Dołącz do nas

Piłka nożna

Zero z tyłu i przodu na grząskim boisku ząbkowskim

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Po sześciu dniach od wysokiej wygranej w Rybniku przyszło GieKSie mierzyć się w trzecim z kolei pojedynku wyjazdowym. Tym razem rywalem w Ząbkach był miejscowy Dolcan, zespół który chce włączyć się do walki o awans, a ostatnio w Brzesku pokonał Okocimskiego aż 6:0.

W zespole katowiczan nastąpiło kilka zmian. Niespodziewanie miejsce Grzegorza Fonfary zajął jako defensywny pomocnik Radosław Sylwestrzak. Natomiast za Grzegorza Goncerza wskoczył Tomasz Wróbel, który grał w środku i w zależności od sytuacji albo on, albo Przemysław Pitry byli najbardziej wysuniętymi graczami. Na prawej stronie pomocy ponownie wystąpił Janusz Gancarczyk, na lewej – Bartłomiej Chwalibogowski.

Przed meczem rozpętała się nad Ząbkami ulewa, dlatego też boisko było grząskie i aż prosiło się, aby próbować uderzeń z dystansu.

Od początku meczu przewagę osiągnęli gospodarze. Bardzo aktywny na lewej stronie był Łukasz Sierpina, który raz po raz nękał naszych obrońców. Katowiczanie mieli spory problem z wyjściem z własnej połowy, głównie za sprawą niedokładnego rozgrywania piłki. Po upływie kwadransa, katowiczanie uspokoili grę. Po rzucie wolnym Tomasza Wróbla piłkę zgrał Mateusz Kamiński, a Pitry próbował ją trącić, ale… dostał żółtą kartkę. Najlepszą sytuację w całym meczu miał Gancarczyk w 20. minucie, kiedy to po znakomitym zwodzie wszedł w pole karne i z ostrego kąta uderzał na bramkę Macieja Humerskiego, ale ten bardzo dobrze obronił. Ząbkowianie już nie atakowali tak śmiało, próbowali natomiast katowiczanie. Raz świetnym crossem popisał się Pitry, piłka trafiła do Pietrzaka, ale nic dalej z tej akcji nie wyniknęło. GieKSa nie grała najgorzej w polu, ale rywale groźnie kontrowali, aktywny był Dariusz Zjawiński. Dość kuriozalna sytuacja miała miejsce w końcówce pierwszej połowy, gdy gospodarze przeprowadzili naprawdę groźną akcję z dośrodkowaniem – zablokowanym – po którym chcieli podjąć drugą próbę centry, ale… sędzia zakończył pierwszą połowę. Kto wie, czy nie uchronił GieKSy przed stratą gola, a zawodnicy Dolcanu ruszyli do arbitra z pretensjami.

Druga połowa rozpoczęła się od stuprocentowej sytuacji piłkarzy Roberta Podolińskiego. Dośrodkowanie z prawej strony i Łukasz Sierpina, który wyprzedził naszego obrońcę i huknął głową, ale tuż obok słupka bramki Łukasza Budziłka. W tej części gry bardzo aktywne było prawe skrzydło Dolcanu z Damianem Jakubikiem i Grzegorzem Piesio na czele, którzy raz po raz atakowali tą flanką. Zdarzało im się przedostać w pole karne czy celnie dośrodkować, próbowali też uderzeń z dystansu. To właśnie strzały z daleka były najgroźniejszą bronią Dolcanu – raz Piesio uderzył z daleka i trafił w poprzeczkę, Rafał Grzelak z niemal 40 metrów strzelił tak, że wszyscy widzieli piłkę w siatce, jednak ta poszybowała obok okienka, w końcu techniczny rogal Zjawińskiego i świetna interwencja Budziłka. GieKSa naprawdę dość często wyprowadzała akcje z własnej połowy i nieźle grała w polu, ale brakowało wykończenia, ostatniego podania czy strzału. Znów dobrą okazję miał Gancarczyk, który ponownie po zwodzie zdecydował się na strzał, ale huknął nad poprzeczką – zresztą odniósł po tej akcji kontuzję. Podpalił się Dominik Sadzawicki, który przeprowadził dobrą akcję prawym skrzydłem i zamiast dojrzeć wprowadzonego Michała Zielińskiego w polu karnym, również zdecydował się na dość nieprzygotowany strzał. Akcjom GieKSy brakowało tego czegoś – co mieli piłkarze Dolcanu, czyli zdecydowania. A w doliczonym czasie gry piłkę meczową mieli rywale – piłka spadła Sierpinie na piąty metr, ale ten uderzył obok słupka…

Mimo wszystko remis z Dolcanem wydaje się być sprawiedliwym wynikiem. GKS nie grał już tak słabo jak w na początku wiosny, jednak nie było widać tego pazura, co w Rybniku, brakowało determinacji w doprowadzeniu akcji ofensywnej do końca. Na plus pozostaje drugi mecz z rzędu na zero z tyłu.

Teraz katowiczan czeka powrót na swoje boisko w sobotę, a rywalem będzie Kolejarz Stróże. Kibice w końcu chcieliby zobaczyć zwycięstwo na Bukowej w tym roku.

10 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

10 komentarzy

  1. Avatar photo

    Irishman

    24 kwietnia 2014 at 00:51

    Cóż, bardzo trudno wygrać (na wyjeździe) z tak wymagającym przeciwnikiem jeśli gra się przez godzinę bez napastnika. Można jedynie dość szczęśliwie zremisować. Nie wiem też po co nam było ściągać Ciku, skoro on jedynie wzmacnia rezerwy, a latem pewnie odejdzie? No ale to trener ustala skład, a on ma przecież 1964% poparcia kibiców… tych „kumatych”. Więc wszystko jest OK teraz i w przyszłości… bez względu na wyniki GieKSy.

  2. Avatar photo

    Bart

    24 kwietnia 2014 at 08:30

    Irishman trener ma nie tylko poparcie tych jak to określiłeś „kumatych” ale również wielu kibiców i sympatyków , którzy nie są zaangażowani w codzienne życie klubu. A jeżeli piszesz po co było ściąganie Ciku to przypomnij sobie na jakich zasadach przyszedł do nas Jurkowski w zeszłym roku. A jesli nie pamiętasz to Ci przypomnę, że przyszedł po rozpadzie ŁKS i nie zagrał bodajże ani minuty na wiosnę a jakoś został i jest teraz pewnym punktem naszej drużyny.

  3. Avatar photo

    łykomska pyżalska

    24 kwietnia 2014 at 11:45

    wezcie ktoś w koncu pierd olnijcie tego irisha w ten jego inteligencki łeb. wszyscy mają dosyć czytania twoich zgredo-mądrosci. Jesli na siłę chcesz być taki kontrowersyjny i wszedzie miec swoje-odmienne od ogółu zdanie to zarejesrtruj sie na forum feministek i tam prowadz te durne dywagacje i wypisuj swoje madrąsci. tutaj kazdy ma Cie dosyc i twojego zajeban ego mądrzenia !!!

  4. Avatar photo

    Irishman

    24 kwietnia 2014 at 11:50

    Bart, a ja mam wrażenie, że to poparcie jest robione na zasadzie – albo myślisz tak jak „kumaci”, którzy przecież są NIEOMYLNI, albo sp…
    Ja nie widzą powodów, aby bezkrytycznie popierać tego co robi trener, a wręcz przeciwnie – widzę jego błąd za błędem.

    Co do Jurkowskiego to oczywiście, że nie zagrał na wiosnę ani minuty, bo o ile pamiętam było to niemożliwe ze względów formalnych. On był po prostu od początku szykowany na jesień. Natomiast Ciku może grać już teraz i zastanawiam się dlaczego tak nie jest? Jeśli i tak odejdzie to po co go było ściągać? Co my jesteśmy szkółką piłkarska? Jeśli natomiast miałby zostać, to wypadałoby go sprawdzić w boju przeciw poważnym, I-ligowym przeciwnikom co jest wart.

  5. Avatar photo

    Irishman

    24 kwietnia 2014 at 11:58

    @łykomska pyżalska – nie masz argumentów to atakujesz personalnie tego, kto myśli inaczej NIŻ WOLNO?

  6. Avatar photo

    Bart

    24 kwietnia 2014 at 12:33

    Irish no to może posłuchasz czasem tych, których nazywasz „kumatymi” bo np Jurkowski spokojnie mógł grać na wiosnę i nawet były takie plany ale trenerzy postanowili inaczej. Jeżeli nie mógłby grać to dlaczego wystepował w meczach rezerw GieKSy ???
    http://www.gkskatowice.eu/index.php?mode=n&idNews=25011171

    A jeśli chodzi o trenera to po pierwsze nikt go nie popiera bezkrytycznie a po drugie wydaje mi się że w tym przypadku lepiej zmienić szatnie ( tym bardziej że większości kończą się kontrakty ) i dać pracować temu sztabowi trenerskiemu. Czy to wina Moskala że Wróbel podaje do przeciwnika i ten zdobywa bramkę, albo że Fonfara nie potrafi podać piłki.
    A jeśli chodzi o poparcie dla trenera to zapewniam cię że nie jest tka jak mówisz. Chcesz pokazywać swoje zdanie to proszę bardzo nikt Ci tego nie zabrania

  7. Avatar photo

    łykomska pyżalska

    24 kwietnia 2014 at 12:39

    irish przestan smucic zarówno tu jak i na forum, ty ” niekumaty zgredzie”

  8. Avatar photo

    bonzo

    24 kwietnia 2014 at 13:04

    Irishman – 1964% poparcia dla tego co piszesz.
    Jeśli ma się inne zdanie niż linia programowa możnych forum czy SK, to od razu jest się uznanym za 'niekumatego’.

    Swoją drogą na tej samej zasadzie te wszystkie kosy i sztamy między klubami. Śmiech na sali, że ktoś mi będzie mówił kogo lubić, a kogo nie.

  9. Avatar photo

    Irishman

    24 kwietnia 2014 at 13:16

    Bart, też uważam, że trzeba będzie w dużej wymienić szatnię, tylko nie wiem czy powinien to robić Moskal, który nie daje argumentów przemawiających za tym, że sobie poradzi w przyszłym sezonie. Bo to co zrobił pozytywnego na jesień, na wiosnę w banalny sposób, błyskawicznie stracił i dla mnie jest już na minusie. Z drugiej strony przykłady Podbeskidzia i bodajże Piasta pokazały, ze czasem warto dać drugą szansę trenerowi, któremu początkowo nie poszło.

    Co do Jurkowskiego, to zdaje się, że nie mógł występować wiosną w I-szej drużynie, bo występował już wcześniej na poziomie I lidze w ŁKS. Ale tu mogę się mylić.

  10. Avatar photo

    a

    25 kwietnia 2014 at 09:48

    Irishman popieram cie w 1964% a Cicku powinien zagrac w pierwszym skladzie bo umiejetnosci ma wieksze niz niejeden kopacz pierwszego skladu ale mamy trenera który stawia na tych samych zawodnikow pomimo ze graja fatalnie

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Z drugiej ligi do Europy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga