut oka widać. Łatwo wydawać opinie, komentować, ale najpierw warto poznać uzasadnienie danej decyzji. Życie klubu, zwłaszcza wielosekcyjnego, to wiele różnych działań każdego dnia. Jak to w życiu – nikt nie ma patentu na nieomylność i nawet jeśli po tygodniach, miesiącach czy latach pewne decyzje nie są w stanie się obronić, to trzeba z tego wyciągać dobre wnioski na przyszłość i iść do przodu. Chcę też, by kibice pamiętali, że GKS Katowice to projekt na długie lata i o przyszłości nie będzie decydować jedynie pierwszy mecz z Puszczą Niepołomice na wiosnę. Kibice muszą być z klubem przez cały czas, bo tylko tak rodzi się sukces. Na koniec, jeśli mogę siebie ocenić, to wydaje mi się, że swoją robotę wykonałem solidnie i na pewno w każdej decyzji szukałem dobra klubu. Teraz mocno trzymam kciuki i wierzę, że w niedługim czasie będę mógł się cieszyć z sukcesów każdej z sekcji. Kibicom zalecam cierpliwość i wiarę w tych ludzi, którzy są w klubie. Oni naprawdę chcą silnej GieKSy. A tym wszystkim, którzy chcą mi coś przekazać pod tekstem w komentarzach, to zapraszam do rozmowy osobistej czy też przy pomocy mediów społecznościowych. Anonimowych komentarzy i wpisów na forum nadal nie czytam i nawet ta rozmowa z Wami mojego stanowiska w tym zakresie nie zmieni (śmiech).
Rozmawiali: Błażej, kosa
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do meczu z Pogonią
Mecz w Szczecinie był ostatnim w tym sezonie. Oczywiście jako redakcja pojawiliśmy się na każdym z 34 meczów ligowych i 5 spotkań Pucharu Polski. Nie będziemy tym razem pisać, że zamykamy temat meczu, bo będzie on w naszych sercach jeszcze bardzo długo. Ale post scriptum musi być.
1. Tym razem pojechaliśmy aż w 5 osób: Misiek, Flifen, Kazik, Marcin i moja skromna osoba. Mieliśmy więc bardzo mocny skład na ten daleki wyjazd. Po meczu więc mieliście okazję obejrzeć m.in. trzy galerie.
2. Wyjazd mieliśmy zaplanowany wcześnie, bo chcieliśmy jeszcze w Szczecinie mieć czas na Ziemniaka. Jak to mówi Misiek – od mojego powrotu trochę zmieniły się zwyczaje – wcześniej redakcja na wyjazdach była o kanapkach, a teraz stołujemy się w knajpach 😊
3. Na mecz wziąłem amulet. Akredytację z Gryfa Wejherowo, czyli pierwszego meczu wyjazdowego w drugiej kadencji Rafała Góraka. GKS wygrał wtedy 2:0. Siedem lat odbudowy. Doprowadziło nas to do europejskich pucharów.
4. Droga była długa, bardzo długa. Zarówno tam i powrót subiektywnie wydawał się dużo bardziej mozolny niż droga do Białegostoku czy Trójmiasta.
5. Oczywiście w tamtą stronę nie brakowało ultraabsurdalnych rozmów. Musiał nam jakoś ten czas zlatywać, w końcu późnym popołudniem już miała być pełna powaga i skupienie.
6. Mogliśmy podziwiać górującą nad Dolnym Śląskiem Ślężę, która zawsze pięknie prezentuje się z autostrady. No i przejeżdżaliśmy obok Świebodzina, gdzie posąg Jezusa jest wyższy niż w Rio.
7. Gdzieś tam po drodze mini postój na mini jedzenie. Pogoda była ładna, wszystko zapowiadało piękną aurę podczas tej ostatniej kolejki na polskich stadionach.
8. Do Szczecina dojechaliśmy nieco przed piętnastą. Mieliśmy już upatrzoną knajpę, w której byliśmy rok temu, czyli „Ziemniak i spółka”. Już wiele miesięcy wcześniej mówiliśmy, że w ostatniej kolejce to będzie obowiązkowy punkt programu.
9. No właśnie – rok temu byliśmy w niedzielę, więc była duża kolejka. Tym razem kolejki nie było żadnej, do tego chłopaki zgadali się z dwoma ziomkami, którzy zajęli nam miejsce. Wszystko więc poszło szybko i sprawnie.
10. Zamówienie też przebiegło sprawnie. Dostaliśmy swoje ziemniaki, względnie inne dania, jak Misiek, który miał piramidkę z placków ziemniaczanych i schabowych. Wyglądało wybitnie, więc to chyba będzie mój wybór w następnym sezonie.
11. Naprawdę wszystko przebiegło bardzo szybko. Dzięki temu nic nam się nie opóźniło, a też do stadionu mieliśmy niedaleko. Ponownie więc przejechaliśmy przez Plac Wolności Platz, czyli Platz, który do złudzenia przypomina nasz Plac Wolności w Katowicach.
12. Po chwili byliśmy pod stadionem Pogoni Szczecin. Tym razem wiedzieliśmy już, gdzie się kierować, więc od razu wjechaliśmy na parking. Obok oczywiście było boczne boisko, na którym GieKSa grała kilka lat temu mecz Pucharu Polski z Pogonią II. Ale o tym już pisaliśmy. Ten mecz pamiętają Arkadiusz Jędrych, Marcin Wasielewski i Adrian Błąd.
13. Tym razem akredytacje były do odbioru w innym miejscu. Rok temu odbieraliśmy je w takim czarnym budynku. Teraz normalnie były w kasie. Wszystko dużymi literami, dlatego poszło szybko i znów bardzo sprawnie.
14. Kibice zbierali się na mecz. Sympatycy Pogoni zadowoleni, że w poprzednim spotkaniu udało im się zapewnić ligowy byt. Chcieli godnie pożegnać swój zespół po tych – niezbyt udanych – rozgrywkach.
15. No i już też wiedzieliśmy, gdzie kierować się do wejścia na stadion. Rok temu pobłądziliśmy – z naszej winy, bo nie przeczytaliśmy informacji na akredytacjach. Teraz więc wszystko było wiadomo, co, jak i gdzie.
16. Weszliśmy, przetrzepali nas i się rozdzieliliśmy, każdy poszedł w swoją stronę. Ja najpierw zakupiłem proporczyk Pogoni. Na różnych stadionach czasem mają, a czasem nie. Udało mi się kupić na Arce czy Cracovii, ale na większości nie było.
17. Poszedłem na dół, znaczy najpierw na górę, bo popierniczyły mi się kierunki, do Sali konferencyjnej. Zazwyczaj podczas meczu wypijam kilka herbat, ale tym razem po tym jedzeniu, nie miałem za bardzo ochoty. Wziąłem więc składy i udałem się na prasówkę.
18. Gdy zobaczyłem, że prawie wszystkie miejsca są oklejone nazwami poszczególnych redakcji, trochę się zirytowałem. Zobaczyłem jednak, że po drugiej stronie też są miejsca ze stolikami, nawet wygodniejsze. Tam więc usiadłem, myśląc, że to nadal są miejsca prasowe.
19. Ku mojemu zdziwieniu przyszedł pan starszy z panem średnim i powiedzieli, że mają na te miejsca bilety. Moja irytacja się zwiększyła, no ale skoro mieli bilety, to co miałem zrobić. Sympatyczni byli. Mimo więc, że byłem już porozkładany i podłączony – musiałem się ewakuować.
20. Wróciłem na pierwotne miejsca i jednak dostrzegłem wolne, więc je zająłem. W takim najniższym rzędzie, przed barierką. To jeszcze jednak nie było problemem, bo widoczność była okej. Większym kłopotem było to, że przed stanowiskiem dosłownie było przejście, którym chodzili kibice i – co gorsza – stali se przy barierkach. Na szczęście podczas meczu się usunęli i nie zasłaniali.
21. I pewnie dobrze, bo był kilka miejsc dalej taki furiat, który, jak ktoś z rzędów już zwykłych kibicowskich przed nim wstawał, to darł się na niego i mocno przeklinał. Z jednej strony rozumiałem złość, ale z drugiej tak łatwo dać się podpalać to zdeczko niefajne.
22. Ten sam jegomość w pewnym momencie odwalił już mega słabą akcję. Jeszcze przed meczem chodził sobie jakiś długowłosy człowiek w tym miejscu. Jakiś chłopak poprosił go o zdjęcie, więc akurat selfiak był robiony dokładnie przed stanowiskiem tego furiata. I ten normalnie walnął tego długowłosego.
23. Nie rozpoznałem go wcześniej, ale po meczu na socialach Pogoni zobaczyłem, że to był Alex Gorgon, czyli były piłkarz Portowców, który zresztą w poprzednim sezonie strzelił nam bramkę na starej jeszcze Bukowej. No i wyobraźcie sobie to – przyjeżdża były piłkarz, lubiany piłkarz, a jakiś facet go wali po plecach, bo ten sobie robi zdjęcie z młodym kibicem.
24. Do meczu było coraz bliżej. Ostatecznie warunki do pracy nieidealne, ale dobre. Prąd jest, stolik wystarczający jest, widoczność okej. Pozostawało tylko czekać na rozpoczęcie spotkania.
25. Pierwsza połowa jaka była – każdy widział. Beznadziejna w naszym wykonaniu. Pogoń objęła prowadzenie. Kibice gospodarzy bardzo głośno dopingowali, kompletnie nie odpuścili ostatniego meczu. Sektor gości też głośno wspierał swoich zawodników.
26. W przerwie był niepokój. GKS przegrywał, Legia wygrywała, więc to piłkarze ze stolicy byli w pucharach. Czekało nas ciężkie 45 minut. Takie, w których trzeba było zagrać dużo lepiej.
27. Minuty mijały. Nadzieja była, ale czasu coraz mniej. Świetnych sytuacji nie wykorzystał Mateusz Wdowiak. Lukas trafił w poprzeczkę. Trener robił już ostateczne roszady w ustawieniu.
28. Czerwona kartka dla Kamińskiego wlała trochę nadziei. Gdyby do końca pozostawało pół godziny, ta nadzieja byłaby wielka. Tu mieliśmy 7-8 minut do końca, więc tliła się. Ale gospodarze grali w dziesiątkę i mieli napastnika w bramce. My też mieliśmy kontuzjowanego bramkarza.
29. Potem to już była tylko historia. Borja Galan przeprowadził kapitalną akcję, podał do Marcela, a ten z 16 metrów strzelił tak, że Cuić nie wiedział czy bronić ręką czy nogą. Ostatecznie w pewnym sensie to był strzał perfekcyjny, bo totalnie zdezorientował bramkarza.
30. Wybuch radości, ekstaza, na boisku i na trybunach. Kilka minut jeszcze przetrwaliśmy bez większego problemu i sędzia zakończył mecz.
31. Nie będę się powtarzał z felietonu z tym, że nie wiedziałem, w co ręce włożyć. Plus ten kontekst emocjonalny. Zrobiłem więc swoją robotę, Flifen wrzucił relację i można było udać się na konferencję prasową.
32. Zadziwiająco było na niej mało dziennikarzy. Znaczy większość to byliśmy my, z Katowic i tylko kilku Szczecinian. Wśród regionalnych mediów, w przeciwieństwie do kibiców, ten mecz jak widać nie wzbudził większego zainteresowania.
33. Co ciekawe – istnieje taka obiegowa opinia, że Szczecin był/jest dla nas bardzo trudnym terenem. Uwielbiam tę opinię, bo jest powielana z dawnych czasów, jeszcze z lat 90. A przecież w nowej historii GKS Katowiczanie wcześniej wygrali tam raz i przegrali dwa razy. Więc nie aż tak źle. Bardzo trudnym terenem to jest dla nas Widzew, gdzie na ileś prób nie wygraliśmy meczu, zaliczając jedynie dwa remisy.
34. No i po raz drugi przeżyliśmy euforię w doliczonym czasie gry. Pamiętamy słynne 4:3 z 2010 roku i remontadę z 1:3 na 4:3 w końcówce. To było jeszcze na starym stadionie. Teraz – już na nowym – znów to mieliśmy okazję przeżyć.
35. Porobiliśmy swoje na salce, oczekiwanie na konferencję się bardzo przedłużało. Wróciliśmy do auta i ruszyliśmy do Katowic. Po drodze jeszcze oczywiście Maczek 😊
36. W drodze powrotnej byliśmy radośni i zmęczeni. Snuliśmy plany. Zastanawialiśmy się, jak ogarniemy puchary, jako redakcja, głównie jeśli chodzi o mecze wyjazdowe. Wyzwania przed nami. Radosne wyzwania. Możemy być dumni.
37. W stolicy Górnego Śląska byliśmy już, gdy było jasno. Po piątej rano. Mogliśmy wrócić do domu i w radości położyć się spać.
38. GieKSa w Europie!
Piłka nożna kobiet
Kolejne podium!
Trójkolorowe w ostatnim meczu sezonu pokonały AP Orlen Gdańsk, zapewniając sobie miejsce na podium sezonu 2025/26!
Mecz od zbyt głębokiej wrzutki rozpoczęła Klaudia Maciążka, Nicola Brzęczek bez odpuszczania zderzyła się z bramkarką, na szczęście bez żadnych uszczerbków na zdrowiu po obu stronach. Mimo oblężenia Geletova tak naprawdę nie musiała się zbytnio wysilać, najwięcej trudu sprawić mogły jedynie wycieczki po piłkę pod siatkę na końcu murawy. W 7. minucie przytomnie i z łatwością powstrzymała obiecującą kontrę GieKSy, Julia Włodarczyk zdecydowanie zbyt mocno dograła do Nicoli Brzęczek. Wcześniej zamiary rywalek odczytała Oliwia Malesa, niwecząc szybkie rozegranie Klaudii Fabovej. W 11. minucie Klaudia Maciążka obróciła się z piłką otrzymaną od Brzęczek na plecach rywalki, zwodem uniknęła odbioru, położyła bramkarkę drugim ruchem i pewnie kopnęła w środek bramki! Poprawić wynik sama strzelczyni próbowała celnym uderzeniem z dystansu, Geletova z trudem doskoczyła do dolnego narożnika bramki. Jeszcze bliżej była Brzęczek po mocnej, ciętej wrzutce Milovanović z prawej flanki, piłka była jednak zbyt podkręcona, by celnie zmieścić ją pod poprzeczkę. Nie minęła minuta, a Brzęczek obiła słupek po błędzie defensywy, znów upiekło się przyjezdnym. Po drugiej strony piłkę za plecy obrończyń skasowała Kinga Seweryn, dając przy okazji szansę na zorganizowanie wysokiego pressingu. Po kilku nieudanych podaniach Gdańszczanek już na bramkę gnała Maciążka, po kilku zwodach minimalnie mijając okienko z bardzo ostrego kąta. W 30. minucie lewą flanką uciekła Aleksandra Nieciąg po podaniu Oliwii Malesy, ale mimo zastawienia się z piłką, nie doczekała się jednak wbiegnięcia koleżanek w szesnastkę. W 38. minucie mocna centra Katarzyny Nowak została przekierowana przez Brzęczek i Maciążkę, która jednak znalazła się na pozycji spalonej. Minutę później rzut wolny z połowy boiska wykonała… Kinga Seweryn, co prawdopodobnie wprowadziło w szok zespół gościń – Galetova o ułamek sekundy spóźniła się z wyskokiem, równając z ziemią przeciwniczkę we własnym polu karnym. Katarzyna Nowak dość długo nie mogła się pozbierać, mocno odczuwając starcie. Do piłki na jedenastym metrze podeszła Aleksandra Nieciąg, jednak bramkarka odczytała jej zamiary i rzuciła się w dobrym kierunku. Chwilę później po kilku „kółeczkach” w końcu pod bramkę przedostała się Julia Włodarczyk, nieco bezczelnie próbując podcinki z bardzo bliska – wcale tak dużo nie zabrakło do szczęścia. Po jej odbiorze na skrzydle przez krótką chwilę z bramki cieszyła się Patrycja Kozarzewska, dopóki nie ujrzała uniesionej w górę chorągiewki.
Strzelanie na bramkę w drugiej połowie rozpoczęła Julia Włodarczyk, wariantem siłowym nie sprawiając wiele problemów golkiperce. W 55. minucie znów indywidualnie błysnęła Klaudia Maciążka, Geletova z trudem sparowała piłkę w jakimkolwiek kierunku, byleby nie wpadła do siatki. Inicjatywę na kilka minut przejęły przyjezdne, choć Kinga Seweryn nadal nie musiała testować swoich rękawic. W 64. minucie Julia Włodarczyk krótko prowadząc piłkę i zagrywając na obieg z Katarzyną Nowak przedarła się pod samo pole bramkowe, tam jej wszystkie próby strzału zostały zablokowane i skończyło się na rzucie rożnym. W 69. minucie druga linia GieKSy nie doceniła możliwości motorycznych rywalek, dając im wyjść na kontrę 5 na 3 – Zajmi mimo świetnej okazji przegrała starcie z Kingą Seweryn. Odpowiedź po drugiej stronie Oliwi Malesy również zakończyła się wyblokiem, choć miała równie dużo miejsca na przedpolu. W 74. minucie po rajdzie huknęła Julia Włodarczyk, po rykoszecie zatrzepotała boczna siatka. Poprawiała Klaudia Maciążka, a po dośrodkowaniu Katarzyny Nowak w 76. minucie GieKSa podwyższyła prowadzenie. Aleksandra Nieciąg wywalczyła sobie pozycję w szesnastce, pokonując bezradną bramkarkę. Od razu powinno być już 3:0, jednak Klaudia Maciążka po minięciu wszystkich piłkarek niepotrzebnie oszczędziła na sile strzału. W 81. minucie dwójkowo błysnęły Włodarczyk z Nieciąg, ta pierwsza zmusiła bramkarkę do interwencji precyzyjnym uderzeniem. Cztery minuty później na wolne pole przy kontrze wychodziły Nieciąg i Amelia Bińkowska, podanie Klaudii Maciążki skończyło w rękach Geletovej. W końcówce regulaminowego czasu gry na wolne pole z pierwszej piłki i nad głowami defensorek podanie otrzymała od Nieciąg Maciążka, arbiter od razu uniosła jednak chorągiewkę. W 91. minucie Klaudia Maciążka jeszcze wykrzesał resztki sił na sprint, urwała się skrzydłem i wystawiła futbolówkę na pustą bramkę Amelii Binkowskiej.
Kolejny sezon na podium – gratulacje i dziękujemy!
GKS Katowice – AP 2010 Orlen Gdańsk 3:0
Bramki: Maciążka (11), Nieciąg (76), Binkowska (90).
GKS Katowice: Seweryn – Milovanović, Zawadzka, Nowak – Włodarczyk, Kozarzewska (90. Theodoraki), Vojtková (86. Kaláberová), Malesa – Maciążka, Brzęczek (62. Bińkowska), Nieciąg (90. Vuškāne).
AP Orlen Gdańsk: Geletova – Maskiewicz, Nowotny, Derus (86. Okoń), Fabova, Konat (86. Zimecka), Kołodziejek (58. Butlion), Siwińska (86. Myszk), Ostopinka, Jagodzińska, Charaszczak (46. Zajmi).
Kartki: Konat, Nowotny.
W 42. minucie Nieciąg nie wykorzystała rzutu karnego (Geletova obroniła).
Felietony Piłka nożna
Przez ból i radość – podsumowanie sezonu
Ten sezon był iście szalony. Jako cała liga, ale też stricte w wykonaniu GKS Katowice. Przeżywaliśmy różne stany, byliśmy w różnych miejscach w tabeli, a rzutem na taśmę ustaliły się nasze nastroje z dobrych na wyśmienite. Prześledźmy sobie jeszcze raz, jak to wszystko wyglądało. To było 39 meczów, które w sumie – zapisały się w nowej historii GKS Katowice, a nasz zespół zajął najlepsze miejsce w lidze od 23 lat. Jesteśmy w piątce najlepszych klubów w Polsce!
Ciężkie początki
To właśnie inauguracja sezonu była tym najgorszym momentem. Wiedzieliśmy, że terminarz mamy ciężki, bo przecież grać mieliśmy m.in. z Rakowem, Legią i nieobliczalnym Widzewem, z czego z tymi dwoma ostatnimi rywalami na wyjazdach. Liczyliśmy więc przede wszystkim na zwycięstwo u siebie z Zagłębiem Lubin. Przewidując, że drużyna Leszka Ojrzyńskiego będzie jednym z głównych kandydatów do spadku, obowiązkiem wydawało się zdobyć w tym spotkaniu trzy punkty.
W pierwszej kolejce przegraliśmy u siebie z Rakowem, po meczu bardzo nijakim. Nie było tej ikry z końcówki poprzedniego sezonu. Raków zagrał solidnie, ale też nic wielkiego. Z debiutującym Oskarem Repką w składzie. Wystarczył jeden gol Brauta Brunesa i schodziliśmy z boiska pokonani. Macieja Rosołka zastąpił w drugiej połowie Aleksander Buksa i nawet miał jedną niezłą sytuację. Wiemy, jak się potem potoczyły losy zarówno Rosołka, jak i Buksy.
Po pierwszej połowie meczu z Zagłębiem było już bardzo źle. GieKSa przegrywała 0:2, a Lubinianie grali świetnie. Tzw. dziennikarze Zagłębia (wporzo ludzie) chwytali się za głowy i mówili „co tu się dzieje?!”. Na szczęście w drugiej połowie błysnął po raz pierwszy w tym sezonie Bartosz Nowak i swoim dubletem zapewnił GieKSie punkt. W końcówce dość desperacko się broniliśmy, ale jeden punkt w takim meczu to było coś, co należało szanować.
Przyszły te dwa wyjazdy – na Widzew i Legię. W Łodzi początek był nawet niezły, ale jedna akcja gospodarzy przyniosła im prowadzenie. Systematycznie GKS w tym meczu był coraz słabszy, Maciej nie wykorzystał świetnej sytuacji, a w końcówce to już się posypało wszystko, gdy pechowy samobój Kowala i gol Frana Alvareza zapewniły zwycięstwo RTS. No i Bergi był z golem.
Z Legią za to mecz wyglądał zupełnie inaczej. W pierwszej połowie to GKS dominował i grał bardzo dobrze. Brakowało szczęścia i świetnie bronił Tobiasz. Niestety podtrzymana (i potem jeszcze długo też) została seria traconych bramek do szatni i pokarał nas Wszołek. W drugiej połowie Katowiczanie grali już słabiej, ale doprowadzili do wyrównania, po przepięknym strzale z pierwszej piłki Nowaka. Remis przy Łazienkowskiej był bardzo cenny i trzeba było to dociągnąć. Niestety. W doliczonym czasie gry gola strzelił popularny Jędza (jedyna bramka w sezonie), a poprawił Morishita. Z wielkim niedosytem z Warszawy wracaliśmy, jeden punkt w czterech meczach wyglądał bardzo źle, ale sama postawa w tym meczu dawała nadzieję na lepsze jutro.
Przeplatanka z optymizmem
Dobra postawa z Warszawy była kontynuowana w meczu z Arką, tym razem już z większą skutecznością. GKS od początku meczu narzucił szybkie tempo i strzelił dwie bramki. To spotkanie stało pod znakiem stałych fragmentów gry, które gospodarze wykonywali świetnie, a co dotknął w złoto zamieniał Bartek Nowak. Dwa trafienia po przerwie zaliczył Lukas Klemenz. W końcu odczarowaliśmy ten fatalny początek i zapunktowaliśmy za trzy.
W związku tym z dużymi nadziejami jechaliśmy na Roosevelta. Niestety GKS zagrał tam bardzo słaby mecz i podobnie jak rok wcześniej, przegrał 0:3. Byliśmy bezzębni i po prostu słabi, a „estońska sztuczka” Martena Kuuska była idealnym podsumowaniem tych derbów i przypomniała starego dobrego Damiana Garbacika z meczu z Wigrami. W zasadzie o tym meczu najlepiej było po prostu jak najszybciej zapomnieć.
Znowu w tabeli zrobiło się niewesoło i czekaliśmy co nasz zespół pokaże z Radomiakiem, który miał bardzo efektowny początek sezonu, ale potem nieco spuścił z tonu. Ostatecznie na Bukowej oglądaliśmy arcyciekawe spotkanie, takie cios za cios, w którym obie drużyny grały bardzo ofensywnie. Ozdobą pierwszej połowy były bramki Balde oraz przede wszystkim Bartka, który zaskoczył wszystkich na stadionie, a najbardziej Majchrowicza i z rzutu wolnego trafił do siatki. W drugiej połowie padł tylko jeden gol, ale też przedniej urody, gdy Marcin Wasielewski z woleja pokonał bramkarza gości. Największy wybuch euforii miał miejsce jednak pod koniec meczu, gdy Radomiak wyrównał na 3:3, ale po analizie VAR Tomasz Kwiatkowski bramkę anulował. Po tym niesamowitym spotkaniu GKS dopisał sobie kolejne trzy punkty i już wyglądało to nieco lepiej.
Słabizna z promykami
Do kolejnego „okienka międzyreprezentacyjnego” przystępowaliśmy więc w bardzo dobrych nastrojach. Nad morzem jednak w ten wrześniowy wieczór dostaliśmy zimy prysznic. Znów na wyjeździe i znów było bardzo słabo. Najpierw straciliśmy kuriozalnego gola, którego autorem był Kurminowski, a pod koniec zmęczonego armeńskimi wojażami z młodzieżówką Kowala wyprzedził w wyścigu sprinterskim Mena. To był czwarty wyjazd i na naszym koncie w delegacjach było okrągłe zero.
Nie lepiej było w kolejnym meczu u siebie. To znaczy można było wyciągać jakieś pozytywy z pierwszych 20-25 minut, bo GKS cisnął bardzo mocno, ale bramki zdobyć nie mógł. Pasy się otrząsnęły, w krótkim czasie strzeliły dwa gole i było już praktycznie po zawodach. W poprzednim sezonie mieli supersnajpera Kallmana, to teraz jego rolę przejął Stojilković, który po przerwie ustalił wynik spotkania.
Pocieszenia chcieliśmy szukać w Pucharze Polski. Przyjechała do Katowic świetnie spisująca się w lidze Wisła Płock. Przy kameralnych trybunach dostaliśmy bardzo ciekawe widowisko i w końcu skuteczną GieKSę. Pierwszego gola dla GKS zdobył pozyskany krótko wcześniej Ilja Szkurin. Niestety po golu Wiktora Nowaka w 90. minucie musieliśmy grać dogrywkę. Wcześniej i nasz Nowak gola strzelił. Ekstra czas zaczęliśmy już świetnie, po od strzelonej przez Bartka kolejnej bramki. Mocno pomogła nam kontuzja Lecoeuche’a, bo goście wykorzystali swoje sloty zmian i musieli kończyć w dziesiątkę. Ostatecznie Bartosz Nowak zaliczył hat tricka i doczekał się skandowania swojego nazwiska, co przecież na GKS jest rzadkością.
Za chwilę znów graliśmy z Wisłą – tym razem w Płocku, w lidze. W końcu uszczknęliśmy jeden punkt na wyjeździe. Co prawda znów straciliśmy gola do szatni, po niesamowicie pechowym rykoszecie po strzale Rogelja. Ale niesamowitą mądrością i sprytem popisał się w drugiej połowie Wasyl, który odebrał piłkę Leszczyńskiemu i strzelił na 1:1. GKS przełamał złą passę wyjazdową i w końcu zdobył też po prostu punkt w lidze.
Liczyliśmy, że dobra postawa zostanie utrzymana w meczu u siebie z Lechem. Pamiętaliśmy wszak grę z Kolejorzem z końcówki poprzedniego sezonu. I tak – GKS zagrał dobry mecz z piłkarzami Frederiksena, ale niestety przegrał. Gola strzelił Fiabema, na którego generalnie raczej bardziej pomstowali kibice Lecha, niż chwalili. U nas Borja Galan miał świetną sytuację, ale zabrakło niewiele do wyrównania. Cztery mecze ligowe i znów tylko jeden punkt. Ale przynajmniej gra dająca optymizm, no i bonus w postaci awansu do kolejnej rundy Pucharu Polski.
Jesienne odrodzenie
Po kolejnej przerwie na kadrę jechaliśmy trochę z duszą na ramieniu na bardzo ważny mecz w Lublinie. Punkty w tabeli wybitnie nam się nie zgadzały i lekki nóż na gardle zaczął się pojawiać. W tym okienku mieliśmy zmierzyć się z trzeba drużynami z dołu – Motorem, Termaliką i Piastem. Konieczne było więc solidne zapunktowanie, by nie okopać się bardziej w dolnych rejonach tabeli.
GKS zdobył w Lublinie dwie szybkie bramki i naprawdę wyglądało to dobrze. Niestety w charakterystyczny dla nas sposób daliśmy się zepchnąć do głębokiej defensywy i dwa szybkie gole Czubaka doprowadziły do wyrównania. Motor nie poprzestawał i mógł jeszcze zdobyć przed przerwą trzeciego gola, a to byłaby katastrofa. Na szczęście ciśnienia nie wytrzymał Łabojko, który tuż przed przerwą zobaczył drugą żółtą kartkę. Dzięki temu w drugiej połowie Motor już nie istniał, a nasi napastnicy dopełnili dzieła zniszczenia dokładając trzy bramki i wygrywając 5:2.
Oprócz tych drużyn zamieszanych w „walkę o spadek” mierzyliśmy się też z… mierzącą wysoko Koroną, która jeszcze była w tamtej fazie sezonu dobra. Po bardzo trudnym i wyrównanym meczu, w końcówce trafił do siatki Sebastian Milewski. W końcówce wybroniliśmy się cudem, gdy Borja Galan wybijał z linii bramkowej. Te trzy punkty były pewnym bonusem w tych naszych planach. Było to bardzo ważne zwycięstwo, dające naprawdę dużo oddechu.
Nie tylko ligą jednak człowiek żył. Tym razem los w Pucharze Polski był nieco łaskawszy, ale też nie idealny. W Łodzi z ŁKS GieKSa pokazała jednak zdecydowanie wyższość zespołu z ekstraklasy nad pierwszoligowym. Jedyne, co można było naszym zawodnikom zarzucić przez większość meczu to nieskuteczność. Mecz bowiem można było zamknąć dużo wcześniej. A tak mając 2:0 w końcówce Arkadiusz Jędrych strzelił bardzo pechowego samobója i do końca lekko drżeliśmy o wynik. Jednak awans do kolejnej rundy stał się faktem i w końcu przeszliśmy dwie rundy, co dawno nam się nie zdarzyło.
Zwycięską passę GKS Katowice kontynuował w Niecieczy. Mecz co prawda do najłatwiejszych nie należał, ale tutaj Katowiczanie byli bardzo efektywni. Pierwszy raz (i jedyny na jesieni) błysnął Eman Marković, który zaliczył dublet, umiejętnie zakładając bramkarzowi rywali siatki. To było trzecie ligowe i czwarte w ogóle zwycięstwo z rzędu. GKS Katowice złapał świetny moment na jesieni – znacząco poprawił swoją sytuację w tabeli, a i właśnie w rozgrywkach pucharowych pokazał się z bardzo dobrej strony.
Przed kolejną przerwą reprezentacyjną mogliśmy jeszcze postawić piękną kropkę nad i. Przyjechał bowiem na tamten moment outsider z Gliwic. Outsider, ale z nowym trenerem – Danielem Myśliwcem, który sprzątał bałagan po poprzednim szkoleniowcu. I Piast rozegrał najlepsze do tamtej pory spotkanie w sezonie, zaproponował walkę wręcz, której nie podołali nasi zawodnicy. W krótkim okresie czasu goście strzelili dwa gole, a potem jeszcze trzeciego dołożył Erik Jirka. Mimo porażki w domowym meczu, ten okres GieKSy był bardzo dobry.
Zwycięstwa bez piłki
W Białymstoku meczu nie zagraliśmy. Jagiellonia zrobiła cyrk i wykorzystała minimalne opady śniegu do tego, żeby spotkania nie rozegrać. Boiska nie odśnieżano, a jak już zaczęto, to w taki sposób, jak na viralowym filmiku, który krążył w sieci. Kibice w rekordowej liczbie pojechali na Podlasie, ale musieli przejechać całą Polskę tam i nazot, by obejść się smakiem.
Istniało wielkie ryzyko, że i kolejny mecz – z Pogonią się nie odbędzie. Gęsta mgła spowiła bowiem Katowice i po przyjechaniu na stadion naprawdę widoczność była ograniczona. Na szczęście warunki się wkrótce nieco poprawiły i mecz się odbył – to by było za dużo! GKS przyjął określoną taktykę i oddał Pogoni piłkę. Goście konstruowali swoje akcje, ale nie mogli znaleźć sposobu na szczelną defensywę GieKSy. Futbolówki więc posiadaliśmy mało, ale jeszcze przed przerwą GKS zdobył dwa gole. Taki wynik utrzymał się do końca i znów mogliśmy cieszyć się z triumfu.
Chwilę później schemat się powtórzył. W Pucharze Polski zagraliśmy z Jagiellonią i tu rywale ponownie oddali mnóstwo strzałów, z czego większość niegroźnych czy nieprzygotowanych. W sumie w z Pogonią i Jagą rywale próbowali około 50 razy. Trafili tylko raz – Pululu z karnego. GieKSa zagrała świetnie i swoje gole strzeliła. Znów Jaga przy wyprowadzaniu piłki straciła ją i Bartek Nowak trafił do siatki. Potem gola dołożył Ilja, znów trafiając w pucharze. Stadion wybuchł euforią, gdy w końcówce Bartosz Nowak ustalił wynik spotkania na 3:1. Po raz pierwszy od ponad 20 lat GKS miał zagrać w rozgrywkach pucharowych na wiosnę!
Rok 2025 kończyliśmy w Częstochowie. Ach gdyby Adam Zrelak dobrze podał… Mecz był średni, ale długo utrzymywaliśmy remis. W drugiej połowie jednak wszedł Fadiga i gospodarze ruszyli z impetem, czego efektem była bramka. Mieliśmy swoją sytuacje, gdy Eman trafił w poprzeczkę. No szkoda. Rok zakończyliśmy porażką. Rok zakończyliśmy w strefie spadkowej, ale bardzo na styku z kilkoma drużynami. Po fatalnym początku mogło być dużo gorzej. Teraz byliśmy pod kreską, ale żadnej tragedii nie było.
Odbijamy się od dna
Wiosnę (w środku zimy) mieliśmy zacząć od meczu w Lubinie. Zagłębie w przypadku wygranej wskakiwałoby na pozycję lidera. Jednak strzelanie zaczął kilka sekund po upływie pierwszej minuty Bartek Nowak. Całościowo był to bardzo dobry mecz GieKSy, taktyczny i bardzo solidny. W drugiej części gry gola strzelił Arek Jędrych i ani przez chwilę zwycięstwo nie było zagrożone. GKS już na samym wstępie wydostał się ze strefy spadkowej.
Chwilę później po raz pierwszy na Nowej Bukowej pojawił się Widzew. I wzorem poprzednich domowych meczów, GieKSie nie zależało specjalnie na przesadnym posiadaniu piłki. Dlatego Widzew z futbolówką męczył się i męczył, ale strzał oddał tylko jeden celny w całym meczu. Za to GieKSa bramką do szatni uciszyła pusty sektor gości. W końcówce mieliśmy sporo nerwów, bo podyktowany był rzut karny dla Widzewa, ale został anulowany przez VAR. Dwa mecze – sześć punktów i zero straconych bramek. Początek wyśmienity.
Liczyliśmy na to, że mając tak dobrą formę, w końcu wygramy z niebędącą w najlepszej dyspozycji Legią. I może tak by się wydarzyło, ale sędzia Sylwestrzak nie miał tego dnia najlepszego. Trzy bardzo wątpliwe decyzje na korzyść Warszawian spowodowały, że uciekli ze stryczka. Niezależnie jednak od tego, GKS grał z niesamowitą walecznością – podobnie jak z Widzewem. Po słabszej pierwszej połowie, druga była już już lepsza i niewiele zabrakło do wygranej. Z drugiej strony – GKS ten mecz przegrywał i doprowadził do wyrównania. Był więc niedosyt, ale też docenienie punktu.
W Gdyni prowadzenie już mieliśmy w pierwszej minucie, kiedy Mateusz Wdowiak trafił do siatki. Szkoda było tego meczu, bo Arka grała fatalnie i nie istniała na boisku. GKS dominował, ale w którymś momencie… przestał grać. Arka z niczego strzeliła dwa gole. W drugiej połowie na tym klepisku oglądaliśmy już kiepskie widowisko, a gospodarze utrzymali swój wynik.
GieKSa rośnie w siłę
Przed nami były dwa domowe mecze o wielkim ciężarze gatunkowym i prestiżowym. Najpierw na pojedynek ligowy przyjechał Górnik. Piłkarze Michala Gasparika mieli wówczas zadyszkę, ale sami wiemy, jak ciężki był to rywal w poprzednich meczach, mimo że rok temu GKS na inaugurację Nowej Bukowej wygrał. Tym razem znów nie było to łatwe spotkanie. GieKSa prowadziła, potem goście wyrównali. Mecz był na styku, ale z lekką przewagą Górnika, tym bardziej cenne było to, że z przyszłym wicemistrzem Polski w końcówce nasz zespół przechylił szalę na swoją korzyść. Przy okazji mieliśmy też… jedyny w lidze podyktowany dla GKS rzut karny. Świetnie nastroiliśmy się przed ćwierćfinałem Pucharu Polski.
Znów przyjechał Widzew. Kolejne wyrównane spotkanie, choć gdyby Ilja Szkurin wykorzystał doskonałą okazję tuż przed przerwą, byłoby spokojniej. Łodzianie w drugiej połowie wyrównali wprowadzając w euforię sektor gości. Dogrywka nie przyniosła rezultatu i ku wielkiej radości ławki Widzewa – rzuty karne miały być egzekwowane na bramkę od sektora gości właśnie. Na nic się to zdało, bo w bramce mieliśmy niezawodnego Rafała Strączka. Gdy Fornalczyk przeniósł piłkę nad poprzeczką – stadion odleciał. To był olbrzymi sukces, GKS awansował do półfinału Pucharu Polski. Od Stadionu Narodowego dzielił nas już tylko jeden krok.
Wydawało się po tych emocjach, że gdzieś może przyjść zadyszka. Tymczasem kolejny mecz – na wyjeździe z Radomiakiem, GieKSa również wygrała. Choć było to spotkanie bardzo trudne, głównie w drugiej połowie. Przed przerwą bowiem mieliśmy trochę taką kopaninę, w której w końcówce Arek Jędrych dobił swój własny strzał. W drugiej części gry to już była nawałnica gospodarzy i dość rozpaczliwa obrona GKS. Nasza drużyna wyszła jednak obronną ręką z tego kotła i zawiozła do Katowic trzy punkty. Na trybunach (jak to w Radomiu) nie wytrzymywano ciśnienia, dostało się Goncalo i zaraz nie był już trenerem Radomiaka.
Za to pojedynek z Lechią to był taktyczny majstersztyk. GKS grał podwójnie osłabiony, bo za żółte kartki pauzowali Alan Czerwiński i Arkdaiusz Jędrych. Trener musiał rzeźbić linię defensywną i martwiliśmy się, jak to będzie wyglądać, tym bardziej, że naprzeciw miał być Tomas Bobcek. Przed meczem okazało się jednak, że i Słowak nie wystąpi z powodu kontuzji, więc siły się trochę wyrównywały. W pierwszej części gry Lechia jeszcze coś próbowała, były groźne strzały z dystansu. W drugiej – goście byli już kompletnie bezradni i wybitnie neutralizowani przed naszą drużynę. Wisienką w tym meczu była kontra, po której padła bramka na 1:0, to przyjęcie Bartka Nowaka, asysta Sebastiana Milewskiego i Mati Wdowiak trafiający podcinką do siatki. Być może najpiękniejsza akcja sezonu, choć później te z meczu z Motorem również będą mogły kandydować.
Zadyszka z króliczkiem na koniec
GieKSa napunktowała solidnie, ale gdzieś ten lekki moment kryzysu musiał przyjść, choć nie był to kryzys stricte. Odrabialiśmy zaległości z Jagiellonią i będąca w prawdziwym kryzysie Jaga akurat rozegrała najlepszą połowę od dawna. Mieliśmy też trochę pecha, bo sposób, w jaki piłka wpadła do bramki po strzale Pozo był kuriozalny. Trafił również Romanczuk i do przerwy mieliśmy dwubramkową stratę. Po przerwie GKS wyszedł już odmieniony i grał naprawdę dobrze. Erik Jirka strzelił kontaktową bramkę, ale na wyrównanie brakło czasu. Mimo wszystko jakoś trzeba było się liczyć, że z Białegostoku możemy wrócić bez punktów.
Grunt to było zdobyć oczka, najlepiej trzy, z beznadziejnie słabą Cracovią. I to po końcowym gwizdku był chyba najbardziej frustrujący mecz w tym sezonie. Po i przed meczem Cracovia była słaba i w trakcie meczu też była słaba. GieKSa powinna była po prostu wyjść i wypunktować takiego przeciwnika. Tymczasem naszemu zespołowi brakowało wrzucenia jednego biegu wyżej, wszystko było toczone trochę w zwolnionym tempie. I gdy wydawało się, że z wielkim niedosytem będziemy podchodzić do bezbramkowego remisu, na 10 minut przed końcem przypadkowa ręka Lukasa i karny, którego wykorzystał Hasić. Naprawdę ciężko było zrozumieć, jak można było ten mecz przegrać. Szkoda polegała też na tym, że było to tuż przed przerwą reprezentacyjną. I mimo że wcześniejsze mecze były bardzo dobre i zwycięskie, tutaj po dwóch porażkach znów pojawił się pewien znak zapytania w kontekście utrzymania.
Rozpęd maszyny
Powrót do rozgrywek nastąpił w Wielką Sobotę. Jak się później okazało, było to jedno z kluczowych spotkań w kontekście ostatecznego układu tabeli. Wówczas o pucharach poprzez ligę nawet nie marzyliśmy. Dodatkowo na chwilę liga schodziła na dalszy plan, bo przecież za kilka dni mieliśmy grać półfinał Pucharu Polski. Przy Nowej Bukowej Wisła Płock cofnęła się i wyczekiwała swoich szans. Miała żelazną defensywę i kilka wypadów było bardzo groźnych. W końcówce znów Wiktor Nowak miał znakomitą okazję. Po chwili to jednak piłkarze i kibice GKS cieszyli się, gdy w doliczonym czasie gry Lukas Klemenz pokonał bramkarza gości. Zrównaliśmy się wówczas z Wisłą punktami i wyprzedziliśmy meczami bezpośrednimi. A przecież dopiero co – na początku rundy wiosennej – Wisła była liderem, a GKS w strefie spadkowej.
W końcu przyszedł wspomniany puchar. Mecz, który przeszedł do historii, a cała piłkarska Polska ujrzała GieKSę w pełnej krasie. Dwubramkowe prowadzenie do przerwy, potem ultraszybkie dwie bramki Rakowa w drugiej połowie. Następnie ta niesamowita kontrowersja z dobitką Fadigi i wcześniejszym „wskokiem” w pole karne. Wyrównanie w doliczonym czasie gry Adama Zrelaka. Dogrywka i piękne trafienie Emana. No i te rzuty karne, które – w przeciwieństwie do tego co zawsze – były najmniej ciekawym elementem tego widowiska. 4:4, porażka w serii jedenastek i koniec marzeń o pucharze. Bolało, ale byliśmy dumni. GieKSa na wyjeździe z czołową drużyną w kraju walczyła niesamowicie. „To jest futbol. I love this game” – krzyczał rozentuzjazmowany Mateusz Borek.
Trzy dni później mieliśmy mecz w Poznaniu. Wszyscy GieKSę przed tym meczem skreślali – Lech faworytem, gra u siebie, GieKSa ma 120 minut w nogach i jest mentalnie rozbita. Tak miało być. A tymczasem na stadionie przy Bułgarskiej piłkarze Rafała Góraka rozegrali kolejne doskonałe spotkanie. Strzelili Mistrzowi Polski (ówczesnemu i przyszłemu) trzy gole, trzykrotnie wychodzili na prowadzenie i po prostu grali swoją piłkę, bez kompleksów. Szwankowała trochę gra defensywna, więc Kolejorz również trzy razy trafił. Ale punkt w Poznaniu również na koniec sezonu okazała się bardzo cenny. Błysnął znów Eman, który ustrzelił dublet, co jak się później okaże – będzie jego ulubionym sposobem punktowania w meczach.
Po tych niesamowitych emocjach wyjazdowych, wróciliśmy na Bukową. Po to, by znów rozegrać niesamowicie pasjonujący mecz, tym razem z Motorem. Pierwsza połowa to była perfekcja ofensywna. GieKSa grała efektownie i z rozmachem. Druga i trzecia bramka to był praktycznie wjazd do bramki. Akcje trwające nieco ponad 20 sekund od swojego pola karnego, piłka przechodząca przez 7-8 zawodników, szybka gra, na jeden lub dwa kontakty i gol. Coś pięknego. Niestety zaraz po przerwie straciliśmy kontaktową bramkę i trochę drżeliśmy, tym bardziej, że nawałnica ofensywna naszego zespołu nie potrafiła przynieść gola, a bramka Tratnika była jak zaczarowana. Niemniej – wygraliśmy i nasza przewaga nad strefą spadkową zrobiła się już na tyle duża, że utrzymanie było już praktycznie pewne. I tak naprawdę po raz pierwszy na bardzo poważnie zaczęliśmy myśleć o pucharach. Tabela wskazywała na to, że jest to realne. Przede wszystkim trzeba było wyprzedzić Wisłę Płock i Zagłębie.
Końcówka sezonu powoli zaczęła dawać o sobie znać. Pierwszy przejaw tego mieliśmy w Kielcach. GKS zagrał już z mniejszym animuszem, Korona też nie grała specjalnie dobrze. Jednak to co było bardzo istotne to fakt, że nie przegraliśmy tego meczu. Tym razem jeden gol wystarczył do remisu. GieKSa nie była gorsza od Kielczan, nie była też specjalnie lepsza, więc wynik był zasłużony, a kolejny punkt w tabeli dopisany.
Termalica przyjechała na Nową Bukową walczyć o złudzenia, ale szybko została ich pozbawiona. Mimo trudnego początku meczu, GieKSa znów się rozpędziła i szybko prowadziła 3:0. W drugiej części gry Katowiczanie dołożyli jeszcze dwie bramki. Wynik 5:1 to najwyższym w zakończonym sezonie i po raz drugi nasza drużyna strzeliła pięć bramek. Słonie pożegnały się z ekstraklasą, a GieKSa na poważnie włączyła się do walki o europejskie puchary. W tym momencie nasz zespół znajdował się na miejscu premiowanym. Znając terminarze Wisły i Zagłębia wiedzieliśmy, że do powrotu do Europy może wystarczyć.
Wytrzymany finisz
Ciężka to była końcówka sezonu. Trener mówił drużynie, żeby jeszcze wytrzymała, żeby utrzymała ten reżim treningowy. Pierwszym z trzech ostatnich meczów było wyjazdowe spotkanie z Piastem Gliwice. Bardzo słaba pierwsza połowa i trochę lepsza druga, nieco szczęścia i GKS zremisował w Gliwicach 0:0. To był kolejny punkt dopisany, taka jedna trzecia planu. Co prawda zwycięstwo spowodowałoby, że praktycznie te puchary są już niemal zapewnione. Ale nie wybrzydzaliśmy. Mieliśmy jeszcze dwie szanse.
Spotkanie z Jagiellonią to był finał sezonu na Nowej Bukowej. Przy komplecie publiczności, z rywalem, który złapał kapitalną formę i walczył o wicemistrzostwo. To była niesamowita walka. Jagiellonia świetnie grała w ofensywie, GKS też pokazał swoje, ale przede wszystkim obejrzeliśmy niesamowitą walkę. Bardzo cenne było wyjście z opresji, gdy po raz pierwszy od dawna przegrywaliśmy w trakcie meczu. Ozdobą meczu i wisienką tego sezonu była przepiękna bramka Borjy Galana, chyba najpiękniejszy był to gol na nowym stadionie. Katowiczanie zakończyli rundę bez porażki u siebie. Jadze plany się posypały, my nie zapewniliśmy sobie pucharów, ale punkcik był bardzo, bardzo ważny.
I gdyby Legia nie strzeliła w doliczonym czasie w Gdańsku, mielibyśmy te puchary na 99% nawet w przypadku porażki w Szczecinie. Tak jednak trzeba było z Pogonią przynajmniej zremisować. Pierwsza połowa była bardzo słaba, jedna z najsłabszych w sezonie. GieKSa przegrywała. W drugiej części było już trochę lepiej, ale piłka do bramki Kamińskiego wpaść nie chciała. Pomógł nam golkiper gospodarzy piąstkując piłkę poza polem karnym, dzięki czemu do bramki musiał wejść zawodnik z pola. I wtedy cały na złoto-zielono-czarno wjechał on – Marcel Wędrychowski. Oddał strzał z szesnastu metrów. Im dalej od tego meczu, tym bardziej można stwierdzić, że ten strzał był naprawdę świetny. Piłka na niewielkiej wysokości nad murawą, w powietrzu, w długi róg. Wpadła idealnie w siatkę. Dodatkowo strzał był na tyle chytry, że Filip Cuić nie wiedział, czy interweniować nogą czy ręką i wyszedł z tego fatalny mix. GieKSa wyrównała w doliczonym czasie i zapewniła sobie europejskie puchary.
Football bloody hell
Przeżyliśmy w zakończonym sezonie całą huśtawkę emocji. Od rozczarowania początkiem sezonu, po okresowe radości po wyjściu z dołka. Jesienią cały czas mieliśmy w głowie ciężką walkę o utrzymanie. Od meczu z Motorem zaczął się prawdziwie mentalny marsz w górę. Do Lublina jechaliśmy wtedy – tak jak pisałem – z duszą na ramieniu, bo porażka w tamtym meczu mogła być brzemienna w skutkach. A tymczasem od tamtego meczu już do końca sezonu GKS był najlepszą drużyną w lidze. Tułając się w dolnej strefie tabeli, zaczęliśmy serię z bilansem 12-6-5 do końca sezonu. Co prawda zimę spędziliśmy w strefie spadkowej, ale wiosna potem była nasza. W samej tabeli wiosny GieKSa była druga. Systematycznie pięliśmy się w górę tabeli oddalając widmo spadku, dokładaliśmy jeszcze Puchar Polski. Kilka kolejek przed końcem pojawiła się realna perspektywa gry o puchary. Byliśmy dumni z drużyny, bylibyśmy dumni nawet jakby tych pucharów nie było. Ale GieKSa grała swoje, przede wszystkim nie przegrywała meczów i z ośmioma spotkaniami na koniec bez porażki zakończyła sezon, wprawiając nas wszystkich w euforię.







































KaTe
9 lutego 2018 at 15:59
Dajcie spokój panu Cyganowi. Jego wpływ na poprawę sytuacji finansowej Gieksy jest zerowy… Natomiast, głupie decyzje o likwidacji rezerw i w sprawie Garbacika spadają już na jego konto. Poza tym, naiwna wiara w fachowość „Darka” Motały nie świadczy najlepiej o rozeznaniu b. prezesa.
Mecza
9 lutego 2018 at 17:50
Mądre słowa „uważam, że trzymanie ludzi w rezerwach, którzy mają po 22-23 lata nie ma większego sensu. Jeśli nie przebili się wcześniej, to raczej GieKSy już nie zbawią.” Niestety u nas jest kilku „wieczny nie istniejących” w kadrze 1 zespołu.
Mecza
10 lutego 2018 at 08:10
Zabrakło pytania o Trochima. @KaTe bardzo płytka uwaga, chyba nie czytałeś uważnie. Pozdrowienia Prezesie. Dziękuję są wszystko co zrobiłeś dla mojego ukochanego GKS.
Irishman
10 lutego 2018 at 19:59
Prezes okazał się genialnym człowiekiem na czasy kryzysu, zapisując się na stałe w panteon najważniejszych ludzi związanych z GieKSą! Tego mu już nikt nie zabierze.
Niestety potem było znacznie gorzej
Moim zdaniem powinien być konsekwentny i nie wracać już latem na to stanowisko. No ale po fakcie to każdy jest mądry.
Dziękuję panie Wojciechu za wszystko!
Dziadek
11 lutego 2018 at 02:04
Nie przyłączę się do peanów na cześć byłego prezesa. Nawet z tego wywiadu wynika jaka przez lata była amatorszczyzna i ile decyzji podejmowanych było na zasadzie „chciejstwa”. A już szczytem jest sprowadzanie zeszłorocznego braku awansu do meczu z Kluczborkiem. To była wisienka na torcie, zresztą prymitywnie tam postawiona… W kilku wcześniejszych meczach drużyna w pewnym momencie po prostu przestawała grać. A Kluczbork to była jawna kpina z kibiców. I prezes nie wyciągnął konsekwencji, a nawet nie był w stanie z honorem odejść. Odejście Cygana z Gieksy było o jakieś 3 lata spóźnione.
Irishman
11 lutego 2018 at 09:08
@Dziadek, peany jak najbardziej należą się prezesowi za uratowanie klubu!!!
Problem polega na tym, że niestety potem ten styl działania, która nas wcześniej uratował, kompletnie się nie sprawdził.
Powinien odejść 3 lata temu? Nie zgadzam się! Zrobił dobrą robotę i chciał ją kontynuować. Zresztą projekt awansu w dwa lata miał wszelkie szanse powodzenia! I niewiele zabrakło, aby się udał.
Ale po jego zakończeniu powinien tak jak zapowiadał odejść, bo straciliśmy pół roku i trochę pieniędzy na nie trafione decyzje. No chyba… że jakimś cudem jednak awansujemy wtedy to będzie zasługa także tych decyzji, które dziś uznajemy za błąd.
No ale po fakcie to się łatwo ocenia.
anty grzyb
11 lutego 2018 at 10:45
Prawda jest i tego nikt mu nie odbierze ze Prezes Cygan zmienil ten klub na lepsze. Sciagnoł do klubu chcacych duzo zrobic mlodych fajnych ludzi z zapalem i entuzjazmem. Nie poradził sobie z szatnia i tego nikt tez nie zaprzeczy. Plan awansu do Ekstraklasy w dwa lata spalil na panewce i nikt nie odpowiedział za to .Piłkarzyki graja dalej i robia z nami co chca a mi IDIOCI WIERNI jak zaczarowani chodzimy i bedziemy chodzic i co najgorsze zyjemy tym i zyc bedziemy.Dziekuje Panie Prezesie za dobra robote a Gieksie i sobie zycze by nie bylo gorzej
Dziadek
11 lutego 2018 at 15:49
@Irishman ale ja mu nie odbieram chwały za uratowanie klubu i doprowadzenie do finansowej płynności. Tylko że… taka misja powinna trwać 3-4 lata. Wtedy wszyscy zapamiętalibyśmy go jako tego, który uratował klub.
Jego późniejsze działania to dla Gieksy smutny okres. Nietrafione decyzje personalne (dyrektorzy sportowi), podpisywanie kontraktów z których do dzisiaj ciężko się wygrzebać, nieumiejętność znalezienie sponsora strategicznego (nie mówię o chwilówkach i osiedlu, tylko o takim, który stanie się właścicielem klubu, bo tylko tak można budować profesjonalizm), nieumiejętność zdyscyplinowania niektórych zawodników, którzy z Gieksy zrobili sobie fajną przystań (kłaniają się powody odejścia Trochima). Mam wrażenie, że Gieksa bardziej była potrzebna Cyganowi niż Cygan Gieksie. Zasiada teraz w kilku zarządach, mimo że w samej Gieksie jego praca jest oceniana niejednoznacznie. To odpowiedź dlaczego siedział tu tak długo. Po trzech latach i uporządkowaniu spraw finansowych nie byłoby zarządu HC ani PZPN… Teraz już mógł odejść bo ma poduchę finansową. Brutalna prawda. Janicki powinien „nastać” już rok temu, może dziś kupowalibyśmy karnety na ekstraklasę. Ja nie mówię, że Cygan był totalnie zły i nie chciał. Chciał, ale jak wielu w katowickim kurwidołku po prostu nie potrafił. Ludzie patrzcie realnie. Z tego bezowocnego czasu spędzonego na zapleczu ekstraklasy śmieje się już cała Polska. Zdążyła wejść Arka, Termalika, Sandecja. Górnik zdążył spaść i dzięki naszym prezentom awansować. Itd itp. A murowany kandydat nadal w 1 lidze…
Irishman
11 lutego 2018 at 22:57
@anty grzyb – „spalić na panewce” tzn. na samym początku, a to nieprawda.
@dziadek, facet dokonał fantastycznej rzeczy, a przy okazji zżył się z klubem. Chciał poprowadzić go do sukcesów, w NARESZCIE normalnych warunkach. Czy to takie dziwne? Tym bardziej, że czuł się na siłach, kibice tez myśleli, ze to najlepszy kandydat!
Tak naprawdę dopiero latem minionego roku boleśnie okazało się, że potrzebne są zmiany.
Dlatego ja, osobiście mam tylko o to pretensje, że nie odszedł latem, bo potem działania Zarządu to już było pasmo klęsk.
A to, ze inni lecą w dół, stają na nogi i prześcigają nas kolejne razy w walce o awans… No widać taki nasze j…e szczęście! Ale w końcu, jak karta się odwróci, a los odda to co zabrał to NIC NAS NIE POWSTRZYMA W WALCE O SAME ZASZCZYTY!!!