Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Z nieba do czyśćca. GieKSa dała sobie wyrwać punkty

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują informacje z ostatniego tygodnia dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy.

Kobieca drużyna piłkarska GieKSy w drugim ligowym, wiosennym spotkaniu uzyskała identyczny wynik jak przed tygodniem 3:3 (3:1). Przeciwnikiem była drużyna KKP Bydgoszcz. Kolejne spotkanie zespół rozegra na wyjeździe, z ósmą drużyną w tabeli AP Lotos Gdańsk. Mecz rozpocznie się o godzinie 12:00, w sobotę 19 marca. Piłkarze zremisowali w spotkaniu z Chrobrym Głogów 0:0. Prasówkę po tym meczu znajdziecie TUTAJ. Następny mecz piłkarze rozegrają na wyjeździe z Arką Gdynia (początek spotkania o godzinie 20:30, 19 marca).

W minionym tygodniu siatkarze rozegrali spotkanie z liderem PlusLigi ZAKSĄ Kędzierzyn- Koźle. Drużyna przegrała 0:3. Następne spotkanie zespół rozegra również na wyjeździe  z Projektem Warszawa. Mecz rozpocznie się o godzinie 17:30 w piątek, 18 marca. Siatkarze zajmują ósmą (ostatnią) pozycję w tabeli gwarantującą udział w spotkaniach play- off. Zespół ma sześć punktów przewagi nad dziewiątą drużyną Treflem Gdańsk, ale Trefl rozegrał trzy spotkania mniej od GieKSy. Naszej drużynie do zakończenia sezonu zasadniczego pozostały trzy spotkania. Klub przedłużył kontrakt z Piotrem Hain.

Hokeiści w rozgrywkach play-off PHL wygrali w piątym spotkaniu z Zagłębiem Sosnowiec 9:1 i w całej rywalizacji 4:1. W półfinale rozgrywek GieKSa spotka się z GKS Tychy. Pierwsze dwa mecze zostaną rozegrane w Katowicach – w najbliższy piątek i niedzielę.

 

PIŁKA NOŻNA

kobiecyfutbol.pl – Z nieba do czyśćca. GieKSa dała sobie wyrwać punkty

W Katowicach GieKSa zagrała przyzwoite spotkanie. W 43. minucie prowadziły 3-0, i tylko one wiedzą, jak straciły dwa punkty. Odmienione piłkarki Sportisu nie położył się i w drugiej połowie odrobił straty i wywiozły z Bukowej bezcenny punkt.

Początek spotkania, optycznie należał do piłkarek GieKSy, które szybko wykorzystały swoje szanse. Najpierw Katerina Votjkova strzeliła w stronę Natalii Piątek, ale po chwili w zamieszaniu w polu karnym po dośrodkowaniu z rzutu rożnego to właśnie piłkarka z Czech umieściła piłkę w bramce.

Po golu obraz gry uległ zmianie i to Sportis stał się stroną dominującą. W Trzynastej minucie drużyna gości mogła strzelić bramkę na 1-1, ale z dwóch metrów fatalnie spudłowały podopieczne Adama Górala. W odwecie Klaudia Maciążka mogła podwyższyć wynik spotkania w osiemnastej minucie, ale świetnie krótki róg obstawiła Piątek.

W 29. min. meczu Daria Sokołowska dość niefortunnie interweniowała w polu karnym. „Wapno” na gola zamieniła Marlena Hajduk pewnym mocnym strzałem w górny prawy róg bramki. Jeszcze przed przerwą idealne podanie na jedenastym metrze otrzymała od Weroniki Kłody Katerina Vojtkova, a ta precyzyjnym strzałem pod poprzeczkę podwyższyła wynik spotkania.

Po upływie zaledwie kilkunastu sekund Aleksandra Stasiak posłała centor-strzał w kierunku Weroniki Klimek. Bramkarka GieKSy popełnia fatalny błąd i jeszcze przed przerwą piłkarki z kujawsko-pomorskiego zmniejszyły rozmiary wyniku.

Po przerwie katowiczanki wzięły się do pracy, choćby to one przegrywały. W walce z piłkarkami Witolda Zająca górą wychodziła Natalia Piątek.  Po jednej z kapitalnych obron piłkarki z Bydgoszczy popędziły w kierunku Weroniki Klimek, dobre podanie otrzymała Karolina Majda i mając przed sobą tylko bramkarkę, wsunęła piłkę między jej nogami do bramki. Po upływie 62. minut Sportis łapał oddech i kontakt, wynik spotkania pozostawał więc otwarty.

W siedemdziesiątej ósmej minutce goniący wynik podopieczne Adama Górala doprowadził do remisu. Silne długie podanie otrzymała Aleksandra Witczak, Klimek skróciła kąt, ale precyzyjny strzał w długi róg dał wynik 3-3. Choć ten mógł być inny gdyby chwilę wcześniej z pomocą Piątek nie przyszła poprzeczka.

Bydgoszczanki w perfekcyjnym stylu odwróciły niemal losy spotkania. Nie wiem, co powiedział trener Góral w przerwie meczu swoim piłkarkom, ale zadziałało w 110%.

 

sportdziennik.com – Chcą go kluby z ekstraklasy!

Utalentowany napastnik GKS Katowice Patryk Szewdzik znalazł się na celowniku kilku ekstraklasowych klubów.

Przed dzisiejszym spotkaniem przy Bukowej z Chrobrym, z pewnością wiele będzie zależało od dyspozycji ledwie 20-letniego Patryka Szwedzika.

[…] Szwedzik, razem z Filipem Szymczakiem, jest póki co najlepszym strzelcem swojego zespołu, obaj na koncie mają po 6 bramek. 20-latek pięć z nich zdobył jesienią, szóstego w niedawnym meczu z Sandecją w Nowym Sączu.

– Chce wypaść jeszcze lepiej niż w pierwszej rundzie. Dobitnie pokazać, że potrafię te bramki strzelać i że ta jesień to nie był tylko taki chwilowy moment, ale to będzie się ciągnęło cały czas. To jest jeden z moich głównych celów. Skupiam się na każdym kolejnym ligowym spotkaniu i najważniejsze jest to, żeby pomagać drużynie. To nie jest tak, żeby strzelać te bramki gdzieś tam na siłę. I dla mnie i dla klubu ważne jest to, żeby cały zespół na wszystko pracował, a nie tylko jeden błyszczał – podkreśla.

Sam zdaje sobie zresztą sprawę, że są elementy w grze, które wymagają poprawy, przede wszystkim jest to skuteczność. – To na pewno – mówi.

– To że potrafię się znaleźć pod bramką rywala, to już w zasadzie od małego tak było, że łatwo to przychodziło. Umiem się znaleźć w polu karnym i gdzieś ta piłka spada mi pod nogi, ale właśnie ta skuteczność… Nad tym na pewno trzeba pracować, bo już tamta runda pokazała, że gdybym był bardziej skuteczny, to byłbym znacznie wyżej w tej tabeli ligowych strzelców – zaznacza.

Bramki, żeby grać w ataku katowiczan strzelać trzeba, bo konkurencja jest tam przecież całkiem spora. – Przede wszystkim trzeba wszystko udowadniać na treningach i oczywiście w meczach, bo gdzieś tam ta rywalizacja o miejsce w składzie jest duża i trzeba za każdym razem pokazywać się z dobrej strony. Ale to jest dobre, bo dzięki temu każdy walczy i się rozwija – podkreśla.

Jak dodaje o tyle mu jest łatwiej, że trener Rafał Górak mocno na niego stawia. – Cieszę się, że trener Górak mi zaufał. Miałem gorszy moment, kiedy złapałem kontuzję, a mimo to i szkoleniowiec i klub nie zostawili mnie na lodzie. Cieszę się, że dostałem tą szansę i myślę, że ją wykorzystuję – zaznacza.

Pochodzący z Legnicy zawodnik do GieKSy trafił kilka lat temu. Debiutował na boiskach II ligi, a teraz – ku zaskoczeniu wielu – jest najlepszym strzelcem drużyny. Szwedzik już znalazł się też w notesie skautów klubów z ekstraklasy. Jak udało nam się dowiedzieć, interesuje się nim Górnik Zabrze, Zagłębie Lubin czy Bruk-Bet Termalica Nieciecza.

Nie ukrywam, że chciałbym zagrać w ekstraklasie. To jedno z moich marzeń, ale póki co myślę tylko o graniu w GieKSie, a te inne tematy, jeżeli jeszcze nic nie jest pewnego, to są gdzieś tam poza mną – podkreśla. Tym bardziej jest czy będzie łakomym kąskiem, bo przecież w kolejnym sezonie w ekstraklasie będzie młodzieżowcem.

– Ten młodzieżowiec daje dużo, bo ułatwia tym młodszym zawodnikom wejście w tą seniorską piłkę, ale ja nie chcę grać tylko dlatego, że mam „emkę” przy nazwisku. Chcę grać dlatego, że jestem dobry, strzelam bramki i jestem w formie – podkreśla ambitny piłkarz.

 

SIATKÓWKA

siatka.org – Piotr Hain na dłużej w GKS-ie Katowice

Kolejnym zawodnikiem, który będzie reprezentował barwy GKS-u Katowice w sezonie 2022/2023 PlusLigi jest środkowy Piotr Hain.

Pochodzący z Lublińca 31-letni zawodnik przychodził do siatkarskiego GKS-u Katowice jako doświadczony ligowy zawodnik z bogatym CV. Piotr Hain sięgnął w 2019 roku po brąz mistrzostw Polski z Jastrzębskim Węglem, w którym spędził łącznie trzy sezony, ponadto reprezentował także Indykpol AZS Olsztyn (2010-2015), Cuprum Lubin (2016-2018) i Asseco Resovię Rzeszów (2020/2021).

Piotr Hain z dorobkiem 39 punktowych bloków plasuje się na 10. miejscu w rankingu najlepiej blokujących siatkarzy obecnego sezonu PlusLigi i jest ważnym ogniwem meczowej szóstki GKS-u Katowice. Najlepszy dotychczasowy występ tego zawodnika w sezonie 2021/22 przypada na wyjazdowe starcie z Asseco Resovią Rzeszów (1:3), w którym Hain zdobył 15 punktów, w tym 3 blokiem, przy skuteczności 71 procent w ataku.

ZAKSA zgarnęła trzy punkty i wraca na fotel lidera

[…] Grupa Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle pokonała na wyjeździe GKS Katowice bez straty seta i ponownie wskoczyła na czoło tabeli. Katowiczanie zachowali ostatnie premiowane awansem do play-off miejsce, ale goniący ich Trefl Gdańsk ma o trzy mecze rozegrane mniej.

Spotkanie lepiej rozpoczęli kędzierzynianie, którzy po swoich atakach wyszli na dwupunktowe prowadzenie (4:2). Kontynuowali skuteczną grę w tym elemencie i po akcji w wykonaniu Aleksandra Śliwki przewaga ZAKSY zwiększyła się do czterech oczek. Potrzeba więc było asa serwisowego Jakuba Szymańskiego, aby dystans między drużynami się zmniejszył (7:9). Kędzierzynianie wykorzystali jednak swoje szanse w przedłużonych akcjach i zaraz znowu byli w znacznie lepszej sytuacji (13:8). Szczególnie, że do tego doszedł autowy atak Gonzalo Quirogi. Za to w połowie seta punktową zagrywką popisał się Kamil Semeniuk (16:9). Nie zawodził także w ataku, co jeszcze bardziej przybliżało gości do wygranej w premierowej odsłonie. Ostatecznie przesądził o niej atak ze środka Norberta Hubera (25:18).

Początek drugiej partii okazał się wyrównany. Przełamanie nastąpiło dopiero po pewnym kontrataku w wykonaniu Semeniuka (7:5). Za to katowiczanie zaskoczyli rywali czujnością w bloku i wynik ponownie wskazał na remis. Goście odpowiedzieli jednak tym samym, dzięki czemu przywrócili sobie dwa oczka przewagi (10:8). Nie zraziło to gospodarzy, którzy cały czas trzymali kontakt punktowy i raz jeszcze wyrównali po błędzie przejścia linii Marcina Janusza. Potrzeba więc było asa serwisowego Davida Smitha, żeby ZAKSA znowu znalazła się w bezpieczniejszej sytuacji (15:13). Do tego doszły nieskończone ataki Jakuba Jarosza, które przyczyniły się do powiększenia straty GKS-u. Po udanej akcji Łukasza Kaczmarka kędzierzynianie mieli więc już o pięć oczek więcej (20:15). W dodatku, ZAKSA czujnie grała na siatce. Zatem także i drugi set padł jej łupem, a „kropkę nad i” postawił błąd zagrywki Szymańskiego (17:25).

Wygrana napędziła zespół z Kędzierzyna-Koźla, który po autowym ataku Piotra Haina oraz skutecznej akcji w wykonaniu Kaczmarka miał już o trzy oczka więcej (4:1). Potrzeba było asa serwisowego Marcina Kani, aby dystans między drużynami uległ zmniejszeniu. Po skutecznym bloku Quirogi był już więc remis. GKS-owi przydarzyły się jednak dwa autowe ataki, przez które jego strata wzrosła do trzech punktów (9:12). Od tej pory ZAKSA już w pełni kontrolowała przebieg seta i z każdą akcją coraz bardziej przybliżała się do wygranej za pełną pulę. Co prawda, gościom odgwizdany został jeszcze błąd podwójnego odbicia, ale nawet on nie był w stanie ich zatrzymać (19:16). Zatem to oni triumfowali w całym spotkaniu po ataku Semeniuka z lewego skrzydła (25:20).

 

Bartosz Mariański: byłoby to niefajnie ze strony związku

W starciu z wicemistrzem Polski GKS Katowice okazał się dużo słabszym zespołem i uległ w trzech setach, w żadnym nie przekraczając bariery dwudziestu punktów. Było to jedno z ostatnich spotkań katowiczan w walce o fazę play-off. Goniący ich Trefl Gdańsk ma przed sobą jeszcze mecze zaległe z finalistami poprzedniego sezonu. – Mam nadzieję, że zaległe mecze Trefla zostaną rozegrane w odpowiednich terminach przed ukończeniem rundy zasadniczej. Z tego, co słyszeliśmy, te mecze mają się odbyć właśnie po jej zakończeniu. Byłoby to niefajnie ze strony związku – mówił w rozmowie ze Strefą Siatkówki libero Bartosz Mariański.

[…] GKS Katowice i Trefl Gdańsk dzieli tylko sześć punktów w tabeli.

– Nam zostają jedynie trzy spotkania do końca, a gdańszczanom prócz tego jeszcze dwa zaległe z Jastrzębskim Węglem i Grupą Azoty ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle. Mam nadzieję, że zaległe mecze Trefla zostaną rozegrane w odpowiednich terminach przed ukończeniem rundy zasadniczej. Z tego, co słyszeliśmy, te mecze mają się odbyć właśnie po jej zakończeniu. Byłoby to niefajnie ze strony związku. Wiadomo, że ZAKSA i Jastrzębski Węgiel uplasują się na dwóch pierwszych pozycjach w tabeli. Prawdopodobnie dopiero mecz bezpośredni między tymi zespołami rozstrzygnie, która ekipa wygra rundę zasadniczą.

 

HOKEJ

sportdziennik.com – Bez żadnych złudzeń

Katowiczanie zadziwili skutecznością, choć mieli nieco ułatwione zadanie, bo sosnowiecki bramkarz nr 1 na porannym rozjeździe doznał kontuzji.

Hokeiści GKS-u Katowice, zwycięzcy sezonu zasadniczego, po 5 meczach 1. rundy play offu awansowali do półfinału i czekają na kolejnego rywala. We wczorajszym meczu nie pozostawili Zagłębiu żadnych złudzeń, wygrywając pewnie i na dodatek wysoko.

W obu zespołach zabrakło Rosjan, ale przyczyny były różne. Z obrońcą Aleksandrem Jakimienką GKS rozwiązał umowę w trybie natychmiastowym, bowiem nie potępił agresji Rosji na Ukrainę. Z kolei Andrej Fiłonienko rano na rozjeździe doznał kontuzji i między słupkami stanął Michał Czernik. Od początku miał sporo pracy i szybko musiał wyciągać krążek z siatki. W 2 min Patryk Wajda uderzał na bramkę, zaś jego krajan z Nowego Targu, Marcin Kolusz, strącił „gumę” tuż przed nosem golkipera z Sosnowca.

Gdy w połowie tercji Bartosz Fraszko efektownym uderzeniem pod poprzeczkę podwyższył na 2:0 chęć gości do gry nieco zmalała. Przy dwóch trafieniach asystował Mathias Lehtonen i w końcu Fin wpisał się na listę strzelców. Nieco wcześniej gospodarze mieli idealna okazję, by podwyższyć wynik, bo grali przez 2 min w podwójnej przewadze, ale nic z tego nie wyszło. Gdy Rusłan Baszyrow oraz Aleksandr Wasiljew pojawili się na lodzie, wówczas Lehtonen wpakował krążek do bramki.

Przy prowadzeniu 3:0 temperatura widowiska powinna nieco opaść – tak przynajmniej nam się wydawało. A tymczasem zaczęły się niepotrzebne przepychanki i gospodarze aż 5 razy grali w osłabieniu. Jednak goście takich sytuacji nie potrafili wykorzystać. Natomiast „GieKSiarze” po 2 bramkach w 31 min zdjęli z bramki Czernika, który zjeżdżał mocno zdenerwowany. Jego miejsce zajął Marcel Kotuła i tuż przed końcem tej odsłony został pokonany przez Mateusza Michalskiego. Mecz został już rozstrzygnięty, a jedyną zagadką było czy John Murray utrzyma „czyste” konto.

Nie tak sobie wyobrażali hokeiści Zagłębia ostatnie spotkanie w tym sezonie. Od początku sprawiali dziwnie usztywnionych i może nawet nieco rozkojarzonych. To prawda, szybko stracili gola i to na pewno miało wpływ na ich postawę. A gospodarze wcale nie zamierzali stosować taryfy ulgowej i szukali okazji na podwyższenie rezultatu. Takowe się nadarzyły i gospodarze uzyskali rekordowe zwycięstwo, a sosnowiczanom już podczas urlopów przyjdzie rozpamiętywać tę ostatnią potyczkę.

 

hokej.net – Oto pary półfinałowe fazy play-off!

Poznaliśmy pary półfinałowe Polskiej Hokej Ligi. GKS Katowice zmierzy się z GKS-em Tychy a Re-Plast Unia Oświęcim z JKH GKS-em Jastrzębie. Przedstawiamy dokładny terminarz play-off.

18 marca

GKS Katowice – GKS Tychy

19 marca

GKS Katowice – GKS Tychy

Re-Plast Unia Oświęcim – JKH GKS Jastrzębie

20 marca

Re-Plast Unia Oświęcim – JKH GKS Jastrzębie

22 marca

GKS Tychy – GKS Katowice

23 marca

GKS Tychy – GKS Katowice

JKH GKS Jastrzębie – Re-Plast Unia Oświęcim

24 marca

JKH GKS Jastrzębie – Re-Plast Unia Oświęcim

Ewentualnie:

26 marca

GKS Katowice – GKS Tychy

27 marca

Re-Plast Unia Oświęcim – JKH GKS Jastrzębie

28 marca

GKS Tychy  – GKS Katowice

29 marca

JKH GKS Jastrzębie – Re-Plast Unia Oświęcim

30 marca

GKS Katowice – GKS Tychy

31 marca

Re-Plast Unia Oświęcim – JKH GKS Jastrzębie

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga