Dołącz do nas

Felietony Kibice Stadion

List kibica GieKSy do redaktor Anity Gargas

Avatar photo

Opublikowany

dnia

„Magazyn śledczy” wyemitowany w TVP, w którym rzekomo skupiono się na „miejskim układzie” pod wodzą prezydentów Uszoka i Krupy, a tak naprawdę poświęcono go głównie torpedowaniu budowy nowego stadionu miejskiego, na którym miałby grać nasz klub, wywołał dużo emocji wśród GieKSiarzy. Poniżej prezentujemy list jednego z fanów GKS Katowice do redaktor Anity Gargas.

Szanowna Pani Redaktor!

Jestem Pani fanem. Aczkolwiek nie wiem, czy nie powinienem napisać „byłem”? Chodzi o Pani ostatni program o Katowicach. Powiem szczerze, że gdybym zobaczył tylko sam środek materiału, to nigdy w życiu bym nie uwierzył, że jest on Pani autorstwa. Ale do rzeczy. Ja oczywiście nigdy nie broniłbym niczego, co jest niezgodne z prawem itp. Tylko że Pani materiał właściwie nic takiego nie pokazał, a jedynie przedstawił efekty działań prezydentów Uszoka i Krupy. I to niestety w sposób dość jednostronny, prezentując zdanie raczej osób krytykujących. Tymczasem mam wrażenie, że ogromna większość mieszkańców mojego miasta ma na ten temat odwrotne zdanie. W końcu nieprzypadkowo obaj prezydenci zdobywali tak wysokie poparcie w kolejnych wyborach. I absolutnie nie chodzi o to, że zamierzam tu bronić personalnie panów Krupy czy Uszoka, ale efektów ich działań już tak.

No więc po kolei:

Galeria handlowa. Fakt, z lotu ptaka wygląda to co najmniej nieciekawie. Ale stojąc przed nią już nie tak źle, a tym bardziej gdy ma się w pamięci ohydny, śmierdzący spalinami plac autobusowy, który był w tym miejscu, a szczególnie obrzydliwy, brudny dworzec PKP, rodem z PRL, który widniał w tle. Dziś mamy nowoczesny dworzec kolejowy, podziemny dworzec autobusowy, podziemne parkingi, na których można sobie postawić ZA DARMO samochód, na krótki czas, wystarczający, aby załatwić jakieś sprawy w centrum. I oczywiście może się to nie podobać jakimś zafiksowanym na tle ostatnio modnej do granic absurdu ekologii. Ale ja, osoba, która ma trudności z poruszaniem się, akurat bardzo sobie to cenię!

Rynek. Czy można go było przebudować jakoś inaczej? Może i tak, bo osobiście zburzyłbym te wstrętne post PRL-owskie domy handlowe i biura, a następnie odbudował na tym miejscu kamienice na wzór tych, które zostały zniszczone przez komunę. Ale koszty czegoś takiego byłyby niebotyczne, a grono krytykujących zapewne znacznie, znacznie większe. Po prostu tu bardzo trudno było naprawić to, co zniszczyły władze PRL. Natomiast co do szaletów, to one DZIĘKI BOGU zasłoniły ten postsocjalistyczny widok na długą aleję, rodem jakby z ZSRR, czy NRD, zamknęły w pewien sposób rynek, czyniąc go właśnie „rynkiem”. Poza tym jeśli ktoś nie wie, że to są akurat szalety, to pewnie mu to aż tak bardzo nie przeszkadza.

Festiwale. Nie znam szczegółów akurat tego krytykowanego w Pani programie. Ale muszę powiedzieć, że na mnie, katowiczaninie z urodzenie ogromne wrażenie robi to, jak moje miasto postawiło na kulturę, za czasów tak prezydenta Uszoka, jak i Krupy. Katowice były w zamyśle komunistycznych władz jedynie „sypialnią” dla tak zwanych „mas parujących” w okolicznych hutach czy kopalniach. Ja doskonale pamiętam, jak tu życie zamierało około godziny 21. Obecnie w Katowicach, tylko samych większych i mniejszych festiwali muzycznych odbywa się blisko 30 w roku, do tego liczne wydarzenia teatralne, czy inne. Cóż, jeśli któreś z tak wielu akurat nie wypaliło, to oczywiście trzeba to przeanalizować i wyciągnąć wnioski. Mimo wszystko jednak działania miasta w sferze kultury wychodzą zdecydowanie na ogromny plus!

Poza tym wszystkim, aby rzetelnie ocenić ten nasz katowicki „zabetonowany układ” to wypadałoby wspomnieć także o jego niewątpliwych sukcesach jak choćby przebudowa ronda, stworzenie Katowickiej Strefy Kultury z piękną siedzibą Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia oraz wspaniałą nową siedzibą Muzeum Śląskiego, wybudowanie obok Centrum Kongresowe, wyremontowanie siedziby Filharmonii Śląskiej, uczynienie z Katowic miasta przyjaznego turystyce rowerowej z całą, potężną siecią wypożyczalni rowerów miejskich itp.

Ale żeby nie było tak słodko! Jedna rzecz kładzie się moim zdaniem (i zdaniem wielu podobnie myślących katowiczan) dużym cieniem na moim mieście i jego władzach. Jest nim brak porządnej infrastruktury sportowej. OK, mamy Spodek… tylko że on swoje najlepsze lata świetności ma już daleko za sobą i już zdecydowanie przegrywa z nowoczesnymi, budowanymi obecnie halami. Poza tym to naprawdę wstyd, aby tej wielkości miasto nie miało porządnego basenu, a przede wszystkim STADIONU! Owszem jest Stadion MIEJSKI (kiedyś GKS Katowice), na którym swoje mecze rozgrywa GieKSa, a kiedyś grał tam także wspomniany w reportażu Rozwój Katowice. Tylko że ten stadion, który w obecnym kształcie powstał ponad 30 lat temu, tak naprawdę nigdy nie został dokończony! No, a już nawet wręcz niezręcznie mi wspominać o przy stadionowym „parkingu”, który nie dość, że nie mieści wszystkich chętnych do obejrzenia meczów na Bukowej (nawet przy tej obecnie takiej sobie frekwencji), to wręcz urąga dzisiejszym standardom. Powtórzę, ten stadion, w obecnym kształcie to jest WSTYD dla tej wielkości europejskiego miasta!!! Niestety środowiska sportowe, które pominęła Pani  w swoim programie, od lat bezskutecznie walczą o jego modernizację i są zwodzone przez władze Katowic. Kilka lat temu powstał nawet projekt takiego zmodernizowanego stadionu, który niestety trafił do miejskich szuflad, a z nim kilka milionów złotych, które pochłonął. Pani Redaktor, dziś to trzeba by zrobić magazyn śledczy, dlaczego ten stadion jeszcze nie powstał, a nie odwrotnie!!!

Mam też niestety trochę uwag do rzetelności argumentów, które padły w Pani programie:
1. Porównanie kwot wydanych na budowę stadionów w Tychach czy Bielsku-Białej do tej, która ma być wydana w Katowicach, jest po prostu bez sensu! Tam wybudowano jedynie stadion (i to kilka lat temu, gdy koszty budowy było o 10-15% mniejsze!!!), a w Katowicach ma zostać wybudowany cały KOMPLEKS SPORTOWY z halą sportową, boiskami treningowymi, ścieżkami rowerowymi i to na nieuzbrojonym, dziewiczym, naruszonym przez szkody górnicze terenie, gdzie dziś po prostu rośnie las. Szczerze mówiąc, nie tylko mnie ta lokalizacja trochę zdziwiła, ale rozumiem, ze autorzy tego pomysłu chcieli przy okazji przywrócić do życia, tą trochę zapomniana część miasta.

2. Po co miastu stadion, skoro jest Stadion Śląski w Chorzowie? Tylko że na ten stadion jest niedaleko z każdego miasta Metropolii Śląskiej, a jednak nowe stadiony w Gliwicach, Zabrzu, Tychach już stoją, budowa stadionu w Sosnowcu właśnie ruszyła. Mało tego, nawet Chorzów planuje budową nowego stadionu! A dlaczego? No bo niestety trzeba się popisać niezłą ignorancją tematu, aby nie brać pod uwagę np. kosztu organizacji meczu na takim molochu jak Stadion Śląski, który pochłonąłby lwią część budżetu każdego klubu, który miałby tam rozgrywać swoje mecze!

3. Nie wiem skąd twierdzenie, że Katowice budują klubowi stadion? Jak już wspomniałem powyżej: GKS Katowice już dziś nie ma swojego stadionu, a tym na którym występuje, administruje dzisiaj katowicki MOSiR, a klub jest tu jedynie świadczeniobiorcą. To ma być stadion miejski, na którym oprócz meczów mogłyby się odbywać także imprezy pozasportowe, jak to jest na całym świecie!

4. Pieniądze, które miasto wykłada dziś GKS Katowice, są przeznaczone nie tylko na II-ligową sekcję piłki nożnej, ale także na ekstraklasowy hokej i siatkówkę, o czym nie wspomniano w Pani programie.  Nawiasem mówiąc miasto, przejmując we władanie klub, po prostu naprawiło swój wcześniejszy, ogromny błąd, gdy kilka lat temu oddało go w ręce niejakiego Ireneusza Króla. Ten człowiek mało nie zniszczył GKS Katowice, tak jak niestety później zniszczył Polonię Warszawa.

5. Niestety wybrała sobie Pani bardzo nieprzychylnych, żeby nie powiedzieć wrogich klubowi rozmówców, jak choćby pan radny Durał. Hitem było jego stwierdzenie, że on nie jest przeciw stadionowi miejskiemu, tylko przeciw stadionowi dla GKS-u Katowice. Czyli rozumiem, że jeśli takowy jakimś cudem w końcu jednak powstanie, to będzie mógł grać na nim każdy klub tylko nie GieKSa???

Poza tym dziś tak, jak każda firma, także każde miasto potrzebuje dobrej promocji, aby pozyskać dla siebie mieszkańców, przyciągnąć biznes itp. Najlepszym tego narzędziem jest sport, a już szczególnie piłka nożna! No więc osobiście nie rozumiem tych bezpardonowych ataków na prosportowe działania także miasta Katowice!

Szanowna Pani Redaktor, naprawdę, aby zachować obiektywizm, wypadałoby oddać głos także drugiej stronie, czyli w tym wypadku zwolennikom budowy stadionu. Liczę gorąco, że tak dobra dziennikarka jak Pani jakoś naprawi ten błąd.

Pozdrawiam serdecznie łącząc wyrazy szacunku

Grzegorz Adam Czerwiński

9 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

9 komentarzy

  1. Avatar photo

    Marcin z Wełnowca

    29 stycznia 2020 at 21:15

    Dobry tekst.Gratuluję.

  2. Avatar photo

    Suporterwnc

    29 stycznia 2020 at 22:13

    No widzisz. Musial byc program o „ukladzie” w Katowicach, zebys przejrzal na oczy. Nie kumam, jak mozna napisac, ze jest sie fanem tej- pozal sie Boze- dziennikarzyny- choc i to pewnie jest obraza dla dziennikarzyn.
    Jesli chodzi o strone merytoryczna Twojego tekstu to trudno sie nie zgodzic z przedstawionymi argumentami. Choc- jak wielu z Was- i mi noz sie otwiera w kieszeni jak slysze od tylu lat ta sama spiewke z ryjow magistrackich- inaczej sie nie da nazwac – ciaglego robienia nas w huja.
    Mam nadzieje, ze teraz, wywolani do tablicy- chocby na przekor- wezma sie w koncu porzadnie do roboty w temacie stadionu.
    Pozdro

    • Avatar photo

      Silence

      30 stycznia 2020 at 08:50

      Ciekawe co dawny prezydent Uszok zrobił z łopatą.Ile to już lat walczymy My jako kibice o stadion.Za niedługo będziemy obchodzić 60 lecie klubu a nasza stara Bukowa jak stała tak stoi.

  3. Avatar photo

    1964 GKS

    30 stycznia 2020 at 10:22

    Budować tylko nowy stadion miejski za te 300 baniek a resztę się dobuduje( hala na siatkę i boiska treningowe) ewentualnie jak będzie boom na siatkę, tak jak było na Bukowej, była trybuna Północna, były mecze w pucharach ale jak skończyła się era „Magnata” to trybunę wyburzono. A co do rowerów, gość w tym programie chce więcej ścieżek rowerowych ale kibic piłkarski już nie może chcieć nowego stadionu… żenada do potęgi n-tej

  4. Avatar photo

    Kibic

    30 stycznia 2020 at 14:41

    Czlowieku nie wiem z jakiego pokolenia jesteś ale chyba cos z tobą nie tak i ktoś bardzo cie skrzywdził. Toaleta na środku rynku bardzo ci sie podoba to tam wrzuć ten twój list. Od lat my kibice jestesmy nabijani w butelkę ze stadionem. Wybory projekt łopata kosz. Nie wiem kiedy ludzie przejrzą na oczy i zarzadaja rozliczenia od władz . Stara gwardia trzyma się krzeseł i łatwo ich nie póści. Dopóki ludzie sie nie zmobilizują to nic w tym miescie sie nie zmieni. A Ty pupilu władców jedz z listem do warszawy i oddaj panią Gargas do sądu to bedzie was dwoje. Pan radny nie pała miłością do GKS-u. Polecam kolejny jego pomysł warto poczytać w infokatwice.

  5. Avatar photo

    A

    30 stycznia 2020 at 15:47

    Co do Pana Radnego to zgadzam sie w 100%. Jest to osoba ktora pragnie zniszczyc GKS. Jest to osoba szukajaca rozglosu dlatego tez ma coraz glupsze pomysly.

  6. Avatar photo

    mekail

    30 stycznia 2020 at 20:14

    Pytanie z emigracji do tych co są na miejscu i kumają lokalne układy:
    skoro TVPiS wzięło na celownik stadion to znaczy, że coś się zmieniło i funkcjonująca przez lata sztama Uszok(ałeś nas) i Krupy z PiSem to już przeszłość?
    Niech ktoś wyjaśni czym Krupa sobie przeskrobał, że Kurski poszczuł władze Katowic psami, znaczy „niezależnymi i obiektywnymi dziennikarzami śledczymi”?

  7. Avatar photo

    Grzegorz

    31 stycznia 2020 at 16:10

    Szkoda słów układ jest był I będzie a stadion wystarczy 2000 krzesełek góra 2500 bo frekfencja jaka jest każdy widzi a jeszcze jedno kolego wazeliny to masz cały kibel Katowice miasto ogrodów nie miasto przyjazne dewloperom.

  8. Avatar photo

    do mekail

    3 lutego 2020 at 00:18

    PiSlamiści tak serwują propagandę jak im wygodnie. Jak trzeba było poparcia to nawet zwolennik lgbt i przyjmowania nielegalnych imigrantów czyli krupa był przyjacielem. Pamiętasz chorzowską fankę czyli Blidę jak się zastrzeliła? Dzień wcześniej właśnie gargasówka nadała w reportaż o „mafii węglowej”.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga