Felietony Kibice SK 1964 Społecznie Wywiady
Z życia Female Elite’64, cz. II – wspomnienia.
3 lata działalności grupy Female Elite’64 to spory czas. Każda z nas doskonale pamięta początki, kłótnie o nazwę grupy, brak zdecydowania przy wyborze logo. Ciężko sprawić, żeby grupa piętnastu kobiet miała takie same zdanie na dany temat. Niejednokrotnie z tego powodu skakałyśmy sobie do gardeł i przeklinałyśmy dzień, w którym podjęłyśmy decyzję o rozpoczęciu naszej działalności. A jak wspominamy ten czas? Co najbardziej zapadło nam w pamięć? Sprawdźcie!
Marta: W grupie jestem od niedawna, więc mało co mogę powiedzieć, ale wydaje mi się, że każdy mecz jest dobrym wspomnieniem. Szczególnie, gdy wygrywamy. Widząc radość dzieci, aż łza się w oku kręci i tego nie da się zapomnieć.
Kamila: Mecz meczem, ale te oprawy na sektorze drugim? Ciężka praca, ciężkie wyliczenia, duży stres i właściwie pod koniec prac już zniechęcenie, które mija od razu, jak zobaczy się minę dzieciaków.
Alina: Co do opraw, to najbardziej zapadła mi w pamięci zdecydowanie ta pierwsza. Pamiętam, jak długo się przygotowywałyśmy i stresowałyśmy, że coś nie wyjdzie. Przecież każdy centymetr materiału, każda postawiona kreska, każde cięcie nożyczkami było tak głęboko przemyślane, że powinnyśmy być zmęczone już samym wysiłkiem psychicznym. Najlepsze jest to, że cały stres minął dopiero po meczu. A „małolaci to wariaci” zaintonowane przez Blaszok do dziś chodzi mi po głowie i mam ciarki, jak tylko o tym pomyślę.
Patrycja: Matko, ta pierwsza oprawa to chyba faktycznie najlepsze wspomnienie. Najlepsza jak dotąd sektorówka, faktycznie dopracowana pod każdym względem. Do końca życia nie zapomnę, jaki stres wiązał się z tym dniem i jak wraz z Klaudią popłakałam się na naszym „gnieździe” widząc, jak sektorówka pnie się w górę. Ta ulga, że wszystko wyszło zgodnie z planem – do dziś pamiętam ten moment.
Klaudia: Pati, co jak co, ale powiedzieć, że płakałyśmy to grube niedociągnięcie! Przecież myśmy wyły jak bobry i nie umiałyśmy się uspokoić przez najbliższe 10 minut. Jednak bardziej niż sam moment dźwignięcia sektorówki pamiętam, jak podczas tego samego meczu padł gol. Ty stałaś pod sektorem pierwszym i ściągałaś do nas dzieci, a ja prowadziłam doping na dwójce. W momencie piłka wpada do bramki, my lecimy do siebie jak głupie z radości i… stłuczka. Nie wyhamowałyśmy, haha Ale w całej euforii i tak ból był prawie w ogóle nieodczuwalny.
Asia: tak, oprawa… Poza tym na pewno jeszcze nasza praca przy remontach, a szczególnie w Domu Dziecka Tęcza, gdzie spędziłyśmy cały tydzień od rana, do wieczora. Przecież pojawiałyśmy się tam przed 8 rano, kończyłyśmy nieraz o 22 i kolejny dzień znów to samo. Zmęczenie ciężko opisać, ale radość po ukończeniu remontu chyba wszystko wynagrodziła.
Paulina: Oj te remonty. Zachciało się babom. Jednak jakby na to nie patrzeć, też najmilej wspominam remont, z tym, że w Świetlicy Św. Brata Alberta. Nogi bolały, ręce odpadały, całe z farby, ale jakie zadowolone! No i moment, jak powstawało nasze logo na ścianie. To był taki znak, gdzie poczułyśmy się naprawdę wyjątkowo, a jednocześnie dumnie, że to właśnie my im pomogłyśmy.
Weronika: To chyba się nie zdziwicie, jak ja również powiem, że oprawa? Ta pierwsza, to zdecydowanie najlepsze wspomnienie. Po tak długim okresie przygotowywania jej i dopinania wszystkiego na ostatni guzik po to, aby w jednym momencie, gdy cała sektorówka idzie w górę, każda z Nas się wzruszyła. Usłyszeć tak donośny odzew z Blaszoka „MAŁOLACI TO WARIACI”. Moment jak dla mnie nie do zapomnienia. Ciepło na sercu pojawiało się z każdym czytanym komentarzem i słyszanym słowem na temat naszej pracy, a impreza na której świętowałyśmy sukces zdecydowanie zostanie najlepszą i najmilej wspominaną do końca życia.
Patrycja: Tak, nasze świętowanie po oprawie najlepiej skwitował jeden ze starszych kibiców. Cytując: „wchodzę do Jugola, a tam baby lokal przejęły”, haha.
Natalia: To ja za to najbardziej wspominam ostatnią oprawę, jak policja próbowała nam ją zabrać. Na sektorówce piłka, herb i serce, ale zagraża życiu. Do dziś wspominam ten foch na cały świat na początku, a później szczęście, jakie wtedy było, jak udało się ją podstępnie odzyskać. Moment, jak udało się ostatecznie dogadać z klubem i w częściach, bo w częściach, ale ją zaprezentowałyśmy. Ile nerwów wtedy było! Olga z Klaudią wyleciały z klubu jak poparzone, za nimi ochrona próbująca dogonić je, uciekające z materiałem. Później cięcie go na szybko i wsparcie każdej osoby, którą spotkałyśmy na swojej drodze… Jak Patrycja weszła na doping i podbudowana tym, że w końcu dopięłyśmy swego zaczęła z dzieciakami krzyczeć, jak nigdy. Ta radość małolatów, że ostatecznie zobaczą to, o czym słyszeli od poprzednich meczów – nie do opisania!
Olga: No, wkurzyłam się wtedy, jak każda z nas. Tym bardziej, że szycie opraw wspominam najbardziej, bo to ja się tym zajmowałam, więc mogę o tym wieeele opowiedzieć… Ostatni raz miałam do czynienia z maszyną w podstawówce, jak był jeszcze taki przedmiot, jak technika, choć wy tego pewnie nie pamiętacie, małolatki. Musiałam przebrnąć przez to sama. Od totalnego zdenerwowania, po bliską przyjaźń z tym urządzeniem. Długie myślenie jak to pozszywać, żeby wszystko się trzymało. Materiał zajął cały mój pokój, więc rzucę od razu pewną ciekawostkę. Złożenie pierwszej oprawy zajęło mi półtora godziny. Do tego każdą machajkę (600 sztuk) prasowałam. Ahhh, tego niewyspania nie zapomnę nigdy.
Klaudia: Olga, odnośnie braku snu, to chyba nie szycie materiałów najbardziej Cię zmęczyło? Pamiętasz, jak robiłyśmy akcję z pączkami w Tłusty Czwartek? W środę każda od rana w pracy, a w nocy miałyśmy o 3 odebrać pączki. Nie opłacało się iść spać. No i tak się stało, że przypadkowo pobiłyśmy rekord. Akcja, która trwała ponad 40 godzin. Chyba nigdy tego nie przebijemy!
Wera: A pamiętacie, jak robiłyśmy oprawę „Jesteśmy częścią tej układanki”? Wzięłam się od razu do roboty, bo i czasu dużo nie było, a wy, jak to wy, zasiadłyście na kanapach i zastanawiałyście się jaką pizzę zamówić. W końcu udało mi się was zagonić do roboty, ale… po godzinie, jak zjadłyście.
Sandra: A tam, oprawy. Nasze urodziny! Na początku spina o tort, a później zachwyt efektem końcowym. I te zdjęcia na obcasach w mrozie… Czerwone nosy, każda z nas się trzęsie jak galareta, a na dodatek trzeba było trzymać fason, żeby dobrze wyjść na zdjęciu, bo wiadomo, że jak już jedna nie wyjdzie tak, jak jej się spodoba, to zdjęcie do usunięcia. Baby… Po godzinnych namysłach, próbach i zamarzniętych śpikach w nosie doszłyśmy do wniosku (mądre Female po szkodzie), że zdjęcie można zrobić w budynku klubowym i tak też się stało. No i wieczerza bez sztućców! Można by rzec, że jesteśmy damami!
Klaudia: O tak, faktycznie damy! No to może przypomnę wam o naszej akcji, która trwała pół godziny, choć każdemu wydawało się, że minimum dobę. Pamiętacie nasz wyjazd do Świnoujścia? Zdjęcie robione na Trzech Stawach, przerobione przez Edytę w Photoshopie i te telefony od wszystkich, gdzie się zatrzymałyśmy, czy faktycznie jechałyśmy stopem, czy na mecz idziemy też, czy tylko chciałyśmy się wybrać nad morze. I zdjęcie drinków zrobionych w piaskownicy, żeby wszyscy uwierzyli, że już jesteśmy na plaży. Gdybyśmy te wszystkie nasze idiotyczne pomysły wprowadzały w życie, to wspomnień byłoby zdecydowanie jeszcze więcej, ale może na dziś już skończmy, bo wystarczająco dużo się tego uzbierało…
Piłka nożna Wywiady
Jędrych: Stempel mocnej wiary
Po wygranym meczu z Termalicą porozmawialiśmy z kapitanem GieKSy Arkadiuszem Jędrychem, który podkreślił znaczenie procesu i stabilności w klubie dla osiągania sukcesów, a także docenił doping ponad 13 tysięcy fanów.
Wszystko w porządku po tych dwóch sytuacjach?
Arkadiusz Jędrych: Tak. Trochę mi gdzieś wygięło nogę, później dostałem w brzuch, ale na gorąco myślę, że tak. Wiadomo, adrenalina jeszcze musi opaść i wtedy zobaczymy. Na tę chwilę wszystko jest okej i mam nadzieję, że jutro i pojutrze także wszystko będzie dobrze.
Po takich szalonych spotkaniach chyba już możecie powiedzieć, że pojawiają się myśli o europejskich pucharach?
Wiadomo, mając na koncie 47 punktów, czemu mamy nie marzyć? Tak to na razie zostawię.
Eman Marković dzisiaj dwukrotnie przekroczył prędkość przy tych trafieniach.
Jesteśmy świadomi, że Eman w miarę upływu sezonu czuje się coraz lepiej. Zresztą chyba nie tylko my, ale wszyscy, którzy chodzą i oglądają te mecze widzą, że w Emanie drzemią naprawdę ogromne możliwości. Pokusiłbym się wręcz o to, że on jeszcze swoich maksymalnych umiejętności nie pokazał. Zostały nam trzy mecze i życzmy sobie, żeby tymi swoimi wartościami nas jeszcze pozytywnie zaskoczył.
Przyszedłeś do GieKSy w trudnym momencie, wtedy zaraz spadek i druga liga, a niedługo mogą być puchary. Dla ciebie to też długa droga?
Nie da się ukryć, że moja droga w GKS-ie była dosyć kręta. Na chwilę obecną powtarzam, że ja mam takie podejście do tego wszystkiego: to, co się teraz dzieje wokół GieKSy to stempel mocnej wiary w to wszystko, w ten proces w którym tkwimy. Mamy nadzieję, że ten proces dalej będzie się napędzał, rozwijał i wszyscy ludzie wokół GKS-u będą tak ukierunkowani na Klub, na pomaganie, tak jak widzieliśmy dzisiaj na trybunach. Nie idzie o tym nie wspomnieć, jak stanęliśmy sobie chwilę przed meczem, to te trybuny powodują ciarki na całym ciele. Dwunasty zawodnik miał wpływ na to, że wygraliśmy dziś tak okazale.
Piłka nożna Wywiady
Wasielewski: Tutaj się odnalazłem
Po wysokiej wygranej z Termalicą porozmawialiśmy z Marcinem Wasielewskim, reprezentującym w przeszłości barwy Termalici oraz z Mateuszem Kowalczykiem, wracającym na boisko po kontuzji.
Długo zastanawiałeś się nad przedłużeniem kontraktu?
Marcin Wasielewski: Zależy od punktu widzenia. Fajnie, że się po prostu dogadaliśmy i przedłużyłem kontrakt. Jest mi tutaj dobrze, świetnie się czuję. Fajnie, że będzie więcej o dwa lata.
Po twojej przygodzie z Termalicą dziennikarze mówili, że niekoniecznie się sprawdziłeś, a…
Nie lubię mówić o przeszłości. Są to pewne rzeczy, których wiele osób nie rozumie i nie wie. Tutaj się po prostu odnalazłem, dostałem większą szansę. Byłem w stanie pokazać na co mnie stać i myślę, że teraz nieźle to wygląda.
Teraz wiele osób ocenia cię jako najlepszego wahadłowego ligi.
Czy najlepszy? Znam swoją wartość, każdym meczem próbuję robić swoje i nie odpuszczać. Przede wszystkim nie mieć żadnych pretensji do siebie, robić wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli to tak fajnie wygląda, to się cieszę. Mam nadzieję, że będę to powielał w każdym kolejnym występie.
Fassbender już pewnie widział tę piłkę w siatce, a ty wyskoczyłeś mu zza pleców i wybiłeś za linię końcową.
Taktyka jest na początku trudna do zrozumienia, ale po okresie wdrożenia to są już automatyzmy. Robi się to automatycznie, intuicyjnie, nie zastanawia się nad tym. Po prostu to wychodzi – jeśli gra się ciągle tym systemem, to jest znacznie łatwiej. Mnie on odpowiada, bo mogę pokazać w całej krasie moje umiejętności, w grze do przodu i z tyłu.
Wybiegasz już myślami w europejskie puchary?
Przede wszystkim następny mecz. Piast Gliwice – to jest najważniejsze. Żadne puchary i myślenie gdzieś w przód. Najważniejszy jest zawsze następny rywal.
Pierwsza bramka w tym sezonie, od razu po powrocie po kontuzji.
Mateusz Kowalczyk: Dokładnie. Nie ukrywam, że siedziało mi gdzieś w głowie to, że nie strzeliłem, ale w końcu się udało. Wygraliśmy wysoko, chociaż wydaje mi się, że mecz nie porywał piłkarsko zarówno w moim wykonaniu, jak i drużyny. Cieszę się, że ta bramka przyszła, lekka ulga.
Jaki był plan na ten mecz?
Chcieliśmy zagrać swoje i strzelić jak najszybciej bramkę i cieszy, że to się udało w pierwszej połowie. Termalica naprawdę wyglądała dobrze piłkarsko, ale mieliśmy gdzieś łatwość z dochodzeniem do sytuacji, to był klucz.
Jaki był przekaz w szatni po tym, jak straciliście bramkę, która mogła dać wiatru w żagle rywalowi?
To nie było potrzebne. W szatni sobie powiedzieliśmy, że musimy zacząć lepiej grać w piłkę i więcej się przy niej utrzymywać, bo w pierwszej połowie za szybko się jej pozbywaliśmy, to nie było potrzebne.
Długo byłeś poza grą, jak czułeś się dziś na boisku?
Pogoda nie pomagała. W 60-70. minucie odczuwałem ten mecz, ale miałem dużo ćwiczeń dodatkowych, biegania. Też trenuję z drużyną ostatnie 1,5 tygodnia, fizycznie jest coraz lepiej. Te ostatnie trzy mecze będą jeszcze lepsze fizycznie.
Od początku był taki plan, że grasz te 60-70 minut?
Nie mam pojęcia *śmiech*. Trenera trzeba spytać.
Jesteśmy na trzecim miejscu, chyba możemy o tym mówić głośno, że w tym momencie, na tym etapie sezonu, europejskie puchary to jest cel GKS-u Katowice.
Patrzymy w górę. Teraz wygraliśmy ważne mecz z Termalicą, za tydzień jedziemy na Piasta. Ta liga jest taka, że nie można nic zlekceważyć. Jedna porażka może cię zepchnąć w dół, a jedna wygrana wywindować do góry. Musimy być skupieni na kolejnym zadaniu.
Dzisiaj fantastyczna atmosfera na Arenie Katowice, czuliście to na boisku?
Super było. Mimo tego, że gramy o 12 w niedzielę, to kibice dali radę. To niesie się, doping po każdym wślizgu czy udanym zagraniu pomaga zawodnikowi na boisku.
Felietony Piłka nożna
Marsz ku marzeniom
No to nam się ułożyła tabela. Po niedzielnych spotkaniach GieKSa znajduje się na podium. Niepojęte. Wiadomo, że Raków nie rozegrał swojego meczu z Jagiellonią, jednak gdyby pojedynek ten się odbył, to w przypadku zwycięstwa jednej z drużyn Katowiczanie znaleźliby się na czwartym miejscu, a gdyby był remis – na piątym. Zaległości zostaną odrobione 13 maja i będziemy je śledzić z zapartym tchem. Wcześniej natomiast odbędzie się jeszcze cała kolejka ligowa.
Niezależnie jednak od starcia Raków – Jagiellonia, GKS na trzy kolejki przed końcem znalazł się na miejscu premiowanym grą w rozgrywkach europejskich. Wysoka porażka Wisły Płock oraz remis Zagłębia Lubin spowodował, że Wisłę przeskoczyliśmy, a od Lubinian odskoczyliśmy. Ostatecznie ta kolejka jest na wielki plus. I jeszcze ten Widzew przegrał. Nieważne.
Wyświechtany już jest ten termin „logika ekstraklasy”, ale trudno go nie używać, bo ma on swój wielki sens w tym sezonie. Czyli to, że gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w danym meczu jakaś drużyna wygra, to wygrywa drużyna przeciwna. Niektórzy snuli teorię, że i tak może być w pojedynku z Termaliką. Tym razem jednak GieKSa tej „logice” zaprzeczyła. Będąc zdecydowanym faworytem i grając o swoją wysoką stawkę nasz zespół rozbił i dobił rywala zmierzającego prostym traktem do pierwszej ligi. Sensacji czy niespodzianki nie było. Wygrała drużyna z większym potencjałem i w końcu nie musieliśmy do ostatnich sekund drżeć o wynik, co w ostatnich czasach zdarzało nam się bardzo często.
Ale wcale nie musiało być tak różowo. Termalica postawiła wszystko na jedną kartę i na początku meczu przyatakowała znacznie. Nasz zespół trochę się w tej pierwszej fazie pogubił i raz po raz w polu karnym Dawida Kudły było jakieś zamieszanie. Goście wykonywali sporo rzutów rożnych. Raz po interwencji Lukasa Klemenza było blisko bramki samobójczej, a piłka spadła na poprzeczkę. Bardzo czujny był Dawid Kudła, który nie popełnił błędu Bartłomieja Drągowskiego i jakoś tę piłkę poza boisko wybił. Wyglądało na to, że czeka nas ciężkie – wbrew papierowi – spotkanie.
GieKSa jednak po raz kolejny pokazała, że w piłce liczą się konkrety. Piłkarze Marcina Brosza bowiem robili to zamieszanie, ale niedługo potem w ciągu kilku minut GKS zdobył dwie bramki, dał sobie bardzo duży komfort i zwiększył prawdopodobieństwo zwycięstwa. Wrócił Mateusz Kowalczyk do składu i zabawił się w szczypiornistę czy tam koszykarza i wrzucił se piłkę do bramki. A że musnął ją po drodze Kasperkiewicz to już tylko drobny szczegół, ale konieczny, by bramka z autu mogła zostać uznana. Od razu przypomniała mi się taka sytuacja kiedyś z derbów Birmingham, kiedy zawodnik drużyny broniącej wyrzucał z autu do swojego bramkarza (chyba fińskiego), ten chciał przyjąć, ale piłka przeturlała mu się po stopie i to był jeszcze bardziej kuriozalny gol – ale tego typu. Tak więc Kowal już na wstępie zaliczył efekt ze swojego powrotu. I mieliśmy do czynienia z dość zabawną sytuacją, kiedy fetowane i skandowane jest nazwisko nie strzelca bramki, a człowieka, który wyrzucał aut.
Czy Ilja strzelił drugiego gola? Miałem pewne wątpliwości w trakcie meczu, sądziłem, że potrzeba by grona fizyków, którzy skomplikowanymi obliczeniami dowiedliby, że piłka uderzona pod tym kątem, trafiająca w słupek, odbije się tak, że wpadnie do bramki. Na spokojnie jednak patrząc na tę sytuację, na chłopski rozum, wydaje się, że wpadłaby. Bezpośrednio lub właśnie po odbiciu od słupka. Drugiego samobója więc nie było, a Ilja mógł się cieszyć ze swojej bramki. Dodajmy, że jego pierwszy strzał głową przy tym rzucie rożnym też był bardzo dobry i dał szansę na dobitkę.
Trzeci gol to już był majstersztyk naszego zespołu. Jak w meczu z Motorem nasza drużyna robiła atak z siedmioma czy ośmioma uczestniczącymi zawodnikami, to teraz poszło bardzo prosto – Wasyl, Nowak, Szkurin, Marković. Przy czym dwóch naszych zawodników (Milewski, Wasielewski) było w tej akcji znokautowanych, ale to nie przeszkodziło Bartkowi wypuścić Ilję, a Białorusinowi kapitalnie wyłożyć piłkę do Emana. Sprint, jaki w tej sytuacji wykonał Norweg to też było coś niesamowitego. A od strzału Jimeneza do gola minęło 14 sekund. Nie wiem, czy tory kolejowe w Polsce są gotowe na tak szybkie pociągi. Alan Czerwiński z dawnych czasów w GieKSie – kiedy to sam miał swoje „tory kolejowe” i po nich pędził – ma godnych następców. Choć nie powiem – i Alan czasem jak za starych dziejów potrafi się rozpędzić, ale to rzadko, bo z wiekiem postawił na inne atuty.
I brawa dla sędziego Malca za puszczenie tej akcji.
GieKSa miała świetny wynik i naprawdę niepotrzebnie straciła tę bramkę po koniec pierwszej połowy. Z drugiej strony bardzo dobrze w tej sytuacji zachował się Zapolnik i po prostu wymanewrował Arkadiusza Jędrycha. Tak to się zdarza w sporcie.
Nie wiem czy jestem jakimś wrodzonym pesymistą (nie sądzę) czy opieram się na doświadczeniu, ale w związku z tą straconą bramką byłem niezadowolony w przerwie. Oczami wyobraźni już widziałem powtórkę z Motoru, kiedy rywal zaraz po przerwie znów trafia do siatki i robi się kwas. A przecież po trafieniu Zapolnika Fassbender miał zaraz znakomitą sytuację. Za dużo GieKSa w ostatnim czasie tych prowadzeń traciła, żebym był spokojny. Dlatego niezbędna dla mnie była czwarta bramka.
Ta na szczęście w miarę szybko padła, a swój swoisty dublet ustrzelił Kowal. Żarty żartami, zastanawialiśmy się w pierwszej połowie, kiedy ostatnio zawodnik strzelił bramkę. No i w końcu zaliczył swoje premierowe trafienie w tym sezonie, a wynik stał się spokojniejszy. Fantastycznie wypuścił Mateusza Eman, do swojego gola dokładając asystę. Swoje przy tej akcji zrobił oczywiście Szkurin. No a odbiór początkujący tę akcję zaliczył… Kowal.
No a potem mieliśmy kolejny popis Norwega, który indywidualnie popędził, nawinął obrońcę, minął bramkarza i strzelił do pustej bramki.
Różne te wszystkie gole były i świadczące o wszechstronności. GieKSa parła do przodu tak jak nas ostatnio przyzwyczaiła. I strzelała bramkę za bramką.
I najlepsze jest to, że nie był to jakiś wybitny mecz naszej drużyny. Mogło to wyglądać trochę lepiej, bez tej nerwówki na początku czy po golu na 1:3. Ale drugiej strony – efektywność ofensywna w tym meczu to był kunszt. Widziałem kilka lepszych meczów – choćby z Lechią Gdańsk u siebie, gdzie druga połowa ocierała się o perfekcję. Ale jeśli GieKSa gra mecz dobry, a nie wyśmienity, a mimo to gromi przeciwnika, to wiedz, że jest dobrze. Że są jeszcze rezerwy, a i tak jest świetnie. Fajnie, że Mateusz Kowalczyk w pomeczowym wywiadzie też podszedł z pewnym krytycyzmem do postawy drużyny, a jego słowa zabrzmiały na bardzo merytoryczne i stonowane.
Niesamowita jest ta nasza Nowa Bukowa. Bilans GKS Katowice u siebie od otwarcia stadionu to 15-4-5, bramki: 47-30.
Ostatnie 10 meczów to ligowy bilans 7-1-0 plus dwa awanse w Pucharze Polski.
Niepojęte. Twierdza od samego startu.
Z kronikarskiego obowiązku dodam też, że Termalica była jakąś totalną zmorą GieKSy u siebie, choć wszystkie poprzednie mecze odbyły się jeszcze na starej Bukowej. Na dziewięć takich prób, naszemu zespołowi ani razu nie udało się wygrać. Pamiętam debiut trenera Rafała Góraka za pierwszej kadencji – to właśnie piłkarze z Niecieczy pokonali nas w Katowicach po pięknym golu Pawlusińskiego. Niedawno GKS był bliski wygranej, ale grając z przewagą jednego zawodnika przez cały mecz dał sobie wbić trzy gole, w tym na 3:3 w czasie doliczonym. Była porażka po dogrywce w Pucharze Polski. Innym razem rywale również w doliczonym czasie strzelili zwycięskiego gola.
W końcu przeciwnik ten został odczarowany. Ale dziewięć meczów na Bukowej, w których ani razu nie przegrali to swoisty rekord.
Po tym meczu nasz zespół wskoczył na podium. Można się powoli bawić w analizy terminarza. Na ten moment mamy dwa punkty przewagi nad Zagłębiem Lubin i Wisłą Płock oraz lepsze mecze bezpośrednie z oboma tymi ekipami. To mówi, że w przypadku naszej jednej wygranej w trzech ostatnich kolejkach, rywale ci musieliby wygrać dwa swoje mecze.
Zagłębie gra z Górnikiem na wyjeździe, Pogonią u siebie i Jagiellonią na wyjeździe. Wisła z Motorem i Górnikiem u siebie oraz Lechem na wyjeździe. W każdym z tych przypadków dwie wygrane byłyby dużym wyczynem. I choć nie są to scenariusze niemożliwe (zwłaszcza w przypadku Wisły), to zadanie to będzie dla tych ekip piekielnie trudne.
Nie wspominam na razie (wspomniałem na wstępie) o Rakowie i Jagiellonii, bo nikt nie powiedział, że i z tymi zespołami nie możemy rywalizować o miejsce na podium. Tym bardziej, że z Jagą zagramy mecz bezpośredni.
Ale tak jak powiedziałem – swoje punkty trzeba zrobić. A i nasz terminarz do łatwego nie należy. Piast pod wodzą trenera Myśliwca znów zaczął grać bardzo dobrą i skuteczną piłkę. Starcie w Gliwicach będzie niebywale trudne. Staną na siebie dość podobne dwie drużyny i znów będziemy mieli piłkarską wojnę. Później przyjdzie czas na ekipę Adriana Siemieńca, która zawodzi w ostatnim czasie, ale nadal jest to przecież świetna drużyna. I na koniec zawsze mocna u siebie Pogoń.
Rywale więc w tej kolejce nam pomogli, a my to wykorzystaliśmy kapitalnie. Zawsze najlepiej zacząć od siebie i swój mecz wygrać. A co się wydarzy na innych boiskach jest równie ważne – ale lepiej to obserwować mając już spokojną głowę i swoje zadanie wykonane najlepiej jak się potrafi.
A Termalica? To była piękna przygoda. Ktoś musi w lidze zająć ostatnie miejsce, ale grunt, żeby zrobić to z honorem. To nie jest drużyna bardzo słaba. Byle kto nie wygrywa w Białymstoku, Warszawie i Zabrzu. Za dużo jednak potracili punktów w innych meczach. Pewnie Słonie znów gdzieś za dwa lata awansują. Folklor więc spada z tej ligi – pytanie co będzie w zamian. A może Puszcza, która pod wodzą legendarnego Tomasza Tułacza uchwyciła świetną serię i zaczyna się dobijać do baraży?


xyz
26 listopada 2015 at 20:32
to jest coś… 🙂