Dołącz do nas

Klub Piłka nożna Wywiady

[WYWIAD] Mariusz Polak: Nie ma w GKS-ie podejścia „robimy coś na hurra i zobaczymy co z tego wyjdzie”.

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Kilkanaście dni temu rozgrywki zakończyła kobieca drużyna GieKSy. O wynikach osiągniętych przez zespół, planach na przyszłość i kulisach powstawania sekcji porozmawialiśmy z menedżerem sekcji kobiet – Mariuszem Polakiem. 

Sekcja piłkarska kobiet powstała jako pierwsza w ramach wielosekcyjnego GKS-u Katowice. Wcześniej mówiło się jednak o hokeju, szachach, siatkówce. Zdziwiło Pana wtedy, że postawiono akurat na piłkę kobiet?

Faktycznie, kiedy podczas konferencji prasowej, na której Prezydent Miasta ogłaszał plany związane z budową wielkiego, wielosekcyjnego GKS-u nie mówiło się nic o powołaniu drużyny kobiet. Pomył ten rodził się jednak od dłuższego czasu bardziej w kontekście Akademii Piłkarskiej Młoda GieKSa i utworzenia w jej ramach drużyny dziewcząt, co zresztą się stało i od września w GKS-ie prowadzone są nabory dziewczynek od szóstego roku życia.
Seniorska drużyna została jednak utworzona tuż przed startem obecnego sezonu i tak to się jakoś potoczyło, że pierwszą sekcją w ramach wielosekcyjnej GieKSy była właśnie drużyna kobiet, co mnie oczywiście niezmiernie cieszy.

Czy przez to, że ta drużyna rodziła się na szybko, a do rozgrywek została zgłoszona tylko dzięki uprzejmości PZPN-u nie obawiał się Pan o wynik sportowy, nawet pomimo potencjału jaki drzemie w tych dziewczynach oraz tego, że to jedynie rozgrywki III ligi?

Jeżeli chodzi o potencjał sportowy to przyznam szczerze, że zdawaliśmy sobie sprawę, że rozgrywki III ligi dla naszych dziewczyn nie powinny stanowić większego problemu. Część dziewczyn zasiliła nasze szeregi przechodząc z nieistniejącego już 1.FC Katowice, dlatego wiedzieliśmy, że możliwości tego zespołu sięgają dużo dalej niż III liga i z taką myślą przystępowaliśmy do sezonu. Celem drużyny od początku był awans do II ligi.

Poziom sportowy między II a III ligą w piłce kobiecej to duży przeskok? Na co trzeba będzie zwrócić największą uwagę po zakładanym awansie?

Poziom w II lidze jest zdecydowanie wyższy, ponieważ III liga to najniższa klasa rozgrywkowa, do której zgłaszane są między innymi nowe zespoły, czy też zespoły z bardzo młodą kadrą, gdzie średnia wieku oscyluje w granicach „nastu” lat. W II lidze występują często drużyny rezerw zespołów z ekstraligi, drużyny bardziej poukładane i takie, w których grają już nieco starsze zawodniczki.

Tak jak Pan wcześniej wspomniał, część naszej kadry stanowią dziewczyny, które przeszły do GKS-u z 1.FC Katowice, który w środowisku sportowym nie był zbyt dobrze kojarzony. Czy klub musiał zapłacić tzw. „ekwiwalent za wyszkolenie”, czy też odbywało się to na zasadzie wolnych transferów?

Drużyna 1.FC po prostu przestała istnieć, przez co dziewczyny były wolnymi zawodniczkami i mogły bez żadnych przeszkód podpisać umowy z GKS-em. Klub nie poniósł żadnych kosztów związanych z pozyskaniem tych zawodniczek. Ważne jest również to, że dziewczyny mogą występować w GKS-ie dzięki przychylności PZPN-u, który zgodził się na zgłoszenie drużyny do ligi „za pięć dwunasta”.

Z wygraniem ligi w tym sezonie nie będzie raczej problemu. Później czekają nas jednak mecze barażowe o awans do drugiej ligi. Nie ma obawy, że podczas tych meczów naszej drużynie może powinąć się noga?

W związku z tym, że mamy dwie grupy w śląskiej III lidze, o awansie zdecyduje baraż, w którym uczestniczyć będą po dwie najlepsze drużyny z każdej grupy. Zespoły te rozegrają dwumecz „na krzyż”, a zwycięzcy tych pojedynków rozegrają kolejny dwumecz, już decydujący o awansie.
Wszystko wskazuje na to, że drugą grupę całkowicie zdominuje Polonia Tychy, która podobnie jak my straciła jedynie sześć bramek. Z pewnością jeśli doszłoby do takiego barażu to byłoby to ciekawe i emocjonujące widowisko. Trener naszej drużyny ma bardzo duże rozeznanie w świecie kobiecej piłki, dlatego jestem przekonany, że z kim nie przyjdzie nam rozgrywać barażu, będziemy do niego dobrze przygotowani.

Inaczej niż bardzo dobrze nie da się ocenić minionej rundy w wykonaniu naszych zawodniczek. Trener Tabacki stwierdził jednak niedawno, że nie do końca jest zadowolony z postawy zespołu ze względu na sześć bramek straconych w tej rundzie. Takie zdanie to kokieteria czy naprawdę aż tak poważnie podchodzicie do tego wyniku?

Trener ambitnie podchodzi do swojej pracy i dla niego strata tych sześciu bramek, w tym trzech w jednym spotkaniu, była trudna do zaakceptowania. Na tym poziomie takiemu zespołowi jak nasz taki mecz nie powinien się zdarzyć. W moim odczuciu dziewczyny bez wątpienia obroniły się pozostałymi wynikami. Pokazały w kolejnych meczach, że to był tylko wypadek przy pracy.

Czy klub przed kolejną rundą i w dalszej perspektywie kolejnych sezonów zakłada sobie – nazwijmy to górnolotnie – cele transferowe?

Pracujemy nad uzupełnieniem składu i pozyskaniem przynajmniej dwóch zawodniczek już zimą w kontekście budowy zespołu już na II ligę. Potrzebujemy bramkarki, ponieważ obecnie w kadrze zespołu jest tylko jedna. Paradoksalnie będziemy również chcieli wzmocnić defensywę. W przypadku awansu latem dalej będziemy szukali najlepszych rozwiązań dla naszego zespołu, tak by w II lidze również walczyć o najwyższe cele.

Można dziś powiedzieć, że GKS Katowice nawet dla zawodniczek z wyższych lig jest tak samo atrakcyjny jak piłkarski GKS, który obecnie w świadomości kibiców, dziennikarzy i zawodników jawi się jako klub poukładany, stabilny finansowo, dobrze zorganizowany? Czy ta wyraźna poprawa sytuacji organizacyjno-finansowej w GKS-ie ma bezpośrednie przełożenie również na sekcję kobiet?

Zdecydowanie tak. Z każdym dniem dążymy do tego, by stworzyć dziewczynom w GKS-ie jak najlepsze warunki do trenowania i rozwoju. Wiadomo że pod względem kontraktów na razie z racji ligi w której występujemy nie są to jakieś niesamowite warunki, jednak w kwestiach organizacyjnych wszystko staramy się dopiąć na ostatni guzik. Nie ma w GKS-ie podejścia „robimy coś na hurra i zobaczymy co z tego wyjdzie”. Wszystkim w klubie zależy, by dziewczynom niczego nie brakowało. Dzięki uprzejmości katowickiej AWF zawodniczki przeszły kompleksowe badania, każda jest monitorowana i sztab szkoleniowy ma pełne dane o ich rozwoju. Na poziomie III ligi w naszym kraju chyba to się nie zdarza. Mamy świadomość, że to najniższa klasa rozgrywkowa, ale staramy się, by wszystko było jak w klubach na najwyższym poziomie.

Chciałbym zapytać jeszcze o drugi katowicki zespół występujący w III lidze – KKS Katowice. Jest sens, aby dwa katowickie kluby rywalizowały ze sobą? Nie było żadnych rozmów, pomysłów, aby to wszystko połączyć pod szyldem GKS-u?

Powiem tak – kibicuję każdej inicjatywie, która dąży do tego, by kobiecy futbol się rozwijał. Obecnie jest to przecież jedna z najbardziej rozwijających się dyscyplin sportowych. Nawet UEFA mocno stawia obecnie na kobiecy futbol i wbrew powszechnej opinii „a kogo interesuje piłka kobiet?” zainteresowanie jest spore. Oglądalność ostatniego finału mistrzostw świata w USA przebiła finały NBA. W Niemczech mecze kadry oglądają miliony widzów. U nas mecz ze Słowacją, transmitowany przez Polsat Sport, oglądało więcej osób niż średnia w meczach męskiej ekstraklasy. Jeśli powstają kolejne ośrodki szkolące dziewczyny, to ja jestem pierwszy, który będzie bił brawo. Co do samego KKS-u, to nie wiem jakie plany mają działacze tego klubu. My jesteśmy otwarci na współpracę. 

Rozmawiał: Marcin Gruszczyński

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna Wywiady

Jędrych: Stempel mocnej wiary

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po wygranym meczu z Termalicą porozmawialiśmy z kapitanem GieKSy Arkadiuszem Jędrychem, który podkreślił znaczenie procesu i stabilności w klubie dla osiągania sukcesów, a także docenił doping ponad 13 tysięcy fanów.

Wszystko w porządku po tych dwóch sytuacjach?
Arkadiusz Jędrych: Tak. Trochę mi gdzieś wygięło nogę, później dostałem w brzuch, ale na gorąco myślę, że tak. Wiadomo, adrenalina jeszcze musi opaść i wtedy zobaczymy. Na tę chwilę wszystko jest okej i mam nadzieję, że jutro i pojutrze także wszystko będzie dobrze.

Po takich szalonych spotkaniach chyba już możecie powiedzieć, że pojawiają się myśli o europejskich pucharach?
Wiadomo, mając na koncie 47 punktów, czemu mamy nie marzyć? Tak to na razie zostawię.

Eman Marković dzisiaj dwukrotnie przekroczył prędkość przy tych trafieniach.
Jesteśmy świadomi, że Eman w miarę upływu sezonu czuje się coraz lepiej. Zresztą chyba nie tylko my, ale wszyscy, którzy chodzą i oglądają te mecze widzą, że w Emanie drzemią naprawdę ogromne możliwości. Pokusiłbym się wręcz o to, że on jeszcze swoich maksymalnych umiejętności nie pokazał. Zostały nam trzy mecze i życzmy sobie, żeby tymi swoimi wartościami nas jeszcze pozytywnie zaskoczył.

Przyszedłeś do GieKSy w trudnym momencie, wtedy zaraz spadek i druga liga, a niedługo mogą być puchary. Dla ciebie to też długa droga?
Nie da się ukryć, że moja droga w GKS-ie była dosyć kręta. Na chwilę obecną powtarzam, że ja mam takie podejście do tego wszystkiego: to, co się teraz dzieje wokół GieKSy to stempel mocnej wiary w to wszystko, w ten proces w którym tkwimy. Mamy nadzieję, że ten proces dalej będzie się napędzał, rozwijał i wszyscy ludzie wokół GKS-u będą tak ukierunkowani na Klub, na pomaganie, tak jak widzieliśmy dzisiaj na trybunach. Nie idzie o tym nie wspomnieć, jak stanęliśmy sobie chwilę przed meczem, to te trybuny powodują ciarki na całym ciele. Dwunasty zawodnik miał wpływ na to, że wygraliśmy dziś tak okazale.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Wasielewski: Tutaj się odnalazłem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po wysokiej wygranej z Termalicą porozmawialiśmy z Marcinem Wasielewskim, reprezentującym w przeszłości barwy Termalici oraz z Mateuszem Kowalczykiem, wracającym na boisko po kontuzji.

Długo zastanawiałeś się nad przedłużeniem kontraktu?
Marcin Wasielewski: Zależy od punktu widzenia. Fajnie, że się po prostu dogadaliśmy i przedłużyłem kontrakt. Jest mi tutaj dobrze, świetnie się czuję. Fajnie, że będzie więcej o dwa lata.

Po twojej przygodzie z Termalicą dziennikarze mówili, że niekoniecznie się sprawdziłeś, a…
Nie lubię mówić o przeszłości. Są to pewne rzeczy, których wiele osób nie rozumie i nie wie. Tutaj się po prostu odnalazłem, dostałem większą szansę. Byłem w stanie pokazać na co mnie stać i myślę, że teraz nieźle to wygląda.

Teraz wiele osób ocenia cię jako najlepszego wahadłowego ligi.
Czy najlepszy? Znam swoją wartość, każdym meczem próbuję robić swoje i nie odpuszczać. Przede wszystkim nie mieć żadnych pretensji do siebie, robić wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli to tak fajnie wygląda, to się cieszę. Mam nadzieję, że będę to powielał w każdym kolejnym występie.

Fassbender już pewnie widział tę piłkę w siatce, a ty wyskoczyłeś mu zza pleców i wybiłeś za linię końcową.
Taktyka jest na początku trudna do zrozumienia, ale po okresie wdrożenia to są już automatyzmy. Robi się to automatycznie, intuicyjnie, nie zastanawia się nad tym. Po prostu to wychodzi – jeśli gra się ciągle tym systemem, to jest znacznie łatwiej. Mnie on odpowiada, bo mogę pokazać w całej krasie moje umiejętności, w grze do przodu i z tyłu.

Wybiegasz już myślami w europejskie puchary?
Przede wszystkim następny mecz. Piast Gliwice – to jest najważniejsze. Żadne puchary i myślenie gdzieś w przód. Najważniejszy jest zawsze następny rywal.


Pierwsza bramka w tym sezonie, od razu po powrocie po kontuzji.

Mateusz Kowalczyk: Dokładnie. Nie ukrywam, że siedziało mi gdzieś w głowie to, że nie strzeliłem, ale w końcu się udało. Wygraliśmy wysoko, chociaż wydaje mi się, że mecz nie porywał piłkarsko zarówno w moim wykonaniu, jak i drużyny. Cieszę się, że ta bramka przyszła, lekka ulga.

Jaki był plan na ten mecz?

Chcieliśmy zagrać swoje i strzelić jak najszybciej bramkę i cieszy, że to się udało w pierwszej połowie. Termalica naprawdę wyglądała dobrze piłkarsko, ale mieliśmy gdzieś łatwość z dochodzeniem do sytuacji, to był klucz.

Jaki był przekaz w szatni po tym, jak straciliście bramkę, która mogła dać wiatru w żagle rywalowi?

To nie było potrzebne. W szatni sobie powiedzieliśmy, że musimy zacząć lepiej grać w piłkę i więcej się przy niej utrzymywać, bo w pierwszej połowie za szybko się jej pozbywaliśmy, to nie było potrzebne.

Długo byłeś poza grą, jak czułeś się dziś na boisku?

Pogoda nie pomagała. W 60-70. minucie odczuwałem ten mecz, ale miałem dużo ćwiczeń dodatkowych, biegania. Też trenuję z drużyną ostatnie 1,5 tygodnia, fizycznie jest coraz lepiej. Te ostatnie trzy mecze będą jeszcze lepsze fizycznie.

Od początku był taki plan, że grasz te 60-70 minut?

Nie mam pojęcia *śmiech*. Trenera trzeba spytać.

Jesteśmy na trzecim miejscu, chyba możemy o tym mówić głośno, że w tym momencie, na tym etapie sezonu, europejskie puchary to jest cel GKS-u Katowice.

Patrzymy w górę. Teraz wygraliśmy ważne mecz z Termalicą, za tydzień jedziemy na Piasta. Ta liga jest taka, że nie można nic zlekceważyć. Jedna porażka może cię zepchnąć w dół, a jedna wygrana wywindować do góry. Musimy być skupieni na kolejnym zadaniu.

Dzisiaj fantastyczna atmosfera na Arenie Katowice, czuliście to na boisku?

Super było. Mimo tego, że gramy o 12 w niedzielę, to kibice dali radę. To niesie się, doping po każdym wślizgu czy udanym zagraniu pomaga zawodnikowi na boisku.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Marsz ku marzeniom

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

No to nam się ułożyła tabela. Po niedzielnych spotkaniach GieKSa znajduje się na podium. Niepojęte. Wiadomo, że Raków nie rozegrał swojego meczu z Jagiellonią, jednak gdyby pojedynek ten się odbył, to w przypadku zwycięstwa jednej z drużyn Katowiczanie znaleźliby się na czwartym miejscu, a gdyby był remis – na piątym. Zaległości zostaną odrobione 13 maja i będziemy je śledzić z zapartym tchem. Wcześniej natomiast odbędzie się jeszcze cała kolejka ligowa.

Niezależnie jednak od starcia Raków – Jagiellonia, GKS na trzy kolejki przed końcem znalazł się na miejscu premiowanym grą w rozgrywkach europejskich. Wysoka porażka Wisły Płock oraz remis Zagłębia Lubin spowodował, że Wisłę przeskoczyliśmy, a od Lubinian odskoczyliśmy. Ostatecznie ta kolejka jest na wielki plus. I jeszcze ten Widzew przegrał. Nieważne.

Wyświechtany już jest ten termin „logika ekstraklasy”, ale trudno go nie używać, bo ma on swój wielki sens w tym sezonie. Czyli to, że gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w danym meczu jakaś drużyna wygra, to wygrywa drużyna przeciwna. Niektórzy snuli teorię, że i tak może być w pojedynku z Termaliką. Tym razem jednak GieKSa tej „logice” zaprzeczyła. Będąc zdecydowanym faworytem i grając o swoją wysoką stawkę nasz zespół rozbił i dobił rywala zmierzającego prostym traktem do pierwszej ligi. Sensacji czy niespodzianki nie było. Wygrała drużyna z większym potencjałem i w końcu nie musieliśmy do ostatnich sekund drżeć o wynik, co w ostatnich czasach zdarzało nam się bardzo często.

Ale wcale nie musiało być tak różowo. Termalica postawiła wszystko na jedną kartę i na początku meczu przyatakowała znacznie. Nasz zespół trochę się w tej pierwszej fazie pogubił i raz po raz w polu karnym Dawida Kudły było jakieś zamieszanie. Goście wykonywali sporo rzutów rożnych. Raz po interwencji Lukasa Klemenza było blisko bramki samobójczej, a piłka spadła na poprzeczkę. Bardzo czujny był Dawid Kudła, który nie popełnił błędu Bartłomieja Drągowskiego i jakoś tę piłkę poza boisko wybił. Wyglądało na to, że czeka nas ciężkie – wbrew papierowi – spotkanie.

GieKSa jednak po raz kolejny pokazała, że w piłce liczą się konkrety. Piłkarze Marcina Brosza bowiem robili to zamieszanie, ale niedługo potem w ciągu kilku minut GKS zdobył dwie bramki, dał sobie bardzo duży komfort i zwiększył prawdopodobieństwo zwycięstwa. Wrócił Mateusz Kowalczyk do składu i zabawił się w szczypiornistę czy tam koszykarza i wrzucił se piłkę do bramki. A że musnął ją po drodze Kasperkiewicz to już tylko drobny szczegół, ale konieczny, by bramka z autu mogła zostać uznana. Od razu przypomniała mi się taka sytuacja kiedyś z derbów Birmingham, kiedy zawodnik drużyny broniącej wyrzucał z autu do swojego bramkarza (chyba fińskiego), ten chciał przyjąć, ale piłka przeturlała mu się po stopie i to był jeszcze bardziej kuriozalny gol – ale tego typu. Tak więc Kowal już na wstępie zaliczył efekt ze swojego powrotu. I mieliśmy do czynienia z dość zabawną sytuacją, kiedy fetowane i skandowane jest nazwisko nie strzelca bramki, a człowieka, który wyrzucał aut.

Czy Ilja strzelił drugiego gola? Miałem pewne wątpliwości w trakcie meczu, sądziłem, że potrzeba by grona fizyków, którzy skomplikowanymi obliczeniami dowiedliby, że piłka uderzona pod tym kątem, trafiająca w słupek, odbije się tak, że wpadnie do bramki. Na spokojnie jednak patrząc na tę sytuację, na chłopski rozum, wydaje się, że wpadłaby. Bezpośrednio lub właśnie po odbiciu od słupka. Drugiego samobója więc nie było, a Ilja mógł się cieszyć ze swojej bramki. Dodajmy, że jego pierwszy strzał głową przy tym rzucie rożnym też był bardzo dobry i dał szansę na dobitkę.

Trzeci gol to już był majstersztyk naszego zespołu. Jak w meczu z Motorem nasza drużyna robiła atak z siedmioma czy ośmioma uczestniczącymi zawodnikami, to teraz poszło bardzo prosto – Wasyl, Nowak, Szkurin, Marković. Przy czym dwóch naszych zawodników (Milewski, Wasielewski) było w tej akcji znokautowanych, ale to nie przeszkodziło Bartkowi wypuścić Ilję, a Białorusinowi kapitalnie wyłożyć piłkę do Emana. Sprint, jaki w tej sytuacji wykonał Norweg to też było coś niesamowitego. A od strzału Jimeneza do gola minęło 14 sekund. Nie wiem, czy tory kolejowe w Polsce są gotowe na tak szybkie pociągi. Alan Czerwiński z dawnych czasów w GieKSie – kiedy to sam miał swoje „tory kolejowe” i po nich pędził – ma godnych następców. Choć nie powiem – i Alan czasem jak za starych dziejów potrafi się rozpędzić, ale to rzadko, bo z wiekiem postawił na inne atuty.

I brawa dla sędziego Malca za puszczenie tej akcji.

GieKSa miała świetny wynik i naprawdę niepotrzebnie straciła tę bramkę po koniec pierwszej połowy. Z drugiej strony bardzo dobrze w tej sytuacji zachował się Zapolnik i po prostu wymanewrował Arkadiusza Jędrycha. Tak to się zdarza w sporcie.

Nie wiem czy jestem jakimś wrodzonym pesymistą (nie sądzę) czy opieram się na doświadczeniu, ale w związku z tą straconą bramką byłem niezadowolony w przerwie. Oczami wyobraźni już widziałem powtórkę z Motoru, kiedy rywal zaraz po przerwie znów trafia do siatki i robi się kwas. A przecież po trafieniu Zapolnika Fassbender miał zaraz znakomitą sytuację. Za dużo GieKSa w ostatnim czasie tych prowadzeń traciła, żebym był spokojny. Dlatego niezbędna dla mnie była czwarta bramka.

Ta na szczęście w miarę szybko padła, a swój swoisty dublet ustrzelił Kowal. Żarty żartami, zastanawialiśmy się w pierwszej połowie, kiedy ostatnio zawodnik strzelił bramkę. No i w końcu zaliczył swoje premierowe trafienie w tym sezonie, a wynik stał się spokojniejszy. Fantastycznie wypuścił Mateusza Eman, do swojego gola dokładając asystę. Swoje przy tej akcji zrobił oczywiście Szkurin. No a odbiór początkujący tę akcję zaliczył… Kowal.

No a potem mieliśmy kolejny popis Norwega, który indywidualnie popędził, nawinął obrońcę, minął bramkarza i strzelił do pustej bramki.

Różne te wszystkie gole były i świadczące o wszechstronności. GieKSa parła do przodu tak jak nas ostatnio przyzwyczaiła. I strzelała bramkę za bramką.

I najlepsze jest to, że nie był to jakiś wybitny mecz naszej drużyny. Mogło to wyglądać trochę lepiej, bez tej nerwówki na początku czy po golu na 1:3. Ale drugiej strony – efektywność ofensywna w tym meczu to był kunszt. Widziałem kilka lepszych meczów – choćby z Lechią Gdańsk u siebie, gdzie druga połowa ocierała się o perfekcję. Ale jeśli GieKSa gra mecz dobry, a nie wyśmienity, a mimo to gromi przeciwnika, to wiedz, że jest dobrze. Że są jeszcze rezerwy, a i tak jest świetnie. Fajnie, że Mateusz Kowalczyk w pomeczowym wywiadzie też podszedł z pewnym krytycyzmem do postawy drużyny, a jego słowa zabrzmiały na bardzo merytoryczne i stonowane.

Niesamowita jest ta nasza Nowa Bukowa. Bilans GKS Katowice u siebie od otwarcia stadionu to 15-4-5, bramki: 47-30.

Ostatnie 10 meczów to ligowy bilans 7-1-0 plus dwa awanse w Pucharze Polski.

Niepojęte. Twierdza od samego startu.

Z kronikarskiego obowiązku dodam też, że Termalica była jakąś totalną zmorą GieKSy u siebie, choć wszystkie poprzednie mecze odbyły się jeszcze na starej Bukowej. Na dziewięć takich prób, naszemu zespołowi ani razu nie udało się wygrać. Pamiętam debiut trenera Rafała Góraka za pierwszej kadencji – to właśnie piłkarze z Niecieczy pokonali nas w Katowicach po pięknym golu Pawlusińskiego. Niedawno GKS był bliski wygranej, ale grając z przewagą jednego zawodnika przez cały mecz dał sobie wbić trzy gole, w tym na 3:3 w czasie doliczonym. Była porażka po dogrywce w Pucharze Polski. Innym razem rywale również w doliczonym czasie strzelili zwycięskiego gola.

W końcu przeciwnik ten został odczarowany. Ale dziewięć meczów na Bukowej, w których ani razu nie przegrali to swoisty rekord.

Po tym meczu nasz zespół wskoczył na podium. Można się powoli bawić w analizy terminarza. Na ten moment mamy dwa punkty przewagi nad Zagłębiem Lubin i Wisłą Płock oraz lepsze mecze bezpośrednie z oboma tymi ekipami. To mówi, że w przypadku naszej jednej wygranej w trzech ostatnich kolejkach, rywale ci musieliby wygrać dwa swoje mecze.

Zagłębie gra z Górnikiem na wyjeździe, Pogonią u siebie i Jagiellonią na wyjeździe. Wisła z Motorem i Górnikiem u siebie oraz Lechem na wyjeździe. W każdym z tych przypadków dwie wygrane byłyby dużym wyczynem. I choć nie są to scenariusze niemożliwe (zwłaszcza w przypadku Wisły), to zadanie to będzie dla tych ekip piekielnie trudne.

Nie wspominam na razie (wspomniałem na wstępie) o Rakowie i Jagiellonii, bo nikt nie powiedział, że i z tymi zespołami nie możemy rywalizować o miejsce na podium. Tym bardziej, że z Jagą zagramy mecz bezpośredni.

Ale tak jak powiedziałem – swoje punkty trzeba zrobić. A i nasz terminarz do łatwego nie należy. Piast pod wodzą trenera Myśliwca znów zaczął grać bardzo dobrą i skuteczną piłkę. Starcie w Gliwicach będzie niebywale trudne. Staną na siebie dość podobne dwie drużyny i znów będziemy mieli piłkarską wojnę. Później przyjdzie czas na ekipę Adriana Siemieńca, która zawodzi w ostatnim czasie, ale nadal jest to przecież świetna drużyna. I na koniec zawsze mocna u siebie Pogoń.

Rywale więc w tej kolejce nam pomogli, a my to wykorzystaliśmy kapitalnie. Zawsze najlepiej zacząć od siebie i swój mecz wygrać. A co się wydarzy na innych boiskach jest równie ważne – ale lepiej to obserwować mając już spokojną głowę i swoje zadanie wykonane najlepiej jak się potrafi.

A Termalica? To była piękna przygoda. Ktoś musi w lidze zająć ostatnie miejsce, ale grunt, żeby zrobić to z honorem. To nie jest drużyna bardzo słaba. Byle kto nie wygrywa w Białymstoku, Warszawie i Zabrzu. Za dużo jednak potracili punktów w innych meczach. Pewnie Słonie znów gdzieś za dwa lata awansują. Folklor więc spada z tej ligi – pytanie co będzie w zamian. A może Puszcza, która pod wodzą legendarnego Tomasza Tułacza uchwyciła świetną serię i zaczyna się dobijać do baraży?

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga