Piłka nożna
Zero z tyłu i przodu na grząskim boisku ząbkowskim
Po sześciu dniach od wysokiej wygranej w Rybniku przyszło GieKSie mierzyć się w trzecim z kolei pojedynku wyjazdowym. Tym razem rywalem w Ząbkach był miejscowy Dolcan, zespół który chce włączyć się do walki o awans, a ostatnio w Brzesku pokonał Okocimskiego aż 6:0.
W zespole katowiczan nastąpiło kilka zmian. Niespodziewanie miejsce Grzegorza Fonfary zajął jako defensywny pomocnik Radosław Sylwestrzak. Natomiast za Grzegorza Goncerza wskoczył Tomasz Wróbel, który grał w środku i w zależności od sytuacji albo on, albo Przemysław Pitry byli najbardziej wysuniętymi graczami. Na prawej stronie pomocy ponownie wystąpił Janusz Gancarczyk, na lewej – Bartłomiej Chwalibogowski.
Przed meczem rozpętała się nad Ząbkami ulewa, dlatego też boisko było grząskie i aż prosiło się, aby próbować uderzeń z dystansu.
Od początku meczu przewagę osiągnęli gospodarze. Bardzo aktywny na lewej stronie był Łukasz Sierpina, który raz po raz nękał naszych obrońców. Katowiczanie mieli spory problem z wyjściem z własnej połowy, głównie za sprawą niedokładnego rozgrywania piłki. Po upływie kwadransa, katowiczanie uspokoili grę. Po rzucie wolnym Tomasza Wróbla piłkę zgrał Mateusz Kamiński, a Pitry próbował ją trącić, ale… dostał żółtą kartkę. Najlepszą sytuację w całym meczu miał Gancarczyk w 20. minucie, kiedy to po znakomitym zwodzie wszedł w pole karne i z ostrego kąta uderzał na bramkę Macieja Humerskiego, ale ten bardzo dobrze obronił. Ząbkowianie już nie atakowali tak śmiało, próbowali natomiast katowiczanie. Raz świetnym crossem popisał się Pitry, piłka trafiła do Pietrzaka, ale nic dalej z tej akcji nie wyniknęło. GieKSa nie grała najgorzej w polu, ale rywale groźnie kontrowali, aktywny był Dariusz Zjawiński. Dość kuriozalna sytuacja miała miejsce w końcówce pierwszej połowy, gdy gospodarze przeprowadzili naprawdę groźną akcję z dośrodkowaniem – zablokowanym – po którym chcieli podjąć drugą próbę centry, ale… sędzia zakończył pierwszą połowę. Kto wie, czy nie uchronił GieKSy przed stratą gola, a zawodnicy Dolcanu ruszyli do arbitra z pretensjami.
Druga połowa rozpoczęła się od stuprocentowej sytuacji piłkarzy Roberta Podolińskiego. Dośrodkowanie z prawej strony i Łukasz Sierpina, który wyprzedził naszego obrońcę i huknął głową, ale tuż obok słupka bramki Łukasza Budziłka. W tej części gry bardzo aktywne było prawe skrzydło Dolcanu z Damianem Jakubikiem i Grzegorzem Piesio na czele, którzy raz po raz atakowali tą flanką. Zdarzało im się przedostać w pole karne czy celnie dośrodkować, próbowali też uderzeń z dystansu. To właśnie strzały z daleka były najgroźniejszą bronią Dolcanu – raz Piesio uderzył z daleka i trafił w poprzeczkę, Rafał Grzelak z niemal 40 metrów strzelił tak, że wszyscy widzieli piłkę w siatce, jednak ta poszybowała obok okienka, w końcu techniczny rogal Zjawińskiego i świetna interwencja Budziłka. GieKSa naprawdę dość często wyprowadzała akcje z własnej połowy i nieźle grała w polu, ale brakowało wykończenia, ostatniego podania czy strzału. Znów dobrą okazję miał Gancarczyk, który ponownie po zwodzie zdecydował się na strzał, ale huknął nad poprzeczką – zresztą odniósł po tej akcji kontuzję. Podpalił się Dominik Sadzawicki, który przeprowadził dobrą akcję prawym skrzydłem i zamiast dojrzeć wprowadzonego Michała Zielińskiego w polu karnym, również zdecydował się na dość nieprzygotowany strzał. Akcjom GieKSy brakowało tego czegoś – co mieli piłkarze Dolcanu, czyli zdecydowania. A w doliczonym czasie gry piłkę meczową mieli rywale – piłka spadła Sierpinie na piąty metr, ale ten uderzył obok słupka…
Mimo wszystko remis z Dolcanem wydaje się być sprawiedliwym wynikiem. GKS nie grał już tak słabo jak w na początku wiosny, jednak nie było widać tego pazura, co w Rybniku, brakowało determinacji w doprowadzeniu akcji ofensywnej do końca. Na plus pozostaje drugi mecz z rzędu na zero z tyłu.
Teraz katowiczan czeka powrót na swoje boisko w sobotę, a rywalem będzie Kolejarz Stróże. Kibice w końcu chcieliby zobaczyć zwycięstwo na Bukowej w tym roku.
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna
Od Krakowa do Warszawy
Poznaliśmy terminarz Ekstraklasy na sezon 2026/27. GKS Katowice rozpocznie zmagania w niedzielę 26 lipca od meczu z Wisłą w Krakowie, a zakończy 22 maja z Legią w Warszawie.
Terminarz pierwszej kolejki zostanie podany po losowaniu europejskich pucharów (17 czerwca), ale już wiemy, że w Krakowie zagramy w niedzielę 26 lipca (do ustalenia została godzina). Z racji tego, że Arena Katowice jest jednym ze stadionów, na których rozgrywane będą Mistrzostwa Świata Kobiet U-20, to jesienią zagramy trzy mecze wyjazdowe z rzędu, z czego dwa bliskie (Zabrze i Gliwice). Nim GieKSa rozpocznie zmagania ligowe to w czwartek 23 lipca czeka nas pierwszy mecz w II rundzie eliminacyjnej do Ligi Konferencji.
Kluby uczestniczące w rozgrywkach UEFA będą mogły przełożyć dwa mecze ligowe: jeden podczas rund kwalifikacyjnych Q1–Q3 oraz jeden w okresie pomiędzy rundą play-off a fazą ligową. Na 5. kolejkę, pomiędzy fazą play-off europejskich pucharów, zaplanowano nasz domowy mecz z Wisłą Płock, który w razie przełożenia odbędzie się najwcześniej 15-16 września. Pozostałe terminy rezerwowe to 15-16 i 19-20 grudnia oraz 2-3 i 9-10 lutego. Przypomnijmy także, że GieKSa jako drużyna reprezentująca Polskę w Europie, rozgrywki Pucharu Polski rozpocznie dopiero od 1/16 finałów, które zaplanowano na 28 października.
Jesienią zostanie rozegranych 18 spotkań, z czego połowa na wyjeździe. Na wiosnę zaplanowano 16 kolejek i tutaj też połowę zagramy w delegacji. Tym razem Wielkanoc (28 marca) wypada w trakcie przerwy na reprezentację. Nie będzie też żadnej kolejki rozgrywanej w środku tygodnia (poza terminami rezerwowymi).
Terminarz GKS Katowice w Ekstraklasie w sezonie 2026/27 (dokładne daty i godziny spotkań zostaną dopiero ustalone):
1. kolejka, 26 lipca 2026 Wisła Kraków – GKS Katowice
2. kolejka, 1 sierpnia 2026 GKS Katowice – Radomiak Radom
3. kolejka, 8 sierpnia 2026 GKS Katowice – Wieczysta Kraków
4. kolejka, 15 sierpnia 2026 Motor Lublin – GKS Katowice
5. kolejka, 22 sierpnia 2026 GKS Katowice – Wisła Płock
6. kolejka, 29 sierpnia 2026 Górnik Zabrze – GKS Katowice
7. kolejka, 5 września 2026 Piast Gliwice – GKS Katowice
8. kolejka, 12 września 2026 KGHM Zagłębie Lubin – GKS Katowice
9. kolejka, 19 września 2026 GKS Katowice – Cracovia
10. kolejka, 10 października 2026 Raków Częstochowa – GKS Katowice
11. kolejka, 17 października 2026 GKS Katowice – Pogoń Szczecin
12. kolejka, 24 października 2026 Korona Kielce – GKS Katowice
13. kolejka, 31 października 2026 GKS Katowice – Widzew Łódź
14. kolejka, 7 listopada 2026 Jagiellonia Białystok – GKS Katowice
15. kolejka, 21 listopada 2026 GKS Katowice – Lech Poznań
16. kolejka, 28 listopada 2026 Śląsk Wrocław – GKS Katowice
17. kolejka, 5 grudnia 2026 GKS Katowice – Legia Warszawa
18. kolejka, 12 grudnia 2026 GKS Katowice – Wisła Kraków
19. kolejka, 30 stycznia 2027 Radomiak Radom – GKS Katowice
20. kolejka, 6 lutego 2027 Wieczysta Kraków – GKS Katowice
21. kolejka, 13 lutego 2027 GKS Katowice – Motor Lublin
22. kolejka, 20 lutego 2027 Wisła Płock – GKS Katowice
23. kolejka, 27 lutego 2027 GKS Katowice – Górnik Zabrze
24. kolejka, 6 marca 2027 GKS Katowice – Piast Gliwice
25. kolejka, 13 marca 2027 GKS Katowice – KGHM Zagłębie Lubin
26. kolejka, 20 marca 2027 Cracovia – GKS Katowice
27. kolejka, 3 kwietnia 2027 GKS Katowice – Raków Częstochowa
28. kolejka, 10 kwietnia 2027 Pogoń Szczecin – GKS Katowice
29. kolejka, 17 kwietnia 2027 GKS Katowice – Korona Kielce
30. kolejka, 23 kwietnia 2027 Widzew Łódź – GKS Katowice
31. kolejka, 1 maja 2027 GKS Katowice – Jagiellonia Białystok
32. kolejka, 8 maja 2027 Lech Poznań – GKS Katowice
33. kolejka, 15 maja 2027 GKS Katowice – Śląsk Wrocław
34. kolejka, 22 maja 2027 Legia Warszawa – GKS Katowice
Piłka nożna
Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy
Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.
Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.
Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.
Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.


Irishman
24 kwietnia 2014 at 00:51
Cóż, bardzo trudno wygrać (na wyjeździe) z tak wymagającym przeciwnikiem jeśli gra się przez godzinę bez napastnika. Można jedynie dość szczęśliwie zremisować. Nie wiem też po co nam było ściągać Ciku, skoro on jedynie wzmacnia rezerwy, a latem pewnie odejdzie? No ale to trener ustala skład, a on ma przecież 1964% poparcia kibiców… tych „kumatych”. Więc wszystko jest OK teraz i w przyszłości… bez względu na wyniki GieKSy.
Bart
24 kwietnia 2014 at 08:30
Irishman trener ma nie tylko poparcie tych jak to określiłeś „kumatych” ale również wielu kibiców i sympatyków , którzy nie są zaangażowani w codzienne życie klubu. A jeżeli piszesz po co było ściąganie Ciku to przypomnij sobie na jakich zasadach przyszedł do nas Jurkowski w zeszłym roku. A jesli nie pamiętasz to Ci przypomnę, że przyszedł po rozpadzie ŁKS i nie zagrał bodajże ani minuty na wiosnę a jakoś został i jest teraz pewnym punktem naszej drużyny.
łykomska pyżalska
24 kwietnia 2014 at 11:45
wezcie ktoś w koncu pierd olnijcie tego irisha w ten jego inteligencki łeb. wszyscy mają dosyć czytania twoich zgredo-mądrosci. Jesli na siłę chcesz być taki kontrowersyjny i wszedzie miec swoje-odmienne od ogółu zdanie to zarejesrtruj sie na forum feministek i tam prowadz te durne dywagacje i wypisuj swoje madrąsci. tutaj kazdy ma Cie dosyc i twojego zajeban ego mądrzenia !!!
Irishman
24 kwietnia 2014 at 11:50
Bart, a ja mam wrażenie, że to poparcie jest robione na zasadzie – albo myślisz tak jak „kumaci”, którzy przecież są NIEOMYLNI, albo sp…
Ja nie widzą powodów, aby bezkrytycznie popierać tego co robi trener, a wręcz przeciwnie – widzę jego błąd za błędem.
Co do Jurkowskiego to oczywiście, że nie zagrał na wiosnę ani minuty, bo o ile pamiętam było to niemożliwe ze względów formalnych. On był po prostu od początku szykowany na jesień. Natomiast Ciku może grać już teraz i zastanawiam się dlaczego tak nie jest? Jeśli i tak odejdzie to po co go było ściągać? Co my jesteśmy szkółką piłkarska? Jeśli natomiast miałby zostać, to wypadałoby go sprawdzić w boju przeciw poważnym, I-ligowym przeciwnikom co jest wart.
Irishman
24 kwietnia 2014 at 11:58
@łykomska pyżalska – nie masz argumentów to atakujesz personalnie tego, kto myśli inaczej NIŻ WOLNO?
Bart
24 kwietnia 2014 at 12:33
Irish no to może posłuchasz czasem tych, których nazywasz „kumatymi” bo np Jurkowski spokojnie mógł grać na wiosnę i nawet były takie plany ale trenerzy postanowili inaczej. Jeżeli nie mógłby grać to dlaczego wystepował w meczach rezerw GieKSy ???
http://www.gkskatowice.eu/index.php?mode=n&idNews=25011171
A jeśli chodzi o trenera to po pierwsze nikt go nie popiera bezkrytycznie a po drugie wydaje mi się że w tym przypadku lepiej zmienić szatnie ( tym bardziej że większości kończą się kontrakty ) i dać pracować temu sztabowi trenerskiemu. Czy to wina Moskala że Wróbel podaje do przeciwnika i ten zdobywa bramkę, albo że Fonfara nie potrafi podać piłki.
A jeśli chodzi o poparcie dla trenera to zapewniam cię że nie jest tka jak mówisz. Chcesz pokazywać swoje zdanie to proszę bardzo nikt Ci tego nie zabrania
łykomska pyżalska
24 kwietnia 2014 at 12:39
irish przestan smucic zarówno tu jak i na forum, ty ” niekumaty zgredzie”
bonzo
24 kwietnia 2014 at 13:04
Irishman – 1964% poparcia dla tego co piszesz.
Jeśli ma się inne zdanie niż linia programowa możnych forum czy SK, to od razu jest się uznanym za 'niekumatego’.
Swoją drogą na tej samej zasadzie te wszystkie kosy i sztamy między klubami. Śmiech na sali, że ktoś mi będzie mówił kogo lubić, a kogo nie.
Irishman
24 kwietnia 2014 at 13:16
Bart, też uważam, że trzeba będzie w dużej wymienić szatnię, tylko nie wiem czy powinien to robić Moskal, który nie daje argumentów przemawiających za tym, że sobie poradzi w przyszłym sezonie. Bo to co zrobił pozytywnego na jesień, na wiosnę w banalny sposób, błyskawicznie stracił i dla mnie jest już na minusie. Z drugiej strony przykłady Podbeskidzia i bodajże Piasta pokazały, ze czasem warto dać drugą szansę trenerowi, któremu początkowo nie poszło.
Co do Jurkowskiego, to zdaje się, że nie mógł występować wiosną w I-szej drużynie, bo występował już wcześniej na poziomie I lidze w ŁKS. Ale tu mogę się mylić.
a
25 kwietnia 2014 at 09:48
Irishman popieram cie w 1964% a Cicku powinien zagrac w pierwszym skladzie bo umiejetnosci ma wieksze niz niejeden kopacz pierwszego skladu ale mamy trenera który stawia na tych samych zawodnikow pomimo ze graja fatalnie