Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: Ostatni moment na wyjście z kryzysu

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Niemal prosto z Łodzi jedziemy do Niecieczy, gdzie czeka nas trudny i ważny dla układu ligowej tabeli sprawdzian. Będące w dołku Słoniki szukają przełamania i pierwszego zwycięstwa u siebie, my natomiast będziemy chcieli potwierdzić zwyżkę formy kolejnym zwycięstwem – a byłaby to seria dawno w Katowicach nieoglądana. Przed meczem z Bruk-Betem o ocenę formy rywala zapytaliśmy redaktora Michała Trelę, który będzie komentował piątkowe spotkanie w Niecieczy na antenie Canal+.

Bruk-Bet jest jednym z zespołów, które siedzą okrakiem gdzieś pomiędzy Ekstraklasą a pierwszą ligą. Czy przed tym sezonem zrobiono w Niecieczy coś więcej, aby przechylić szalę w stronę najwyższej klasy rozgrywkowej?
Wydawało mi się, że tak, a największe nadzieje wiązałem z osobą trenera Marcina Brosza. Uważałem, że po raz pierwszy Bruk-Bet ma tak dobrego szkoleniowca, który zagwarantuje odpowiedni poziom. Pierwsze kolejki utwierdzały mnie w tym przekonaniu, natomiast dziś, patrząc w jaki dołek wpadł zespół, powiedziałbym już, że w lecie nie zrobiono w Niecieczy wystarczająco dużo. Trener to jedno, jednak jeśli chodzi o wzmocnienie kadry, to w mojej opinii przespano nie tyle okno transferowe, co jego końcówkę, kiedy na rynku pojawiają się zawodnicy wcześniej niedostępni. Tutaj zabrakło dołożenia jakości do drużyny, tym bardziej że zaczynało być widać, że jakości, a zwłaszcza szerokości kadry może brakować.

O nadziejach na dobrą postawę Słoników w Ekstraklasie mówisz w czasie przeszłym. Aż tak nisko oceniasz ich szanse na wygrzebanie się z obecnego kryzysu?
Jeszcze nie czas na oceny, że Bruk-Bet spadnie, czy wręcz spadnie z hukiem. To, że ostatnio przegrywają mecz za meczem, nie mogą zapunktować za trzy od początku sierpnia, to niewątpliwie dołek. Na pewno mogą grać lepiej, natomiast wcześniej wydawało mi się, że będą w stanie zagrać spokojny sezon na miarę środka tabeli w stylu zeszłorocznej GieKSy. O tym można już mówić w czasie przeszłym, bo ta prognoza sprzed sezonu jest jednak nietrafiona. Bruk-Bet być może utrzyma się w lidze, ale nawet jeśli się to uda, to po ciężkiej walce.

Podstawy do optymizmu były, szczególnie patrząc na początek sezonu w wykonaniu Bruk-Betu.
Jeszcze w czwartej kolejce udało się, wprawdzie dość szczęśliwie, ale wygrać z Górnikiem w Zabrzu, a wcześniej był remis z Pogonią i porażka w Krakowie, więc początek był naprawdę niezły. Przede wszystkim jednak wygrana w Białymstoku była spektakularna – już tamtego wieczoru 4:0 dla Słoni było wynikiem szokującym, natomiast patrząc z perspektywy kolejnych 2-3 miesięcy jest on jeszcze bardziej szokujący ze względu na miejsce, w jakim dziś znajdują się oba kluby. Myślę, że do końca sezonu nie wydarzy się już w Ekstraklasie mecz, który bardziej wymykałby się logice. Niestety, Bruk-Bet nie poszedł za ciosem, a nie ułatwiał mu tego terminarz: na początku sezonu miał u siebie bardzo wymagających rywali, dlatego punkty zdobywa raczej na wyjazdach. Pogoń, Raków, Lech, rozpędzona Korona – u siebie niecieczanie zderzyli się ze ścianą. Gdyby trafili na rywali bardziej w swoim zasięgu, to być może początkowy entuzjazm związany z awansem udałoby się utrzymać dłużej. Tymczasem dość płynnie przeszli od euforii do kryzysu i to dość poważnego.

Czy Bruk-Bet Termalica to klub bez presji?
Nie powiedziałbym. Oczywiście, że presja trybun, mediów itd. nie jest taka jak w innych klubach. Widzieliśmy wprawdzie obrazki z trybun podczas meczu z Zagłębiem, gdzie kibice wieszali transparenty, ale traktujemy to raczej z przymrużeniem oka. Takiej presji raczej nie ma, natomiast jeśli chodzi o presję ze strony właścicieli, którzy w zasadzie „są klubem”, to ona jest i to dość duża. Państwo Witkowscy nie będą zadowalać się trwaniem w Ekstraklasie, a tym bardziej jeśli wchodzą do elity i przegrywają. Wewnątrz klubu jest realne ciśnienie, może nawet większe niż gdzie indziej, gdzie nie mija się na co dzień właściciela na klubowych korytarzach.

Wspomniane transparenty wyrażały poparcie dla Marcina Brosza. Czy to sygnał, że krzesło pod trenerem robi się gorące?
Nie miałem takich sygnałów, a będąc w Niecieczy słyszałem raczej o tonowaniu nastrojów. Na początku października, jeszcze przed meczem z Widzewem dawano do zrozumienia, że czas prawdy nadejdzie pomiędzy kolejnymi przerwami na kadrę, a więc w obecnym momencie: seria meczów z Wisłą Płock, Zagłębiem, GieKSą i Legią. Jeśli po tych meczach nie uda się wyjść z kryzysu, to będzie to sygnał alarmowy. Bruk-Bet ma już za sobą porażkę w Płocku i remis z Miedziowymi – zostaje GieKSa u siebie i wyjazd do Warszawy, gdzie da się wygrać, ale raczej nie ma tego w przedmeczowych kalkulacjach. Tym samym mecz z GKS-em to ostatni moment, aby wyjść z kryzysu. Po spotkaniu z Wisłą pojawiły się doniesienia, że Bruk-Bet rozgląda się na trenerskim rynku, stąd wyprzedzająca reakcja fanów Słoników. Osobiście nie dotarły do mnie sygnały, że temat zmiany trenera jest poważny, natomiast zbyt długo przyglądam się naszej lidze, aby nie zauważyć, że jeśli drużyna przegrywa tydzień w tydzień i to raczej w kiepskim stylu, to w każdym klubie właściciele biorą pod uwagę możliwość zmiany na stanowisku trenera.

Jak w tym kontekście ocenisz cierpliwość Danuty Witkowskiej w skali od jeden do Józefa Wojciechowskiego?
Byłaby blisko Józefa Wojciechowskiego, ale nie bardzo blisko. To podejście w Niecieczy trochę się zmienia, bo były czasy w niższych ligach, kiedy trenerzy pracowali tam przez całe lata. W pierwszej lidze z tą cierpliwością bywało nieźle, za to w Ekstraklasie już zdecydowanie gorzej. Państwo Witkowscy potrafią czasem zareagować w emocjach, natomiast im dłużej są w piłce, tym bardziej są cierpliwi i wydaje mi się, że jeszcze o żadnym trenerze nie mówiło się w Niecieczy w taki sposób, jak teraz mówi się o Marcinie Broszu. Więc jeśli ktoś ma mieć od nich kredyt zaufania, to właśnie on.

Kibice większych klubów często krytycznie wypowiadają się o zespołach takich jak Bruk-Bet w kontekście ich obecności w najwyższej lidze. Czy Słonie mogą wnieść coś nowego do Ekstraklasy?
Cały czas wydaje mi się, że mogą, choć jeszcze tego nie zrobili. Dobrze, jeśli w każdej lidze jest miejsce dla klubu, który z jednej strony nie zawsze bije się o czołowe lokaty, a z drugiej nie toczy dramatycznej walki o utrzymanie. W takich warunkach można coś zbudować, a myśląc na kilka lat do przodu skupić się na wprowadzaniu czy to wychowanków – choć w przypadku Niecieczy jest to raczej trudne – czy młodych polskich piłkarzy pozyskanych z innych klubów. Trener Brosz pasuje do takiego pomysłu na klub, a mając bogatego właściciela można czasem nieco przepłacić za zdolnego piłkarza. Naturalnym odniesieniem dla Bruk-Betu jest niemiecki Hoffenheim, które pokazuje, że taki klub może być pożyteczny dla całej ligi.

W tekście na temat Bruk-Betu opublikowanym na Weszło postawiłeś tezę, że sama obecność w elicie nie jest szczytem ambicji właścicieli, natomiast dotychczasowe niepowodzenia w zderzeniu z Ekstraklasą nie wynikały z braku chęci czy środków, lecz wyłącznie z niedostatecznego know-how. Czy twoim zdaniem w tym kontekście wyciągnięto wnioski z poprzednich sezonów?
Najważniejszym wnioskiem jest fakt, że tym razem mają trenera, który ma dość dużą władzę i mocną pozycję w klubie, a przede wszystkim trenerskie know-how. Wiemy jednak dobrze, że Ekstraklasa poszła mocno do przodu i trudno dziś opierać klub na jednej osobie. Dlatego to nadal jest problem w Niecieczy, choć być może już w mniejszym stopniu niż w poprzednich latach.

We wspomnianym artykule zwróciłeś uwagę, że Bruk-Bet awansował do Ekstraklasy niejako siłą rozpędu po rewelacyjnej rundzie jesiennej, a wiosną nie było już tak dobrze. Tymczasem za awansem nie poszła znacząca przebudowa kadrowa zespołu.
Niestety, jest to problem powtarzający się w Niecieczy – zbyt duża wiara w to, że co wystarczyło na 1. Ligę, wystarczy też w Ekstraklasie. Już po awansie słyszałem głosy z okolic szatni, że przed nowym sezonem potrzeba będzie wielu wzmocnień. Tymczasem znowu jest tak, że Bruk-Bet musiał się zderzyć z Ekstraklasą, przegrać kilka meczów, aby właściciele zobaczyli na własne oczy, że obecna kadra to za mało i dopiero w zimie nastąpi korekta. Tak było trzy lata temu, ale wtedy okazało się za późno. Dlatego kluczowy dla Słoni jest czas do zimy, który zadecyduje, czy w przerwie będziemy mieli do czynienia z paniczną akcją ratunkową, czy też widoki na utrzymanie będą bardziej realne.

Analizując tabelę rzuca się w oczy, że Bruk-Bet traci najwięcej bramek w lidze, zaraz po Lechii. Defensywa jest dziś największym problemem Słoni?
Zdecydowanie tak, bo nawet w słabszych meczach, jak na przykład w Płocku, zwykle są w stanie zdobyć gola. Gdyby byli takim beniaminkiem, który trafia i potrafi się zamurować, to ich sytuacja w tabeli byłaby zupełnie inna. Niestety dla nich, a dobrze dla postronnych widzów, ich mecze dobrze się ogląda, bo zawsze idą na wymianę ciosów, grając wysokim pressingiem. Wydaje mi się jednak, że jest to podejście zbyt ambitne na tę kadrę, dlatego często brakuje jakości z tyłu. Taki styl gry jest bardzo energetyczny, dlatego nawet jeśli wychodzą na prowadzenie, to często nie dowożą korzystnego wyniku.

Jak wspomniałeś, nie jest tak źle ze skutecznością Niecieczy. Nie ma jednak wyraźnego lidera, a trafienia rozkładają sie na kilku graczy. Kto ciągnie do przodu ofensywę Bruk-Betu?
Moim zdaniem wyraźny lider jest, natomiast nie chodzi tu o liczbę goli. Ofensywa opiera się mocno na Kamilu Zapolniku, do którego trafia większość długich piłek. Jest to typ napastnika, który świetnie gra tyłem do bramki i potrafi się utrzymać przy piłce, podczas gdy reszta partnerów doskakuje pressingiem do przeciwnika. Dla stylu gry Bruk-Betu Zapolnik jest niezbędny, choć w golach tego nie widać. Widać za to duży spadek jakości gry, gdy Zapolnika z przodu nie ma.

Czy znany z Górnika Jesús Jiménez jest najlepszym letnim transferem w Niecieczy?
Nie powiedziałbym. Wprawdzie dorzucił coś do ofensywnego dorobku drużyny, ale biorąc pod uwagę oczekiwania i to, jak pamiętamy go z Ekstraklasy, to mimo wszystko jest rozczarowaniem. Jako najlepszy transfer wskazałbym raczej Sergio Guerrero, który wskoczył do pierwszej jedenastki kosztem Rafała Kurzawy, który wydawał sie być pewniakiem. Jak dotąd wygląda przyzwoicie i na tle pozostałych ruchów transferowych zdecydowanie się wyróżnia.

Stadion w Niecieczy zdecydowanie nie jest twierdzą w tym sezonie. Jest to pewien handicap dla GieKSy, która wreszcie przełamała się na wyjazdach?
Myślę, że tak, choć analizując tę statystykę brałbym jednak pod uwagę poziom rywali, z jakimi gospodarzom przyszło się mierzyć w Niecieczy. Większość jest lub aspiruje do ligowej czołówki, a niewiele było meczów z rywalami, na których Bruk-Bet musi szukać punktów, jeśli poważnie myśli o utrzymaniu. Mecz z GKS-em jest właśnie jednym z takich pojedynków.

Oba zespoły w tabeli dzieli niewiele, natomiast obecna forma GieKSy zdaje się być rosnąca. To raczej zła wiadomość dla gospodarzy.
W Niecieczy doskonale zdają sobie sprawę, że w piątek nie będzie łatwo. Sytuacja Bruk-Betu jest o tyle trudna, że w większości meczów nie są faworytem – być może byli w Gliwicach, ale tam też przegrali. Dlatego jeśli mają punktować, to właśnie u siebie z GKS-em, który raczej ma mocniejszą kadrę, ale ta różnica nie jest aż tak duża jak w przypadku czołówki Ekstraklasy. Potem może być jeszcze trudniej.

Sam GKS zbierał wiele pochwał za postawę w roli beniaminka. Obecnie jest nieco gorzej, a jaka jest twoja ocena? W ubiegłym sezonie graliśmy ponad stan i dziś równamy do średniej czy też jesteśmy w stanie nawiązać do formy z poprzednich rozgrywek?
Wynik GieKSy w ubiegłym sezonie mógł być nieco powyżej realnych możliwości – środek tabeli jak najbardziej, ale to jednak była górna połowa, co niewątpliwie było zaskoczeniem. Teraz z kolei jest trochę za nisko, ale w miarę upływu sezonu GKS prawdopodobnie będzie równał do środka. Osobiście oceniam potencjał GieKSy na miejsca 9-11 i moim zdaniem macie szansę na sezon bez walki o utrzymanie. Mimo że początek mieliście trudny, to miałem poczucie, że transfery były sensowne, bo okazji szukano w zawodnikach, których sam ceniłem i coś w nich widziałem, a czas i zaufanie będą pracować na ich korzyść. Ponadto nabrałem zaufania do trenera Góraka. W zeszłym sezonie oceniałem, że GKS-owi będzie trudno w Ekstraklasie także dlatego, że nie wierzyłem, że trener udźwignie tę misję. Tymczasem udźwignął i dziś trzeba go traktować jako jeden z atutów GieKSy. Widać kierunek, w jakim chce zmierzać z tym zespołem.

Obie drużyny nie słyną ze szczelnej defensywy, w związku z tym spodziewasz się w piątek gradu bramek?
Szczerze mówiąc liczę na to, bo jednym i drugim zdarzają się błędy w obronie, jedni i drudzy potrafią takie błędy wykorzystywać, więc nastawiam się na dobre widowisko na początek weekednu z Ekstraklasą.

Jaki wynik padnie w Niecieczy?
Stawiam na wysoki bramkowy remis, co najmniej 2:2.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna Wywiady

Jędrych: Stempel mocnej wiary

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po wygranym meczu z Termalicą porozmawialiśmy z kapitanem GieKSy Arkadiuszem Jędrychem, który podkreślił znaczenie procesu i stabilności w klubie dla osiągania sukcesów, a także docenił doping ponad 13 tysięcy fanów.

Wszystko w porządku po tych dwóch sytuacjach?
Arkadiusz Jędrych: Tak. Trochę mi gdzieś wygięło nogę, później dostałem w brzuch, ale na gorąco myślę, że tak. Wiadomo, adrenalina jeszcze musi opaść i wtedy zobaczymy. Na tę chwilę wszystko jest okej i mam nadzieję, że jutro i pojutrze także wszystko będzie dobrze.

Po takich szalonych spotkaniach chyba już możecie powiedzieć, że pojawiają się myśli o europejskich pucharach?
Wiadomo, mając na koncie 47 punktów, czemu mamy nie marzyć? Tak to na razie zostawię.

Eman Marković dzisiaj dwukrotnie przekroczył prędkość przy tych trafieniach.
Jesteśmy świadomi, że Eman w miarę upływu sezonu czuje się coraz lepiej. Zresztą chyba nie tylko my, ale wszyscy, którzy chodzą i oglądają te mecze widzą, że w Emanie drzemią naprawdę ogromne możliwości. Pokusiłbym się wręcz o to, że on jeszcze swoich maksymalnych umiejętności nie pokazał. Zostały nam trzy mecze i życzmy sobie, żeby tymi swoimi wartościami nas jeszcze pozytywnie zaskoczył.

Przyszedłeś do GieKSy w trudnym momencie, wtedy zaraz spadek i druga liga, a niedługo mogą być puchary. Dla ciebie to też długa droga?
Nie da się ukryć, że moja droga w GKS-ie była dosyć kręta. Na chwilę obecną powtarzam, że ja mam takie podejście do tego wszystkiego: to, co się teraz dzieje wokół GieKSy to stempel mocnej wiary w to wszystko, w ten proces w którym tkwimy. Mamy nadzieję, że ten proces dalej będzie się napędzał, rozwijał i wszyscy ludzie wokół GKS-u będą tak ukierunkowani na Klub, na pomaganie, tak jak widzieliśmy dzisiaj na trybunach. Nie idzie o tym nie wspomnieć, jak stanęliśmy sobie chwilę przed meczem, to te trybuny powodują ciarki na całym ciele. Dwunasty zawodnik miał wpływ na to, że wygraliśmy dziś tak okazale.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Wasielewski: Tutaj się odnalazłem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po wysokiej wygranej z Termalicą porozmawialiśmy z Marcinem Wasielewskim, reprezentującym w przeszłości barwy Termalici oraz z Mateuszem Kowalczykiem, wracającym na boisko po kontuzji.

Długo zastanawiałeś się nad przedłużeniem kontraktu?
Marcin Wasielewski: Zależy od punktu widzenia. Fajnie, że się po prostu dogadaliśmy i przedłużyłem kontrakt. Jest mi tutaj dobrze, świetnie się czuję. Fajnie, że będzie więcej o dwa lata.

Po twojej przygodzie z Termalicą dziennikarze mówili, że niekoniecznie się sprawdziłeś, a…
Nie lubię mówić o przeszłości. Są to pewne rzeczy, których wiele osób nie rozumie i nie wie. Tutaj się po prostu odnalazłem, dostałem większą szansę. Byłem w stanie pokazać na co mnie stać i myślę, że teraz nieźle to wygląda.

Teraz wiele osób ocenia cię jako najlepszego wahadłowego ligi.
Czy najlepszy? Znam swoją wartość, każdym meczem próbuję robić swoje i nie odpuszczać. Przede wszystkim nie mieć żadnych pretensji do siebie, robić wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli to tak fajnie wygląda, to się cieszę. Mam nadzieję, że będę to powielał w każdym kolejnym występie.

Fassbender już pewnie widział tę piłkę w siatce, a ty wyskoczyłeś mu zza pleców i wybiłeś za linię końcową.
Taktyka jest na początku trudna do zrozumienia, ale po okresie wdrożenia to są już automatyzmy. Robi się to automatycznie, intuicyjnie, nie zastanawia się nad tym. Po prostu to wychodzi – jeśli gra się ciągle tym systemem, to jest znacznie łatwiej. Mnie on odpowiada, bo mogę pokazać w całej krasie moje umiejętności, w grze do przodu i z tyłu.

Wybiegasz już myślami w europejskie puchary?
Przede wszystkim następny mecz. Piast Gliwice – to jest najważniejsze. Żadne puchary i myślenie gdzieś w przód. Najważniejszy jest zawsze następny rywal.


Pierwsza bramka w tym sezonie, od razu po powrocie po kontuzji.

Mateusz Kowalczyk: Dokładnie. Nie ukrywam, że siedziało mi gdzieś w głowie to, że nie strzeliłem, ale w końcu się udało. Wygraliśmy wysoko, chociaż wydaje mi się, że mecz nie porywał piłkarsko zarówno w moim wykonaniu, jak i drużyny. Cieszę się, że ta bramka przyszła, lekka ulga.

Jaki był plan na ten mecz?

Chcieliśmy zagrać swoje i strzelić jak najszybciej bramkę i cieszy, że to się udało w pierwszej połowie. Termalica naprawdę wyglądała dobrze piłkarsko, ale mieliśmy gdzieś łatwość z dochodzeniem do sytuacji, to był klucz.

Jaki był przekaz w szatni po tym, jak straciliście bramkę, która mogła dać wiatru w żagle rywalowi?

To nie było potrzebne. W szatni sobie powiedzieliśmy, że musimy zacząć lepiej grać w piłkę i więcej się przy niej utrzymywać, bo w pierwszej połowie za szybko się jej pozbywaliśmy, to nie było potrzebne.

Długo byłeś poza grą, jak czułeś się dziś na boisku?

Pogoda nie pomagała. W 60-70. minucie odczuwałem ten mecz, ale miałem dużo ćwiczeń dodatkowych, biegania. Też trenuję z drużyną ostatnie 1,5 tygodnia, fizycznie jest coraz lepiej. Te ostatnie trzy mecze będą jeszcze lepsze fizycznie.

Od początku był taki plan, że grasz te 60-70 minut?

Nie mam pojęcia *śmiech*. Trenera trzeba spytać.

Jesteśmy na trzecim miejscu, chyba możemy o tym mówić głośno, że w tym momencie, na tym etapie sezonu, europejskie puchary to jest cel GKS-u Katowice.

Patrzymy w górę. Teraz wygraliśmy ważne mecz z Termalicą, za tydzień jedziemy na Piasta. Ta liga jest taka, że nie można nic zlekceważyć. Jedna porażka może cię zepchnąć w dół, a jedna wygrana wywindować do góry. Musimy być skupieni na kolejnym zadaniu.

Dzisiaj fantastyczna atmosfera na Arenie Katowice, czuliście to na boisku?

Super było. Mimo tego, że gramy o 12 w niedzielę, to kibice dali radę. To niesie się, doping po każdym wślizgu czy udanym zagraniu pomaga zawodnikowi na boisku.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Marsz ku marzeniom

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

No to nam się ułożyła tabela. Po niedzielnych spotkaniach GieKSa znajduje się na podium. Niepojęte. Wiadomo, że Raków nie rozegrał swojego meczu z Jagiellonią, jednak gdyby pojedynek ten się odbył, to w przypadku zwycięstwa jednej z drużyn Katowiczanie znaleźliby się na czwartym miejscu, a gdyby był remis – na piątym. Zaległości zostaną odrobione 13 maja i będziemy je śledzić z zapartym tchem. Wcześniej natomiast odbędzie się jeszcze cała kolejka ligowa.

Niezależnie jednak od starcia Raków – Jagiellonia, GKS na trzy kolejki przed końcem znalazł się na miejscu premiowanym grą w rozgrywkach europejskich. Wysoka porażka Wisły Płock oraz remis Zagłębia Lubin spowodował, że Wisłę przeskoczyliśmy, a od Lubinian odskoczyliśmy. Ostatecznie ta kolejka jest na wielki plus. I jeszcze ten Widzew przegrał. Nieważne.

Wyświechtany już jest ten termin „logika ekstraklasy”, ale trudno go nie używać, bo ma on swój wielki sens w tym sezonie. Czyli to, że gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w danym meczu jakaś drużyna wygra, to wygrywa drużyna przeciwna. Niektórzy snuli teorię, że i tak może być w pojedynku z Termaliką. Tym razem jednak GieKSa tej „logice” zaprzeczyła. Będąc zdecydowanym faworytem i grając o swoją wysoką stawkę nasz zespół rozbił i dobił rywala zmierzającego prostym traktem do pierwszej ligi. Sensacji czy niespodzianki nie było. Wygrała drużyna z większym potencjałem i w końcu nie musieliśmy do ostatnich sekund drżeć o wynik, co w ostatnich czasach zdarzało nam się bardzo często.

Ale wcale nie musiało być tak różowo. Termalica postawiła wszystko na jedną kartę i na początku meczu przyatakowała znacznie. Nasz zespół trochę się w tej pierwszej fazie pogubił i raz po raz w polu karnym Dawida Kudły było jakieś zamieszanie. Goście wykonywali sporo rzutów rożnych. Raz po interwencji Lukasa Klemenza było blisko bramki samobójczej, a piłka spadła na poprzeczkę. Bardzo czujny był Dawid Kudła, który nie popełnił błędu Bartłomieja Drągowskiego i jakoś tę piłkę poza boisko wybił. Wyglądało na to, że czeka nas ciężkie – wbrew papierowi – spotkanie.

GieKSa jednak po raz kolejny pokazała, że w piłce liczą się konkrety. Piłkarze Marcina Brosza bowiem robili to zamieszanie, ale niedługo potem w ciągu kilku minut GKS zdobył dwie bramki, dał sobie bardzo duży komfort i zwiększył prawdopodobieństwo zwycięstwa. Wrócił Mateusz Kowalczyk do składu i zabawił się w szczypiornistę czy tam koszykarza i wrzucił se piłkę do bramki. A że musnął ją po drodze Kasperkiewicz to już tylko drobny szczegół, ale konieczny, by bramka z autu mogła zostać uznana. Od razu przypomniała mi się taka sytuacja kiedyś z derbów Birmingham, kiedy zawodnik drużyny broniącej wyrzucał z autu do swojego bramkarza (chyba fińskiego), ten chciał przyjąć, ale piłka przeturlała mu się po stopie i to był jeszcze bardziej kuriozalny gol – ale tego typu. Tak więc Kowal już na wstępie zaliczył efekt ze swojego powrotu. I mieliśmy do czynienia z dość zabawną sytuacją, kiedy fetowane i skandowane jest nazwisko nie strzelca bramki, a człowieka, który wyrzucał aut.

Czy Ilja strzelił drugiego gola? Miałem pewne wątpliwości w trakcie meczu, sądziłem, że potrzeba by grona fizyków, którzy skomplikowanymi obliczeniami dowiedliby, że piłka uderzona pod tym kątem, trafiająca w słupek, odbije się tak, że wpadnie do bramki. Na spokojnie jednak patrząc na tę sytuację, na chłopski rozum, wydaje się, że wpadłaby. Bezpośrednio lub właśnie po odbiciu od słupka. Drugiego samobója więc nie było, a Ilja mógł się cieszyć ze swojej bramki. Dodajmy, że jego pierwszy strzał głową przy tym rzucie rożnym też był bardzo dobry i dał szansę na dobitkę.

Trzeci gol to już był majstersztyk naszego zespołu. Jak w meczu z Motorem nasza drużyna robiła atak z siedmioma czy ośmioma uczestniczącymi zawodnikami, to teraz poszło bardzo prosto – Wasyl, Nowak, Szkurin, Marković. Przy czym dwóch naszych zawodników (Milewski, Wasielewski) było w tej akcji znokautowanych, ale to nie przeszkodziło Bartkowi wypuścić Ilję, a Białorusinowi kapitalnie wyłożyć piłkę do Emana. Sprint, jaki w tej sytuacji wykonał Norweg to też było coś niesamowitego. A od strzału Jimeneza do gola minęło 14 sekund. Nie wiem, czy tory kolejowe w Polsce są gotowe na tak szybkie pociągi. Alan Czerwiński z dawnych czasów w GieKSie – kiedy to sam miał swoje „tory kolejowe” i po nich pędził – ma godnych następców. Choć nie powiem – i Alan czasem jak za starych dziejów potrafi się rozpędzić, ale to rzadko, bo z wiekiem postawił na inne atuty.

I brawa dla sędziego Malca za puszczenie tej akcji.

GieKSa miała świetny wynik i naprawdę niepotrzebnie straciła tę bramkę po koniec pierwszej połowy. Z drugiej strony bardzo dobrze w tej sytuacji zachował się Zapolnik i po prostu wymanewrował Arkadiusza Jędrycha. Tak to się zdarza w sporcie.

Nie wiem czy jestem jakimś wrodzonym pesymistą (nie sądzę) czy opieram się na doświadczeniu, ale w związku z tą straconą bramką byłem niezadowolony w przerwie. Oczami wyobraźni już widziałem powtórkę z Motoru, kiedy rywal zaraz po przerwie znów trafia do siatki i robi się kwas. A przecież po trafieniu Zapolnika Fassbender miał zaraz znakomitą sytuację. Za dużo GieKSa w ostatnim czasie tych prowadzeń traciła, żebym był spokojny. Dlatego niezbędna dla mnie była czwarta bramka.

Ta na szczęście w miarę szybko padła, a swój swoisty dublet ustrzelił Kowal. Żarty żartami, zastanawialiśmy się w pierwszej połowie, kiedy ostatnio zawodnik strzelił bramkę. No i w końcu zaliczył swoje premierowe trafienie w tym sezonie, a wynik stał się spokojniejszy. Fantastycznie wypuścił Mateusza Eman, do swojego gola dokładając asystę. Swoje przy tej akcji zrobił oczywiście Szkurin. No a odbiór początkujący tę akcję zaliczył… Kowal.

No a potem mieliśmy kolejny popis Norwega, który indywidualnie popędził, nawinął obrońcę, minął bramkarza i strzelił do pustej bramki.

Różne te wszystkie gole były i świadczące o wszechstronności. GieKSa parła do przodu tak jak nas ostatnio przyzwyczaiła. I strzelała bramkę za bramką.

I najlepsze jest to, że nie był to jakiś wybitny mecz naszej drużyny. Mogło to wyglądać trochę lepiej, bez tej nerwówki na początku czy po golu na 1:3. Ale drugiej strony – efektywność ofensywna w tym meczu to był kunszt. Widziałem kilka lepszych meczów – choćby z Lechią Gdańsk u siebie, gdzie druga połowa ocierała się o perfekcję. Ale jeśli GieKSa gra mecz dobry, a nie wyśmienity, a mimo to gromi przeciwnika, to wiedz, że jest dobrze. Że są jeszcze rezerwy, a i tak jest świetnie. Fajnie, że Mateusz Kowalczyk w pomeczowym wywiadzie też podszedł z pewnym krytycyzmem do postawy drużyny, a jego słowa zabrzmiały na bardzo merytoryczne i stonowane.

Niesamowita jest ta nasza Nowa Bukowa. Bilans GKS Katowice u siebie od otwarcia stadionu to 15-4-5, bramki: 47-30.

Ostatnie 10 meczów to ligowy bilans 7-1-0 plus dwa awanse w Pucharze Polski.

Niepojęte. Twierdza od samego startu.

Z kronikarskiego obowiązku dodam też, że Termalica była jakąś totalną zmorą GieKSy u siebie, choć wszystkie poprzednie mecze odbyły się jeszcze na starej Bukowej. Na dziewięć takich prób, naszemu zespołowi ani razu nie udało się wygrać. Pamiętam debiut trenera Rafała Góraka za pierwszej kadencji – to właśnie piłkarze z Niecieczy pokonali nas w Katowicach po pięknym golu Pawlusińskiego. Niedawno GKS był bliski wygranej, ale grając z przewagą jednego zawodnika przez cały mecz dał sobie wbić trzy gole, w tym na 3:3 w czasie doliczonym. Była porażka po dogrywce w Pucharze Polski. Innym razem rywale również w doliczonym czasie strzelili zwycięskiego gola.

W końcu przeciwnik ten został odczarowany. Ale dziewięć meczów na Bukowej, w których ani razu nie przegrali to swoisty rekord.

Po tym meczu nasz zespół wskoczył na podium. Można się powoli bawić w analizy terminarza. Na ten moment mamy dwa punkty przewagi nad Zagłębiem Lubin i Wisłą Płock oraz lepsze mecze bezpośrednie z oboma tymi ekipami. To mówi, że w przypadku naszej jednej wygranej w trzech ostatnich kolejkach, rywale ci musieliby wygrać dwa swoje mecze.

Zagłębie gra z Górnikiem na wyjeździe, Pogonią u siebie i Jagiellonią na wyjeździe. Wisła z Motorem i Górnikiem u siebie oraz Lechem na wyjeździe. W każdym z tych przypadków dwie wygrane byłyby dużym wyczynem. I choć nie są to scenariusze niemożliwe (zwłaszcza w przypadku Wisły), to zadanie to będzie dla tych ekip piekielnie trudne.

Nie wspominam na razie (wspomniałem na wstępie) o Rakowie i Jagiellonii, bo nikt nie powiedział, że i z tymi zespołami nie możemy rywalizować o miejsce na podium. Tym bardziej, że z Jagą zagramy mecz bezpośredni.

Ale tak jak powiedziałem – swoje punkty trzeba zrobić. A i nasz terminarz do łatwego nie należy. Piast pod wodzą trenera Myśliwca znów zaczął grać bardzo dobrą i skuteczną piłkę. Starcie w Gliwicach będzie niebywale trudne. Staną na siebie dość podobne dwie drużyny i znów będziemy mieli piłkarską wojnę. Później przyjdzie czas na ekipę Adriana Siemieńca, która zawodzi w ostatnim czasie, ale nadal jest to przecież świetna drużyna. I na koniec zawsze mocna u siebie Pogoń.

Rywale więc w tej kolejce nam pomogli, a my to wykorzystaliśmy kapitalnie. Zawsze najlepiej zacząć od siebie i swój mecz wygrać. A co się wydarzy na innych boiskach jest równie ważne – ale lepiej to obserwować mając już spokojną głowę i swoje zadanie wykonane najlepiej jak się potrafi.

A Termalica? To była piękna przygoda. Ktoś musi w lidze zająć ostatnie miejsce, ale grunt, żeby zrobić to z honorem. To nie jest drużyna bardzo słaba. Byle kto nie wygrywa w Białymstoku, Warszawie i Zabrzu. Za dużo jednak potracili punktów w innych meczach. Pewnie Słonie znów gdzieś za dwa lata awansują. Folklor więc spada z tej ligi – pytanie co będzie w zamian. A może Puszcza, która pod wodzą legendarnego Tomasza Tułacza uchwyciła świetną serię i zaczyna się dobijać do baraży?

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga