Felietony
Kamyk, Poczobut – kolejni zdobywcy Pucharu Pepco!
Im bliżej nowego sezonu – „niestety” drugoligowego – tym bardziej nabieram przekonania, że… lepiej być nie może. Brzmi dziwnie? Może i tak. A jednak – czas emocjonalny już dawno się skończył i ustąpił miejsca czasowi racjonalnemu. A ten mówi, że wykonany krok w tył prawdopodobnie jest jedyną możliwością, żebyśmy w końcu mogli odbić się od dna. Gdyby GKS Katowice utrzymał się w pierwszej lidze, pozostalibyśmy może ligę wyżej, ale w tym samym bagnie, w którym taplaliśmy się całe lata. W bagnie, nazwijmy to – zgniłego katowickiego jaja.
Gdybyśmy się utrzymali, zostałby w GieKSie Janicki. Zostałby Bartnik. Zostałby Dudek. I to już by tak naprawdę przekreśliło szanse na jakikolwiek rozwój w tym klubie. Pogonieni zostali z hukiem wszyscy i przyznam, że to miód na moje zmaltretowane kibicowskie serce.
Dodatkowo odeszło kilku tzw. piłkarzy, problem polegał na tym, że kilku innych zostało. I choć gabinety i pokój trenerski były oczyszczone, to nadal w szatni mieliśmy element piłkarskiej patologii. Z symbolem wieloletniej katowickiej sportowej nieudolności – Mateuszem Kamińskim – na czele. I choć ten zawodnik do spadku akurat przyczynił się w najmniejszym stopniu, to trzy spektakularnie zawalone awanse już poszły na jego konto. Niezrozumiałe dla mnie było, jak z człowiekiem przyciągającym porażki jak magnes można podpisać nowy kontrakt. To jednak się stało. Przymknąłem oko. Wierząc znów naiwnie, że „tym razem będzie inaczej”.
Do tego słaby jak barszcz Poczobut, który błysnął wywiadem w Niecieczy, a potem nie potrafił z kolegami uratować naprawdę śmiesznej pierwszej ligi. Pozostał Adrian Frańczak, który jest sympatyczny i jako zapchajdziura ok, ale jednak bardzo przeciętnego poziomu nigdy nie przeskoczył.
Ci zawodnicy dalej mieli być w tej szatni, a przecież jako najbardziej doświadczeni – mieli być trzonem zespołu. Nie wyglądało to szczerze mówiąc najlepiej i tak naprawdę zapowiadało problemy w drugiej lidze, która wcale nie jest wiele słabsza od pierwszej i gadki, że GieKSa powinna w cuglach awansować są głoszone przez ludzi, którzy nie mają za sobie grosz zdolności do nauki oraz zdobywania doświadczenia z wielu, wielu lat…
Gdy zobaczyłem w poniedziałek, że klub rozwiązał kontrakty z Kamińskim, Poczobutem, Frańczakiem oraz Mączyńskim, pomyślałem, że to niedorzeczne, bo przecież dopiero co nowe kontrakty zostały podpisane. Gdy po chwili dowiedziałem się, z jakiego powodu klub rozstał się z tymi zawodnikami, dostałem kolejną porcję miodu na serce.
Nie wiem, jak bardzo można być bezczelnym, żeby po przewaleniu wszystkiego, co da się przewalić na boisku podczas kilku sezonów, bo skompromitowaniu tego klubu sportowo na całą Polskę, zrobieniu z niego pośmiewiska i to nie raz i nie dwa, a dostając ciągle i znowu tysięczną szansę na odkupienie win – zachować się w taki sposób. Czyli mówiąc wprost – schlać się podczas przygotowań do nowego sezonu, w miejscu zgrupowania przed rozgrywkami.
Nie potrafię sobie po prostu tego wyobrazić i nawet nie wiem, czy to wspomniana bezczelność czy po prostu bezdenna głupota tych ludzi. Tak samo, jak bezdenną głupotą były zakupy alkoholu na stacji benzynowej po kompromitacji z Ruchem u siebie.
I tak drodzy Państwo, przez te ostatnie lata mieliśmy do czynienia z takim piłkarskim gówniarstwem w naszej szatni. Skoro teraz chlali, wtedy chlali, nie ma powodu, żeby nie domniemać, że chlali przy wielu innych okazjach. Na przykład wtedy, kiedy powinni byli przygotowywać się do meczów z Sandecją, Górnikiem czy Kluczborkiem. Albo do rewanżu z Ruchem czy meczu z Tychami rok temu. Przed i po niezliczonej ilości przegranych derbów.
Oczywiście nie sądzę, że alkohol był przyczyną tych przegranych meczów, w takim sensie, że nietrzeźwi wychodzili na boisko. Mogli pić po, a nie przed, chociaż nie wierzę w ani jedno słowo z ust piłkarzy o jego dobrej woli. Zresztą nie trzeba wychodzić nawalonym na boisko. Wystarczy dwa dni przed meczem wypić trzy piwa i już to wpływa na przygotowania do samego meczu, a potem sam mecz. Ale przyczyn klęsk mimo wszystko dopatruję się gdzie indziej, choć również poza boiskiem. Niestety nie pojawił się nigdy jeden odważny, który by powiedział, co tak naprawdę się wydarzyło i dlaczego GieKSa przegrała wygrane awanse. Nie pojawił się jeden odważny, na czele z selekcjonerem reprezentacji Polski. Chore do szpiku kości środowisko piłkarskie – ręka rękę myje i te sprawy…
Naprawdę przy tym jestem pod olbrzymim wrażeniem szybkiej, zdecydowanej i bez zbędnego pieprzenia się – decyzji obecnego sztabu szkoleniowego i nowego dyrektora. W poprzednich latach za różne wybryki, piłkarze nie ponosili praktycznie żadnych konsekwencji, tylko byli notorycznie chronieni przez prezesów. Zakład pracy chronionej – GKS Katowice. Pełnosprawni – niepełnosprawni w pracy i te sprawy… Ktoś coś tam bąknął o karze finansowej, ale sorry… co to jest?… Nawet po wspomnianej wizycie na stacji nie było zdecydowanych reakcji w postaci np. odsunięcia od zespołu.
Teraz wytoczono najcięższe działa, czyli po prostu pozbyto się tej piłkarskiej patologii z klubu. Od razu, mimo doświadczenia zawodników, mimo być może planów budowy zespołu wokół tych ludzi. To naprawdę się szanuje i można tylko głośno bić brawo trenerowi Górakowi i dyrektorowi Góralczykowi. W GieKSie nie powinno być miejsca dla braku profesjonalizmu. W żadnym momencie. Poluzować zawsze można, ale trzeba wiedzieć, co, gdzie i kiedy. I luzować można tylko ludziom odpowiedzialnym. Sportowym gówniarzom (niezależnie od wieku) takie luzu dać nie można, bo zaraz efekty są opłakane.
Problem w tym, że oprócz żenad na boisku, my przez lata byliśmy przez tych marnych aktorów przekonywani, że dawali z siebie wszystko, że wręcz gotowi byli umrzeć za ten klub i że byli w pełni profesjonalni. Wielce obrażeni Panowie Piłkarze za krytykę z naszej strony, jak choćby wspomniane pieniactwo Poczobuta, do którego teraz mam pytanie, a raczej stwierdzenie – panie Poczobut, miałeś udowodnić, że się mylimy i utrzymać klub w pierwszej lidze, a nie dość, że spuściłeś GieKSę do drugiej, to jeszcze zakpiłeś sobie z tegoż klubu podczas przygotowań. Ciekawe, co byś teraz powiedział w wywiadzie, podejrzewam, że coś w stylu, że cała ta afera to było tylko „sposób na radzenie sobie ze stresem i należy to zrozumieć”.
O Frańczaku i Mączyńskim jakoś bardziej rozpisywać się nie będę, bo poza boiskiem generalnie wcześniej nie miałem większych powodów, by się do nich przyczepić. Choć i Mączyński notował czasem tak żenujące mecze, że zęby bolały od samego patrzenia.
Po tym wszystkim tylko mogę powiedzieć do ww. panów – dziękuję! Dziękuję, że okazaliście się na tyle pozbawieni rozumu, że w momencie, kiedy klub nie umiał się was pozbyć (choć powinien), to wykluczyliście się z tej rozgrywki sami. Dziękuję i gratuluję, myślę, że w imieniu większości kibiców. Zasłużyliście na Puchar Pepco!
Kadra GieKSy została przetrzebiona i jeszcze w poniedziałek liczebnie wyglądała bardzo mizernie. Do klubu dochodzą coraz to nowi zawodnicy i absolutnie mi nie przeszkadza, że są to praktycznie w całości mniejsze lub większe „no-name’y”. Za dużo w Katowicach było zawodników z nazwiskami, którzy poza nazwiskiem nie mieli nic, włączając taką podstawową umiejętność, jak zdolność do gry w piłkę nożną. Teraz w Katowicach będzie zespół oparty o młodych piłkarzy, mam nadzieję, że dużo bardziej ambitnych niż ich poprzednicy w poprzednich latach. I że uda się z tego stworzyć naprawdę fajny zespół, który będziemy mogli oceniać już TYLKO I WYŁĄCZNIE poprzez pryzmat mniejszych lub większych umiejętności.
Co prawda w stopniu minimalnym pozostały jeszcze odpadki z pierwszej ligi, ale mam nadzieję, że jeszcze nie na tyle przesiąknięte chorobą piłkarską, żeby być zapowiedzią następnej klęski.
To co najgorsze – w konsekwencji spadku zostało odcięte od naszego klubu i możemy mieć nowe rozdanie.
Chyba wypada też ostatecznie podziękować Andrzejowi Witanowi, bo gdyby nie on, nie mielibyśmy tego ciągu zdarzeń i tak naprawdę dzisiaj nie byłoby o czym rozmawiać. Szykowalibyśmy się do kolejnej wegetacji w pierwszej lidze. Wegetacji przybliżającej nas do sportowej śmierci…
Galeria Piłka nożna
Feta na Arenie Katowice
Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.
Felietony Piłka nożna
Esencja piłki nożnej
Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.
Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.
Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.
W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.
A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.
No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.
Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.
Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.
Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.
W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.
Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.
I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.
No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.
Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.
Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.
Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.
Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.
Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.
Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.
W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.
Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.
Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…
Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.
Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.
Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.
Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.
Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.
Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.
Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.
Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.
Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.
To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.
Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.
W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.
Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.
Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.
Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.
Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.
Galeria Piłka nożna
Z drugiej ligi do Europy
Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek.


Solski
5 lipca 2019 at 19:35
Dokładnie takie samo odczucie jest u mnie.
Frajerów już nie ma. Gdyby utrzymali ligę pewnie nadal by nam pluli w twarz, a tak?
Ciesze się z podejścia klubu do młodych graczy. Może trochę zbyt wiele wypożyczeń, ale czuję że z tej mąki będzie chleb. Może nie teraz, może za rok lub 2, ale należy dać maksymalne wsparcie nasze, kibiców, dla tego co teraz się rozpoczęło, a mam nadzieję, że to początek nowej lepszej GieKSy.
Kibic
5 lipca 2019 at 19:38
Ambicja ok. Ale potrzebne są również umiejętności. A patrząc przez pryzmat sparingów wyglądają słabo. Może się okazać, że znów wszystko będzie się opierać o Błąd, a ataku będzie Woźniak bo będzie lepszy niż nowi młodzi(o zgrozo). Pastwicie się nad Janickim, a być może Tauron odszedł razem z nim. A z Tauronem duża kasa na hokej. Ja nie jestem optymistą na ten sezon w żadnej dyscyplinie. Może dziewczyny….
Solski
5 lipca 2019 at 19:57
Tauron to sponsor który inwestuje w dany klub, dyscypline max 2-3 lata. Nic więcej. Tak więc tutaj nie doszukiwałbym się roli Janickiego ani w ściągnięciu tego sponsora ani w jego odejściu.
Irishman
5 lipca 2019 at 20:23
Powiem krótko – w sporcie umiejętności bez charakteru, bez pracy, a przede wszystkim bez samodyscypliny są niewiele warte!
Fajnie Shellu, że wróciłeś! 🙂
TVPinfo
6 lipca 2019 at 08:20
Ludzie co wy gazet nie czytacie? Tauron mial zle wyniki finansowe za ostatnie miesiace,wiec skonczyli sponsoring hokeja,nie beda ani sponsorem calej PHL ani Stadionu Śląskiego.
Ab
6 lipca 2019 at 09:52
Co do karania pijaków to wszystkich i tak samo. Pisanie półprawdy to w dalszym ciągu pudrowanie sprawy. Czy to na pewno wszyscy uczestnicy libacji? Twardą ręką działa ale bardzo wybiórczo.
Mecza
6 lipca 2019 at 09:52
Rzadko się zgadzam z Shellem ale w tym wypadku jakbym miał sam napisać taki artykuł to byłby dokładnie taki sam. Zgadzam się w 100%. Solski dobrze, że piszesz o może za rok, dwa. Niech każdy się przygotuje psychicznie na porażki. To będzie nowy, młody zespół i nie ma szans aby to dobrze funkcjonowało w pierwszej części sezonu. Mam nadzieję, że z trybun nie będą leciały k.. w połowie rundy.
Ludzik
6 lipca 2019 at 16:46
@Ab to może napisz, kto tam jeszcze był (i w jakim stanie upojenia), skoro tak świetnie jesteś zorientowany?
PH
6 lipca 2019 at 20:23
Shelu jak mozesz sie wypowiadac o sytuacji i stanie upojenia zawodnikow jesli Cie tam nie bylo?? po za tym bylo tam wiecej zawodnikow i tylko 4 zostalo wyrzuconych?dlaczego? ogladajac dziesiejszy sparing nie widze tej druzyny nie bylo pomyslu na gre.. Jastrzebie pokazalo jak sie gra w piłke widac bylo taktyke i pilkarzy ktorzy wykonali zalozenia trenera.. mieli stawiac na chlopakow z katowici ze slaska a wyjebali Marchewke i Małeckiego zaraz bedzie druga Elana Toruń… 🙁
Mecza
6 lipca 2019 at 21:02
Mnie też tam nie było ale wszędzie czytałem, że była integracja a jeśli tak to musi być alkohol. Kto nie chce nie pije, kto chce to pije tyle Ile było powiedziane. Wypad z klubu dla tych co nie przestrzegają ustalonych zasad. Jeśli nie potrafią zrozumieć tak prostego przekazu po takiej kompromitacji są ułomami umysłowymi. Wstyd dla rodziny, ciekawe co żony powiedziały. Dobrze, że dzieci małe.
Ludzik
6 lipca 2019 at 21:19
@pH czyli uważasz że Górak i Góralczyk popelnili bład i wyrzucili tych ktorzy im nie pasowali a nie tych co sa winni?
As
6 lipca 2019 at 23:53
A co Ludzik, sugerujesz, że Marchewka i Małecki brali udział w libacji? Tak się składa, że oni akurat nie brali udziału w wypadzie na miasto. To starszyzna tak zaszalała i wpadła na kibiców, którzy się „ucieszyli” na ich widok. Resztę sobie dopowiedz.
Pozbywają się młodych, którym nawet nie dali szansy grać. Ściągają innych młodych z Polski i skąd założenie, że będą lepsi.
Według mnie kręcą jakieś lody z tymi wypożeczeniami.
Irishman
7 lipca 2019 at 04:14
Nie wiem po co niektórym to ciągłe szukanie sensacji, drugiego dna itp?
Co do alko, to może po prostu wylecieli ci, którzy najbardziej przegięli i tyle?
Ta drużyna gra piach i jeszcze długo tak będzie. @Mecza, mam tylko nadzieje, że te k…y nie będą leciały już od początku. 🙂 Ludzie to by chcieli:
1. Wszystkich wywalić
2. Wziąć samych młodych, najlepiej z Katowic
3. Wszyscy mają NATYCHMIAST się rozumieć i grać jak z nut.
Niestety tak pięknie to nawet w baśniach Andersena nie było (dla młodszego pokolenia niech będzie, że w opowieściach o Harrym Potterze) 😉
Ktoś mi na forum napisał – Jak to? Przecież dobrzy piłkarze, to powinni od razu dobrze grać.
Po pierwsze, naprawdę dobrych piłkarzy nie ma zbyt wielu nawet w polskiej ekstraklasie, a co dopiero na III szczeblu ligowym. Poza tym, nawet gdyby stworzyć drużynę tylko z „dobrych” piłkarzy, to gdyby weszli do drużyny BUDOWANEJ PRAKTYCZNIE OD PODSTAW, to i tak potrzebowaliby tych kilku meczów w jednym zestawieniu żeby zacząć W MIARĘ dobrze grać. Tymczasem my jesteśmy dopiero na etapie selekcji zawodników na poszczególnych pozycjach, a niektórzy nowo pozyskani piłkarze nie zaliczyli nawet wspólnego obozu z drużyną. A gdzie tu w ogóle można mówić o jakimkolwiek zgraniu. no i to musi być widoczne np. na tle takiego poukładanego Jastrzębia.
No więc moja rada, dla najbardziej niecierpliwych – zróbcie sobie długie wakacje od GieKSy, dla własnego zdrowia psychicznego. 🙂
SKalpel
9 lipca 2019 at 09:50
Nic dodać , nic ująć , wszystko na tenat…