Piłka nożna Prasówka
Doniesienia mass mediów przed meczem GKS Katowice-GKS Tychy: Kto postraszy w derbach?
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień na temat meczu GKS Katowice – GKS Tychy.
sportdziennik.com – Kto postraszy w derbach?
GieKSa do sobotniej konfrontacji z imiennikiem z Tychów przystąpi bez powołanego do reprezentacji Filipa Szymczaka. Trener Rafał Górak musi zdecydować, czy zastąpić go w ataku Filipem Kozłowskim, czy Patrykiem Szwedzikiem.
[…] Teraz Szymczak znów został wezwany „pod broń” narodową, ale klub postąpił już inaczej i postanowił rozegrać derby z imiennikiem z Tychów w normalnym terminie.
– To była planowana sytuacja zważywszy na nasz udział w Pucharze Polski. Skoro wygraliśmy w Zambrowie i znaleźliśmy się w kolejnej rundzie, to wiemy, że jedna z następnych śród będzie zajęta. Poza tym, zawsze i bez względu na wszystko uważam, że takie przerwy dla drużyny nie są zbyt dobre. Podczas tej wrześniowej bardzo fajnie wpadł nam do kalendarza Banik. Przyjechali kozacy, zagrali z nami i to było dla nas dobre. Teraz od początku skłanialiśmy się ku temu, by nie przekładać meczu – tłumaczy trener GieKSy, Rafał Górak, który w II-ligowym okresie rzekł swego czasu, że żaden zawodnik nie jest tak wielki, aby z jego powodu przenosić ligowe spotkanie na inny termin.
Nie zmienia to faktu, że do derbów z Tychami katowiczanie przystąpią osłabieni – bo tak trzeba nazwać brak najlepszego napastnika w konfrontacji z rywalem zza miedzy, śrubującym świetną serię i mogącym przy tym pochwalić się czwartą najlepszą defensywą pierwszej ligi. Tyszanie stracili ledwie 9 goli – a to przy aż 24 GieKSy robi różnicę. W Katowicach muszą kombinować nie tylko, jak poradzić sobie w tyłach, ale też zadbać o przód. Szymczak, wypożyczony przed sezonem z Lecha Poznań, zaczynał w wyjściowym składzie 10 z 11 dotychczasowych ligowych spotkań. Zdobył 3 bramki. Można strzelać w ciemno, że grałby nawet nie będąc młodzieżowcem, a tak – status ten jest jego dodatkowym atutem. W jedenastce nie znalazł się tylko w Polkowicach, bo po powrocie ze zgrupowania młodzieżowej reprezentacji miał lekki dołek.
– Wrócił do nas trochę wyjałowiony, zasmucony, bo w ogóle nie grał. Wiadomo, że każdy chciałby złapać jak najwięcej minut. Mam nadzieję, że ten wypad na kadrę okaże się dla niego udany, wróci do nas i pójdziemy wspólnie do przodu – mówi Górak. Pierwotnie Szymczak był powołany do kadry U-21, ale ostatecznie znów wylądował na zgrupowaniu „młodzieżówki”, jako że kontuzja wyeliminowała Dennisa Jastrzembskiego z Herthy Berlin.
Sztab szkoleniowy musi GieKSy zastanowić się, kto w sobotę zastąpi Szymczaka – czy Patryk Szwedzik, czy jego imiennik Filip Kozłowski. Naturalniejszym wyborem wydaje się Szwedzik. Jest młodzieżowcem, co już załatwia jeden problem, bo nie trzeba szukać dla niego miejsca w innym sektorze boiska. Dał już w tej rundzie kilka sygnałów, że progresuje. Zaliczył bardzo dobrą zmianę w meczu z Arką (2:4) kiedy strzelił gola i obsługiwał kolegów dobrymi podaniami. W nagrodę kilka dni później zaczął od pierwszej minuty spotkanie w Polkowicach (1:1), ale ono akurat mu nie wyszło. Dwa razy znalazł się w dobrej pozycji strzeleckiej, ale nie trafił czysto w piłkę. Ostatniej niedzieli ze Stomilem (2:1) znów w roli zmiennika zaplusował. To on w ostatniej akcji meczu zaliczył asystę przy bramce Bartosza Jaroszka. Wystawił mu piłkę będąc tyłem do bramki i z rywalami na plecach, niczym rozgrywający do środkowego w siatkówce.
W nowej dla siebie rzeczywistości znalazł się z kolei Filip Kozłowski. Był czołowym strzelcem GieKSy w poprzednim sezonie, napastnikiem nr 1, a jego 12 goli przyczyniło się do awansu. Teraz 26-latkowi pozostaje rola zmiennika. Od pierwszej minuty zagrał tylko raz, w Pucharze Polski z IV-ligową Olimpią Zambrów. Zdobył bramkę na wagę awansu – i jest to jego jedyne w tym sezonie trafienie. W lidze grywa ogony. Pojawiał się na boisku w każdym meczu, ale łącznie rozegrał niewiele ponad 200 minut – średnio niespełna 20 na spotkanie. Kibice zauważają po jego mowie ciała, że taka sytuacja snajperowi nie pasuje. Choć trzeba pamiętać, że Kozłowski nigdy nie był wulkanem ekspresji, zawsze był raczej oszczędny w gestach i słowach.
– Filipa jeszcze nie tak dawno wyciągnąłem niemalże z ostatniego autobusu do jego rodzinnej Kruszwicy – przypomina Górak.
– Wracał do siebie po przygodzie z Rozwojem Katowice i miał już inne plany na życie (miał zostać strażakiem – dop. red.). Stało się tak, że znaleźliśmy się wspólnie w Elanie Toruń. Zrobiliśmy razem dużo, ale to była trzecia liga. Potem razem przeżyliśmy drugą ligę. Bardzo pomógł mi w Toruniu, w Katowicach też mam do niego ogromne zaufanie i jestem pewny, że jeszcze pomoże. Zdaję sobie sprawę, że bardzo chciałby grać więcej, wychodzić w podstawowym składzie. Życzę mu powodzenia. Ze Stomilem dał bardzo dobrą zmianę, uruchomił nas z przodu. Może w tym ustawieniu, w jakim teraz jesteśmy (z wahadłowymi i trójką środkowych obrońców – dop. red.) dla Filipa będzie więcej czasu i miejsca. Może grać jako jeden z trzech zawodników ofensywnych, przy napastniku: czy to Szymczaku, czy Szwedziku – zaznacza szkoleniowiec GieKSy. Może zatem będzie tak, że prawidłowa odpowiedź na pytanie: „za Szymczaka zagra Kozłowski czy Szwedzik?” brzmieć będzie… obaj.
Zapraszamy na stadiony. Wybiórcza pamięć
W ligowej tabeli jedenastki z Katowic i Tychów dzieli przepaść. Drużyna trenera Artura Derbina zajmuje miejsce na podium, natomiast GieKSa uzbierała raptem 10 „oczek” i wlecze się w ogonie tabeli.
Paradoks polega na tym, że to ekipa z Bukowej ma więcej strzelonych goli niż jej najbliższy przeciwnik, co oczywiście jeszcze niczego nie przesądza. „Oszczędni” tyszanie mimo wszystko mają prawo czuć się faworytami sobotniej potyczki, bo defensywa ich przeciwnika jest tak dziurawa, że przy niej nawet szwajcarski ser mógłby uchodzić za monolit.
Z doświadczenia wiem, że dzielenie skóry na żywym niedźwiedziu bywa ryzykowne, wręcz niebezpieczne. W sobotniej potyczce na Bukowej jest tyle podtekstów, że aż głowa boli. Na stare śmieci wraca na przykład Krzysztof Wołkowicz, chociaż w innej koszulce. Jego mentorem był Rafał Górak i byłby chyba zawiedziony, gdyby jego były podopieczny pogrążył prowadzoną teraz przez niego drużynę. Katowiczanie mają ogromna ochotę, by zagrać na nosie przeciwnikowi, który od ośmiu kolejek nie znalazł pogromcy. W futbolu nie ma rzeczy niemożliwych, więc katowiczanie staną na głowie, by rywale nie ciągnęli z nich łacha. Tak jak w niedawnym meczu pewien zawodnik Odry Opole, który widocznie ma bardzo krótką pamięć i zapomniał, jaki łomot jego zespół zebrał od Miedzie Legnica (dwukrotnie) i Arki Gdynia.
Pomocnik obydwu klubów
Wśród zawodników, którzy łączą katowicki i tyski GKS, jest Lechosław Olsza. Pomocnik przez wiele lat był związany z Bukową, gdzie najpierw grał, a następnie pracował jako kierownik drużyny oraz trener.
Swoje największe sukcesy odniósł jednak z trójkolorowym trójkątem na piersi. W drużynie z Tychów sięgnął bowiem po wicemistrzostwo Polski i z niej trafił do drużyny narodowej, w której rozegrał dwa spotkania.
– To już stare dzieje, ale ciągle mi bliskie, bo mam swoje miejsce w loży gości i na tyskim, i na katowickim stadionie – mówi dziarski i ciągle uśmiechnięty 72-latek.
– W Tychach siadam razem z Kazikiem Szachnitowskim, Marianem Piechaczkiem czy Gienkiem Cebratem, który zapowiedział także swój przyjazd do Katowic. Tu natomiast mamy swoją paczkę z Frankiem Sputem, Jackiem Góralczykiem, Gerardem Rotherem i Stefanem Pietraszewskim, który dość często do nas dojeżdża. W takim mocnym gronie na pewno sobotni mecz będzie się oglądało jeszcze lepiej.
To, że tyszanie plasują się na trzeciej pozycji, a katowiczanie są dziesięć miejsc niżej, zdaniem Lechosława Olszy na boisku przy ulicy Bukowej nie będzie miało większego znaczenia.
– To są derby – dodaje pomocnik obydwu klubów.
– Z racji miejsca w tabeli, ale także ostatniej dobrej passy tyszanie są oczywiście faworytem, ale spodziewam się twardej walki z obydwu stron – spekuluje Olsza.
– Trener Artur Derbin na pewno ma w swojej talii kilka mocnych kart, z Łukaszem Grzeszczykiem na czele. Jego gole w ostatnich meczach dawały drużynie punkty i na pewno Rafał Górak musi na kapitana tyszan zwrócić uwagę swoim zawodnikom. Krzyśka Wołkowicza, czyli wychowanka GieKSy, grającego teraz w GKS-ie Tychy i będącego mocnym punktem zespołu, też katowiczanie powinni wziąć pod lupę – choć jego nogę i trener Górak, i katowiccy zawodnicy na pewno dobrze znają. Każdy będzie się chciał pokazać z najlepszej strony dlatego liczę na emocjonujące widowisko – kończy Lechosław Olsza.
Z szacunku dla klubu, w którym się wychował
Krzysztof Wołkowicz pierwszy raz zagra na stadionie przy ulicy Bukowej w roli przeciwnika. Przed rozpoczęciem rundy jesiennej Krzysztof Wołkowicz na dwie daty w terminarzu zwrócił szczególną uwagę. Pierwszą, 12 września, czyli dzień swoich urodzin ma już za sobą i świętował podwójnie, bo GKS Tychy wygrał wyjazdowy mecz z Arką Gdynia 1:0. Ten drugi właśnie nadchodzi. W sobotę tyszanie zagrają bowiem z GKS-em Katowice, a wychowanek „GieKSy” pierwszy raz w swojej piłkarskiej karierze wybiegnie na murawę przy ulicy Bukowej jako przeciwnik.
[…] W sumie Krzysztof Wołkowicz w swoim macierzystym klubie rozegrał 126 spotkań, w których zdobył 10 bramek. W 2017 roku pożgał się jednak ze stadionem przy ulicy Bukowej, na który w sobotę wróci w koszulce GKS-u Tychy, w którym zagrał 20 razy i strzelił 3 gole.
– Choć w GKS-ie Katowice nie gram już piąty sezon to w tym czasie jeszcze nie miałem okazji zagrać na boisku przy ulicy Bukowej – dodaje podstawowy zawodnik tyskiego zespołu. – Zwykle do tej pory się „mijaliśmy”, a jedyny raz – gdy byłem w Wigrach Suwałki – to akurat leczyłem kontuzję i nie przyjechałem do Katowic. Przede mną więc ten pierwszy raz i w dodatku przeciwko trenerowi Rafałowi Górakowi, który nie tylko wprowadził mnie do seniorskiej piłki, ale jeszcze ściągnął z III-ligowej Kotwicy Kołobrzeg do II-ligowej Elany Toruń, z której trener Artur Derbin sprowadził mnie do I-ligowego GKS-u Bełchatów. Zagram więc także przeciwko szkoleniowcowi, którego bardzo cenię, ale to niczego w moim nastawieniu nie zmienia. Koncentruję się na tym, że to jest ważny mecz, w którym chcę zagrać najlepiej jak potrafię. Zdaję sobie sprawę, że będę biegał koło „Blaszoka”, ale tym bardziej będę się starał pokazać z jak najlepszej strony i wykonać swoje zadania najlepiej jak potrafię, bo tak właśnie zostałem wychowany jako piłkarz.
Moi koledzy, którzy kibicują „GieKSie” i są na każdym jej meczu też doskonale zdają sobie sprawę z tego, że wykonuję swoją pracę. Siedzą w piłce od lat i nie muszę im tego tłumaczyć.
Nie trzeba też niczego tłumaczyć samemu zawodnikowi, który w pierwszych meczach tego sezonu był motorem napędowym tyskiego zespołu strzelając gole i zdobywając punkty za asysty. Od meczu z Chrobrym Głogów w tej roli występuje już co prawda Łukasz Grzeszczyk, ale to nie znaczy, że Krzysztof Wołkowicz znalazł się na bocznym torze.
– Nikogo nie zaskoczę stwierdzeniem, że nie jest ważne kto strzeli, najważniejsze jest to, żeby wygrała nasza drużyna – zapewnia „Wołek”. – W meczu z Odrą Opole Łukasz Grzeszczyk zdobył dwie bramki, ale wszyscy, całą drużyną, cieszyliśmy się ze zwycięstwa. Zeszliśmy z boiska zadowoleni, bo ta nasza bardzo dobra seria urosła już do ośmiu ligowych spotkań bez porażki.
Od 17 września licząc sześć razy wygraliśmy i dwa razy zremisowaliśmy, a do tego doszedł jeszcze awans do Pucharze Polski. Dlatego jesteśmy szczęśliwi i chcemy kontynuować passę. Każdy będzie się starał zagrać jak najlepiej i ja także, ale jeżeli strzelę gola to nie będę manifestował swojej radości i myślę, że nikomu nie muszę tłumaczyć dlaczego – z szacunku dla klubu, w którym się wychowałem.
dziennikzachodni.pl – Sobotnie derby bez kibiców gości
W sobotę 9 października o godzinie 12.40 rozpoczną się derby GKS-ów z Katowic i Tychów. Na Bukowej nie będzie kibiców gości, którzy ponoszą konsekwencje zachowania podczas meczu z Widzewem.
Mecz z GKS-em Tychy to jeden z najważniejszych punktów sezonu dla kibiców GKS Katowice. Zespół z Bukowej do sobotniego starcia przystąpi podbudowany wywalczonym w dramatycznych okolicznościach zwycięstwem nad Stomilem Olsztyn, natomiast goście są na fali i gonią czołową dwójkę tabeli, marząc o bezpośrednim awansem do PKO Ekstraklasy.
Spotkanie zapowiada się znakomicie, ale na stadionie przy Bukowej zasiądą tylko kibice gospodarzy. Tyszanie ponoszą bowiem konsekwencje wydarzeń z meczu z Widzewem Łódź. Za zachowanie swoich fanów (racowisko, próba wdarcia się do sektora gości, konieczność wezwania na stadion policji) klub został ukarany grzywną w wysokości 5.000 zł, wyłączeniem części trybun na mecz z Odrą Opole oraz trzymiesięcznym zakazem wyjazdów zorganizowanych grup kibiców.
gkstychy.info – Raport przed meczem GKS Katowice – GKS Tychy
Po awansie do pierwszej ligi GKS Katowice grał bardzo otwarty futbol. Teraz widać, że są bardziej wyrachowani. Wiemy doskonale, że jest to bardzo ważny mecz dla kibiców. Spotkanie derbowe będzie toczyło się na trochę innych warunkach, bo każdy chce wygrać. Spodziewamy się ciężkiego meczu na trudnym terenie i przygotowujemy się do niego bardzo mocno – mówi Kacper Jędrychowski, asystent trenera GKS Tychy.
Piłka nożna Wywiady
Wasielewski: Tutaj się odnalazłem
Po wysokiej wygranej z Termalicą porozmawialiśmy z Marcinem Wasielewskim, reprezentującym w przeszłości barwy Termalici oraz z Mateuszem Kowalczykiem, wracającym na boisko po kontuzji.
Długo zastanawiałeś się nad przedłużeniem kontraktu?
Marcin Wasielewski: Zależy od punktu widzenia. Fajnie, że się po prostu dogadaliśmy i przedłużyłem kontrakt. Jest mi tutaj dobrze, świetnie się czuję. Fajnie, że będzie więcej o dwa lata.
Po twojej przygodzie z Termalicą dziennikarze mówili, że niekoniecznie się sprawdziłeś, a…
Nie lubię mówić o przeszłości. Są to pewne rzeczy, których wiele osób nie rozumie i nie wie. Tutaj się po prostu odnalazłem, dostałem większą szansę. Byłem w stanie pokazać na co mnie stać i myślę, że teraz nieźle to wygląda.
Teraz wiele osób ocenia cię jako najlepszego wahadłowego ligi.
Czy najlepszy? Znam swoją wartość, każdym meczem próbuję robić swoje i nie odpuszczać. Przede wszystkim nie mieć żadnych pretensji do siebie, robić wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli to tak fajnie wygląda, to się cieszę. Mam nadzieję, że będę to powielał w każdym kolejnym występie.
Fassbender już pewnie widział tę piłkę w siatce, a ty wyskoczyłeś mu zza pleców i wybiłeś za linię końcową.
Taktyka jest na początku trudna do zrozumienia, ale po okresie wdrożenia to są już automatyzmy. Robi się to automatycznie, intuicyjnie, nie zastanawia się nad tym. Po prostu to wychodzi – jeśli gra się ciągle tym systemem, to jest znacznie łatwiej. Mnie on odpowiada, bo mogę pokazać w całej krasie moje umiejętności, w grze do przodu i z tyłu.
Wybiegasz już myślami w europejskie puchary?
Przede wszystkim następny mecz. Piast Gliwice – to jest najważniejsze. Żadne puchary i myślenie gdzieś w przód. Najważniejszy jest zawsze następny rywal.
Pierwsza bramka w tym sezonie, od razu po powrocie po kontuzji.
Mateusz Kowalczyk: Dokładnie. Nie ukrywam, że siedziało mi gdzieś w głowie to, że nie strzeliłem, ale w końcu się udało. Wygraliśmy wysoko, chociaż wydaje mi się, że mecz nie porywał piłkarsko zarówno w moim wykonaniu, jak i drużyny. Cieszę się, że ta bramka przyszła, lekka ulga.
Jaki był plan na ten mecz?
Chcieliśmy zagrać swoje i strzelić jak najszybciej bramkę i cieszy, że to się udało w pierwszej połowie. Termalica naprawdę wyglądała dobrze piłkarsko, ale mieliśmy gdzieś łatwość z dochodzeniem do sytuacji, to był klucz.
Jaki był przekaz w szatni po tym, jak straciliście bramkę, która mogła dać wiatru w żagle rywalowi?
To nie było potrzebne. W szatni sobie powiedzieliśmy, że musimy zacząć lepiej grać w piłkę i więcej się przy niej utrzymywać, bo w pierwszej połowie za szybko się jej pozbywaliśmy, to nie było potrzebne.
Długo byłeś poza grą, jak czułeś się dziś na boisku?
Pogoda nie pomagała. W 60-70. minucie odczuwałem ten mecz, ale miałem dużo ćwiczeń dodatkowych, biegania. Też trenuję z drużyną ostatnie 1,5 tygodnia, fizycznie jest coraz lepiej. Te ostatnie trzy mecze będą jeszcze lepsze fizycznie.
Od początku był taki plan, że grasz te 60-70 minut?
Nie mam pojęcia *śmiech*. Trenera trzeba spytać.
Jesteśmy na trzecim miejscu, chyba możemy o tym mówić głośno, że w tym momencie, na tym etapie sezonu, europejskie puchary to jest cel GKS-u Katowice.
Patrzymy w górę. Teraz wygraliśmy ważne mecz z Termalicą, za tydzień jedziemy na Piasta. Ta liga jest taka, że nie można nic zlekceważyć. Jedna porażka może cię zepchnąć w dół, a jedna wygrana wywindować do góry. Musimy być skupieni na kolejnym zadaniu.
Dzisiaj fantastyczna atmosfera na Arenie Katowice, czuliście to na boisku?
Super było. Mimo tego, że gramy o 12 w niedzielę, to kibice dali radę. To niesie się, doping po każdym wślizgu czy udanym zagraniu pomaga zawodnikowi na boisku.
Piłka nożna
Rafał Strączek: To duża sprawa
Przed spotkaniem z Jagiellonią Białystok miała miejsce konferencja, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz bramkarz Rafał Strączek.
Michał Kajzerek: Witam wszystkich bardzo serdecznie na konferencji przed meczem 33. kolejki z Jagiellonią Białystok. Wszystkie bilety sprzedane, dlatego apelujemy o przekazanie/odsprzedanie biletów przez kibiców nie mogących przyjść na mecz, aby jak najwięcej pojawiło się nas na arenie.
Czego trener się spodziewa pod kątem tego meczu? O wielką rzecz walczą także piłkarki.
Rafał Górak: Kobiety mają pierwszeństwo, więc zacznijmy od nich. Trzymamy kciuki, liczymy na następne trofea i medale w gablocie. Piękna sprawa, fajnie, że udało się to przenieść bliżej. Trzymamy kciuki bardzo mocno. My mamy swoje sprawy do załatwienia, musimy się koncentrować na spotkaniu z Jagiellonią – godzinę przed finałem mamy trening. My z racji tego, gdzie jesteśmy w tabeli, po prostu musimy być jak najlepiej przygotowani do rywala trudnego, wymagającego. Mieliśmy okazję się już spotkać w tym roku, graliśmy bardzo dobrze momentami. Jeśli zagramy tak przez cały mecz, zawiesimy poprzeczkę bardzo wysoko.
Zostałeś nominowany do nagrody dla najlepszego bramkarza sezonu.
Rafał Strączek: To duża sprawa, jest to dla mnie ogromne wydarzenie. Cieszę się, że ta praca została doceniona.
Wczoraj Jagiellonia grała w rytmie niejako europejskich pucharów.
Rafał Górak: Drużyna grająca w środę nie czuje żadnego zmęczenia, jest wystarczająco czasu do niedzieli na regenerację. Dla Jagiellonii wypadł bardzo ważny zawodnik, doświadczony. Trener Siemieniec ma w kim jednak wybierać.
Raków nie wykorzystał sytuacji, ale stłamsił Jagiellonię.
Było widać duży napór Rakowa, brakowało bramki. To też świadczy o jakimś braku. Jagiellonia wygrała zasłużenie, nie ma co dyskutować.
Mówicie o szansie na awans do pucharów?
Rafał Strączek: Mamy świadomość tego, że zostały dwa mecze i jakie miejsce zajmujemy. Ta liga jest mega szalona, różnice między miejscami są bardzo małe. Patrzymy w górę i robimy wszystko, by zająć jak najwyższe miejsce.
Była obawa po powrocie?
Trzy mecze, bark mi doskwierał. W miarę szybko to wyleczyłem i dałem znać trenerowi, że dobrze się czuję.
Spodziewaliście się, że tak blisko będzie do podium?
Nikt o takich rzeczach nawet w Katowicach nie myślał. Tym bardziej się cieszymy z takiej okazji, spinamy się wszyscy w szatni, motywujemy. Musimy poświęcić całych siebie, by osiągnąć jak najlepszy wynik.
W Gliwicach nie grał Klemenz.
Rafał Górak: Lukas dzisiaj zaczyna proces treningowy, będziemy się zastanawiać, czy wróci w niedzielę. Pozostali zawodnicy, poza Paluszkiem i Trepką, są do mojej dyspozycji.
Jak oglądasz takie mecze z nadchodzącym rywalem?
Rafał Strączek: Podchodzę trochę zawodowo, trochę jednak na spokojnie. Staram się patrzeć na zachowania zawodników, poruszanie systemowe. Fajnie, że grali wczoraj, można się przypatrzeć i wyciągnąć więcej wniosków.
Jest presja na zwycięstwo?
Rafał Górak: To nie presja, że chcemy wygrać. Chcemy podjąć rywalizację sportową. Od kilkunastu dni nie ma biletów, to daje do myślenia. Wczoraj z zawodnikami i zawodniczkami mieliśmy wielką imprezę, radosne dzieci, kobiety i mężczyźni. To jest wyzwanie, żeby tym ludziom zrobić fajny dzień. Po tym ile otrzymaliśmy od nich miłych słów… Zawodnicy byli pod wrażeniem. Ludzie kupują koszulki z ich nazwiskami, potem jeszcze chcą ich autograf. Dawno tego nie było, to niesamowite.
Odczuwacie mentalne zmęczenie na finiszu sezonu?
Nie będziemy się porównywać ze słowami piłkarzy Jagiellonii, oni mają swoje problemy. My w ogóle nie jesteśmy zmęczeni, na pewno każdy w jakiś sposób o wakacjach marzy. Zawodnicy się realizują, doskonale zdają sobie sprawę, że teraz czas świetnej, ciężkiej roboty.
Motywować drużyny nie trzeba, a trzeba im mówić, by cieszyli się grą?
Jest pula do zdobycia. Sześć punktów załatwi nam wszystko – będziemy grać w europejskich pucharach, taka jest prawda. Nie ma co kalkulować, przemotywowywać. Oni wypracowali to miejsce, wielu z nich nigdy tam nie grało. Dzisiaj mogą w nich zagrać, nie ma mowy o wakacjach, o zmęczeniu. Nie wolno się też presować, trzeba się radować. Musimy wykonywać nasze zadania taktyczne, pokazać momenty i błyski – wtedy będzie mnóstwo zabawy.
Jest pomysł na wymóg Polaków w kadrze, jak pan na to patrzy?
Wszystko, co związane z limitami, zaczyna mi się to robić niezgodne z tym, jak lubię żyć. To jakbym kazał dzieciom uczyć się polskiego, mówić po angielsku, a przy śniadaniu po francusku. To w klubie powinniśmy brać odpowiedzialność za to, jak one wyglądają. Ja swoją ideę mam i wiem, od jakich piłkarzy zyskujemy najwięcej. Wiem, co dają nasi piłkarze, chcę, by szatnia mówiła w języku polskim. Ja sam się uczę języka angielskiego, mam deficyty, ale jesteśmy u siebie.
Felietony Piłka nożna
Marsz ku marzeniom
No to nam się ułożyła tabela. Po niedzielnych spotkaniach GieKSa znajduje się na podium. Niepojęte. Wiadomo, że Raków nie rozegrał swojego meczu z Jagiellonią, jednak gdyby pojedynek ten się odbył, to w przypadku zwycięstwa jednej z drużyn Katowiczanie znaleźliby się na czwartym miejscu, a gdyby był remis – na piątym. Zaległości zostaną odrobione 13 maja i będziemy je śledzić z zapartym tchem. Wcześniej natomiast odbędzie się jeszcze cała kolejka ligowa.
Niezależnie jednak od starcia Raków – Jagiellonia, GKS na trzy kolejki przed końcem znalazł się na miejscu premiowanym grą w rozgrywkach europejskich. Wysoka porażka Wisły Płock oraz remis Zagłębia Lubin spowodował, że Wisłę przeskoczyliśmy, a od Lubinian odskoczyliśmy. Ostatecznie ta kolejka jest na wielki plus. I jeszcze ten Widzew przegrał. Nieważne.
Wyświechtany już jest ten termin „logika ekstraklasy”, ale trudno go nie używać, bo ma on swój wielki sens w tym sezonie. Czyli to, że gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w danym meczu jakaś drużyna wygra, to wygrywa drużyna przeciwna. Niektórzy snuli teorię, że i tak może być w pojedynku z Termaliką. Tym razem jednak GieKSa tej „logice” zaprzeczyła. Będąc zdecydowanym faworytem i grając o swoją wysoką stawkę nasz zespół rozbił i dobił rywala zmierzającego prostym traktem do pierwszej ligi. Sensacji czy niespodzianki nie było. Wygrała drużyna z większym potencjałem i w końcu nie musieliśmy do ostatnich sekund drżeć o wynik, co w ostatnich czasach zdarzało nam się bardzo często.
Ale wcale nie musiało być tak różowo. Termalica postawiła wszystko na jedną kartę i na początku meczu przyatakowała znacznie. Nasz zespół trochę się w tej pierwszej fazie pogubił i raz po raz w polu karnym Dawida Kudły było jakieś zamieszanie. Goście wykonywali sporo rzutów rożnych. Raz po interwencji Lukasa Klemenza było blisko bramki samobójczej, a piłka spadła na poprzeczkę. Bardzo czujny był Dawid Kudła, który nie popełnił błędu Bartłomieja Drągowskiego i jakoś tę piłkę poza boisko wybił. Wyglądało na to, że czeka nas ciężkie – wbrew papierowi – spotkanie.
GieKSa jednak po raz kolejny pokazała, że w piłce liczą się konkrety. Piłkarze Marcina Brosza bowiem robili to zamieszanie, ale niedługo potem w ciągu kilku minut GKS zdobył dwie bramki, dał sobie bardzo duży komfort i zwiększył prawdopodobieństwo zwycięstwa. Wrócił Mateusz Kowalczyk do składu i zabawił się w szczypiornistę czy tam koszykarza i wrzucił se piłkę do bramki. A że musnął ją po drodze Kasperkiewicz to już tylko drobny szczegół, ale konieczny, by bramka z autu mogła zostać uznana. Od razu przypomniała mi się taka sytuacja kiedyś z derbów Birmingham, kiedy zawodnik drużyny broniącej wyrzucał z autu do swojego bramkarza (chyba fińskiego), ten chciał przyjąć, ale piłka przeturlała mu się po stopie i to był jeszcze bardziej kuriozalny gol – ale tego typu. Tak więc Kowal już na wstępie zaliczył efekt ze swojego powrotu. I mieliśmy do czynienia z dość zabawną sytuacją, kiedy fetowane i skandowane jest nazwisko nie strzelca bramki, a człowieka, który wyrzucał aut.
Czy Ilja strzelił drugiego gola? Miałem pewne wątpliwości w trakcie meczu, sądziłem, że potrzeba by grona fizyków, którzy skomplikowanymi obliczeniami dowiedliby, że piłka uderzona pod tym kątem, trafiająca w słupek, odbije się tak, że wpadnie do bramki. Na spokojnie jednak patrząc na tę sytuację, na chłopski rozum, wydaje się, że wpadłaby. Bezpośrednio lub właśnie po odbiciu od słupka. Drugiego samobója więc nie było, a Ilja mógł się cieszyć ze swojej bramki. Dodajmy, że jego pierwszy strzał głową przy tym rzucie rożnym też był bardzo dobry i dał szansę na dobitkę.
Trzeci gol to już był majstersztyk naszego zespołu. Jak w meczu z Motorem nasza drużyna robiła atak z siedmioma czy ośmioma uczestniczącymi zawodnikami, to teraz poszło bardzo prosto – Wasyl, Nowak, Szkurin, Marković. Przy czym dwóch naszych zawodników (Milewski, Wasielewski) było w tej akcji znokautowanych, ale to nie przeszkodziło Bartkowi wypuścić Ilję, a Białorusinowi kapitalnie wyłożyć piłkę do Emana. Sprint, jaki w tej sytuacji wykonał Norweg to też było coś niesamowitego. A od strzału Jimeneza do gola minęło 14 sekund. Nie wiem, czy tory kolejowe w Polsce są gotowe na tak szybkie pociągi. Alan Czerwiński z dawnych czasów w GieKSie – kiedy to sam miał swoje „tory kolejowe” i po nich pędził – ma godnych następców. Choć nie powiem – i Alan czasem jak za starych dziejów potrafi się rozpędzić, ale to rzadko, bo z wiekiem postawił na inne atuty.
I brawa dla sędziego Malca za puszczenie tej akcji.
GieKSa miała świetny wynik i naprawdę niepotrzebnie straciła tę bramkę po koniec pierwszej połowy. Z drugiej strony bardzo dobrze w tej sytuacji zachował się Zapolnik i po prostu wymanewrował Arkadiusza Jędrycha. Tak to się zdarza w sporcie.
Nie wiem czy jestem jakimś wrodzonym pesymistą (nie sądzę) czy opieram się na doświadczeniu, ale w związku z tą straconą bramką byłem niezadowolony w przerwie. Oczami wyobraźni już widziałem powtórkę z Motoru, kiedy rywal zaraz po przerwie znów trafia do siatki i robi się kwas. A przecież po trafieniu Zapolnika Fassbender miał zaraz znakomitą sytuację. Za dużo GieKSa w ostatnim czasie tych prowadzeń traciła, żebym był spokojny. Dlatego niezbędna dla mnie była czwarta bramka.
Ta na szczęście w miarę szybko padła, a swój swoisty dublet ustrzelił Kowal. Żarty żartami, zastanawialiśmy się w pierwszej połowie, kiedy ostatnio zawodnik strzelił bramkę. No i w końcu zaliczył swoje premierowe trafienie w tym sezonie, a wynik stał się spokojniejszy. Fantastycznie wypuścił Mateusza Eman, do swojego gola dokładając asystę. Swoje przy tej akcji zrobił oczywiście Szkurin. No a odbiór początkujący tę akcję zaliczył… Kowal.
No a potem mieliśmy kolejny popis Norwega, który indywidualnie popędził, nawinął obrońcę, minął bramkarza i strzelił do pustej bramki.
Różne te wszystkie gole były i świadczące o wszechstronności. GieKSa parła do przodu tak jak nas ostatnio przyzwyczaiła. I strzelała bramkę za bramką.
I najlepsze jest to, że nie był to jakiś wybitny mecz naszej drużyny. Mogło to wyglądać trochę lepiej, bez tej nerwówki na początku czy po golu na 1:3. Ale drugiej strony – efektywność ofensywna w tym meczu to był kunszt. Widziałem kilka lepszych meczów – choćby z Lechią Gdańsk u siebie, gdzie druga połowa ocierała się o perfekcję. Ale jeśli GieKSa gra mecz dobry, a nie wyśmienity, a mimo to gromi przeciwnika, to wiedz, że jest dobrze. Że są jeszcze rezerwy, a i tak jest świetnie. Fajnie, że Mateusz Kowalczyk w pomeczowym wywiadzie też podszedł z pewnym krytycyzmem do postawy drużyny, a jego słowa zabrzmiały na bardzo merytoryczne i stonowane.
Niesamowita jest ta nasza Nowa Bukowa. Bilans GKS Katowice u siebie od otwarcia stadionu to 15-4-5, bramki: 47-30.
Ostatnie 10 meczów to ligowy bilans 7-1-0 plus dwa awanse w Pucharze Polski.
Niepojęte. Twierdza od samego startu.
Z kronikarskiego obowiązku dodam też, że Termalica była jakąś totalną zmorą GieKSy u siebie, choć wszystkie poprzednie mecze odbyły się jeszcze na starej Bukowej. Na dziewięć takich prób, naszemu zespołowi ani razu nie udało się wygrać. Pamiętam debiut trenera Rafała Góraka za pierwszej kadencji – to właśnie piłkarze z Niecieczy pokonali nas w Katowicach po pięknym golu Pawlusińskiego. Niedawno GKS był bliski wygranej, ale grając z przewagą jednego zawodnika przez cały mecz dał sobie wbić trzy gole, w tym na 3:3 w czasie doliczonym. Była porażka po dogrywce w Pucharze Polski. Innym razem rywale również w doliczonym czasie strzelili zwycięskiego gola.
W końcu przeciwnik ten został odczarowany. Ale dziewięć meczów na Bukowej, w których ani razu nie przegrali to swoisty rekord.
Po tym meczu nasz zespół wskoczył na podium. Można się powoli bawić w analizy terminarza. Na ten moment mamy dwa punkty przewagi nad Zagłębiem Lubin i Wisłą Płock oraz lepsze mecze bezpośrednie z oboma tymi ekipami. To mówi, że w przypadku naszej jednej wygranej w trzech ostatnich kolejkach, rywale ci musieliby wygrać dwa swoje mecze.
Zagłębie gra z Górnikiem na wyjeździe, Pogonią u siebie i Jagiellonią na wyjeździe. Wisła z Motorem i Górnikiem u siebie oraz Lechem na wyjeździe. W każdym z tych przypadków dwie wygrane byłyby dużym wyczynem. I choć nie są to scenariusze niemożliwe (zwłaszcza w przypadku Wisły), to zadanie to będzie dla tych ekip piekielnie trudne.
Nie wspominam na razie (wspomniałem na wstępie) o Rakowie i Jagiellonii, bo nikt nie powiedział, że i z tymi zespołami nie możemy rywalizować o miejsce na podium. Tym bardziej, że z Jagą zagramy mecz bezpośredni.
Ale tak jak powiedziałem – swoje punkty trzeba zrobić. A i nasz terminarz do łatwego nie należy. Piast pod wodzą trenera Myśliwca znów zaczął grać bardzo dobrą i skuteczną piłkę. Starcie w Gliwicach będzie niebywale trudne. Staną na siebie dość podobne dwie drużyny i znów będziemy mieli piłkarską wojnę. Później przyjdzie czas na ekipę Adriana Siemieńca, która zawodzi w ostatnim czasie, ale nadal jest to przecież świetna drużyna. I na koniec zawsze mocna u siebie Pogoń.
Rywale więc w tej kolejce nam pomogli, a my to wykorzystaliśmy kapitalnie. Zawsze najlepiej zacząć od siebie i swój mecz wygrać. A co się wydarzy na innych boiskach jest równie ważne – ale lepiej to obserwować mając już spokojną głowę i swoje zadanie wykonane najlepiej jak się potrafi.
A Termalica? To była piękna przygoda. Ktoś musi w lidze zająć ostatnie miejsce, ale grunt, żeby zrobić to z honorem. To nie jest drużyna bardzo słaba. Byle kto nie wygrywa w Białymstoku, Warszawie i Zabrzu. Za dużo jednak potracili punktów w innych meczach. Pewnie Słonie znów gdzieś za dwa lata awansują. Folklor więc spada z tej ligi – pytanie co będzie w zamian. A może Puszcza, która pod wodzą legendarnego Tomasza Tułacza uchwyciła świetną serię i zaczyna się dobijać do baraży?


Najnowsze komentarze