Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Tygodniowy przegląd mediów: GKS Katowice stanie przed wielką szansą
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ubiegłego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki GieKSy. Prezentujemy najciekawsze z nich.
Piłkarki wygrały 5:0 z Lechem/UAM Poznań w półfinale Pucharu Polski. Finał zostanie rozegrany 16 maja w Tychach, a naszym rywalem będą Czarni Sosnowiec. W Ekstralidze nasza drużyna pokonała na Bukowej Pogoń Szczecin 4:2. Piłkarze zremisowali z Koroną 1:1. W niedzielę 3 maja o 12:15 zagramy w Katowicach z Termalicą. Zaczyna się karuzela transferowa: media kojarzą Ariela Mosóra z GieKSą.
W półfinale play-off siatkarze pokonali w trzecim meczu Mickiewicza Kluczbork 3:1. Wcześniej przegrali drugie spotkanie 2:3. W finale zmierzymy się z BBTS-em Bielsko-Biała. Pierwsze spotkanie zaplanowano na 29 kwietnia o 18:30 w Katowicach. Kolejne mecze zostaną rozegrane 3 maja o 12:30 w Bielsku-Białej i 5 maja o 20:00 w Katowicach. Do PlusLigi awansuje drużyna, która wygra trzy spotkania.
Hokeiści zakończyli sezon zdobyciem srebrnych medali Mistrzostw Polski.
PIŁKA NOŻNA
lechpoznan.pl – Rekord dla Lechitek, awans dla GKS-u
W półfinałowym meczu Orlen Pucharu Polski piłkarki Lecha Poznań UAM przegrały z GKS-em Katowice 0:5. W starciu rozgrywanym na Enea Stadionie padł rekord frekwencji w dziejach kobiecej piłki klubowej w Polsce, ponieważ na trybunach zasiadło aż 8311 widzów. Żeńska drużyna Kolejorza pożegnała się z tymi rozgrywkami, ale napisała w nich w swojej niespełna pięcioletniej historii kolejny piękny rozdział.
[…] Lechitki sprawiły więc nie lada niespodziankę, w końcu w tamtym spotkaniu mierzyły się z jednym z pretendentów do walki o mistrzowski tytuł. Poprzeczka we wtorek została zawieszona także wysoko, ponieważ w stolicy Wielkopolski zameldowały się zawodniczki aktualnych mistrzyń Polski. Gospodynie tej konfrontacji dowiodły już jednak i to całkiem niedawno, że potrafią rywalizować z Katowiczankami jak równe z równymi. W swoim premierowym starciu z tymi przeciwniczkami w Ekstralidze podzieliły się bowiem w marcu punktami na ich terenie po remisie 1:1.
Od początku drugiego pojedynku pomiędzy tymi ekipami oglądaliśmy jednak napór faworytek ze Śląska. Niebiesko-Białe odpowiadały rzutami rożnymi bitymi dobrze przez Klaudię Wojtkowiak, ale za pierwszym razem Monika Poniedziałek nie doszła do zagrania partnerki z zespołu, natomiast za drugim Maja Kuleczka pomyliła się nieznacznie. Po stałym fragmencie trafiły za to przyjezdne, czyniąc to bezpośrednio po centrze ze stojącej piłki w 22. minucie w wykonaniu Patricii Hmirovej. Nie minęło 180 sekund, a do świetnego podania z głębi pola wystartowała Klaudia Maciążka i ładnym strzałem dała Katowiczankom dwubramkowe prowadzenie.
Zawodniczki prowadzone przez trenerkę Zając szukały swojego rytmu, ale w ich poczynaniach było nieco nerwowości. Kiedy z kolei przedostawały się pod pole karne rywalek, te były w stanie oddalać zagrożenie dalekimi wybiciami. Piłkarski GKS-u zadały trzeci cios przed zmianą stron, kiedy to szybkością oraz zimną krwią błysnęła Maciążka. Napastniczka najpierw wygrała pojedynek biegowy, a następnie ze spokojem minęła interweniującą Jagodę Sapor i posłała piłkę do siatki.
Jak zareagowały na niekorzystną pierwszą połowę nasze zawodniczki? W najlepszy możliwy sposób, bo drugie 45 minut rozpoczęły się od ich huraganowych ataków. Wymarzoną szansę miał w 60. minucie aktywna Julia Przybył, ale uderzenie 18-latki sparowała poza linię końcową Wiktoria Marzec. Jeszcze bliżej szczęścia była niespełna 60 sekund później Marta Kwiatkowska. Na jej przeszkodzie stanęła jednak poprzeczka, a szkoda, bo to mógł być gol bez wątpienia godny atmosfery tego spotkania.
A ta na trybunach Enea Stadionu panowała naprawdę wyjątkowa, bo Lechitki wspierało ponad osiem tysięcy kibiców. Prowadzony był zorganizowany doping, wszyscy odwiedzający obiekt przy Bułgarskiej mogli skorzystać z wielu atrakcji, a ponadto spotkali się przed meczem oraz w jego przerwie z piłkarzami Kolejorza. Kapitalna frekwencja ma wymiar historyczny, bowiem nigdy nie zdarzyło się, by spotkanie klubowej piłki kobiecej w naszym kraju zgromadziło tylu widzów. Poprzedni rekord należał do… GKS-u Katowice, na którego meczu było nieco powyżej cztery tysiące ludzi. Teraz został on więc przebity blisko dwukrotnie.
Ambitnie walczące do końca Lechitki mogły zmniejszyć rozmiary przegranej jeszcze na blisko kwadrans przed ostatnim gwizdkiem, ale nieco precyzji w dogodnej okazji zabrakło Oliwii Związek. Rezultat meczu za to korekcie za sprawą najpierw Andjeli Milovanović w 90. minucie, a następnie Julii Langosz w doliczonym czasie i zawodniczki Lecha Poznań UAM pożegnały się z rozgrywkami Orlen Pucharu Polski na etapie ich półfinałów. To jednak niesamowity wynik dla ekipy, która tego lata obchodzić będzie dopiero piątą rocznicę swojego powstania, a w swojej historii zdążyła dać kibicom Kolejorza wiele powodów do radości. Ta pucharowa kampania to kolejny z nich.
sportowefakty.wp.pl – Lech Poznań z rekordem frekwencji, ale bez awansu. Znamy finalistów Orlen Pucharu Polski
[…] Piłkarski wtorek w Polsce upłynął pod znakiem półfinałów rozgrywek o krajowe trofeum w piłce kobiecej. Ale w tym roku miały one wyjątkowy wymiar. W Poznaniu beniaminek Orlen Ekstraligi Lech UAM podejmował wciąż jeszcze aktualnego mistrza kraju – GKS Katowice. W stolicy Wielkopolski spotkanie to intensywnie promowano przez ostatnie kilkanaście dni.
Starcie rozegrano na Enea Stadionie w Poznaniu, gdzie na trybunach zasiadło 8 311 widzów. To rekord, jeśli chodzi o kobiece rozgrywki klubowe w Polsce. Poprzedni wynosił o prawie połowę mniej – 4 474 kibiców oglądało przed blisko rokiem starcie domowe piłkarek GKS-u Katowice na zakończenie mistrzowskiego sezonu 2024/2025.
Za znakomitą oprawę brawa należą się całemu środowisku Kolejorza zaangażowanemu w organizację, jednak na boisku wszelkie laury zgarnęły katowiczanki, które zwyciężyły 5:0. Wynik otworzyła w 22. minucie Patricia Hmirova, a chwilę później na 2:0 trafiła Klaudia Maciążka. Ta sama zawodniczka podwyższyła rezultat tuż przed przerwą. Pod koniec drugiej części gry po golu dołożyły jeszcze Andjela Milovanović oraz Julia Langosz, dzięki czemu zespół trener Karoliny Koch mógł cieszyć się z awansu do finału.
kobiecyfutbol.pl – OFICJALNIE: Zmieniono miejsce rozegrania finału Orlen Pucharu Polski!
Polski Związek Piłki Nożnej podjął decyzję o zmianie miejsca rozegrania finału Orlen Pucharu Polski! Spotkanie, które pierwotnie miało odbyć się w Szczecinie, rozegrane zostanie 16 maja 2026 roku na stadionie miejskim w Tychach!
W ostatnich dniach bardzo dużo mówiło się o zmianie miejsca rozegrania spotkania z powodu gry w meczu finałowym dwóch zespołów z południa polski. O zwycięstwo w Orlen Pucharze Polski zagrają GKS Katowice i Czarni Antrans Sosnowiec.
Stadion Miejski w Tychach oddany do użytku został w lipcu 2015 roku i od tej pory gościł między innymi mistrzostwa Europy do lat 2021 w 2017 roku, a dwa lata później rozgrywane na nim były mistrzostwa świata do lat 20.
Stadion mieszczący się przy ulicy Edukacji 7 może pomieścić 15 150 widzów.
futbol.pl – GKS Katowice nie odpuszcza. Defensor Rakowa na celowniku
Ariel Mosór był bliski transferu do GKS-u Katowice w zimowym oknie transferowym. Ostatecznie Raków Częstochowa odrzucił ofertę za swojego obrońcę. Latem temat przenosin piłkarza na Śląsk najprawdopodobniej wróci.
Ariel Mosór mógł zmienić pracodawcę kilka tygodni temu. Środkowym obrońcą interesowały się Arka Gdynia oraz GKS Katowice. Zespół ze Śląska złożył oficjalną propozycję i wyrósł na faworyta do pozyskania gracza.
Transfer definitywny nie doszedł jednak do skutku. Raków Częstochowa uznał ofertę za niesatysfakcjonującą. Zawodnik został pod Jasną Górą mimo chęci zmiany otoczenia.
Sebastian Staszewski uważa, że katowiczanie ponowią próbę zakupu piłkarza. Dziennikarz poinformował o tym na kanale Meczyki. Sam obrońca pozytywnie zapatruje się na taki ruch.
– Do kilku tematów transferowych oni wrócą latem. Mowa między innymi o Mosórze, który bardzo chciał odejść do GKS-u, bo ma w Katowicach mieszkanie i rozmowa z trenerem Górakiem dała mu bardzo dużo do myślenia i widział siebie w tej drużynie. Myślę, że to taki transfer, który GieKSa może przeprowadzić i nie zejdą z drogi pozyskiwania polskich zawodników – powiedział Staszewski.
Obrońca wystąpił w dwunastu meczach obecnego sezonu i strzelił jednego gola. Zaliczył przerwę w grze przez problemy zdrowotne w rundzie jesiennej.
SIATKÓWKA
radio.opole.pl – Koniec marzeń o finale. Mickiewicz Kluczbork zagra o brązowy medal
Siatkarze KKS Mickiewicz Kluczbork zakończyli walkę o finał PLS 1. Ligi. W trzecim, decydującym spotkaniu półfinałowym lepszy okazał się GKS Katowice, który wygrał 3:1 (19:25, 25:16, 25:23, 25:22) i przypieczętował awans do finału rozgrywek. Drużyna z Kluczborka zagra natomiast o brązowy medal z Aniołami Toruń.
Po dwóch pierwszych meczach półfinałowej rywalizacji stan rywalizacji był remisowy. Katowiczanie wygrali pierwsze spotkanie 3:0, ale w drugim starciu Kluczborczanie odpowiedzieli zwycięstwem po emocjonującym tie-breaku. Decydujący mecz zapowiadał więc ogromne emocje i takie też przyniósł.
Zespół z Kluczborka bardzo dobrze wszedł w niedzielne spotkanie. Skuteczna zagrywka Szymona Berezy oraz dobra gra w ataku Artura Pasińskiego pozwoliły szybko wypracować przewagę. Goście kontrolowali przebieg premierowej partii i zasłużenie wygrali ją 25:19.
W drugim secie inicjatywę przejęli jednak gospodarze. Seria mocnych zagrywek Bartłomieja Krulickiego pozwoliła GKS-owi odskoczyć rywalom, a Katowiczanie dominowali praktycznie w każdym elemencie gry. Partia zakończyła się wynikiem 25:16.
Trzeci set ponownie lepiej rozpoczęli zawodnicy Mickiewicza. Bereza raz jeszcze dawał się we znaki rywalom w polu serwisowym, a przewaga gości sięgała nawet czterech punktów. GKS cierpliwie odrabiał jednak straty, a końcówka przyniosła wyrównaną walkę punkt za punkt. Więcej spokoju zachowali gospodarze, którzy zwyciężyli 25:23 po skutecznym ataku Wojciecha Włodarczyka.
Czwarta odsłona długo była bardzo wyrównana. Kluczborczanie ambitnie walczyli o doprowadzenie do tie-breaka, ale w kluczowych momentach skuteczniejsi okazali się gospodarze. GKS wygrał seta 25:22 i cały mecz 3:1.
siatka.org – GKS Katowice stanie przed wielką szansą. Powalczy o powrót na salony
Znamy już finalistów I ligi siatkarzy w sezonie 2025/2026. Wiemy już, że nastąpi powrót do Plusligi, bowiem o złote medale i awans powalczą dwa zespoły, które już w PlusLidze grały. Do BBTS Bielsko-Biała w niedzielny wieczór dołączył GKS Katowice. Zespół trenera Emila Siewiorka okazał się lepszy od Mickiewicza Kluczbork.
Siatkarze Mickiewicza Kluczbork wyśmienicie rozpoczęli spotkanie. Wszystko dzięki znakomitej zagrywce Szymona Berezy, która była bardzo kłopotliwa dla gospodarzy. Kibice Katowic liczyli, że z biegiem czasu sytuacja na boisku się zmieni, jednak ciężko było to wprowadzić grając tylko do Michała Superlaka. Atakujący był nie do zatrzymania, jednak brakowało wsparcia dla 33-latka w ofensywie. Goście dokładali dużo punktów z zagrywki, a ponadto mogli popisać się znakomitą grą w przyjęciu i obronie. Pierwsza odsłona zakończyła się wynikiem 19:25.
GKS Katowice bardzo szybko otrząsnęli się po porażce w pierwszej partii. Podopieczni Emila Siewiorka bardzo szybko przejęli inicjatywę i z każdą kolejną akcją pokazali rywalom, że wracają do gry z pełną mocą. Przewaga gospodarzy rosła, a największy problem z wykończeniem akcji po stronie Kluczborka miał Kamil Maruszczyk. Katowiczanie z dużą łatwością zdobywali kolejne punkty, a w samej końcówce rywale jeszcze próbowali coś zmienić, jednak bezskutecznie. Drugi set zakończył się zwycięstwem gospodarzy 25:16.
Trzecia odsłona mogła się podobać od samego początku. Obie drużyny grały bardzo zawziętą siatkówkę i kibice w końcu doczekali się emocji, na które czekali w tym spotkaniu. Katowiczanie cały czas próbowali odrobić straty, a ta sztuka udała się w drugiej części seta za sprawą Wojciecha Włodarczyka, który popisał się znakomitą skutecznością w dwóch kluczowych momentach, najpierw na remis (16:16), a po chwili po ataku przyjmującego gospodarze wyszli na prowadzenie. Kluczborczanie w ostatnich piłkach trzeciego seta nie potrafili przebić się przez dobrze ustawiony blok rywali. Mimo to, emocje nie opuszczały kibiców do samego końca. Gospodarze zaczęli się mylić, co doprowadziło do wyniku 22:21. GKS zachował zimną krew w samej końcówce, po której mogli cieszyć się ze zwycięstwa 25:23.
Czwarta partia rozpoczęła się pod dyktando gospodarzy i z każdą kolejną próbowali odskoczyć na większą ilość punktów. Na to nie pozwolili Kluczborczanie z Arturem Pasińskim na czele. Przyjmujący wziął całą grę swojej drużyny na barki i był gotowy do ataku w każdej akcji. Siatkarze Mickiewicza Kluczbork nie odpuszczali, a w drugiej części seta doprowadzili do remisu 16:16. W samej końcówki znakomitą pracę wykonał w polu serwisowym Gonzalo Quiroga, który popisał się asem serwisowym i tym samym gospodarze odskoczyli ponownie na dwa punkty (21:19). Mecz zakończył się fenomenalnym blokiem Argentyńczyka (25:22).
MVP: Wojciech Włodarczyk
GKS Katowice – Mickiewicz Kluczbork 3:1 (19:25, 25:16, 25:23, 25:22)
Stan rywalizacji:2:1 dla GKS
awans do finału: GKS Katowice
To oni powalczą o awans do PlusLigi. Kiedy najważniejsze mecze?
I liga siatkarzy wkracza w decydującą fazę. W niedzielę zakończyły się półfinały rozgrywek, które może nie przyniosły sensacyjnych rozstrzygnięć, ale niespodzianki były blisko. Ostatecznie w wielkim finale zaplecza PlusLigi znalazły się BBTS Bielsko-Biała oraz GKS Katowice. Pierwsze spotkania o medale już w najbliższą środę.
GKS Katowice prawie od początku sezonu znajdował się w czubie tabeli rundy zasadniczej. Ostatecznie podopieczni Emila Siewiorka do fazy play-off przystąpili z 1. miejsca, mając na swoim koncie tylko 6 porażek.
W ćwierćfinale Katowiczanie dość pewnie rozprawili się z KPS-em Siedlce, a w półfinale nie było już tak łatwo. GKS pierwszy mecz wygrał 3:0, ale w drugim w tie-breaku musiał uznać wyższość Mickiewicza Kluczbork. W decydującym starciu w swojej hali triumfował już 3:1 i awansował do finału.
Siatkarze z Podbeskidzia w fazie zasadniczej nie brylował. Zakończył ją dopiero na 6. miejscu, ale już w ćwierćfinale pokazał o wiele lepszą grę i w tyle pozostawił jednego z kandydatów do awansu – Stal Nysę.
Półfinał rozstrzygnął się w trzech spotkaniach. Lepiej rozpoczęli go gracze Aniołów Toruń, ale BBTS triumfował w dwóch kolejnych meczach, kończąc serię wygraną 3:1.
Terminarz meczów o medale
Finał (do trzech zwycięstw)
I termin: 29 kwietnia, godz 18:30: GKS Katowice – BBTS Bielsko-Biała
II termin: 3 maja, godz. 12:30: BBTS Bielsko-Biała – GKS Katowice
III termin: 5 maja, godz. 20:00: GKS Katowice – BBTS Bielsko-Biała
Ew. IV termin, 9 maja, godz. ??:???: BBTS Bielsko-Biała – GKS Katowice
Ew. V termin, 13 maja, godz. ??:???: GKS Katowice – BBTS Bielsko-Biała
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna
Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy
Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.
Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.
Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.
Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.
Felietony Piłka nożna
Felieton o Zagłębiu Lubin
„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.
Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.
Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.
Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.
We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.
Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.
Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.
I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.
W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.
Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…
Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.
Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.
Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.
Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.
Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.
Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.


Najnowsze komentarze