Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Z dystansu: O katowickiej młodzieży

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do felietonu osoby, która miała swoją historię w klubie i zdecydowała się napisać o temacie budzącym sporo emocji w Katowicach – wychowankach. Leszek Górecki to oczywiście pseudomin. 

Jak długo gramy na poziomie pierwszej ligi, a może i nawet wcześniej w III i IV lidze wielokrotnie albo się powtarzało albo przynajmniej każdy z nas słyszał, że powinno grać się młodymi, najlepiej wychowankami, że starzy się nie nadają, że tylko zabierają miejsce w składzie itd. 

Utarty slogan, powtarzany wielokrotnie w przypadku porażek zwłaszcza tych spektakularnych. W tę teorię uwierzyli nawet poważni ludzie, bo przecież każdy pamięta pomysł na budowę kadry zespołu zawodnikami poniżej 28 roku życia, wyłączając obecnych zawodników. 

Oczywiście każdy kibic piłki w Polsce, a pewnie i na świecie chciałby, żeby w zespołach występowali zawodnicy z okolicy, najlepiej kibicujący danemu klubowi, ale jak sami zresztą widzicie w wielu ligach nie jest to takie proste. Pamiętamy piękne przypadki choćby Ajaxu, Dinama Zagrzeb, Barcelony, Sportingu czy nawet Manchesteru United, gdzie wychowankowie tworzyli trzon drużyny, które osiągały sukcesy w swoich ligach czy europejskich pucharach. Z drugiej strony mamy piękne historię Francesco Tottiego, Xaviego, Puyola, Gerrarda, Giggsa i kilku innych zawodników, którzy praktycznie całą karierę spędzili w swoich macierzystych klubach. Ale chyba każdy z nas zdaje sobie sprawę, że to są wyjątki, tym bardziej łapiące za serce kibica.

Po tym przydługim wstępie wracamy na katowickie podwórko. Temat mojego wywodu to „katowicka młodzież”. Gdzie ona jest, bo niestety nie w pierwszym składzie drużyny z Bukowej.

Temat wychowanków klubu to tak naprawdę dyskusja na temat szkolenia w akademii, prowadzenia tych chłopaków, a także wprowadzania ich do pierwszej drużyny. Akademia w obecnym kształcie prosperuje mniej więcej od 2013 roku. Wcześniej oczywiście było szkolenie w klubie, ale odbywało się to w całkiem innych warunkach. W czasie tej dekady akademia przeszła jedną zmianę władz, gdzie prezesów Oględzińskiego i Rogalskiego zastąpił duet Pajerska- Krasnowska i Pańpuch. Nie mam tutaj pewności czy poprzednie władze odchodziły z akademii w tym samym czasie, natomiast to sprawa drugorzędna. Panowie na pewno włożyli dużo pracy i czasu, żeby pewne rzeczy poukładać i tak naprawdę budować. Współpraca ze Szkołą Mistrzostwa Sportowego pozwoliła utworzyć klasy sportowe, zatrudnić trenerów na umowie o pracę w szkole, usprawnić łączenie nauki z treningiem. Oczywiście znajdą się tutaj przeciwnicy tego systemu, w każdym razie autor tego tekstu jest tego zwolennikiem. Otwarcie fili w południowych dzielnicach też należy pochwalić. Co do nowych władz, to tutaj na plus możemy zapisać projekt serduszko GieKSy czy organizację mistrzostw Katowic. 

Szerszy punkt widzenia na ten temat to spojrzenie przez pryzmat naszych występów od sezonu 2006/07, czyli gry na naszym obecnym poziomie. W tamtym czasie w kadrze znajdowało się 10 wychowanków: Cholerzyński, Gajowski, Górski, Mielnik, Mieszczak, Pasko, Polczak, Sadowski, Sroka, Wijas. Większość tych zawodników szła do góry wraz z drużyną, a część z nich próbowała nawet ratować Ekstraklasę. Jednak nie każdemu z nich udało się utrzymać na tym poziomie na stałe, a do Ekstraklasy i za granicę trafił tylko Piotr Polczak. Gdy spojrzymy na zawodników wychowanych w naszym klubie w latach ’80 i ’90, to na poziom Ekstraklasy dotarło tylko kilku zawodników: Mateusz Sławik (80), Jakub Dziółka, Jacek Kowalczyk (81), Adam Giesa (82) Grzegorz Fonfara (83), Dawid Plizga (85), Piotr Polczak (86), Patryk Stefański (90), Tomasz Hołota (91), Krzysztof Wołkowicz (94). Możemy do tej grupy dodać także Dominika Steczyka, jednak on jako młody chłopak wyjechał do Niemiec. Patryk Szwedzik też mógłby trafić na tę listę, jednak przyszedł do naszej akademii dopiero do liceum. Wobec tego na przestrzeni praktycznie 20 lat nie wychowaliśmy nawet 11 piłkarzy na poziomie ekstraklasy. Oczywiście w ostatnim sezonie w Ekstraklasie minuty zbierali także: Górski, Mielnik, Sroka i Wijas, jednak po spadku nie udało im się na ten poziom wrócić. 

Z drugiej strony patrząc na każdego z wymienionych wyżej zawodników, to żaden nie trenował w obecnej akademii, tylko w czasach, gdy nie było konkretnego programu szkolenia. Poszczególne roczniki występowały w odrębnych drużynach, więc przeglądając historię zawodników na portalu 90minut.pl niech nie dziwią Was takie pozycje jak 1. FC Katowice, ŚTS Katowice czy UKS Żaczek. Zresztą są nawet dwa osobne twory: GKS Katowice – nowy w SSK i ten Oskara. W tamtych czasach siła akademia zależała od zawodników poszczególnych drużyn i szczęścia do trenerów. Warunki były fatalne. Do otwarcia Rapidu w 2006 roku drużyny trenowały na orliku na Słowianie, półkolu za bramką na Bukowej czy boisku treningowych na Bukowej, na którym ciężko powiedzieć, jaka była nawierzchnia. Stroje każda z drużyn miała takie, jakie sobie zorganizowała np. rocznik ’91 grał w czerwonych strojach wygranych w turnieju coca-coli, ’90 miał stare komplety NIKE które zorganizował Dariusz Wolny. Metody treningowe? Zależały wyłącznie od konkretnego trenera. Obozy? Wszystko na własną rękę przy dużej pomocy rodziców. Klasy sportowe? Rozbijane po kilku szkołach i tak po kolei: rocznik 88 – gimnazjum na Koszutce, 89 – gimnazjum na Wełnowcu, 90 – Bogucice, 91 – znów Wełnowiec, 92 – Wełnowiec, ale łączona z Kolejarzem Katowice, 93 – Koszutka. Szkoła średnia to już kompletnie inna bajka, ponieważ część roczników rezygnowała z klas sportowych, a nawet te, które utworzyły i tak nie zawsze zrzeszały wszystkich zawodników. Jak sami widzicie bałagan to najlepsze określenie tego, co się działo w tamtym czasie. Najlepszym tego przykładem było wyprowadzenie całego rocznika ’90 z klubu przez Dariusza Wolnego. Czas jednak pokazał, że tak w tych dzikich czasach wychowaliśmy sporą rzeszę zawodników, którzy byli w kadrze pierwszej drużyny przez lata. Oczywiście przyczyny takiego stanu sytuacji są znane, ponieważ klub walczył w ogóle o przetrwanie, więc trudno oczekiwać, by pochylał się nad młodzieżą. Z drugiej jednak strony sytuacja ta pokazuj, jak potrzebna jest stała systematyczna praca z juniorami, ponad tym, co dzieje się w pierwszej drużynie.

Narzekamy często, że wypożyczamy młodych zawodników, ogrywamy ich, a finalnie nic z tego nie mamy. Ostatnio bardzo popularnym kierunkiem, z którego bierzemy piłkarzy to Lech Poznań. Spotkałem się z głosami, że zawodnicy dobrze się tutaj czują i dlatego dobrze grają w Katowicach. Jednak ja bym odwrócił kolejność. W pierwszej kolejności to po prostu dobrzy piłkarze, a że w Katowicach ogólnie dobrze się żyje, klub jest profesjonalny, to zawodnicy dobrze się czują. Tajemnicą nie jest, że większość umów wypożyczeń z Lecha uwarunkowanych jest obowiązkową liczbą minut na boisku. Proste i logiczne, bo po to wypożyczasz zawodnika, żeby grał. Jak prześledzimy losy zawodników, którzy z Poznania trafili do nas na wypożyczenia, zdecydowania większość poszła mocno w górę: Mrozek (obecnie Lech Poznań), Puchacz (1. FC Kaiserslautern), Jóźwiak (Charlotte FC), Szymczak (Lech). Jedynym niewypałem jest Karbownik, który nie grał zbyt dużo, a później też trafił do Garbarni Kraków. Obecnie w składzie jest Antoni Kozubal, który również prezentuje się dobrze w naszych barwach. Myślę, że tutaj mamy sytuację win-win-win, każda ze stron może być zadowolona ze współpracy. Oczywiście docelowo należałoby tych zawodników zastąpić swoimi wychowankami. Zanim jednak to nastąpi, to jesteśmy zdani na takich piłkarzy. Dopóki proporcję są odpowiednie (czyli takie, jak obecnie), to nie można narzekać.

Dlaczego więc mimo wielu zmian akademia Młoda GieKSa nie szkoli zawodników na poziom chociażby pierwszej ligi? Powodów zapewne jest wiele. Wymienię te, które w mojej opinii faktycznie skutkują takim, a nie innym stanem rzeczy.

  1. Ilość, nie jakość: akademia przez lata chwaliła się liczbą zawodników, kilkoma grupami w jednym roczniku, filiami w innych dzielnicach, co z jednej strony można pochwalić, bo jest w czym wybierać, ale później wyboru nie ma, ponieważ nie ma selekcji. Część młodych adeptów tkwi w akademii, bo mama czy tata zapisały do szkoły i nie ma za bardzo jak zrezygnować. Zawodnik taki się nie przykłada, co rzutuje na resztę grupy, a on sam nie ma z tego przyjemności. Trener musi z takim zawodnikiem zajęcia prowadzić, a nie ma możliwości w ramach selekcji chłopakowi powiedzieć, że to za wysokie progi. Jaki tego powód? Bo składki, bo subwencja w szkole itd.
  2. Zarabianie, a nie inwestycja: czołowe akademie mówią o inwestycji w młodzież. No więc właśnie: od pewnego wieku juniora należałoby zacząć inwestować w akademie, a nie liczyć, czy się to zbilansuje. Wobec tego trenerzy są przerzucani między rocznikami, zawodnicy trzymani w akademii, nie mówiąc o tym, że chociażby drużyna rezerw opłaca obóz z własnych środków. Jasnym jest, że musi się to wszystko spiąć, kasa musi się zgadzać. Tyle, że w naszej akademii jest ten komfort, że trenerzy mający tytuł magistra wychowania fizycznego, są zatrudnieni w szkole, zawodnicy stroje kupują sami, a koszt obozu pokrywa szkoła. Kwoty dotacji akademii z miasta można sprawdzić w BIP UM Katowice i latami były to kwoty naprawdę duże, porównując chociażby z Rozwojem. Pieniądze można również pozyskiwać z zewnątrz. Dużo łatwiej pozyskać jest sponsora dla dzieci niż do drużyny seniorów. Po za tym można zawierać umowy barterowe i korzystać z artykułów danego partnera.
  3. Trenerzy: trenerom akademii na pewno nie można zarzucić braku zaangażowania w pracę, poświęcenia dla tych chłopaków, inwestycji w siebie i chęci rozwoju. Nie jest to łatwa praca, życie ułożone pod terminarz, o długich weekendach, majówkach można zapomnieć. Impreza rodzinna to samo. Z drugiej strony, jeśli ktoś się zdecydował, to należy wymagać. Otwartym pytaniem jest, czy nasi trenerzy się rozwijają jak należy? Ciężko o to, gdy jednego dnia prowadzisz trening o 8.00 z 11-latkami, o 11.00 z 16-latkami, a po południu wspomagasz grupę przedszkolną. Pomijając to, że skakanie po kategoriach same w sobie nie może być dobre, to trenerzy nie mają czasu by, przygotować trening w spokoju, zrobić analizę meczu czy treningu. Nie mówiąc o zwyczajnym wypoczynku, by się nie wypalić. Kolejnym pytaniem pozostaje, czy rolą trenera akademii jest jeżdżenie od 6.30 autobusem, który zbiera dzieciaki z Katowic i dowozi na trening?
  4. Warunki treningowe: w tym przypadku nie jest najgorzej, bo w Katowicach boisk jest sporo, a baza się rozbudowuje. Jednak boiska dobrej jakości to jedna sprawa, drugą pozostaje kwestia liczby drużyn w jednym czasie na boisku. Nie rzadko zdarza się, że na jednym boisku odbywają się treningu dwóch grup, a między nimi radzić muszą sobie bramkarze na treningu bramkarskim.
  5. Pomysł na trenerów: klub w swojej filozofii nie ma kompletnie pomysłu na trenerów. Kilka lat temu naturalnym wydawało się, że tacy trenerzy jak Cholerzyński czy Napierała w perspektywie czasu dołączą do pierwszego zespołu w roli jednego z asystentów. Panowie pokazali na boisku, że dobro klubu mają w sercu, ale nie o tym mowa. Posiadają uprawnienia UEFA A, szczebel niżej niż najwyższe UEFA PRO. Oczywiście trenerom pierwszej drużyny nie należy narzucać kształtu sztabu, jednak, skoro trener Janusz Jojko nie jako z urzędu był trenerem bramkarzy u wielu trenerów, to dlaczego któryś z powyżej wymienionych nie może być w sztabie pierwszego zespołu również odgórnie? Należy dać szanse i zobaczyć czy warto nadal w nich inwestować, bo nie jest sztuką ściągać kolejnych ludzi np. z Deductora, który de facto i tak musi łączyć z pracą w akademii, żeby się zgadzało, jak Łukasz Tomczyk. Dobrym przykładem jest nasz były zawodnik Piotr Plewnia, który właśnie w takiej roli był w Odrze Opole, finalnie w awaryjnych sytuacjach był jako strażak, a obecnie jest w trakcie kursu UEFA PRO
  6. Selekcja trenerów: jak to w życiu bywa, to że ktoś chce i bardzo się stara nie zawsze znaczy, że taka osoba się nadaje. Czy w naszej akademii jest jakakolwiek weryfikacja trenerów? Ja osobiście tego nie wiem. Natomiast z informacji, które posiadam, to większość z tych, którzy odeszli, zrobili to z własnej woli. W drugą stronę – jeśli w jakiejś mniejszej, być może prywatnej akademii jest osoba, która ma odpowiednie kompetencje, jak najbardziej należy ją zaprosić do współpracy.
  7. Skauting: przyjścia wyróżniających się zawodników z innych klubów odbywają się na zasadzie obserwacji ich podczas meczów z drużynami z akademii, co jest sprawą jak najbardziej naturalną. Jednak to tylko margines tego, co tak naprawdę w tej kwestii można zrobić. Na samym tylko Śląsku jest wiele mniejszych akademii, które są regularnie drenowane przez większego kluby. Bez szybkiego działania nie ma możliwości wyprzedzić tych większych. A to jesteśmy w stanie zrobić dzięki skautingowi.
  8. Rola trenera: trener akademii mimo wielu obowiązków, które widzimy w punkcie trzecim, musi zadbać o sprzęt (i wozić go w samochodzie), zawieźć do pralni. Oczywiście część z tych zadań nie ma, jak przeskoczyć ze względów infrastrukturalnych. Myślę natomiast, że gdyby do każdej z drużyn zatrudnić kierownika, niech to nawet będzie rodzic czy dziadek, który i tak jest na każdym meczu i chętnie by się zaangażował, żeby móc oglądać swoją pociechę i zaproponować mu za to zwrot kosztów, koszulkę po sezonie czy karnet na mecze seniorów. Taka osoba powinna czuć się potrzebna, doceniona, a nie wykorzystywana. Obecnie są osoby, w akademii które robią coś bardziej z chęci niż dla zarobku, ale sposób w jaki współpraca wygląda, pozostawia wiele do życzenia.
  9. Szacunek dla wychowanków: to jest temat do każdej ze stron. Klubu, akademii czy nawet kibiców. O tym, że wychowanek już na starcie ma gorzej świadczą chociażby rozmowy kontraktowe – zawodnik z zewnątrz dostanie lepszy kontrakt, dużo więcej szans na starcie. Czy w akademii szanujemy swoich wychowanków jako trenerów? Ileż to razy słyszało się, że swój to i tak zostanie z sentymentu, to zbytnio starać się nie trzeba. Podejście kibiców do wychowanków to też temat do dyskusji, bo niech każdy z nas uderzy się pierś czy też był w tej kwestii w porządku. Ileż to chujów z trybun usłyszeli Górski, Wijas, Cholerzyński, Wołkowicz czy Szołtys? Swoje wysłuchali czy przeczytali. A z klubu wylatywali „na kopach”. Czy słusznie? Być może, ale na pewno lepiej wybrzmiewają od swoich kibiców słowa: zjebałeś, ale dawaj dalej, walczymy razem, a jak się nie łapie do składu, to życzyć po ludzku powodzenia, bo to za wysokie progi niż słowa wypierdalaj nieudaczniku, jesteś pizdą itd. Część z osób po czasie zapomina, że takie słowa wypowiedziało bądź napisało, ale niestety bywało i tak. Chcemy swojej młodzieży, to też w jakiś sposób ją szanujmy. Później dochodzi do kuriozalnych sytuacji, że za swoich mamy ludzi, którzy są tutaj na chwilę, a przy dobrej ofercie zawiną się do innego klubu. Zresztą przykład Rafała Góraka jest doskonały – kilkoma hasłami jak to GKS nie jest w jego sercu, kupił łaskę kibica, a gdy przyszło się faktycznie określić, czy jest GieKSiarzem, to wyszło fatalnie.
  10. Współpraca z Banikiem Ostrava: nasz zaprzyjaźniony Banik Ostrava wychowankami stał przez wiele lat. W kadrze Czech z Polską grali Jiri Pavlenka i Vladimir Coufal, czyli wychowankowie Banika. Po za tym oczywiście są to Milan Baros, Marek Jankulovski, Tomas Galasek, Vaclav Sverkos i Jan Lastuvka, czyli piłkarze, którzy mają za sobą piękne kariery. Baros i Jankulovski wygrali Ligę Mistrzów, Coufal Ligę Europy. W kadrze Banika nie brakuje wychowanków od i to praktycznie od zawsze. Oczywiście Slavia i Sparta jako bogatsze kluby mocno poszły w szkolenie i Banik ma sporą konkurencję, jednak mimo to nadal jest to szkółka na bardzo dobrym poziomie. Mimo bliskiej odległości nie jesteśmy dla siebie konkurencją z wiadomych względów, więc logicznym wydaje się nawiązać współpracę. Podglądać, jak robią to lepsi od nas. Co ciekawsze i gorsze zarazem widzimy, że bardzo chętnie współpracuje z naszymi braćmi Górnik Zabrze, często bywa na turniejach organizowanych przez Banik przy naprawdę topowej obsadzie, regularnie rozgrywa sparingi. Wnioski są takie, że odległość od Ostrawy i dobre stosunki należy wykorzystywać!
  11. Brak CLJ: wiadomo, że w naszym regionie jest z kim walczyć o Centralną Ligę Juniorów. Jednak ligi te powstały już dawno temu, a my zagraliśmy tam przez chwilę. Każda licząca się akademia ma przynajmniej jedną drużynę w CLJ w którejś z kategorii. Ekipa Łukasza Bagsika z Dominikiem Szalą (nazwisko nieprzypadkowe), którego mogliśmy oglądać na ostatnim młodzieżowym Euro, awansowała do CLJ. Sukces duży, jednak tło tego sukcesu jest niekorzystne z perspektywy akademii. Drużyna była zaprzeczeniem tego, jakie wytyczne były w akademii. Docelowo zawodnicy mieli być w SMS – ta grupa nie była i trenowała popołudniu. Ówcześni trenerzy mieli zakaz prowadzenia treningów indywidualnych dla swoich podopiecznych – trener Bagsik mógł je prowadzić. Obozy, sparingi? Wszystko robił według własnego uznania. Robił to skutecznie i brawo! Było się od kogo uczyć, no ale właśnie było. Trener Bagsik przyszedł do klubu z drużyną Sparty Zabrze. Nie dziwi więc, że gdy odszedł, piłkarze poszli za nim do Górnika Zabrze.
  12. Rozwój trenerów: jak pisałem wyżej. Trenerzy z akademii mimo chęci rozwoju nie za bardzo mają na to czas, ze względu na nadmiar obowiązków. Każdy robi to na własną rękę, ale pytaniem jest czy akademia, czy klub robią coś w tym kierunku? Czy dają narzędzia do rozwoju trenerów w postaci szkoleń, warsztatów itd.? Przede wszystkim czy same rozwijanie się, czy doszkalanie jest przez akademię wymagane? 
  13. Zarząd: prowadzenie akademii nie jest zadaniem łatwym, to sprawa jak najbardziej oczywista. Przez wszystkie lata, w jakich funkcjonuje AMG, zostało wykonanych wiele dobrych rzeczy. Liczba roczników, ciągłość szkolenia, skoordynowanie szkoła-trening. Jednak akademia ma szkolić, a nie być biznesem, a mam wrażenie, że w pewnym momencie poprzedni zarząd zadowolił się sprawnym działem organizacji, zbilansowaniem się budżetu, a nie „produkcją” piłkarzy. Nowy zarząd niewiele w tym kierunku zmienił, więc ten kamyczek stale ląduje w ogródku. Mało tego, składki w akademii idą w górę, a czy idzie to w parze z wynagrodzeniem trenerów czy ich liczbą? Tego nie wiem. W dużej organizacji są potrzebne osoby od tzw. papierków, ale uważam, że mimo wszystko osoby zarządzające akademią muszę mieć jakiekolwiek rozeznanie w sporcie czy szkoleniu młodzieży. Tego o Pani Kindze Pajerskiej-Krasnowskiej powiedzieć nie można.
  14. Wypożyczenia: jednym z kroków wprowadzania młodzieży do pierwszej drużyny jest ogrywanie ich przez niżej notowane kluby. Ta działka mocno leży, ponieważ nie jestem w stanie przypomnieć sobie chociaż jednego zawodnika, który ograł się niższym poziomie i wrócił do klubu, by rywalizować o miejsce w składzie. Oczywiście bardzo często winny temu jest materiał, ale systemowo jest to robione źle. Zawodnik wypożyczony – problem rozwiązany, a zawodnikiem nikt się przez okres wypożyczenia nie interesuje, nie mówiąc o monitorowaniu, analizie gry itd. Wypożyczając zawodnika, należy odpowiednie sporządzić umowę. Tak, aby zawodnik grał tam jak najwięcej, wzorem młodzieży z Poznania. 
  15. Relacje rodzice–akademia: rodzice są klientami akademii, to fakt niezaprzeczalny. Wiele razy słyszało się o problemach na linii rodzice–akademia. Zrozumiałym jest, że dialog musi być na odpowiednim poziomie. Jednak nie może być sytuacji, że ogon kręci psem. Rodzice nie mogą mieć wpływu na to, w jakiej grupie gra jego dziecko, u jakiego trenera trenuje. Oczywiście o ile nie ma sytuacji, które tego wymagają. Rodzic powinien być przekonanym, że akademia robi wszystko co najlepsze dla jego dziecka. Myślę, że w tej kwestii działa wszystko jak należy. W każdym razie akademia musi doprowadzić do takiego momentu by rodzic wiedział jaka jest jego rola, a rozmowa toczyła się na partnerskich zasadach.
  16. Kluby partnerskie: duże akademie współpracują z mniejszymi ośrodkami, a takich w okolicy nie brakuje. Mamy tutaj umowę o współpracy z drużyną z Warszowic, jednak jest tego zdecydowanie za mało. Drugą sprawą są zasady tej współpracy. Kiedyś klubem partnerskim była Sparta Katowice. Jednak po za podpisanym papierkiem niewiele z tego wynikało, a dzisiaj pewnie w samej Sparcie nikt o tym nie chce słyszeć. Podobną umową byliśmy kiedyś związani z Rozwojem, natomiast umowa była podpisywana na wyższym niż akademia szczeblu.
  17. Wykorzystywanie innych sekcji wewnątrz klubu: artykuł ten odnosi się do piłki nożnej chłopców, natomiast należy pamiętać o tym, że klub jest wielosekcyjny. Z racji tego, że do poważnej piłki przebije się niewielu, to dlaczego nie monitorować chłopaków pod kątem innych sportów? Mamy akademie hokeja, siatkówki czy zapasów (w odrębnym podmiocie). Do pewnego wieku zawodnicy mogą regularnie odbywać zajęcia z siatkówki czy hokeja, a trenerzy oceniać ich przydatność pod kątem danego sportu. Być może zawodnik, który odstaje w piłce, odnajdzie się z sukcesami w innym ze sportów i odwrotnie. 

Ktoś powie abstrakcja, no ale nawet w naszym klubie był taki przypadek. Grzegorz Kosok to nasz wychowanek z rocznika ’86. Nie kojarzycie go z boisk piłkarskich, bo karierę przeżywał w siatkówce, grając między innymi w Resovii czy Jastrzębiu. Zdobył trzy Mistrzostwa Polski i grał w reprezentacji. Więc pytanie, jak mogłoby to wyglądać, gdyby odbywało się systemowo. To jest luźna propozycja, a mając na uwadze bajzel w piłkarskiej akademii, obawiam się, że w innych sekcjach może być jeszcze gorzej. Dla przykładu sekcja hokeja nie ma klas sportowych. Był pomysł, żeby otwierać je od roku szkolnego 2023/24, ale nie wiem, na jakim etapie jest ta sprawa. 

Każdy z powyższych argumentów to moje prywatne, subiektywne zdanie. Jednak poparte argumentami, a przede wszystkim obserwacjami tego, co się dzieje w klubie w klubie i akademii przez wiele lat. Mam świadomość, że wiele cierpkich słów padło pod kątem szefów akademii, a mniej trenerów. Każdy kto pracuje w większej firmie (tak naprawdę każdego rodzaju działalności) zdaje sobie sprawę, że to jak wygląda działalność przedsiębiorstwa i wizja, jaką ma, zależy od jego zarządzania. To, że ktoś źle pracuje na danym stanowisku jest winą przełożonego, bo takiego pracownika należy nauczyć, później wymagać, a jeśli olewa swoje obowiązki: ukarać lub zwolnić. Na takich samym zasadach musi funkcjonować akademia. Wychowywać nam w pierwszej kolejności zawodników, w dalszej być może trenerów czy pracowników. Akademia to też budowanie społeczności. Nie każdy będzie piłkarzem, ale każdy z tych chłopaków powinien być częścią całej rodziny GieKSy, a to już dłuższy proces.

Obecnie akademia Młoda GieKSa to ładna fasada z zewnątrz, a w środku wiele rzeczy wygląda zdecydowanie gorzej. Nie pozostaje nic innego, jak zacząć w końcu układać to jak należy.

Zachęcam Was do dyskusji, bo jak widać jest o czym. Być może macie inne spostrzeżenia w tym temacie. Mam świadomość, że mogę się mylić w wielu miejscach, więc jeśli ktoś chce mnie sportować, to zapraszam. Jeśli pomyliłem liczby, nazwiska czy daty, to z góry przepraszam – pamięć bywa ulotna.

Z GieKSiarskim pozdrowieniem! 

Leszek Górecki

4 komentarze
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

4 komentarze

  1. Avatar photo

    Sebastian

    11 września 2023 at 20:53

    Witam. O wychowanków naszego klubu pytają bardzo dobre zespoły w tym mistrz Polski,ale my ich nie sprawdzamy, pościć te nie chcemy, a czasami jest i tak że po fakcie mówi się jednemu czy drugiemu że pytał o ciebie… I wtedy ch… cię trafia bo kochasz ten klub i nie rozumiesz takiego prowadzenia wychowanka.

  2. Avatar photo

    Kucharz74

    12 września 2023 at 10:19

    1.trenerzy zatrudniani na caly etat za godziwe pieniądze nie 500-1000zł
    2.dostep do psychologa sportowego dietetyka trenera motoryki
    3.trening wysilkowy dostosowany do danego zawodnika waga,wzrost,wiek
    4.lekarz sportowy wyznaczony przez klub

    To na początek bez tych podstaw niestety możemy się dalej bawić Ino gieksa!!!

  3. Avatar photo

    Bolo

    12 września 2023 at 11:08

    Niestety nasza GIEKSA ma najsłabsze szkolenie młodzieży z pośród klubów ościennych,nawet mały klubik jak Rozwój który ma dwa razy mniej dzieciaków jest dużo lepszy.Brak dobrych trenerów i co za tym idzie pomysłu i zaangażowania.

  4. Avatar photo

    Mleczak

    12 września 2023 at 15:08

    Szacun za powyższy art. Clue jest takie, że nie ma osoby zarządzającej z prawdziwego zdarzenia. Liczyłem, że wraz z pojawieniem się Pańpucha, było nie było wieloletniego pracownika osławionego Gwarka, zmieni coś i u nas. Być może jest jeszcze za wcześnie by oceniać, ale na razie szału nie widać. Chociaż nieuczciwie jest mówić, że akademia stoi w miejscu. Natomiast dynamika progresu musi być większa bo jak z powyższego wynika, dużo rzeczy funkcjonuje źle lub wcale. Dla dobra GieKSy mocno liczę, że jakiś wychowanek na dobre przebije się do pierwszego składu!

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kibice Piłka nożna

Górnik Zabrze kibicowsko

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Górnik Zabrze to kibicowska i piłkarska marka, której nikomu nie trzeba przedstawiać. Klub zapisał piękną piłkarską kartę – zdobył 14 tytułów Mistrza Polski. Zabrzanie na arenie międzynarodowej rozegrali ponad 110 spotkań, dochodząc nawet do finału Pucharu Zdobywców Pucharów.

Ruch kibicowski powstał już w latach 70., a lata 80. to już czasy zorganizowanego dopingu, pierwszych zgód i utworzenia stałego składu wyjazdowego. Byli wtedy jedną z największych ekip w kraju.

Najstarszą i jedyną w Polsce zgodą KSG jest Wisłoka Dębica. Sztama została zapoczątkowana w 1988 roku podczas meczu Pucharu Polski między tymi klubami. Jednak początek ich kontaktów jest jeszcze z czasów, gdy obie ekipy miały zgodę z Cracovią. Ze względu na brak kontaktów, szczególnie że Wisłoka zawsze grała w niskiej lidze, relacje były bardzo słabe. W 1993 roku KSG miało swój wyjazd do Mielca i tam 10-osobowe wsparcie Wisłoki odświeżyło relacje i „dało kopa”. Jesienią 1993 roku roku flaga Wisłoki wisiała pierwszy raz na Roosevelta, kiedy Górnik podejmował Legię Warszawa. Mimo, że w połowie szalonych lat 90. każda z tych ekip miała po kilka zgód, finalnie pokończyły się wszystkie relacje, ale sztama Górnika z Wisłoką pozostała. 

Drugą zgodą Zabrzan jest chorwacki Hajduk Split, czyli czołowa banda z Bałkanów, która jeszcze za czasów dawnej Jugosławii owiała się chuligańską sławą. W tym roku obie Torcidy będą świętować 10. rocznicę swojej przyjaźni. W 2018 roku zorganizowano sparing w celu integracji obydwu ekip, a na legendarnym stadionie Poljud pojawiło się 1500 fanów Górnika.

Słowo, które łączy obie ekipy, to oczywiście „Torcida”. Historia ekipy Hajduka to fenomen, bo grupa powstała w… 1950 roku i była pierwszą „kumatą” grupą kibiców w Europie. Wszystko zapoczątkował Mundial w Brazylii, w której ruch kibicowski brazylijskich fanów na legendarnej Maracanie nazywał się „Torcidas” (żywiołowo dopingujący kibice). Będący na mistrzostwach świata chorwaccy kibice ze Splitu na własne oczy mogli zobaczyć żywiołową atmosferę i postanowili przywieźć to na swój stadion.

W przypadku Górnika przełomowy okazał się 1999 rok. To wtedy na tle szarej Polski, gdzie wszędzie wisiały klasyczne „hooligans” czy „ultras”, powstało coś poza schematem – „Torcida Górnik”. Płótno zadebiutowało w lutym 1999 roku, kiedy Żabole grały u siebie z ŁKS-em Łódź.

Grupa w późniejszych latach decydowała o obliczu trybun Górnika. Kiedy nasza scena podzieliła się na chuliganów i ultrasów, to Żabole wyznawały zasadę, że Torcida Górnik to jedna grupa działająca ku chwale KSG. Tak było również wtedy, gdy na stadionie Górnika frekwencja była najgorszą w Ekstraklasie. Teraz ciężko sobie to wyobrazić, ale na początku lat 2000 stadion przy Roosevelta świecił pustkami. Frustracja kibiców zaczęła sięgać zenitu, szczególnie gdy zarząd tak „rozwijał” klub, że Górnik praktycznie co sezon walczył o utrzymanie. Do tego dochodziło zwyczajnie ustawiane meczów, więc oglądanie na żywo korupcji zaczynało odstraszać kibiców. W meczach z GKS-em Bełchatów czy Widzewem Łódź dochodziło do wjazdów na murawę i manifestacji, że Górnik tonie. W późniejszych latach sektor Torcidy nawiązywał do „Wielkiego Górnika”, wysyłając jasny sygnał kolejnym nieudolnym zarządom, że chcą tu poważnej piłki, a nie tylko wspomnień. Tak jest do dzisiaj, a obecność Lukasa Podolskiego wywiera dodatkową presję na urzędników z miasta, którzy latami uprawiali politykę na Górniku.

 

Kiedy klub borykał się z problemami finansowymi i organizacyjnymi, a stadion odwiedzała garstka widzów, to Torcida w 2006 roku wyszła z inicjatywą zrobienia biletów w cenie 5 złotych. Była to symboliczna kwota, jednak rozbudziła kibiców do wspierania Górnika. Dla przykładu na mecz z Amicą Wronki potrafiło przyjść 18000 widzów.

Na stadionie Górnika były rozgrywane również mecz reprezentacji, na których działo się naprawdę sporo. Zjeżdżały się bandy z całego kraju, a wszystkie topowe ekipy wyjaśniały między sobą waśnie, szczególnie te, które nie mogły spotkać się ze sobą w lidze (np. Arka Gdynia, swój chuligański prime pod dowództwem ŚP. Rybaka, pokazywała na Górnym Śląsku). Podczas meczu Polska – Słowacja doszło do precedensu, czyli utworzenia „Śląskiej siły” – Górnik związał się zgodą z… Ruchem Chorzów.

Dla Arkowców ten „miraż” był niedopuszczalny i zakończyli zgodę z Górnikiem podczas meczu Pucharu Polski w Gdyni.

Sama sztama Ruchu z Górnikiem była, jak przyznają sami Zabrzanie, jednym wielkim nieporozumieniem, ale… była. Płótna Górnika wisiały na ul. Cichej.

W rodzinie Górnika znajduje się imponująca liczba fan clubów, które tworzą atmosferę na swoim stadionie lub skupiają wyłącznie na KSG. Concordia Knurów, ŁTS Łabędy, Naprzód Rytudłtowy czy Slavia Ruda Śląska to ekipy które dorastały pod skrzydłami Górnika, ale działały też lokalnie.

Te ekipy łączy również ROW Rybnik. Rybniczanie widywali się na meczach Górnika i jednocześnie wspierali ROW na lokalnym podwórku. Do tego sekcja żużla w Rybniku gromadziła dużo ludzi na stadionie, ale Gladiators (ekipa ROW) postanowili odciąć się od żużla i zostali kibicowską bandą, która udziela się jedynie na piłce nożnej. Taka droga sprawiła, że zostali składem niezależnym, a podczas meczu Pucharu Polski w 2017 roku zaprezentowano łączona flagę „Gladiators & Torcida” i był to oficjalny dzień przybicia zgody. Chwilę wcześniej ROW grał swój ligowy pojedynek w Jastrzębiu-Zdroju, na którym Persona Non Grata, obok KSG, pojawiła się w 60 osób. Od tego dnia połączył nas (GieKSę i ROW) układ chuligański, jednocześnie tworząc Śląską trójcę. Pod koniec zeszłego roku ROW zakończył 8-letnią zgodę z Górnikiem. Rybniczanie zgodę mają jedynie z Wisłoką Dębica, która od 2013 roku trzyma się także z ROW-em.

Nasza piłkarska i kibicowska historia jest ogromna. W 1965 roku, jako beniaminek Ekstraklasy, zagraliśmy pierwszy mecz z, 6-krotnym wówczas mistrzem kraju, Górnikiem Zabrze. Spotkanie odbyło się na Stadionie Śląskim w obecności 27000 widzów. W tej liczbie było oczywiście mnóstwo sympatyków z Zabrza. GKS przegrał 2:3.

Wiosną 1967 roku w Zabrzu przegraliśmy 0:3 w obecności 15000 widzów.

Wiosną 1969 roku na oczach 60000 kibiców zagraliśmy na Stadionie Śląskim derby, które były już pierwszym przebłyskiem, że piłkarze Górnika nie tylko z Ruchem Chorzów będą toczyć zacięte boje. Przegrywali z nami 1:2, ale w 81. minucie wyrównali na 2:2 i… arbiter bramki nie uznał, przez co doszło do bijatyki i przerwania meczu. GKS otrzymał walkower 3:0, a Legia Warszawa o 2 punkty wyprzedziła Górnik, sięgając po mistrzostwo kraju.

Nasza rywalizacja trwała do wiosny 1971 roku. Wszystkie wyjazdowe spotkania z Górnikiem przegrywaliśmy, natomiast „u siebie” Stadion Śląski nam służył – udawało nam się postawić i wygrywać pojedynki. Niestety przyszedł moment, że opuściliśmy szeregi najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce.

W 1979 roku awansowaliśmy na jeden sezon, ale w 1982 roku wróciliśmy na dobre do elity. Za chwilę zaczęliśmy pisać swoją „dekadę GieKSy”, a na trybunach zaczął się tworzyć pierwszy młyn.

Wiosną 1984 roku wygraliśmy 2:1 w Zabrzu, a piłkarzy GieKSy wspierało 150 trójkolorowych fanów. Mimo, że wcześniej GKS miał kibiców i jeździł do Zabrza, to od tej daty możemy mówić o pierwszych zorganizowanych wyjazdach w naszym wykonaniu.

Jesienią 1984 roku zremisowaliśmy u siebie 0:0, a naszymi strojami domowymi stały się czerwone trykoty. Świeżo oddany do użytku został Blaszok.

Wiosną 1985 roku przegraliśmy 1:2 w Zabrzu, a nasza 250 osobowa ekipa zaliczyła pierwszy rozdział końca zgody, którą zerwał Górnik. Ale… ciężko nazwać tamtą relacją zgodą. Nie było oficjalnego dnia zapoczątkowania, w marcu mieliśmy koniec, a po trzech miesiącach… kibice KSG pojechali z nami na finał Pucharu Polski z Widzewem Łódź do Warszawy.

W marcu 1986 roku pojechaliśmy do Zabrza w 1000 osób, co na tamte czasy było znakomitą liczbą. Fani KSG chcieli odnowienia zgody, ale tym razem GKS odmówił.

Chwilę później, 1 maja 1986 roku, rozegraliśmy swój drugi z rzędu finał Pucharu Polski. Tym razem z Górnikiem. Mecz był wyjątkowy pod wieloma względami. Pierwszy raz sięgnęliśmy po wymarzony puchar, a całej Polsce przedstawił się śp. Jan Furtok, strzelając trzy gole. Wśród 60000 zgromadzonych widzów na stadionie, GieKSiarze uformowali się w 2000 osób, mając wsparcie ŁKS-u Łódź, Hutnika Kraków, Śląska Wrocław i Arki Gdynia. Arka i ŁKS, którzy mieli zgodę z obiema ekipami, podzielili się na dwie grupy. Górnik mógł liczyć na doping 5000 kibiców, będąc wspieranym przez część Arkowców, ŁKS-iaków oraz 200 fanów Polonii Bytom, którzy mieli wtedy sztamę z KSG (co teraz może wydawał się nieprawdopodobne). Zagłębie Lubin także miało zgodę z nami i Górnikiem, jednak zasiadło z KSG i nasza roczna zgoda przeszła do historii. Nikt nie brał pod uwagę, że świeżo upieczony Mistrz Polski Górnik może przegrać, więc po końcowym gwizdku GKS poprosił Zabrzan o… szampany, które ci przyszykowali do świętowania sukcesu.

Jesienią 1986 roku graliśmy na Roosevelta. Stadion był wypełniony po brzegi, a na obiekcie pojawiło się 2000 GieKSiarzy, co było naszą rekordową liczbą. Górnik wygrał 1:0.

Wiosną 1987 roku zagraliśmy na Stadionie Śląskim, a mecz zgromadził… 32000 widzów, w tym 2000 fanów Górnika. Derby wygrał Górnik 1:0.

W tej samej rundzie w maju zagraliśmy również ćwierćfinał Pucharu Polski. Na stadionie przy Roosevelta pojawiło się 20000 widzów, którzy oglądali awans GieKSy, wspieranej ponownie przez 2000 kibiców. Ostatecznie trzeci raz z rzędu awansowaliśmy do finału Pucharu Polski, ale w Opolu pokonała nas nasza ówczesna zgoda z Wrocławia.

Jesienią 1987 roku zagraliśmy na Stadionie Śląskim, który zgromadził 20000 widzów. Spotkanie zakończyło się remisem 3:3.

W rewanżu wiosną 1988 roku również padł remis, ale 1:1. Wśród widowni liczącej 22000 widzów było aż 3000 GieKSiarzy. Były to czasy, kiedy pojawiły się pierwsze płótna z napisami, oprócz klasycznych barwówek. Tego dnia w Zabrzu czekał na nas komitet powitalny Górnika i doszło do starcia na dworcu.

Jesienią 1988 roku podejmowaliśmy Górnik przy ponad 10000 widowni. Piłkarze, po zaciętym boju, wygrali 3:2.

Wiosną 1989 roku polegliśmy 2:3 na Roosevelta. Mecz, mimo środku tygodnia, zgromadził komplet widzów, a GieKSiarze zameldowali się w 2500 osób.

W listopadzie 1989 roku wygraliśmy 1:0 (po bramce Marka Świerczewskiego) na Bukowej.

W lipcu 1990 roku pokonaliśmy Górnik 2:1. Rok 1990 przyniósł znaczący spadek zainteresowania meczami ligowymi, frekwencja na polskich trybunach wyraźnie się obniżyła wraz z upadkiem systemu komunistycznego i początkiem głębokich przemian społeczno-gospodarczych. Nie inaczej było na naszym stadionie – mecz na szczycie zgromadził jedynie 4200 widzów.

Wiosną 1991 roku przegraliśmy 0:2 w Zabrzu, a na meczu pojawiło się 2000 GieKSiarzy. Nasza ekipa wjechała w radiowozy, które zatrzymały naszych kibiców, a na trybunach goniliśmy się z gospodarzami. Na stadionie było 8500 widzów, co też pokazuje spadającą frekwencję. Nasza liga stała się coraz bardziej „przewidywalna” i to także miało wpływ na kibiców, którzy przestali uczęszczać na ustawiane spotkania.

Jesienią 1991 roku zagraliśmy na Roosevelta. Na wyjeździe obecnych było 1500 GieKSiarzy, w tym GKS Tychy, z którymi mieliśmy zgodę. Górnik był wspierany przez Arkę Gdynia, z którą nasze drogi rozeszły się pod koniec lat 80.

Miesiąc później kibice GieKSy byli ponownie na Górniku, ale nie na swoim meczu. Idol trybun z Blaszoka, który odszedł robić karierę w Bundeslidze – śp. Jan Furtok zawitał tam w europejskich pucharach ze swoim Hamburgiem SV. Górnik poległ 0:3, ale Jasiu gola nie strzelił. 100-osobowa ekipa GieKSy często pozdrawiała swojego ulubieńca, zajmując miejsce za bramką z dwiema flagami.

W czerwcu 1992 roku spotkaliśmy się w finale Pucharu Polski, ale… nie na swoim meczu. Finał rozegrał Górnik z Miedzią Legnica. Był to okres, w którym z KSG mieliśmy już kosę, a z Miedzianką sztamę. Była to pijacka sztama, ale nasza 23 osobowa ekipa wyruszyła do stolicy z flagą, która debiutowała na meczu z FC Motherwell. W pociągu dwukrotnie doszlo do walki z Górnikiem. Na stadionie obóz KSG siedział po prawej stronie Żylety, natomiast Miedź z nami i ŁKS-em Łódź zasiadła łącznie w 200 osób tam, gdzie w późniejszym czasie na stałe będą zasiadać kibice gości. Na stadionie chuligani Legii byli gospodarzem i zajęli całą Żyletę, mając wsparcie Lechii Gdańsk. Nasza flaga wisiała pierwsza z brzegu, a że gospodarze swobodnie przemieszali się po całym stadionie, to nasze płótno zostało zerwane. Bierność Miedzi, która nawet nie podjęła próby odbicia flagi, doprowadziła do wściekłości GieKSiarzy, którzy na znak zerwania zgody opuścili stadion.

6 marca 1993 roku mieliśmy grać derby z Górnikiem Zabrze, ale ten mecz przeszedł do historii naszego ruchu kibicowskiego z innego powodu. Atak zimy i zły stan murawy sprawił, że nasze derby zostały odwołane. W drodze powrotnej 200-osobowa grupa kibiców GKS-u Katowice postanowiła pojechać na Cichą, gdzie Ruch Chorzów podejmował Pogoń Szczecin. Niepokojeni przez nikogo zasiedlismy na trybunach niebieskich, rozwieszając swoją trójkolorową flagę. Był to czas kiedy panował „cieplejszy” okres między naszymi ekipami, który w dzisiejszym kibicowskim sloganie brzmiałby po prostu jako układ. Tego dnia pokazali się także kibice KSG, którzy w 200 osób zasiedli obok 100-osobowej grupy Portowców, robiąc z nimi zgodę na jeden mecz. W trakcie meczu kibice Ruchu proponowali naszej grupie przyjście w stronę młyna, ale wzajemna nieufność zwyciężyła i w przerwie zapadła decyzja, że GKS Katowice opuszcza Cichą. Przy wyjściu w okolicach kas zrobiło się nerwowo, co było początkiem bójki kibiców GieKSy i Ruchu oraz ostatecznym gwoździem do trumny jakichkolwiek dobrych relacji między nami.

W maju został rozegrany zaległy mecz. Na widowni zasiadło jedynie 3500 widzów, z czego 1000 samej GieKSy. Mecz zakończył się remisem 1:1. Co ciekawe, wśród naszego oflagowania znajdowało się już Jaworzno, które stanie się później naszym bastionem oraz… Chorzów.

Jesienią 1993 roku graliśmy znów w Zabrzu. Tym razem Górnik wygrał 4:2, a GKS wspierało 1500 GieKSiarzy.

W marcu 1994 roku doszło do afery na Bukowej. GieKSa walczyła z Górnikiem o Mistrzostwo Polski. Górnik, po bramce Dariusza Koseły w 21. minucie, prowadził 1:0. W 72. minucie doszło do awarii jednego… jupitera. Sędzia, nie widząc czterech cieni, przerwał mecz, a powtórka  została przeniesiona na 20 kwietnia. Uznano, że… trzeba powtórzyć całe spotkanie. W środę na trybunach pojawiło się 8000 widzów, z czego 2500 stanowili fani Górnika, którzy wciąż wierzyli, że sięgną po 15. tytuł. Zadedykowali nam transparent „GKS oszuści”, wymierzony głównie w Mariana Dziurowicza, którego obwiniali za przekręt z awarią oświetlenia. Fani GieKSy nie byli dłużni i zaprezentowali skrojone płótno Zabrzan. Mecz zakończył się wynikiem 1:1, a nasze dwie drużyny pogodziła Legia Warszawa, która przekręciła Górnik w decydującym meczu na Łazienkowskiej i sięgnęła po tytuł, który rok wcześniej odebrał, po „niedzieli cudów”, jej PZPN.

Jesienią 1994 roku graliśmy ponownie na GieKSie. Tym razem Górnik zawitał w 700 osób. Było sporo ganianek i wzajemnego krojenia się. GKS zdobył 3 flagi barwówki i zaprezentował Żabolom… trumnę.

Zanim doszło do rundy rewanżowej, to w styczniu 1995 roku po raz pierwszy zorganizowano EB Sport Cup – turniej halowy w Spodku. Tego dnia wystąpiło 5 drużyn: GieKSa, Ruch, ŁKS, Legia i Górnik. Mieszanka wybuchowa, ale podczas turnieju doszło jedynie do naszego starcia z Legią w okolicach bufetu. Turniej wygrał Górnik.

W maju 1995 roku graliśmy w Zabrzu. Było to chwilę przed utworzeniem „Śląskiej siły”, gdy na meczu Polska – Słowacja, Górnik z Ruchem związali się paktem. Na naszych piłkarzy jadących przez Lipiny (dzielnicę Świętochłowic) ustawili się… fani KSG i HKS-u, obrzucając piłkarzy kamieniami. GieKSiarze wspierali klub w 700 osób.

We wrześniu 1995 roku na jesień graliśmy w Katowicach. Na Bukowej pojawiło się jedynie 2500 widzów, z czego 700 Górnika. GKS wygrał 2:0.

W styczniu 1996 roku był kolejna edycja turnieju w Spodku. Tym razem wystąpili: GKS, Górnik, Ruch, Stal Mielec, Widzew Łódź, Jeziorak Iława i Raków Częstochowa. GieKSa wystawiła młyn sięgający 1800 osób, Niebiescy w 1500 fanów byli drugą liczbą pod halą, a Górnik w 1000 sympatyków dopingował swój zespół. Turniej wygrał Raków.

Wiosną 1996 toku rozegraliśmy derby na Roosevelta. W 1500 osób byliśmy świadkami nie lada wyczynu, bo wygraliśmy aż 4:0. Widzów pojawiło się łącznie 6300.

W listopadzie 1996 roku zostały rozegrane wyjątkowe derby z Górnikiem. 2 listopada została oficjalnie zawiązana zgoda z Banikiem Ostrava, który zawitał w 13 osób z flagą „Slezska Ostrava”. Z Zabrza pojawiło się 1800 osób. GKS wygrał 1:0.

W styczniu 1997 roku mieliśmy kolejną odsłonę EB Sport Cup w Spodku. GieKSa wystawiła 2000 (w tym 8 fanów Banika) młyn. Ruch był w 2000, a Górnik w 1300 osób. Na turnieju obecni byli również: ŁKS Łódź & GKS Tychy, Raków, Lech Poznań, Widzew i Odra Wodzisław, która związała się zgodą z Medalikami. Turniej wygrał Kolejorz, pokonując nas w finale.

W czerwcu 1997 roku wybraliśmy się do Zabrza w 600 osób. Z nami był Banik z flagą. Górnik wygrał 3:1.

Jesienią w listopadzie ponownie zagraliśmy w Zabrzu. Pojawiliśmy się w 600 osób, oglądając remis 1:1.

Styczeń 1998 rok, to już tradycyjnie rozgrywki w Spodku, ale to, co wydarzało się tego dnia, media nazwały „Spodek Terror Cup”. Eskalacja przemocy sięgnęła apogeum, szczególnie na linii GKS – Ruch – Górnik. W pewnym momencie doszło do sytuacji, że GieKSa sama musiała walczyć na dwa fronty z Ruchem i Górnikiem. Największym sukcesem organizatorów było to, że nikt nie zginął. GieKSa wystawiła 1500 (w tym 18 Banik) osób w młynie , najmocniej zmobilizował się Ruch pojawiając się w 1800 fanów, natomiast Górnik był w 1000 osób. Było to świeżo po śmierci śp. Przemka Czai w Słupsk. Tego dnia obecni byli również: Wisła Kraków, ŁKS Łódź, Odra Wodzisław, Raków Częstochowa i Lech Poznań, który – przy panującym zamieszaniu – nie został już wpuszczony na halę. GKS wygrał turniej.

Przed rozegraniem rewanżu z Górnikiem, graliśmy przerwane derby z Ruchem na Bukowej. Doszło wtedy do jednej z największej awantury w historii całego polskiego ruchu kibicowskiego. Blaszok wywiesił w kierunku Ruchu transparent dwóch świń, nawiązując do sytuacji ze Spodka, kiedy razem z Górnikiem zaatakowali nas z dwóch stron.

Wiosną 1998 roku w czerwcu podejmowaliśmy Górnik. KSG zawitał w 600 osób i pierwszy raz w historii zajął Trybunę Północną. Na murawie 1:1.

W październiku graliśmy z Górnikiem w Zabrzu. Wśród 3000 widzów było 350 GieKSy. KSG odpalił race i wygrał 2:1.

W styczniu 1999 roku został rozegrany turniej w Spodku z „serii EB Sport”. Skład był ubogi: GKS jako gospodarz, Górnik, GKS Bełchatów, SFC Opava, Odra Wodzisław, Widzew Łódź, FK Teplice i Ruch Radzionków. Organizatorzy tak dobrali zespoły, żeby panował spokój, natomiast ceny wywindowano tak wysoko (plus była transmisja Canal+), że na hali zjawiło się… 800 osób. GieKSy było… 90 osób, Górnika 60, a reszta stawiła się po kilkanaście osób. Banik zawitał w 35 osób, ale na turniej poszły dwie osoby, reszta umacniała z nami zgodę w knajpie. Turniej wygrały Cidry i po tej edycji zakończono te rozgrywki.

Podczas picia w pubie, został podjęty temat sparingu Górnik Zabrze – Banik Ostrava, który miał zostać rozegrany trzy dni później, na głównej płycie KSG. Banik, we wtorkowy poranek, przyjechał w 12 osób, ale doznał szoku, że będzie miał wsparcie… 140 GieKSiarzy. Fani Górnika o niczym nie wiedzieli, ale gdy doszła do nich nowina, że GieKSa zajęła Sektor 13, to Zabrzanie pozbierali się na szybko i doszło do ganianek po stadionie i wokół obiektu.

W maju 1999 roku zagraliśmy z Górnikiem na Bukowej, którego wspierało 400 fanów. Na meczu cały czas bluzgi, bo Górnik zaczynał świętować nasz spadek. Remis 1:1 nas od tego nie uchronił i pożegnaliśmy Ekstraklasę. Na szczęście banicja trwała tylko jeden sezon.

Po awansie w 2000 roku do Ekstraklasy mogliśmy znów toczyć derbową rywalizację z Górnikiem. W listopadzie zagraliśmy w Zabrzu przy 4000 widzów, z czego 800 GieKSy. Torcida wystawia 1200 młyn, ale na płocie wisiały jedynie zdobyczne płótna Stomilu Olszyn, Cidrów i Lecha Poznań, a miejscowi bluzgali swój zarząd.

Wiosną 2001 roku graliśmy ostatni mecz sezonu z KSG. Tym razem Górnik drżał o utrzymanie. Do Katowic zawitało 500 najwierniejszych fanów z Roosevelta. Co tu kłamać, mecz z cyklu „tak miało być”, a bramka Piotra Gierczaka z rzutu karnego w 90. minucie na 1:1 dała utrzymanie Górnikowi bez gry w barażach. Zanim Gierczak strzelił bramkę Piotrkowi Lechowi, zawodnicy „nie zrozumieli się” i piłka leciała tam, gdzie „kładł się” Lech, jednak była tak „dobrze” uderzona, że wpadła do bramki. W Canal+ mieli awarię techniczną i z całej kolejki skrót tego meczu nie został zaprezentowany na antenie, jedynie suchy wynik. Po końcowym gwizdku nastąpił tradycyjny wjazd na murawę po koszulki zawodników.

W sierpniu 2001 roku graliśmy w Zabrzu. Derby miały klimat, ale ze względu na wprowadzane elementy (konfetti, baloniki czy race), bo frekwencja była marna, ale normalna na tamte czasy – 3000 widzów, w tym 400 GieKSiarzy. W tamtym sezonie mieliśmy podział ligi na Grupę A i Grupę B, z których po 4 drużyny trafiały następnie do grupy Mistrzowskiej i Spadkowej. Na murawie 1:1.

W październiku ponownie graliśmy na Roosevelta, tym razem w Pucharze Polski. GKS przegrał 1:4, a środowy mecz zgromadził… 995 widzów, z czego 122 GieKSiarzy. To było jedno z najsłabszych naszych spotkań na trybunach.

Po 2 tygodniach graliśmy ponownie, tym razem w lidze i na Bukowej. Mecz zgromadził 5000 widzów, w tym 400 kibiców KSG, którzy odpalili race. Elementem derbów Górnego Śląska były flagi na kijach, które piłkarze zabierali w tunelu i przekazywali Blaszokowi. GieKSa wygrała 1:0 i jak się później okazało, awansowaliśmy do Grupy Mistrzowskiej, a Zabrzanie znaleźli się Grupie Spadkowej.

Jesienią 2002 roku zagraliśmy na Bukowej. Piotr Dziurowicz, który po Magnacie nieudolnie prowadził klub, pozyskał sponsora, którego jednym z wymogów była zmiana nazwy klubu na… Dospel Katowice. Cały cyrk rozegrał się bez wiedzy fanów. Delegacja kibiców udała się do Częstochowy na rozmowy z tą firmą, jednak przyniosły one fiasko i zaczęła się wojna z pseudosponsorem. Grupa NFG zaprezentowała napis ze steropianu: „W nazwie Dospel, w sercu GKS”. Oprawę poświęcono firmie od wentylatorów – młot uderzał w kowadło z napisem Dospel. Żabole zawitali w 800 osób, tworząc – jako pierwsza ekipa w kraju – dwustronną kartoniadę na wyjeździe. Wspierała ich tego dnia Petrochemia Płock, z którą pół roku wcześniej przybili zgodę. W trakcie meczu, mimo wciąż trwające kosy, nie było wzajemnych pocisków. Oficjalnie zadebiutowało także płótno „Persona Non Grata”. GKS wygrał 2:0.

W maju 2003 roku ambitnie maszerowaliśmy w tabeli i ostatecznie po 8 latach wróciły europejskie rozgrywki do Katowic. W Zabrzu GieKSa wygrała 3:1, a oglądało to 400 GieKSiarzy, którzy na sektorówce przedstawili Homera duszącego Barta Simpsona (postać kojarzoną z Torcidą). Górnik nie był nam dłużny i zaprezentował oprawę z datami mistrzowskich tytułów, jednocześnie adresując nam transparent o treści „Zawsze będziecie w naszym cieniu”. Pokazano także sektorówkę z Bartem (w roli diabła) z dopiskiem „W raju jest pięknie, ale w piekle jest Torcida”. Było to hasło zapożyczone od kibiców Hajduka Split, z którymi po kilkunastu latach KSG zrobi zgodę.

Jesienią 2003 roku graliśmy na Bukowej. Na murawie padło nudne 0:0,  a na trybunach – mimo wzajemnych pocisków derbowych przy obecności 550 kibiców Górnika – nie zabrakło również kibicowskiej solidarności. W trakcie tamtego sezonu PZPN wprowadził „chip”, czyli kartę bez której nie można było wejść do sektora gości. GieKSa, jako pierwsza ekipa w Polsce, zaprotestowała i na domowym meczu ze Świtem Nowy Dwór Mazowiecki wywiesiliśmy transparent „Nie jesteśmy zwierzętami, precz z kartami przecz z chipami!”. Drugą ekipą, która potępiła ten wymysł, był Górnik Zabrze właśnie na naszych derbach. Wspólnie „pozdrawialiśmy” PZPN oraz wywiesiliśmy transparenty anty-chipowe. Przez te regulacje w całym kraju spadły liczby wyjazdowe, co nie ominęło również nas. Torcida oprawę zadedykowała swoich licznym fan clubom.

Wiosną 2004 roku w Zabrzu obecnych było 270 GieKSiarzy. Deszczowy stadion zgromadził łącznie 3600 koneserów, a fanatycy obu ekip ratowali nudne derby pirotechniką. Górnik z okazji naszych 40. urodzin wywiesił kartkę urodzinową z życzeniami: „40 lot już grocie, a wiela to majstrów mocie?”. Na boisku padł remis 1:1.

W październiku 2004 roku zagraliśmy w Zabrzu w Pucharze Polski. Na stadionie pojawiło się ledwo 2000 widzów, w tym 200 GieKSiarzy. Górnicy z klimatyczną oprawą „Futbolowi pasjonaci”. Górnik pokonał nas 1:0.

Miesiąc później w Zabrzu graliśmy już ligę. GieKSa przegrała 1:4 i pomału dochodziło do nas, że – mimo wygonienia Dospelu – to będzie ciężki sezon, bo klub finansowo i organizacyjnie wyglądał fatalnie. Na Roosevelta było skromne 3000 widzów, w tym 350 GieKSiarzy, którzy transparent zadedykowali Mirosławowi Widuchowi, który przekroczył barierę przeszło 300 spotkań dla GieKSy. Oprócz tego balony z piro. Żabole z przekazem o śląskim futbolu tonącym w bagnie.

Tydzień później znowu derby… Pod koniec listopada o 13:00 rozegrano na Bukowej rewanż Pucharu Polski, który zgromadził ledwo 1000 widzów, w tym 300 KSG, wspieranych przez Nafciarzy i Wisłokę. Górnik zwyciężył 2:1 i awansował.

19 czerwca 2005 roku był dla nas końcem gry w Ekstraklasie. Były to najsmutniejsze derby z Górnikiem w całej naszej historii, mimo zwycięstwa 1:0 w doliczonym czasie gry. Mecz obył się bez publiczności (z powodu zamieszek po „słynnym” meczu z Odrą Wodzisław i show „sędziego” Borskiego oraz prowokatora Rockiego), a pod kasami zgromadziła się garstka najwierniejszych kibiców. Piłkarzom towarzyszył transparent „Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą” i tak zakończyła się nasza przygoda z najwyższą klasą rozgrywkową…

W czerwcu 2007 roku na Jagiellonię Białystok, która jechała w ponad 1000 osób na mecz do Sosnowca, ustawiła się koalicja KSGKS. Był to oficjalny początek naszego układu chuligańskiego.

W lipcu 2007 roku został rozegrany sparing Górnik – GKS. Był to test nie tylko dla piłkarzy przed starem ligi, ale także dla obu ekip, ze względu na nową relacje chuligańską. Stadion zgromadził aż 7000 widzów, a nasz spontaniczny wyjazd liczył 700 osób. Na stadionie zadebiutowała chuligańska flaga „Persona Non Grata”.

We wrześniu podejmowaliśmy Wisłę Płock, która zaliczyła jeden z najlepszych wyjazdów do nas w swojej historii, przyjeżdżając w 650 osób. Liczba znakomita, ale lwią część zrobił Górnik Zabrze, dając 450-osobowe wsparcie. Były to już zdecydowanie inne relacje z Torcidą, a niedługo później zgoda ZKS i KSG, zapoczątkowana 24.04.2002 roku, przeszła do historii (8.12.2007).

We wrześniu podejmowaliśmy Motor Lublin, a spotkanie bez wątpienia było meczem rundy jesiennej. Motor przyjechał 450 osób, ale ich spóźnienie – przez gonitwę z Koroniarzami zbierającymi się na wyjazd do Łodzi – sprawiło, że koalicja Banik & GKS & Górnik & JKS w sile 220 osób nie mogła ich „przywitać” na trasie. Na meczu Ultras GieKSa zaprezentowała fantastyczną oprawę „Fanatyczny styl życia”.

We wrześniu 2008 roku w Pucharze Polski wylosowaliśmy Górnik Zabrze, co wzbudziło ogromne zainteresowanie, głównie ze względu na coraz lepsze relacje z Torcidą. Mimo trwania układu chuliganów, nasze społeczności kibicowskie coraz śmielej i bardziej otwarcie zaczynały siebie wzajemnie szanować. Derby nazwano „Śląski klasyk” i pod taką nazwą funkcjonują do dzisiaj. Bilety wyprzedano trzy tygodnie przed meczem, a na trybunach – mimo środku tygodnia – zgromadziło się ponad 9000 widzów, w tym 800 Żaboli. Niezliczona ilość pirotechniki i „prime” grupy Ultras GieKSa, która zaprezentowała oprawę, spuszczając napis „GKS Katowice” (na wzór flagi, która debiutowała w Nowej Soli). Po dogrywce Górnik wygrał 4:3.

Nasza chuligańska relacja z Górnikiem stale się rozwijała i działo się dużo. Przekonać się o tym mogło chociażby Zagłębie Sosnowiec wracające ze Szczecina. Natomiast w kwietniu miała odbyć się największa ustawka w historii polskiego ruchu kibicowskiego. Legia Warszawa, wspólnie z Zagłębiem i BKS-em, zapowiedzieli się 350-osobową bandą, a po stronie GieKSy i Górnika, przy wsparciu Banika, nasz skład liczył…600 osób! Walka pod Tychami nie doszła do skutku przez służby mundurowe. Mimo niedoszłego starcia, chuligani Banika oraz Górnika mogli się bliżej poznać. Miesiąc później Torcida, u boku Banika i GieKSy, wzięła udział w walce po 120 osób ze Spartą Praga. Nasza górnicza brać wygrała. To wszystko sprawiało, że relacje GieKSy z Górnikiem zmierzały w jednym kierunku.

1 sierpnia 2009 kibicowska Polska dowiedziała się, że GKS Katowice i Górnik Zabrze łączy zgoda. Żabole w 150 osób pojechali na nasz wyjazd do Szczecina i to własnie od tego momentu oficjalnie łączyła nas sztama.

Derby w Zabrzu, mimo tropikalnego żaru, ściągnęły 24000 widzów, w tym 3500 fanów GieKSy, co w czasach „nowożytnych” było naszą najlepszą liczbą w historii. Ten mecz był świętem i dosłownie przełamaniem granic, kiedy sektory buforowe po obu stronach pękły, a ochrona nie mogła powstrzymać GieKSiarzy i Żaboli, którzy wspólnie usiedli i zaczęli wymieniać się szalikami oraz wspólnie pić piwo.

W listopadzie 2009 roku rozegraliśmy mecz z Pogonią awansem z rundy wiosennej. Jest to warte odnotowania, bo – świeżo po przybiciu sztamy – Górnik wsparł nas w aż 1000 osób! To było najliczniejsze wsparcie w historii, jakie otrzymaliśmy od Żaboli. Z kolei Portowcy, którzy zawitali w 265 osób (w tym 10 Legia Warszawa), byli nieświadomi, że są ostatnią ekipą ,która zasiadła na Trybunie Północnej. Legendarna trybuna została najpierw wyłączona z użytkowania przez zły stan techniczny, a ostatecznie w 2012 roku wyburzona.

Wiosną 2010 roku graliśmy derby z Górnikiem. Sektor gości był nieczynny, ale Górnik dostał sektory 5 i 6 na Trybunie Głównej, zajmując je w 2500 osób. Była to najlepsza liczba Górnika na naszym starym stadionie. Mecz to święto, okraszone oprawą ultrasów z hasłem „Gwiazdy sceny ultras”. Przed spotkaniem owację na stojąco od 8000 widzów otrzymał Grzegorz Proksa, który zdobył pas Mistrza Unii Europejskiej.

W zimie 2011 roku koalicja GieKSa & Górnik w 230 osób pojechała do Rzeszowa. Na hali miał pojawić się przedstawiciel Psycho Fans i jego koledzy na trybunach (nie pojawili się), a ostatecznie przegoniliśmy gospodarzy ze Stali.

Jesienią 2013 roku podejmowaliśmy ROW Rybnik. Ówczesna zgoda Górnika zawitała w komplecie (409), do nowej klatki. Torcida neutralnie zasiadła w sektorze 6 w liczbie 400 osób.

Wiosną 2014 roku graliśmy w Rybniku. Na czwartkowym wyjeździe obecnych było 550 GieKSiarzy, w tym 60 Banik Ostrava. ROW wystawił młyn na 800 głów, a Górnik – podobnie jak w Katowicach – zasiadł neutralnie w 500 osób.

W lutym 2016 roku Górnik, na meczu z Ruchem Chorzów, otwierał nowy stadion. Nasza delegacja wsparła KSG w 1000 osób. Było to nasze najliczniejsze wsparcie w historii naszej zgody. Dzień wcześniej na turnieju Torcida Cup została przybita oficjalna sztama KSG z Hajdukiem.

Jesienią 2016 roku meczem rundy był Śląski Klasyk z Górnikiem Zabrze, który spadł z Ekstraklasy. Górnik otrzymał od nas, oprócz sektor gości, sektor 5 i 6 Trybuny Głównej, co pozwoliło 1800 fanom KSG obejrzeć mecz, który zakończył się wynikiem 1:1. Ultras GieKSa zaprezentowała kilka wielopunktowych choreografii, pokrytych za każdym razem pirotechniką.

W maju 2017 roku graliśmy w Zabrzu. Oba kluby walczyły wtedy o awans do Ekstraklasy. Górnik był w gorszym położeniu, ale pokonał nas 1:0 i ostatecznie wrócił do elity. Na wtorkowym wyjeździe pojawiliśmy w 2535 osób, w tym 191 Banika.

W późniejszych latach, po przybiciu układu chuligańskiego z ROW-em, widywaliśmy się z Górnikiem wielokrotnie na turniejach kibicowskich, swoich ważnych meczach, ale łączący nas wszystkich wspólny wróg z Chorzowa grał na poziomie 2. ligi. W sezonie 2019/2020 spotkał się w jednej lidze z ROW Rybnik, więc to do Rybnika zjechała się „Śląska trójca”.

Właśnie w 2019 roku świętowaliśmy 10-lecie zgody z KSG. Podejmowaliśmy Gryf Wejheowo, a Blaszok zaprezentował transparent: „Łączy nas wiele złego i chuj wam do tego!”. Na sektorówce był Homer i Bart Simpson, którzy wspólnie pili piwo. Było to oczywiście nawiązanie do 2003 roku, kiedy będąc w Zabrzu i mając jeszcze kosę między sobą, zaprezentowaliśmy Homera, który dusił Barta. Nasza koalicja postanowiła uczcić rocznicę, ustawiając się na Piasta Gliwice, który jechał do Tychów, wspierać GKS Jastrzębie. Do niczego ostatecznie nie doszło, bo Piast wysiadł, ale obecni byli także mundurowi.

We wrześniu 2022 roku rozgrywaliśmy mecz w Pucharze Polski, jednak byliśmy w trakcie bojkotu i pojawialiśmy się jedynie pod stadionem. Nie inaczej było tego dnia, kiedy wspólnie z Górnikiem w liczbie 1000 osób wspólnie zostaliśmy pod kasami. Górnik wygrał 2:1 i awansował dalej. Po meczu piłkarze podziękowali nam za doping.

Rok później znowu trafiliśmy na Górnik w Pucharze Polski. Tym razem na Bukowej przegraliśmy 0:4, ale mecz odbył się już z kibicami na trybunach. Zabrzanie oszacowali się na około 1000 osób, a na stadionie zasiadło łącznie prawie 6 tys. ludzi. 

W styczniu 2024 roku reaktywowany został turniej halowy w Spodku, po 25 latach nazwany „Spodek Super Sup”. Wystąpili w nim GieKSiarze (2000 osób) oraz Banik (270), Górnik (1000), ROW (134), Żeleziarne Podbrezova i Podbeskdzie-Bielsko Biała. 

Rok 2024 był dla nas przełomowy – po 19 latach wróciliśmy na salony. Po 20 latach derby z Górnikiem mogliśmy ponownie rozegrać na poziomie Ekstraklasy. Pierwszy pojedynek odbył się na Roosevelta, gdzie dzięki uprzejmości gospodarzy dostaliśmy całą trybunę za bramką. Nasza liczba tego dnia to było 4211 osób, co było naszym najlepszym wyjazdem w historii. Na trybunach ultrasi obu grup nie oszczędzali się z pirotechniką. W obecności 22000 widzów Górnik pokonał nas 3:0.

W styczniu 2025 roku odbyła się druga edycja Spodek Super Cup. Tym razem hala pękała w szwach, gromadząc zaprzyjaźnione składy z rodziny GieKSy. Oprócz nas (2500) był Górnik (1350), Banik (210), ROW (145), Spartak Trnava (130), JKS Jarosław (110) i Wisłoka Dębica (110).

Rewanż z KSG miał miejsce w marcu 2025 roku. Był to wyjątkowy dzień dla całego miasta Katowic i społeczności GieKSy – otwieraliśmy nowy stadion, na który czekaliśmy ponad dwie dekady. Śląski Klasyk zgromadził komplet, czyli ponad 15000 widzów. Torcida otrzymała trybunę za bramką i pojawiła się w 2906 osób, tym samym odnotowując swój najlepszy wyjazd w historii do Katowic. Na stadionie szaleństwo od strony ultras, a jeszcze większy szał był w ostatniej akcji meczu, kiedy GKS zdobyła bramkę na 2:1. Lepszego otwarcia nie dało się wymarzyć.

Jesienią 2025 roku zagraliśmy swój ostatni mecz. Cały sektor gości oraz spora część trybuny za bramką były do naszej dyspozycji, dzięki czemu wykręciliśmy liczbę 4300 osób, co jest naszą najlepszą liczbą wyjazdową w całym ruchu kibicowskim. Na meczu mieliśmy pełen pokaz pirotechniczny i świetną atmosferę. Na obiekcie pojawiło się 28000 widzów, Górnik doczekał się swojej czwartej trybuny i pewnie pokonał nas 3:0.

W grudniu 2025 roku zakończyliśmy zgodę z Górnikiem. Miesiąc później odbyła się trzecia edycja turnieju Spodek Super Cup. Frekwencja była słabsza niż rok temu. Nas w młynie było 1200 osób, Górnik zawitał liczbą 900 fanów, ROW w 132 osoby, JKS w 100 fanatyków i Wisłoka w 40 osób. Skromną liczbę wystawiła także Wieczysta Kraków – 10 osób.

Do zobaczenia na urodzinach GieKSy!

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.

Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?

Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.

A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.

Może, może (śmiech).  Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.

Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje. 

Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.

Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?

Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.

Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?

Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.

To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?

Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.

A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?

Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.

W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?

Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.

Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.

Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.

Biło serce, jak sprawdzali spalonego?

Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.

Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?

Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.

Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?

Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.

Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.

Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Realizacja piłkarskich mitów

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”

Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.

Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.

GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.

Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.

Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…

No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.

Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.

Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.

Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.

Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.

Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.

Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.

Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.

Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.

Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.

Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.

A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga