Dołącz do nas

Felietony

Eliminacja mankamentów, pielęgnacja potencjału – refleksje po Zniczu

Avatar photo

Opublikowany

dnia

No i po zawodach, można by rzec. Długie oczekiwanie na pierwszy mecz ligowy i skończyło się w sposób dla nas bardzo znany, czyli porażką u siebie na inaugurację. Trzeba by naprawdę ze świecą poszukać drugiej drużyny na świecie, która nie dość, że startuje tyle razy z rzędu u siebie (w sumie sześć), to jeszcze cztery ostatnie razy kończy porażką w tym pierwszym meczu. Można więc powiedzieć, że historycznie trzeba było być na to przygotowanym. Część kibiców była też przygotowana z tytułu życiowego czarnowidztwa. Ale była też spora ilość osób, które wierzyły, że tym razem będzie inaczej, przełamiemy kompleks inauguracji i w ogóle meczów na własnym boisku.

GieKSa zaczyna nowe życie. Już nie w lidze szuwarowo-bagiennej, a w lidze paździerzowej (cytat z jednego z kibiców). Stosując pewną gradację, można powiedzieć, że polskie drużyny w europejskich pucharach dostają po tyłku, ale w ekstraklasie wiodą prym (ogólnie, a nie w tym sezonie). Ci którzy są za słabi na ekstraklasę, grają w pierwszej lidze. A ci, którzy są za słabi na pierwszą, trafiają do drugiej. To taka luźna refleksja dotycząca poziomu sportowego, jakiego możemy w tej drugiej lidze oczekiwać. Niestety poziomu, który będzie tworzony także przez nasz zespół i bardzo ważnym zadaniem będzie po prostu od tego poziomu ligi nie odstawać.

Często jest tak, że spadkowicze mają problem na początku kolejnego sezonu w lidze niższej. Każda liga ma bowiem swoją specyfikę i jeśli ktoś uważa, że ligę niżej będzie grało się łatwiej, a „nasza” ekipa jest faworytem, to jest w dużym błędzie. Co potwierdza rzeczywistość raz za razem.

GieKSa ze Zniczem rozegrała jeden z najbardziej dziwnych meczów, które widziałem. Pierwsze skojarzenie, które mi przychodzi do głowy to spotkanie Austria – Polska na Euro 2008, kiedy to Austriacy cisnęli nas niesamowicie, mieli setki, dwusetki, ale cuda wyczyniał Artur Boruc, wszystko w pierwszej połowie wybronił, a Polska nagle wyskoczyła jak Filip z konopi i strzeliła gola. Dzisiaj aż takiej dysproporcji nie było, ale coś podobnego już tak. Różnica polega na tym, że my dwustuprocentowych sytuacji nie mieliśmy, ale oddawaliśmy dużo strzałów, graliśmy kombinacyjnie, z pierwszej piłki, strzelaliśmy z pola karnego i spoza jego obrębu. Oddawaliśmy celne strzały (co w ostatnich latach nie jest regułą). Znicz był zepchnięty do defensywy i dla laika było oczywistym, że GieKSa ten mecz wygra. Natomiast kibic GieKSy oczywiście obawiał się, że zaraz oddamy pole i nas wypunktują. I to już nie było wspomniane „życiowe czarnowidztwo” tylko zwykłe, rzetelne doświadczenie stałych bywalców z Bukowej. Oczywiście była nadzieja, że „tym razem będzie inaczej”, ale nie było. Dodatkowo Znicz wzmógł to, co znamy i nie strzelił nam dwóch goli (co zdarzało się zdecydowanie najczęściej), a trzy. I to do przerwy. Nokaut, z którego ciężko się było podnieść.

W drugiej połowie już nic dziwnego nie było – mieliśmy normalną kolej rzeczy. Rywal grał spokojnie, GieKSa biła głową w mur i wymęczyła tylko jednego gola.

Patrząc na opinie kibiców, zdania są mocno podzielone. Jedni uważają, że dramat, żenada i generalnie wszystkie standardowe słowa, które znamy doskonale z poprzednich sezonów. Inni widzą jakieś plusy, pamiętają o tym dobrym początku meczu, widzieli walkę. Dowodem była reakcja kibiców po końcowym gwizdku i wsparcie dla zespołu.

Ja osobiście uważam, że ten mecz pokazał kilka rzeczy. Po pierwsze, że jest potencjał ofensywny w tej drużynie. Jeśli tak mało zgrana ze sobą ekipa potrafi stworzyć kilka akcji tak jak na początku meczu, dojść do sytuacji strzeleckich i te strzały oddać, to jest to powód do optymizmu. Dodatkowo nie uczestniczyło w tej grze dwóch zawodników, tylko naprawdę kilku. Był Błąd, Wroński, Stefanowicz, Rumin, Kiebzak czy Rogala. Nie oznacza to, że wszyscy grali super, ale byli nabuzowani i każdy z nich miał jakiś udział w tym początkowym szturmie. Trzeba tę ofensywę pielęgnować, wiedzieć, że jest zalążek i nie zmarnować tego, tak jak rok temu zostało zmarnowane po kilku kolejkach, co było jednym z grzechów głównych Jacka Paszulewicza.

Na tym plusy się kończą, a zaczynają problemy. Tak jak to, że sytuacje nie zostały wykorzystane i cały czas mieliśmy zero po stronie zysków. Przypomniał się koszmar Daniela Rumina z poprzedniego sezonu. Co prawda takiej sytuacji jak w meczu w Nowym Sączu wówczas nie miał, ale dzisiaj powinien był strzelić co najmniej jednego, jeśli nie dwa gole. Upodobał sobie jednak trafianie w bramkarza.

O ile jednak nieskuteczność to coś, co daje nadzieję na poprawę (najważniejsze, że sytuacje są), to niepokój można mieć o defensywę i grę defensywną całego zespołu. I tu zdania wśród kibiców są podzielone, na ile winę za utratę bramek ponoszą obrońcy, a na ile również pomocnicy, którzy dopuścili do tego, że w ogóle jakiekolwiek zagrożenie pod naszą bramką mogło powstać. No niestety – dużym minusem jest to, że z tak dużej przewagi w początkowej fazie meczu, rywal wyszedł bez szwanku, a dodatkowo bez większego problemu przeniósł ciężar gry pod naszą i również bez większego problemu strzelił trzy gole. Przyznam, że jeśli chodzi o początek bramkowych akcji, poczekam do obejrzenia obszerniejszego skrótu niż ten z TVP, ale widząc same gole, to niestety trzeba powiedzieć, że bardzo zawiedli ci, którzy przecież tę drużynę powinni trzymać w ryzach – doświadczeni Jędrych i Dejmek. Przy pierwszym golu zakręcili się niczym na karuzeli, przy drugim Dejmek staranował (?) rywala (czy to było na karnego?), przy trzecim również Dejmek w łatwy sposób dał się ograć rywalowi z szybką nogą – kryjąc na radar. Dodatkowo trzeba by przyjrzeć się wielu innym akcjom Znicza, po których musiał interweniować Mrozek. Wygląda na to, że problem z defensywą nie jest rozwiązany i na tym będzie musiał skupić największą uwagę Rafał Górak. Pół biedy bowiem, gdybyśmy jeszcze te swoje sytuacje wykorzystali. Strzelając jednak w meczu zero bramek, będzie wystarczył tylko jeden błąd, by przegrać mecz. A my tych błędów nie robimy jeden, tylko wiele.

Ogólnie nie ma co popadać w jakiś wielki pesymizm, bo mimo wszystko ten wynik nie oddaje do końca przebiegu meczu. Dobrze, że przynajmniej Jędrych to skorygował swoim trafieniem. Znicz za wyrachowanie, chłodną głowę i wypunktowanie jak najbardziej zasłużył na zwycięstwo, ale raczej trudno przewidywać, że wszyscy przeciwnicy będą tak wyrachowani, a my będziemy ciągle płacić frycowe.

Tak jak powiedział trener Górak, zabrakło doświadczenia i umiejętności. Niestety po początkowym zrywie mało dali boczni obrońcy, jak również pomocnicy. Walki zespołowi odmówić nie można było, ale widoczne było zmęczenie. Szkoda, że rezerwowi nie podnieśli poziomu drużyny, a takie sytuację, jak w samej końcówce miał Urynowicz, trzeba rozwiązywać bardziej rozważnie, z większą starannością, bo jednak dobitka z 20 metrów po ziemi w gąszcz przeciwników nie jest zbyt dobrym pomysłem.

Nie ma tragedii, ale do zachwytów również daleko. Przede wszystkim trzeba poprawić grę obronną, bo taka postawa, jak w meczu ze Zniczem może spowodować kuriozalną sytuację, że będziemy w danym meczu naprawdę dużo lepsi, ale rywal zrobi dwie akcje i strzeli dwa gole. Pamiętajmy jednak również o pracy z ofensywą i nad skutecznością.

Niech trener pracuje z zespołem i poprawia to, co zostało uwidocznione jako mankament i niech wzmacnia to, co pokazało się jako potencjał. Za tydzień katowiczanie grają z Gryfem Wejherowo, co będzie zupełnie innym spotkaniem. W sobotę będziemy mieli okazję sprawdzić, jak postępuje rozwój tej drużyny.

9 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

9 komentarzy

  1. Avatar photo

    Nerwus

    28 lipca 2019 at 19:57

    Żydki wygrały tam na farcie, będzie ciężko, remis będzie naszym sukcesem

  2. Avatar photo

    Piki

    28 lipca 2019 at 20:26

    Cytując po części klasyka … „to , że jesteśmy w dupie to wiemy , problem w tym , że NIE umiemy zacząć się w niej urządzać”

  3. Avatar photo

    Roh

    28 lipca 2019 at 21:07

    Ja tam nie widze dużo pozytywów. Prawda jest taka, ze niektorzy nasi zawodnicy nie nadaja sie nawet na ten poziom. A to co wyprawiaja w obronie Jendrych i Dejmek to piłkarski kryminał.

  4. Avatar photo

    Mleczak

    28 lipca 2019 at 23:03

    Nadzieja była, jest i będzie. Również bez większych oczekiwań szedłem na mecz, ale wybaczcie z kolejną wyprawą poczekam aż się w końcu zgrają, stworzą monolit, zbiorą doświadczenie etc. Szkoda mojego czasu, a może po prostu przynoszę im pecha…Poczekam aż się przełamią, albo może zrobią nawet jakąś serię. Oprócz miłości do barw mam jeszcze poczucie dobrego smaku…

  5. Avatar photo

    KaTe

    29 lipca 2019 at 00:50

    Wiosną najlepiej w obronie grali Remisz z Jędrychem. Ale ktoś uznał, że lepszy będzie powolny grubasek Dejmek…
    A jeśli chodzi o atak, to zadziwia mnie nieustająca wiara w Rumina. Facet dużo biega, ale snajperem nie jest i chyba nie będzie. Może lepiej go ustawić na skrzydle – słabszy od tego boroka Kiebzaka nie będzie

  6. Avatar photo

    Irishman

    30 lipca 2019 at 11:07

    @Mleczak, a nie będzie Ci później szkoda, że nie byłeś przy tym jak właśnie rodziła się drużyna, która za chwile będzie nam przynosić mnóstwo radości?
    Bo ja im więcej czasu mija od meczu im więcej oglądam jego skrótów, im bardziej chłodno o nim myślę tym bardziej rośnie we mnie wiara, że coś z tego będzie! Bo ja naprawdę nie spodziewałem się aż tak dobrej gry w ofensywie! Oczywiście „dla równowagi” gra obronna „koncertowo” zawiodła. Napewno więc trzeba to zbalansować, dokonać kilku odważnych zmian personalnych (w końcu selekcja tak naprawdę ciągle trwa) czy w ustawieniu, poćwiczyć wzajemną asekurację i myślę, że będzie tylko lepiej!

  7. Avatar photo

    pablo eskobar

    30 lipca 2019 at 14:17

    Przy trzeciej bramce poprostu jakas masakra gosc tylem do bramki przyjmuje pilke obraca sie i strzela gola przy biernosci dwoch naszych kopaczy tak sie w B klasie niegra

  8. Avatar photo

    funclub

    31 lipca 2019 at 04:54

    „Tak jak powiedział trener Górak, zabrakło doświadczenia i umiejętności.”
    Pytanie zasadnicze, kto odpowiada za taki dobór zespołu?
    Może taniej, szybciej i lepiej pozbierać uczniów po osiedlowych boiskach szkolnych?
    Niech sobie chłopaki pokopią na prawdziwym stadionie trochę i pojeżdżą po Polsce.

  9. Avatar photo

    Ab

    31 lipca 2019 at 09:32

    Doświadczenie będą zbierać z kolejnymi batami natomiast ich umiejętności były, są i będą na tym samym niskim poziomie. Jeśli piłkarsko byliby lepsi to już dawno nie graliby tam skąd przyszli. Duet G-G kieruje się jednak innymi kryteriami niż umiejętności piłkarskie, wystarczy biegać tam i z powrotem i ćwiczyć na siłowni. No a piłka może trochę przeszkadza no ale co zrobić musi być.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.

Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.

I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…

Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.

Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.

Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.

Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.

Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.

Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.

Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.

Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.

Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.

Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.

I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!

Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.

Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.

Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.

Wesołych Świąt!

PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Powrót króla na złote miejsce

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.

Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.

Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak:
Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.

Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak:
To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.

Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.

Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.

Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak:
Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.

Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak:
Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.

Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak:
Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.

Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.

Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak:
Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.

Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.

Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.

Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Wesoły nam mecz dziś nastał

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W Wielką Sobotę wygraliśmy na własnym boisku 1:0 z Wisła Płock, a decydującego gola, w doliczonym czasie gry, zdobył Lukas Klemenz. Do kolejnej galerii zaprasza Was Kazik.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga