Dołącz do nas

Kibice Klub Piłka nożna

[WYWIAD] GKS lepiej jest postrzegany w Polsce niż u nas w Katowicach

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Jutro minie dokładnie 150 dni od czasu, gdy Wojciech Cygan podał się do dymisji. Od tego czasu praktycznie nie udzielał wywiadów, a w mediach znalazło się jedynie kilka krótszych rozmów. Uznaliśmy w redakcji, że warto spotkać się z osobą, która przez 7,5 roku tworzyła GKS Katowice. Były prezes przystał na nasze zaproszenie. 

Warto dodać, że trochę czasu spędziliśmy na przekonywaniu naszego rozmówcy, że taki wywiad ma sens. Rozmowa jest swego rodzaju klamrą, która spina okres Wojciecha Cygana w GieKSie. Po nagłej dymisji pojawiło się kilka pytań, m.in. o Damiana Garbacika, drużynę rezerw, czy menedżera Dariusza Motałę, które tak naprawdę nigdy nie zostały wyjaśnione. Poruszyliśmy te kwestie w poniższej rozmowie. Oprócz tego nie mogło zabraknąć pytań, o całokształt działań przez te ponad siedem lat. Wojciech Cygan zastał GieKSę biedną, z ogromnymi problemami i stojącą na krawędzi istnienia. Zostawił stabilną organizacyjnie, gdzie finanse i licencja nie stanowią problemu. Nie przedłużamy i… zapraszamy do wywiadu!

Minęło niecałe 150 dni od czasu, gdy zrezygnowałeś z bycia prezesem w GieKSie. Szybko zleciało?

To ciągle krótki okres, bo przez te 7,5 roku mocno związałem się z klubem. Dalej łapię się na tym, że zaczynam i kończę dzień od sprawdzenia tego, co tam ciekawego się dzieje w GieKSie. To oprócz wiadomego sentymentu bierze się także z tego, że dalej jestem zaangażowany w sprawy związane z GKS, choć już nie jako osoba zarządzająca, a jedynie nadzorująca – jak to ma miejsce choćby w spółce hokejowej. Myślę, że wszystkie osoby, które pracowały w GieKSie, a później z niej odeszły, świetnie rozumieją, o czym mówię. Trudno jest tak po prostu odejść z klubu i stracić z nim całkowicie kontakt.

Czym się teraz zajmujesz?

Dalej jestem w piłce. Zasiadam w zarządzie PZPN, a moja kadencja kończy się pod koniec 2020 roku. Oprócz tego pracuję w kilku organach związkowej centrali. Pełnię także funkcję wiceprezesa Pierwszej Ligi Piłkarskiej i jestem tam odpowiedzialny przede wszystkim za sprawy prawne. To na pewno w jakiś sposób absorbuje, bo dość często muszę pojawiać się w Warszawie. Prowadzę także kancelarię adwokacką, która funkcjonuje i na pewno będę chciał, by tak było dalej. Piłka nożna na pewno wciąga. Przez te wiele lat spotkałem naprawdę masę osób i teraz mam większą okazję, by się z nimi spotykać, często w milszej i spokojniejszej atmosferze.

Mecz w Sosnowcu to był taki punkt kulminacyjny?

Moja decyzja, która zapadła zaraz po jego zakończeniu, nie miała związku tylko z wynikiem spotkania. To było narastające we mnie przekonanie, że w klubie potrzebna jest zmiana. I to nie na zasadzie kolejnej wymiany trenera, czyli tak jak się często dzieje w wielu klubach. Nie chciałem udawać, że to jest jedyny sposób na rozwiązanie problemu, w jakim sportowo znalazła się sekcja piłki nożnej. Trener pozostał i myślę, że wówczas to była dobra decyzja, bo mimo tych spotkań derbowych, mamy taką pozycję, że awans w tym sezonie dalej jest możliwy. Moja decyzja narastała we mnie od pewnego czasu. Największym ciosem była dla mnie sytuacja po meczu z Kluczborkiem. Wtedy odpadliśmy de facto z walki o awans, który miał być ukoronowaniem mojej aktywności w GieKSie. Jeśli miałbym wskazać punkt kulminacyjny, to byłoby właśnie to spotkanie, a nie mecz w Sosnowcu. Podaliśmy się wtedy razem z Marcinem Janickim do dymisji, ale potem, po rozmowach z właścicielem, zdecydowaliśmy się spróbować jeszcze raz. Początek tego sezonu był jednak bardzo ciężki. Mecz z Puszczą, z Siedlcami i napięta atmosfera, która eskalowała po meczu w Sosnowcu, to był ten moment, w którym podjąłem decyzję, że czas odejść. Chciałbym podkreślić, iż nie zostałem przez kogokolwiek zwolniony. To była moja samodzielna decyzja. Moment był odpowiedni, bo pozwolił wstrząsnąć klubem i to nie tylko piłkarzami, ale całą strukturą.

Nie uważasz, że zbyt szybko odszedłeś?

Na pewno to nie była decyzja podjęta zbyt szybko. Miałem czas by ją przemyśleć. Nawet teraz po kilku miesiącach jestem przekonany, że to był odpowiedni krok – i dla mnie, i dla GieKSy. Osiągnięcie sukcesu bez poprawnych relacji między piłkarzami a kibicami, pracownikami klubu czy sponsorami, jest według mnie bardzo, bardzo trudne. Dlatego też, jeśli moja dymisja mogła w tym jakoś pomóc, to myślę, że wybrałem dobrze.

Z jakimi reakcjami spotkałeś się przed i po ogłoszeniu swojej decyzji?

Od dłuższego czasu dużo mniejszą wagę przywiązywałem do wpisów w mediach społecznościowych, czy na forum, choć oczywiście docierały do mnie czasami informacje, co tam jest wypisywane. Od dawna staram się nie czytać w ogóle komentarzy, bo za większością z nich kryją się kompletnie anonimowe osoby. Zdarzało się, że dostawałem od takich osób mało przyjemne wiadomości, ale pojawiały się także głosy od kibiców, którzy mnie wspierali, dziękowali lub nawet dziwili się, że podjąłem taką decyzję. I proszę mi wierzyć — to nie były głosy pojedyncze. To był bardzo miły moment, a po opublikowaniu pożegnania (które pojawiło się też na GieKSa.pl) to się jeszcze bardziej nasiliło. Raz jeszcze za to dziękuję.

Dlaczego GKS Katowice nie awansował do Ekstraklasy w poprzednim sezonie?

To jest bardzo dobre pytanie, bo mimo upływu czasu — wszak to już ponad pół roku — to ciągle najczęściej zadawane mi pytanie. Zadają je wszyscy, którzy są związani z branżą piłkarską. Mecz z Kluczborkiem cały czas siedzi mi głowie. Nie potrafię racjonalnie i ze stuprocentowym przekonaniem odpowiedzieć, co się wtedy wydarzyło. Pamiętam pierwsze minuty, dwie bramki i absolutną kontrolę nad tym, co dzieje się na boisku. To już nawet nie chodzi o tę ostatnią bramkę w meczu, ale o sam fakt, że Kluczbork strzelił wcześniej dwie i wyrównał stan meczu. Jest to dla mnie naprawdę trudne. Przed meczem z Kluczborkiem trener Brzęczek powiedział mi, że jeśli wygramy trzy spotkania, to awansujemy. I okazałoby się to prawdą… Ta ścieżka do upragnionego awansu wówczas nie wyglądała jakoś ekstremalnie trudno – mecze z Kluczborkiem, Grudziądzem i Bytovią. Z perspektywy czasu myślę, czy właśnie wtedy — przed meczem z Kluczborkiem — nie trzeba było podjąć jakiegoś działania. Może lekki wstrząs personalny, a może idąc w drugą stronę np. zgrupowanie? Teraz to już takie „gdybanie”. Zarząd zasadniczo powinien zapewnić najlepsze warunki dla dyrektora, trenera i piłkarzy. I tak na pewno było. Każdy to potwierdzi, że od strony organizacji klub był gotowy na ten awans – i to także, jeśli chodzi o premie czy zapisy w kontraktach gwarantujące przedłużenia umów po awansie. Liczne pomysły, które były zgłaszane przez sztab szkoleniowy czy dyrektora, były omawiane i praktycznie w całości wdrażane. Projekt „Jerzy Brzęczek” był skrojony na GieKSę, przynosił długo bardzo dobre efekty i nagle — w ciągu kilkudziesięciu minut — zakończył się z hukiem. Odrzucam skrajne teorie — takie o działaniach niezgodnych z przepisami. Bardziej stawiałbym na sprawy związane ze sferą mentalną.

Jakbyś skomentował to, co powiedział menedżer Dariusz Motała, że według niego na awansie bardziej zależało trenerowi niż piłkarzom?

Wydaje mi się, że w tej wypowiedzi nie chodziło o samo uderzenie w piłkarzy, ale bardziej podkreślenie, jak bardzo na awansie zależało trenerowi. Ja nie mogę zarzucić piłkarzom jako grupie, że nie chcieli awansu. Pamiętam, jak wyglądali po meczu z Kluczborkiem. Nie mam też żadnego dowodu, by oceniać indywidualnie, że komuś nie zależało, że ktoś odpuścił. Myślę też, że trener Brzęczek miał wiele racji, mówiąc, że dla wielu z tych chłopaków to była jedyna szansa na awans do Ekstraklasy, która już nigdy się nie powtórzy. I jeszcze raz podkreślę, że na tym awansie na pewno zależało miastu i bezpośrednio władzom Katowic, sponsorom, zarządowi oraz pracownikom klubu. To wiem na pewno.

Zawiodłeś się na wielu osobach podczas czasu spędzonego przy Bukowej?

Wiadomo, że przez te lata było masę momentów, kiedy emocje grały dużą rolę. Nie wszystko układało się tak, jakbym to sobie zaplanował. Na pewno nie mam żadnych ukrytych pretensji. Jeśli miałem lub mam do kogoś coś personalnie, to ta osoba na pewno o tym wie. Zawsze starałem się o takich rzeczach mówić bezpośrednio. Nie chcę tego roztrząsać publicznie, ale na pewno jest tak, że z pewnymi osobami dalej utrzymuję kontakt, a z innymi moje drogi się rozeszły.

Jaki jest Twój największy sukces, a jaka największa porażka związana z GieKSą?

Niezależnie od tego, co by się nie działo przez najbliższe kilkadziesiąt lat i jakkolwiek ludzie, by nie oceniali tego okresu sportowo, to faktem jest, że przez ostatnie lata GieKSa przeszła przemianę. Klub wyszedł z ogromnych problemów finansowych i organizacyjnych. Przez te lata, wraz ze wszystkimi pracownikami, Marcinem Janickim, z ogromnym udziałem miasta Katowice i całej masy sponsorów, udało się zmienić postrzeganie GKS w Polsce. Klub przestał być uważany za finansowego trupa. Zostawiłem GieKSę w dobrej sytuacji finansowej, bez widma likwidacji. Nie ma już żadnych problemów licencyjnych. Miasto udało się przekonać do objęcia większościowego pakietu oraz przejęcia odpowiedzialności za klub. Urzędnicy byli zadowoleni z tych zmian do tego stopnia, że teraz na bazie GKS buduje się istotną część całego sportu zawodowego w mieście. Mam z tego ogromną satysfakcję. Do dziś nasz klub jest też pokazywany jako wzór podmiotu, który poradził się z ogromnymi problemami finansowymi. To podkreślają szczególnie przedstawiciele Komisji Licencyjnej PZPN. Oni nam kiedyś zaufali, uwierzyli w nasz plan i teraz tego nie żałują. Teraz gdy w zarządzie spółki nie ma już mojej osoby, to czas, by nowi ludzie na solidnych fundamentach budowali sukces sportowy, bo kwestie organizacyjne na pewno są na wysokim poziomie. Dziwi mnie tylko jedno, a mianowicie fakt, że rozmawiając z wieloma osobami z całego kraju, można odnieść wrażenie, że GKS lepiej jest postrzegany w Polsce niż u nas w Katowicach. Dobrze o klubie wypowiadają się nie tylko ludzie piłki, ale także siatkówki czy hokeja. I to z całego kraju. A u nas często słychać narzekania i wątpliwości – i nie mam tu na myśli samego wyniku sportowego, ale takie pojawiające się przeświadczenie, że jeżeli np. Tychy czy Gliwice wspierają swoje kluby to dobrze, a jeśli to samo robią w Katowicach, to już takie dobre nie jest…

Jeśli chodzi o błędy, to rozpamiętuję przede wszystkim te personalne. Należy jednak pamiętać, że nie ma takiego klubu, który ich nie popełnia. To jest nieodłączona część sportu. Bardzo często na papierze ktoś wyglądał super, ale np. potem nie umiał odnaleźć się w tak dużym klubie, jak GKS. Nie chcę już używać słowa „presja”, bo to jest słowo, które w Polsce jest wypowiadane chyba jedynie w kontekście GieKSy… Problem w postrzeganiu GKS polega na długim okresie bez wymiernego sukcesu sportowego. Często jednak zapomina się o tym, że klub balansował przez wiele lat na granicy istnienia. Czasami sam się łapię na tym, że pewnie moje rządy byłyby ocenianie niemal wyłącznie pozytywnie, gdyby Komisja Licencyjna swego czasu nam nie zaufała i spadlibyśmy do niższych lig. Raczej nikt nie miałby wtedy by do mnie pretensji, bo co ja sam wtedy mógłbym zrobić, mając na plecach przeszło 10 mln zł zobowiązań? A przez te kolejne lata pewnie byśmy na ten poziom pierwszoligowy wrócili… Jednakże wtedy – razem z miastem – postanowiliśmy walczyć i przez dwa kolejne sezony dostawaliśmy licencję na 1 ligę w ostatnich możliwych terminach po złożeniu stosownych odwołań. Doskonale zdaję sobie sprawę, że ciężko przekonać kibiców, którzy chodzą na mecze, że sukcesem jest to, że mając kilkumiesięczne opóźnienia w płatnościach, udawało się utrzymać w lidze, że przystępowaliśmy do spłaty długów czy pozyskiwaliśmy kolejnego sponsora. Oni chcą wygrywania, awansów i trudno im się dziwić, bo to klub sportowy. Patrząc na ostatnie lata, nie zapominajmy jednak, że mogliśmy startować kolejny raz od samego początku, a tak naprawdę dopiero ostatnie dwa sezony – ten zakończony na 4. miejscu i ten ostatni przegrany na finiszu – były rozgrywane w warunkach stabilizacji finansowej.

Zawsze w wywiadach powtarzałeś, że żałujesz zwolnienia trenera Moskala.

Chciałbym, by kiedyś wrócił do GieKSy, bo mam bardzo dobre zdanie na jego temat, jeśli chodzi o umiejętności trenerskie, budowanie relacji z szatnią. Trener Moskal załapał się na okres, gdzie płynność finansowa dopiero się tworzyła, a zdecydowanie gorzej pracuje się w momencie, kiedy ciągle myśli się, czy w tym miesiącu będzie wypłata i to pytanie krąży po szatni. Podkreślałem, że tej decyzji żałuję, bo myślę, że była podjęta pod wpływem emocji, które wtedy nie powinny na to wpływać. Ta decyzja nie obroniła się również pod innym względem. Nie mieliśmy przygotowanej alternatywy na taką sytuację. Teraz mając doświadczenie, wiem, że zawsze trzeba mieć przygotowany plan B, jeśli chcesz zmienić trenera.

Kto podjął decyzję o likwidacji zespołu rezerw?

Propozycja wyszła od Darka Motały. Dziś trzeba przyznać, że przedstawiony wówczas pomysł nie został wprowadzony w życie. Mniejsza o przyczyny, bo nie mogłem już tego obserwować od środka. Plan polegał na tym, że po spadku do okręgówki zamiast rozgrywek w tak niskiej klasie miały być organizowane mecze sparingowe z udziałem innych zespołów — czy to trzeciej-czwartej ligi, czy rezerw pozostałych klubów ze Śląska i nie tylko. Spotkania miały się odbywać na dobrych boiskach, przede wszystkim na bocznym boisku przy Bukowej — raz na dwa, trzy tygodnie — i zawsze pod okiem sztabu szkoleniowego pierwszej drużyny. Oprócz samego spadku drużyny rezerw to drugim ważnym powodem było to, że chcieliśmy postawić na zespoły juniorskie. Naszym celem było stopniowe wprowadzanie młodzieżowych drużyn do CLJ. Na tym fundamencie miało się budować coś, co w niedługim czasie powinno zaprocentować wzmocnieniami dla pierwszej drużyny. Nie uważam, by konieczne było posiadanie zespołu rezerw, by piłkarze byli w rytmie meczowym. Mamy dobre przykłady tego choćby w Białymstoku czy Kielcach. Nawet jeśli nastąpi zmiana w tym podejściu i powstanie znowu zespół rezerw to będzie on mógł starać się o grę w rozgrywkach A klasy, a nie jak niektórzy mówią — w C klasie. A klasa, to tylko liga niżej niż okręgówka, w której znaleźliśmy się, gdy likwidowaliśmy drużynę rezerw. To powinien być tylko sezon różnicy, więc nie demonizowałbym tego tematu. I raz jeszcze podkreślę, że – w mojej opinii – zaproszenie drużyn na mecze sparingowe jest dużo lepsze i wygodniejsze – także z punktu widzenia naszych drużyn młodzieżowych, bo w takich spotkaniach mogliby się też ogrywać czasem lepsi juniorzy, którzy pod okiem szkoleniowca pierwszej drużyny byliby o krok od pierwszej ligi. Chcę też podkreślić, że trener Mandrysz wiedział o tym planie, był mu przedstawiony i chociaż miał swoje wątpliwości, czy uwagi, to ostatecznie z taką decyzją się pogodził.

Sporo zamieszania było w lecie z osobą Dariusza Motały. Jego rozmowy w Lubinie, brak planu B, a później nowa umowa i szybka rezygnacja z jego osoby w ciągu sezonu.

Jeśli chodzi o rozmowy z Lubinem, to Dariusz Motała o nich mnie nie informował, ale ja o nich się szybko dowiedziałem z innych źródeł. Dla mnie nie było tutaj przekroczenia reguł z jego strony. Nasza umowa się kończyła, a Dariusz dostał sygnał, że ktoś chce się spotkać, więc na to spotkanie pojechał. Dla mnie to była rzecz absolutnie zrozumiała. Jeśli chodzi o „plany A, B” — bo nawet trener Mandrysz się do tego odnosił w wywiadach — to już od zakończenia zimowego okienka mieliśmy rozmowy z dyrektorem Motałą i trenerem Brzęczkiem na temat zawodników do ekstraklasy oraz do pierwszej ligi. Były dwa warianty i nie było tak, że się skupialiśmy tylko na ekstraklasie, czy też tylko pierwszej lidze. Gdy było wiadomo, że zostajemy w pierwszej lidze, a trenerem zostanie Piotr Mandrysz, to na spotkaniach z dyrektorem miał on przedstawianą listę zawodników, którzy mogli dołączyć do składu. Część z tych propozycji spotkała się z akceptacją trenera, a część nie. Zasadniczo w mojej ocenie Darek Motała pełnił swoje obowiązki dobrze. Uważam, że był przygotowany, miał pojęcie o tym, co robi i to, że ekstraklasa się po niego zgłosiła, to mnie nie zdziwiło. Jeśli zaś chodzi o jego umowę, to kończyła się ona 30 czerwca i przed tym dniem została przedłużona. To nie było też tak, że dyrektor nie wiedział, na czym stoi i do ostatniej chwili trzymaliśmy go w niepewności. Jeśli chodzi o odejście, to odbyliśmy długą rozmowę i razem doszliśmy do wniosku, że takie pożegnanie będzie dla nas najlepsze. Nie chcę odnosić się do tego, czy już wtedy Darek miał umowę w Lubinie, czy nie, bo tego nie wiem. Dla mnie normalną sprawą jest, że ktoś odchodzi z jednego klubu i idzie od razu do drugiego. Mamy dalej poprawne relacje i życzę Darkowi wszystkiego dobrego w jego dalszej karierze.

Czy mógłbyś wyjaśnić kwestię związaną z przesunięciem do rezerw Damiana Garbacika?

To ja zadecydowałem o przesunięciu Damiana do treningów z zespołem juniorów. Wbrew podejrzeniom strzelona samobójcza bramka w meczu z Wigrami nie miała automatycznego przełożenia na taką decyzję. Nikt nie stwierdził przecież, że Damian strzelił takiego gola specjalnie. Po tym meczu zaprosiłem Damiana na rozmowę. Wtedy też zadecydowałem, że najlepiej będzie, jak Damian złapie pewien dystans, pewne rzeczy sobie przemyśli i poukłada w głowie. Zewnętrzna ocena kibiców tej decyzji mnie w tej sytuacji nie interesowała, gdyż tylko wąskie grono ma wiedzę na temat tego, o czym rozmawialiśmy na tym spotkaniu. Żeby nie było niedomówień — Damian na tej rozmowie zachowywał się normalnie, nie było żadnych problemów, nazwijmy to „wychowawczych”. W trakcie tej rozmowy odniosłem wrażenie, że Damian potrzebuje przerwy i uzgodniliśmy, że takie przesunięcie nastąpi, ale już wtedy ustaliliśmy, że za jakiś czas zawodnik wróci do pierwszej drużyny, że jest to przesunięcie czasowe. Dalej jestem przekonany, że w tamtym momencie to było najlepsze wyjście dla wszystkich.

Jak wygląda od środka sytuacja akademii Młodej GieKSy? W ostatnim czasie wiele krytyki zbiera ona wśród kibiców, czy też rodziców.

Najpierw generalna uwaga — każda akademia, gdzie trenuje kilkaset dzieci, naraża się na niebezpieczeństwo takich negatywnych komentarzy. Jeśli w roczniku jest kilkadziesiąt dzieci, to wiadomo, że jedni grają w tych fajniejszych turniejach, a inni w mniej fajnych. Dodatkowo duża część rodziców będzie uważać, że to właśnie ich dziecko jest najlepsze i to ono powinno grać w najlepszej drużynie. Akademia Młoda GieKSa jest już na takim etapie, gdzie coraz ciszej można mówić o tym, że cały czas jest rozruch, budowa i czekamy na efekty. Te pierwsze efekty już powinny powoli nachodzić. To będzie pierwszy etap mocnej weryfikacji tego, co zrobiono w ostatnich latach. Myślę jednak, że to nie jedyna płaszczyzna takiej weryfikacji. Patrząc na inne akademie, to taka praca nie powinna się ograniczać jedynie na szkoleniu tych, którzy są w klubie, ale również na wyszukiwaniu zdolnych zawodników w innych drużynach i wzmacniania nimi akademii. Mam nadzieję, że stabilna sytuacja finansowa akademii pozwoli także na to, żeby stawiać poszczególnym rocznikom cele — czy to indywidualne, czy drużynowe. Bardzo bym chciał, by drużyny Młodej GieKSy grały w CLJ, bo to jest dobra podbudowa pod pierwszy zespół. Trzeba dawać możliwość młodym. Ja – także w kontekście likwidacji zespołu rezerw – uważam, że trzymanie ludzi w rezerwach, którzy mają po 22-23 lata nie ma większego sensu. Jeśli nie przebili się wcześniej, to raczej GieKSy już nie zbawią. Jeśli zaś chodzi o samą młodzież, to teraz z dużym zaciekawieniem jadę na turniej do Warszawy, gdzie dwa młode roczniki GieKSy awansowały do turnieju finałowego o Puchar Prezesa PZPN–u. Chętnie obejrzę, jak wypadną na tle innych drużyn z całego kraju.

Dlaczego współpraca z Rozwojem idzie tak opornie?

Przez długie lata bardzo szkodliwy wpływ miały animozje personalne. Nawet nie na płaszczyźnie prezesów, ale na niższych poziomach. Pojawiały się spory i rywalizacja o to, kto jest w danym roczniku lepszy, a mecz derbowy między drużynami urastał do największego wydarzenia w sezonie. Taka sytuacja była niezdrowa i nie pomagała stosunkom pomiędzy klubami. Te wzajemne animozje trwały wiele lat i tego nie można było ot, tak zmienić. W momencie, gdy prezesem Rozwoju został Zbigniew Waśkiewicz, to zaczęliśmy rozmawiać na temat współpracy. Podpisana w lipcu zeszłego roku umowa nie daje gotowych rozwiązań dla każdej sytuacji, ale wyznacza pewne ramy. Niewątpliwie Rozwój ma duże sukcesy w szkoleniu młodzieży, więc naturalną jest chęć umożliwienia tym chłopakom grania w klubie, który jest w wyższej lidze — tym bardziej że oba kluby są z jednego miasta, a obie akademie są wspierane przez miasto Katowice. Wiem, że najtrudniejszy jest ten pierwszy krok, w którym zawodnik Rozwoju stanie się pełnoprawnym zawodnikiem pierwszej drużyny GieKSy. Trzymam mocno kciuki za to, by taki transfer nastąpił jak najszybciej, bo to pozwoliłoby przełamać kolejną barierę do pełnej współpracy obu klubów.

Kibice często domagają się rozwiązania kontraktów z zawodnikami. Czy to jest takie proste, jak się wydaje?

Rozwiązanie kontraktu za porozumieniem stron zawsze jest możliwe, ale nie zawsze jest łatwe i tanie. Od strony prawnej umowy piłkarskie są bardzo dobrze zabezpieczone. Wszystko zależy od zdolności negocjacyjnych, przekonania danego zawodnika do tego i — tak jak przy trenerach — trzeba mieć mocne przekonanie, że na jego miejsce przyjdzie ktoś, kto będzie lepszy. Jeśli chodzi o takie łatwe recepty, to bardzo często są one przekazywane przez osoby, które nie mają wiedzy na temat zapisów kontraktów, tego, jaką zawodnik odgrywa rolę nie tylko na boisku, a w szatni, jaki ma wpływ na drużynę. Jeśli chodzi o aktualną sytuację, to mówienie o zmianach w zimie na poziomie więcej niż 3-4 piłkarzy, jest moim zdaniem bardzo ryzykowne. Takich przykładów było wiele – choćby swego czasu Flota. Zresztą teraz jestem bardzo ciekaw, jak po dużych zmianach będzie funkcjonował na przykład Raków Częstochowa. Co do części kibiców to ich słowa, że trzeba „wywalić wszystkich, budować od nowa” to ocena nazbyt ogólna i przez to niesprawiedliwa. Może kolejny raz się narażę, ale z całą mocą podkreślę, że aktualna szatnia GieKSy to nie jest siedlisko leserów i lekkoduchów, którzy wybrali to miejsce na ziemi, by przeżyć kolejne miesiące ze swojego życia. W końcu to w niej zasiadają ludzie, których jeszcze nie tak dawno przy Bukowej oklaskiwano, a rok temu w przerwie zimowej byli na 2. miejscu w tabeli. A że nie wszyscy zawsze znajdują się w optymalnej formie to specyfika sportu i efekt wielu różnych czynników, nie zawsze zależnych tylko od samych zawodników. Zresztą tak po prawdzie to, jaka jest pewność, że przyjdzie 20 czy 25 innych, lepszych piłkarzy, którzy szybko zaadoptują się do klubu i z ich udziałem nastąpi pasmo sukcesów? Poza tym taka drastyczna wymiana w środowisku piłkarskim mogłaby przynieść odwrotny efekt. Piłkarze mogą nie chcieć przychodzić do klubu, który nie jest stabilny, w którym piłkarze podpisują kontrakty, a nagle się ich wyrzuca w ramach jakiejś odpowiedzialności zbiorowej. W każdej takiej decyzji o rozwiązaniu kontraktu trzeba być ostrożnym i duża w tym rola trenera. To on musi zadecydować, czy danego zawodnika widzi w składzie, chce go oglądać i trenować. Co oczywiste, zmiany w kadrze na ogół są pożądane, bo nie ma takiej grupy ludzi, której nie można wzmocnić, ale decyzje o rozmiarze tych zmian winny być gruntownie przemyślane.

Czy zrobiłeś wszystko, co się dało w sprawie stadionu?

Nie brałem udziału w pracach żadnego zespołu w tej sprawie, ale przekazywaliśmy do miasta informację na temat naszych uwag i potrzeb. Jestem przekonany, że wykonaliśmy swoją pracę dobrze w tym zakresie. Partnerem dla miasta jest teraz osoba Marcina Janickiego i wiem, że on również nie zaniedba rzeczy, które są istotne z punktu widzenia funkcjonowania klubu na nowym stadionie.

Z perspektywy czasu, gdybyś mógł teraz tamtemu Wojciechowi Cyganowi doradzić, czy wchodzić w GieKSie, to co byś mu powiedział po tylu latach i czasie spędzonym w klubie?

Rozumiem, że jesteśmy w 2010 z bagażem doświadczeń z 2017 roku? Wtedy w 2010 przy pierwszej propozycji wejścia do klubu, odmówiłem. Teraz mając taką wiedzę i doświadczenie, nie zrobiłbym tego. Miałem wtedy obawy, czy uda mi się zdać egzamin adwokacki, czy nie zaniedbam czegoś, na co pracowałem całe lata. Moi koledzy z roku mieli 3-4 miesiące, by się do tego egzaminu przygotować, ja takiego komfortu nie miałem, ale ostatecznie efekt był pozytywny. Praca w GieKSie to bardzo ciężki kawałek chleba, wymagający czasem bardzo dużej odporności psychicznej. Pamiętam np. wigilie, które zaczynałem od telefonów od komorników czy wierzycieli. Dostawałem też SMS-y, które były bardzo osobiste i trudne dla mnie. Ludzie pisali o sytuacjach życiowych spowodowanych tym, że GieKSa nie płaciła. Ja w tamtym momencie nie miałem możliwości, by płacić, bo klub tonął w długach. Czasami trzeba było angażować prywatne środki… Teraz ktoś powie, że można się było zachować inaczej, lepiej, ale w tamtym czasie tych decyzji było dziesiątki dziennie, przychodziły wezwania do zapłaty, wyroki, zajęcia komornicze. Pojawiały się wciąż nowe problemy. Wtedy naprawdę pracowaliśmy po 20 godzin dziennie na rzecz klubu. Ktoś powie, że to nie sztuka wyjść z problemów przy wsparciu miasta. Jak słyszę takie argumenty, to polecam tym ludziom, by poszli do miasta i poprosili o wsparcie dla klubu w takim położeniu, w jakim wówczas była GieKSa. Ciekaw jestem, co by usłyszeli. W jednym z artykułów zobaczyłem wyliczenia, ile to pieniędzy miasto Katowice przeznaczyło na klub za moich czasów. Zostało to przedstawione jako zarzut. Ja uważam to za swój sukces. To, że w ekstremalnie trudnym momencie udało mi się przekonać władze miasta do tego, że w GieKSę warto inwestować i pomóc klubowi spłacić zobowiązania, to coś, co zadecydowało, że klub dalej funkcjonuje, tyle że już na dużo spokojniejszych wodach. Za to wielkie brawa należą się miastu i jego władzom. Zresztą, co ciekawe, ci, którzy twierdzą, że oni lepiej zarządzaliby klubem w trudnych czasach, jakoś dziwnie nie zgłaszali swoich kandydatur w sytuacji milionowych zobowiązań, braku pewności co do przyszłości klubu czy też możliwej odpowiedzialności za część długów prywatnym majątkiem moim i Marcina.

Z drugiej strony, co z życiem osobistym?

Szczerze, jeśli chcesz wejść w klub tylko by administrować nim, to nie rób tego. Ja absolutnie nie mam poczucia, że coś straciłem przez to, że byłem zaangażowany w pracę w klubie. Dla mnie GKS to nie są zmarnowane lata, to jest przygoda mojego życia. Dzięki tej pracy moje życie się zmieniło. Poznałem masę fajnych ludzi. Może coś mi uciekło, ale nie należę do tych, którzy rozpamiętują i żałują zdarzeń z przeszłości.

Co dalej z Wojtkiem Cyganem?

Na pewno nie szukam teraz propozycji, które by mnie angażowały w takim stopniu, jak praca jako prezes GKS-u Katowice. Po moim odejściu pojawiały się zapytania i to nie tylko ze sportu, ale na dziś potrzebuję czasu i złapania dystansu przed kolejnymi wyzwaniami. Pewnie, jeśli pojawiłby się jakiś ciekawy projekt, to będę myślał nad swoim zaangażowaniem się, o ile oczywiście osoby decyzyjne będą widziały w nim moją osobę.

Tym wywiadem zamykamy pewien rozdział związany z Twoją osobą i funkcją prezesa w GieKSie. Co byś chciał przekazać zatem kibicom?

Chciałbym, by kibice patrzyli na funkcjonowanie klubu z uwagą, z żywym zainteresowaniem, ale przede wszystkim by nie zapominali, że są kibicami i powinni być z klubem na dobre i na złe. Bez kibiców klub nie istnieje i na pewno nie będzie dobrze funkcjonować. Bez wsparcia trybun, czy też takiego codziennego zainteresowania, ten projekt nie ma przyszłości. Nikt nie będzie budować dużego klubu sportowego tylko po to, by ludzie w administracji mieli pracę, czy zawodnicy pograli sobie na boisku, tafli lub parkiecie. Prosiłbym też kibiców o powściągliwość w niektórych ocenach, bo naprawdę nie wszystko jest takie, jak na pierwszy rzut oka widać. Łatwo wydawać opinie, komentować, ale najpierw warto poznać uzasadnienie danej decyzji. Życie klubu, zwłaszcza wielosekcyjnego, to wiele różnych działań każdego dnia. Jak to w życiu – nikt nie ma patentu na nieomylność i nawet jeśli po tygodniach, miesiącach czy latach pewne decyzje nie są w stanie się obronić, to trzeba z tego wyciągać dobre wnioski na przyszłość i iść do przodu. Chcę też, by kibice pamiętali, że GKS Katowice to projekt na długie lata i o przyszłości nie będzie decydować jedynie pierwszy mecz z Puszczą Niepołomice na wiosnę. Kibice muszą być z klubem przez cały czas, bo tylko tak rodzi się sukces. Na koniec, jeśli mogę siebie ocenić, to wydaje mi się, że swoją robotę wykonałem solidnie i na pewno w każdej decyzji szukałem dobra klubu. Teraz mocno trzymam kciuki i wierzę, że w niedługim czasie będę mógł się cieszyć z sukcesów każdej z sekcji. Kibicom zalecam cierpliwość i wiarę w tych ludzi, którzy są w klubie. Oni naprawdę chcą silnej GieKSy. A tym wszystkim, którzy chcą mi coś przekazać pod tekstem w komentarzach, to zapraszam do rozmowy osobistej czy też przy pomocy mediów społecznościowych. Anonimowych komentarzy i wpisów na forum nadal nie czytam i nawet ta rozmowa z Wami mojego stanowiska w tym zakresie nie zmieni (śmiech).

Rozmawiali: Błażej, kosa

9 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

9 komentarzy

  1. Avatar photo

    KaTe

    9 lutego 2018 at 15:59

    Dajcie spokój panu Cyganowi. Jego wpływ na poprawę sytuacji finansowej Gieksy jest zerowy… Natomiast, głupie decyzje o likwidacji rezerw i w sprawie Garbacika spadają już na jego konto. Poza tym, naiwna wiara w fachowość „Darka” Motały nie świadczy najlepiej o rozeznaniu b. prezesa.

  2. Avatar photo

    Mecza

    9 lutego 2018 at 17:50

    Mądre słowa „uważam, że trzymanie ludzi w rezerwach, którzy mają po 22-23 lata nie ma większego sensu. Jeśli nie przebili się wcześniej, to raczej GieKSy już nie zbawią.” Niestety u nas jest kilku „wieczny nie istniejących” w kadrze 1 zespołu.

  3. Avatar photo

    Mecza

    10 lutego 2018 at 08:10

    Zabrakło pytania o Trochima. @KaTe bardzo płytka uwaga, chyba nie czytałeś uważnie. Pozdrowienia Prezesie. Dziękuję są wszystko co zrobiłeś dla mojego ukochanego GKS.

  4. Avatar photo

    Irishman

    10 lutego 2018 at 19:59

    Prezes okazał się genialnym człowiekiem na czasy kryzysu, zapisując się na stałe w panteon najważniejszych ludzi związanych z GieKSą! Tego mu już nikt nie zabierze.
    Niestety potem było znacznie gorzej

    Moim zdaniem powinien być konsekwentny i nie wracać już latem na to stanowisko. No ale po fakcie to każdy jest mądry.

    Dziękuję panie Wojciechu za wszystko!

  5. Avatar photo

    Dziadek

    11 lutego 2018 at 02:04

    Nie przyłączę się do peanów na cześć byłego prezesa. Nawet z tego wywiadu wynika jaka przez lata była amatorszczyzna i ile decyzji podejmowanych było na zasadzie „chciejstwa”. A już szczytem jest sprowadzanie zeszłorocznego braku awansu do meczu z Kluczborkiem. To była wisienka na torcie, zresztą prymitywnie tam postawiona… W kilku wcześniejszych meczach drużyna w pewnym momencie po prostu przestawała grać. A Kluczbork to była jawna kpina z kibiców. I prezes nie wyciągnął konsekwencji, a nawet nie był w stanie z honorem odejść. Odejście Cygana z Gieksy było o jakieś 3 lata spóźnione.

  6. Avatar photo

    Irishman

    11 lutego 2018 at 09:08

    @Dziadek, peany jak najbardziej należą się prezesowi za uratowanie klubu!!!
    Problem polega na tym, że niestety potem ten styl działania, która nas wcześniej uratował, kompletnie się nie sprawdził.
    Powinien odejść 3 lata temu? Nie zgadzam się! Zrobił dobrą robotę i chciał ją kontynuować. Zresztą projekt awansu w dwa lata miał wszelkie szanse powodzenia! I niewiele zabrakło, aby się udał.
    Ale po jego zakończeniu powinien tak jak zapowiadał odejść, bo straciliśmy pół roku i trochę pieniędzy na nie trafione decyzje. No chyba… że jakimś cudem jednak awansujemy wtedy to będzie zasługa także tych decyzji, które dziś uznajemy za błąd.
    No ale po fakcie to się łatwo ocenia.

  7. Avatar photo

    anty grzyb

    11 lutego 2018 at 10:45

    Prawda jest i tego nikt mu nie odbierze ze Prezes Cygan zmienil ten klub na lepsze. Sciagnoł do klubu chcacych duzo zrobic mlodych fajnych ludzi z zapalem i entuzjazmem. Nie poradził sobie z szatnia i tego nikt tez nie zaprzeczy. Plan awansu do Ekstraklasy w dwa lata spalil na panewce i nikt nie odpowiedział za to .Piłkarzyki graja dalej i robia z nami co chca a mi IDIOCI WIERNI jak zaczarowani chodzimy i bedziemy chodzic i co najgorsze zyjemy tym i zyc bedziemy.Dziekuje Panie Prezesie za dobra robote a Gieksie i sobie zycze by nie bylo gorzej

  8. Avatar photo

    Dziadek

    11 lutego 2018 at 15:49

    @Irishman ale ja mu nie odbieram chwały za uratowanie klubu i doprowadzenie do finansowej płynności. Tylko że… taka misja powinna trwać 3-4 lata. Wtedy wszyscy zapamiętalibyśmy go jako tego, który uratował klub.
    Jego późniejsze działania to dla Gieksy smutny okres. Nietrafione decyzje personalne (dyrektorzy sportowi), podpisywanie kontraktów z których do dzisiaj ciężko się wygrzebać, nieumiejętność znalezienie sponsora strategicznego (nie mówię o chwilówkach i osiedlu, tylko o takim, który stanie się właścicielem klubu, bo tylko tak można budować profesjonalizm), nieumiejętność zdyscyplinowania niektórych zawodników, którzy z Gieksy zrobili sobie fajną przystań (kłaniają się powody odejścia Trochima). Mam wrażenie, że Gieksa bardziej była potrzebna Cyganowi niż Cygan Gieksie. Zasiada teraz w kilku zarządach, mimo że w samej Gieksie jego praca jest oceniana niejednoznacznie. To odpowiedź dlaczego siedział tu tak długo. Po trzech latach i uporządkowaniu spraw finansowych nie byłoby zarządu HC ani PZPN… Teraz już mógł odejść bo ma poduchę finansową. Brutalna prawda. Janicki powinien „nastać” już rok temu, może dziś kupowalibyśmy karnety na ekstraklasę. Ja nie mówię, że Cygan był totalnie zły i nie chciał. Chciał, ale jak wielu w katowickim kurwidołku po prostu nie potrafił. Ludzie patrzcie realnie. Z tego bezowocnego czasu spędzonego na zapleczu ekstraklasy śmieje się już cała Polska. Zdążyła wejść Arka, Termalika, Sandecja. Górnik zdążył spaść i dzięki naszym prezentom awansować. Itd itp. A murowany kandydat nadal w 1 lidze…

  9. Avatar photo

    Irishman

    11 lutego 2018 at 22:57

    @anty grzyb – „spalić na panewce” tzn. na samym początku, a to nieprawda.

    @dziadek, facet dokonał fantastycznej rzeczy, a przy okazji zżył się z klubem. Chciał poprowadzić go do sukcesów, w NARESZCIE normalnych warunkach. Czy to takie dziwne? Tym bardziej, że czuł się na siłach, kibice tez myśleli, ze to najlepszy kandydat!

    Tak naprawdę dopiero latem minionego roku boleśnie okazało się, że potrzebne są zmiany.

    Dlatego ja, osobiście mam tylko o to pretensje, że nie odszedł latem, bo potem działania Zarządu to już było pasmo klęsk.

    A to, ze inni lecą w dół, stają na nogi i prześcigają nas kolejne razy w walce o awans… No widać taki nasze j…e szczęście! Ale w końcu, jak karta się odwróci, a los odda to co zabrał to NIC NAS NIE POWSTRZYMA W WALCE O SAME ZASZCZYTY!!!

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna Wywiady

Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.

Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?

Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.

A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.

Może, może (śmiech).  Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.

Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje. 

Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.

Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?

Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.

Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?

Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.

To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?

Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.

A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?

Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.

W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?

Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.

Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.

Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.

Biło serce, jak sprawdzali spalonego?

Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.

Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?

Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.

Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?

Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.

Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.

Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Realizacja piłkarskich mitów

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”

Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.

Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.

GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.

Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.

Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…

No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.

Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.

Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.

Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.

Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.

Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.

Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.

Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.

Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.

Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.

Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.

A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: brutalne zderzenie z rzeczywistością

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W ostatnim czasie sportowe media prześcigają się w doniesieniach o sytuacji przy Piłsudskiego w Łodzi, a ta jest nie do pozazdroszczenia. Strata do bezpiecznej strefy w lidze nie maleje, a trzeba grać jeszcze w Pucharze Polski. Dlatego przed meczem z GieKSą będzie „ANI słowa o Widzewie” – o nastrojach w czerwonej części Łodzi opowiada Ania Kalisz z widzewskiego podkastu o takim tytule.

Nie jesteś pierwszą kobietą, z którą miałem przyjemność rozmawiać w ramach tego cyklu, bo szlaki przecierała Karolina Jaskulska z Lechia.net, natomiast nie da się ukryć, że wśród pasjonatów futbolu stanowicie raczej mniejszość. Jak ci się chodzi w szpilkach po piłkarskiej murawie?
Różnie z tym bywało, bo myślę, że dla widzewskiej społeczności było to pewne zaskoczenie. Z początku zdarzały się negatywne reakcje – za co ja się w ogóle wzięłam, a czasem odsyłano mnie do przysłowiowych „garów”. W miarę coraz dłuższej obecności na tym widzewskim rynku medialnym, ludzie chyba mi zaufali i grupa widzów z czasem się powiększała. Spotykam ich na stadionie – ludzie zaczepiają, podchodzą i to jest fajne. Trzeba było czasu, aby zbudować bazę tych, którzy będą chcieli mnie słuchać czy oglądać, ale to się udało i bardzo się z tego cieszę.

Stosunkowo niedawno GieKSa i Widzew potykały się w lidze. Co się u was działo przez te kilka tygodni?
Działo się dużo, ale takie już jest to nasze widzewskie piekiełko – zawsze dużo się dzieje. Sporo krytyki wylało się na nas po porażce w Katowicach, nawet ze strony legend Widzewa, jak choćby Tomasza Łapińskiego, który podkreślał jednak, że robi to z troski o to, co się dzieje w klubie po transferach, wydanych milionach i w perspektywie ogromnych oczekiwań, które się samoistnie nakręcały w przerwie zimowej. Tymczasem nastąpiło brutalne zderzenie z rzeczywistością – najpierw z panem Siemieńcem, potem z panem Górakiem i od tego momentu zaczęły się nam szerzej otwierać oczy, czy te transfery rzeczywiście przełożą się na wynik. Potem przyszło zwycięstwo w Płocku po dosyć dobrej grze i nadzieja wróciła. Ale przyjechała Cracovia, na której tle nie wyglądaliśmy najlepiej, a ostatni mecz z Pogonią to już totalny paździerz. Czuć więc rozczarowanie i obawy o przyszłość, patrząc na sytuację w tabeli. Mimo to liczę, że to utrzymanie uda nam się spokojnie zapewnić, ponadto z dużymi nadziejami patrzę na Puchar Polski.

Oglądałem twój podkast po naszym ligowym meczu. Niektórzy widzowie zalecali ci zdjąć różowe okulary, przez które patrzysz na Widzew. Tymczasem sądząc po twoich wpisach po meczu z Pogonią wydaje się, że pokłady optymizmu powoli się wyczerpują, a czara goryczy się przelewa.
Przelała się po wczorajszym meczu. Zawsze staram się trzymać narracji albo neutralnej, albo optymistycznej, żeby tonować nastroje. Inne widzewskie media płoną, kibice zawsze są żądni krwi i głodni sukcesu. Dlatego zazwyczaj próbuję nie nakręcać dodatkowo tej spirali. Do tego jednak są potrzebne argumenty sportowe, ale meczem z Pogonią trener Jovićević ostatecznie zrzucił mi z nosa różowe okulary i jeszcze je podeptał. W tej chwili Widzew w żaden sposób nie broni się sportowo.

Wracając do naszego meczu, jakie nastroje panowały w Łodzi po porażce z rywalem w walce o utrzymanie?
Ciężko było to przełknąć. Wasz skład jest oparty na Polakach, zbudowany przez polskiego trenera, który jeszcze niedawno był na tym szczeblu postacią zupełnie anonimową, tymczasem udało mu się zebrać grupę ludzi, którym się chce. Przedłużenie kontraktu przez Bartka Nowaka to też sygnał dający do myślenia, że choć nie ma u was nie wiadomo jakich pieniędzy, to ten chłopak wkłada całe swoje serce w to, co robi i dziś jest wiodącą postacią waszej drużyny. Dlatego ciężko było się z tym pogodzić, że drużyna, która jest budowana na zdecydowanie niższym pułapie budżetowym strzela nam gola i odziera nas ze złudzeń, a te miliony niekoniecznie muszą wieść prym na murawie, bo liczy się zaangażowanie, walka, charakter i tożsamość drużyny. Zawód był ogromny. Na początku liczyłam, że porażka z GKS-em Katowice była wypadkiem przy pracy, ale kolejne spotkania, pomijając zwycięstwo z Wisłą Płock, pokazały, że nie transfery, a treningi budują zespół. Czas, o którym ciągle mówimy, wciąż jest nam potrzebny, ale zamiast robić progres, w moim przekonaniu z meczu na mecz jest coraz gorzej.

Niedawno Robert Dobrzycki stwierdził w jednym z wywiadów, że nie zaprząta sobie głowy walką o utrzymanie. Jak odbierasz te słowa?
Słuchając pana Dobrzyckiego miałam przeświadczenie, że wprowadza on spokojną narrację, nie narzuca dodatkowej presji, a do wielu tematów podchodzi bardziej jak kibic, bo nie jest tajemnicą, że ma to widzewskie serce. Natomiast w momencie, kiedy w tabeli świecimy się na czerwono, mówienie o tym, że w klubie nikt o spadku nie myśli, sprawia wrażenie bagatelizowania problemu. Nie wiem, czy to tylko narracja do mediów, a wewnątrz jest inaczej, bo po prostu nie wierzę w to, żeby ta obawa nie zaglądała w oczy panu Dobrzyckiemu. Dla niego sezon w pierwszej lidze raczej nie byłby biznesową katastrofą, ale wizerunkowo spadek odbiłby się bardzo negatywnie. Sama staram się nie dopuszczać myśli, że Widzew spadnie, ale trzeba przedsięwziąć pewne kroki, aby temu scenariuszowi zapobiec.

W tej sytuacji może nie warto zawracać sobie głowy Pucharem…
Kiedy pali się w ligowej tabeli, to sama nie jestem pewna, na czym się w tym momencie najbardziej skupiamy. Jesienią była taka narracja, że w tym sezonie Puchar albo śmierć, bo utrzymanie na pewno będzie. Natomiast w momencie, gdy widmo spadku coraz mocniej zagląda nam w oczy, to nie mam przekonania, z jakim nastawieniem wyjdziemy we wtorek na boisko w Katowicach. Z drugiej strony każdy mecz jest ważny i choćby wizerunkowo Puchar Polski pozwoliłby nieco zmazać plamę. Ktoś napisał na „X”, że w przyszłym sezonie Widzew będzie jeździł na przemian do Dortmundu, Siedlec, Monako, Rzeszowa i tak dalej. Więc gdyby to zależało ode mnie, podeszłabym do meczu w Katowicach bez kalkulacji – to tylko jedno spotkanie, w którym pozycja w tabeli nie ma znaczenia. Liczy się dyspozycja dnia i nastawienie. Piłkarze powinni motywować się nawzajem, aby na boisku było widać walkę i odpowiednie tempo. Tego oczekuję od naszej drużyny.

W wywiadzie dla Maćka Winczewskiego Robert Dobrzycki podkreślał rangę Pucharu Polski dla Widzewa. Jest to oficjalna narracja klubu?
Do soboty, do godziny 14.45 na pewno tak, natomiast mam wrażenie, że w ciągu tego weekendu wiele się zmieniło. Raz, że przegraliśmy z Pogonią, dwa, że wygrywają nasi rywale, więc ani nie zyskujemy punktów, ani nie utrzymujemy dystansu do rywali. Więc o ile jesienią można było mówić, że Puchar musi być, tak teraz myślę, że chyba jednak to utrzymanie jest priorytetem.

W tej samej rozmowie Dobrzycki podkreślał dobre stosunki z trenerem Jovićeviciem i zapewniał o zaufaniu do niego. To jednak było miesiąc temu. Czy we wtorek szkoleniowiec gra o swoją posadę?
Nietrudno złapać dobry flow z trenerem Jovićeviciem, bo jest człowiekiem energicznym, uśmiechniętym i zawsze zadowolonym z siebie. Ale jeżeli twój pracownik tylko się cieszy z roboty, którą wykonuje, a jej wyników nie widać, to trzeba w końcu zareagować. Myślę, że jeśli we wtorek faktycznie przegramy, to trener z posady poleci. Coraz mniej czasu do końca ligi i jeśli wyniki się nie poprawią, to ta pozytywna energia zamieni się w końcu w negatywną.

Po naszym meczu ligowym szerokim echem odbiła się wypowiedź Lukasa Klemenza o charakterze naszej i waszej drużyny. Przyznam, że sam trochę zadrżałem, czy Lukas aby nie przesadził z pewnością siebie, zwłaszcza w kontekście Pucharu. A jak ty odebrałaś tę wypowiedź?
Nie da się ukryć, że te słowa mnie zabolały, bo były poniekąd zgodne z prawdą. Jak wcześniej wspominałam, drużyna zbudowana na Polakach i zdecydowanie mniejszym budżetem utarła nosa milionerom. Co do samego Klemenza, to sama byłam zaskoczona, że jako obrońca ma już pięć goli, w tym tego strzelonego Widzewowi. Mam tylko nadzieję, że jego słowa brzydko się zestarzeją, mimo że na tamten moment były zgodne z prawdą.

A propos stałych fragmentów gry, byliśmy zdziwieni, gdy na Nowej Bukowej wykonywał je Sebastian Bergier, zamiast je wykańczać. Czy jest to stały element waszej taktyki?
Dla nas też było zaskoczeniem, że nasz jedyny napastnik idzie wykonywać stałe fragmenty. Myślę, że trener dostał za to po głowie, bo bardziej przypominało to łapanie się brzytwy przez tonącego. Dla mnie jest to niedopuszczalne, żeby jedyna dziewiątka wykonywała rzut rożny, zwłaszcza, że zagrożenia z tego nie było żadnego. Dlatego na pewno do tego nie wrócimy, bo od dostarczania piłki są inni zawodnicy, choć dziś sama się zastanawiam, którzy.

Maciek Winczewski zebrał trochę szydery wewnątrz naszego środowiska za określenie Sebastiana mianem „Bergier King”. Czy ten napastnik aż tak kupił trybuny przy Piłsudskiego?
Myślę, że chyba jeszcze nie. Stoją za nim zdobywane bramki i to, że jest Polakiem, bo zawsze to lepiej, jeśli Polacy biją się o tytuł króla strzelców Ekstraklasy. Natomiast dziś trudno go stawiać w gronie idoli, jakim był choćby łączący nasze kluby Marek Koniarek. Daleka droga do tego, ale niech na to pracuje i udowadnia kolejnymi golami. Najbliższa okazja we wtorek – jeśli strzeli hattricka i da nam zwycięstwo, to niech będzie Bergier King.

Biorąc pod uwagę wszystkie wasze bolączki, z jakim nastawieniem Widzew wyjdzie we wtorek na boisko? Chęć potwierdzenia swojego potencjału przełoży się na dominację od pierwszej minuty?
Sama na to liczę – myślę, że tutaj piłkarze po prostu muszą, bo jeżeli nie daj Boże powinęłaby się noga w lidze, to ten puchar choć w części zmaże plamę. I przede wszystkim muszą pokazać, że są drużyną. Przecież ci piłkarze mają nie byle jakie CV, grali na najwyższym europejskim poziomie, dlatego tutaj muszą pokazać jakość, o której tyle się mówi. Trzeba to wszystko złożyć do kupy i pokazać, że mogą. A jeżeli trener rzeczywiście gra o posadę, to raczej zachowawczo piłkarzy nie ustawi. W defensywie prezentujemy się raczej solidnie, za to leży ofensywa. I jeżeli tutaj uda się odblokować głowy i choćby Bukari dorzuci coś od siebie, to jest szansa na korzystny rezultat. Najgorszy scenariusz to dogrywka i karne, po których byśmy odpadli, bo w sobotę czeka nas kolejny trudny mecz z Lechem Poznań.

W tym roku przypada 40. rocznica zdobycia przez GKS pierwszego trofeum, a był to Puchar Polski, który rok wcześniej przegraliśmy w finale z Widzewem. Nadarza się więc okazja, by w maju powtórzyć wyczyn ekipy, której przewodzili Furtok i Koniarek. Jednak aby się to udało, najpierw musimy pokonać Widzew. Ty z pewnością masz inne oczekiwania – jaki wynik typujesz?
Chciałabym, aby wygrał Widzew bez dogrywki, a w tej chwili do głowy przychodzi mi wynik 3:1. Oby się sprawdziło.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga