Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Tygodniowy przegląd mediów: GieKSa Katowice wywozi komplet punktów z Wrocławia

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które obejmują dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.

Drużyna kobieca rozegrała jedno spotkanie ligowe, w którym wygrała ze Śląskiem Wrocław 3:1 (0:0). W nadchodzącym tygodniu zespół rozegra sparingowy mecz z Górnikiem Łęczna (12.11). Piłkarze wygrali z Chojniczanką Chojnice 3:0 (0:0). Prasówkę po tym meczu znajdziecie TUTAJ. Ostatnie spotkanie ligowe w tym roku drużyna rozegra w najbliższy piątek 11 listopada o godzinie 20:30 z ŁKS-em Łódź.

W ubiegłym tygodniu drużyna siatkarzy rozegrała jedno spotkanie przegrywając na wyjeździe z Aluron CMC Wartą Zawiercie 0:3. Kolejne spotkanie zespół zagra siódmego listopada z Cuprum Lubin, w Katowicach. Spotkanie rozpocznie się o godzinie 17:30.

Hokeiści rozegrają swoje kolejne spotkanie szesnastego listopada.

 

PIŁKA NOŻNA

slaskwroclaw.pl – GieKSa za mocna

Piłkarki Śląska przegrały z GKS-em Katowice 1:3 w spotkaniu 10. kolejki Ekstraligi Kobiet. Wrocławianki od 36. minuty musiały radzić sobie w dziesiątkę po czerwonej kartce dla Oliwii Krysman, a honorowego gola dla WKS-u zdobyła Marcelina Buś.

 

kobiecyfutbol.pl – GieKSa Katowice wywozi komplet punktów z Wrocławia

W meczu otwierającym 10.kolejkę Ekstraligi GKS Katowice pokonał we Wrocław i przynajmniej na jeden dzień został samodzielnym liderem.

Na początku spotkania faulowana w polu karnym była Maciążka, a do piłki ustawionej na jedenastym metrze podeszła Hajduk, a jej uderzenie wybroniła Bocian. Przełomowym momentem w spotkaniu była 36.minuta gdy czerwoną kartkę otrzymała Oliwia Krysman. Katowiczanki szybko wykorzystały grę w przewadze i wyszły na prowadzenie kilka sekund po rozpoczęciu drugie części spotkania, a bramkę zdobyła Nikola Brzęczek. Odpowiedź Wrocławianek nastąpiła siedem minut później gdy do wyrównania doprowadziła Marcelina Buś. Przyjezdne ponownie na prowadzenie wyszły za sprawą Amelii Bińkowskiej, która w 81.minucie ustaliła wynik spotkania zdobywając drugą bramkę.

 

dziennikzachodni.pl – GKS Katowice: Co trener Rafał Górak sądzi o rekordowej liczbie czerwonych kartek dla jego piłkarzy?

Czerwona kartka Oskara Repki w meczu z Ruchem w Chorzowie, była już taką szóstą karą dla piłkarzy GKS-u Katowice w obecnym sezonie! Co o tym niechlubnym rekordzie sądzi trener Rafał Górak?

W rozgrywkach Fortuna I Ligi katowiczanie pięciokrotnie kończyli mecze w dziesiątkę. Dwa z tych wykluczeń były udziałem Bartosza Jaroszka, a po jednym razie do szatni wędrowali Jakub Arak, Michał Kołodziejski i wspomniany Repka. W Fortuna Pucharze Polski ich los podzielił Patryk Szwedzik. Ten bilans uzupełnia czterdzieści (!) żółtych ligowych kartek (rekordzista Michał Kołodziejski ma ich siedem) oraz pięć pucharowych.

– Średnia, zwłaszcza w czerwonych kartkach, odbiegła nam daleko od normy – komentuje trener Rafał Górak. – Część z nich na pewno można przypisać ambicji, zapomnieniu w ferworze walki, takiemu „chciejstwu” w pogoni za wynikiem, ale mam też wrażenie, że sędziowie czasem nas po prostu krzywdzą. Uważam, że druga żółta kartka, oznaczająca wyrzucenie z gry, powinna być „wyraźna”, a zdarza się, że bywa pokazywana za „miękkie” przewinienie.

W GKS-ie funkcjonuje regulamin umożliwiający karanie za osłabienie zespołu. – Stosujemy go tylko wtedy, gdy zawodnik zagra bardzo nieodpowiedzialnie lub niesportowo. Taką męską rozmowę miał Jaroszek po Podbeskidziu, inne przypadki wynikały z ferworu gry – podkreśla szkoleniowiec GieKSy

Przed sezonem trenerzy mają szkolenia ze zmian w przepisach i ich interpretacji. – Dostajemy pewne wytyczne, uczula się nas na nowinki, ale weryfikacja następuje na boisku. My tylko staramy się przekazać zawodnikom „ducha” tych wykładni – zaznacza Rafał Górak. – Sędziowie jednak też czasem interpretują coś „w lewo”, czasem „w prawo” , te linie podziału nie zawsze są jasne. Ale przede wszystkim mam wrażenie, że generalnie poszło to wszystko w kierunku karania. Byłem obrońcą i często widzę, że teraz takie zagrania, jakie zdarzało mi się wykonywać, kończą się na przykład karnym. Ta tendencja też ma pewien wpływ na ten nasz kartkowy bilans.

 

SIATKÓWKA

sportdziennik.com – Z szybkością Pendolino

[…] Derby naszego regionu padły, zgodnie z oczekiwaniami, łupem siatkarzy z Zawiercia, którzy pokonali dość pewnie GKS Katowice. Tylko w pierwszym secie gospodarze mieli trochę problemów, ale później dysponowali większą siłą uderzeniową. To niezły prognostyk przez debiutem w Lidze Mistrzów. Powody do zadowolenia ma zespół z Lublina, który po raz pierwszy w tym sezonie zdobył komplet punktów, wygrywając w Bielsku-Białej. Ledwo zakończyła się 7. kolejka spotkań, a dzisiaj zaczyna się następna. Rozgrywki PlusLigi mkną z szybkością pendolino.

Mecze zespołów z Zawiercia oraz Katowic zawsze były wyrównane. 1. set tylko to potwierdził, bo o wszystkim zadecydowała gra na przewagi. Siatkarze GKS-u mieli 4 piłki setowe, ale nie potrafili tego wykorzystać i gospodarze wyszli z poważnej opresji. O wygranej zadecydował udany atak z 2. linii Uros Kovacević. Nim do tej kluczowej akcji obserwowaliśmy twarde spotkanie okraszona sporą ilością błędów w polu serwisowym. Gospodarze popełnili ich 5 i zaliczyli as serwisowego (Miguel Tavares), zaś goście 7 i bez punktu. Przyjezdni mieli nieznaczną przewagę, ale w końcowych fragmentach miejscowi doprowadzili do remisu. Rozpoczęła się gra punkt za punkt i ostatecznie o wygranej zadecydował serbskich przyjmujący. Siatkarze GKS-u mieli słabsze przyjęcie, ale imponowali gra w obronie, gdzie brylował Bartomiej Mariański.

Jednak w kolejnej odsłonie od połowy seta Aluron zbudował 5-punktową przewagę i już nie roztrwonił. Podopieczni trenera Michała Winiarskiego grali na równym poziomie. Dawid Konarski prezentował się poniżej swoich możliwości i został zastąpiony przez 20-letniego, utalentowanego Dawida Dulskiego. I on nie zawiódł oczekiwań, kilka razy udanie zaatakował i ponadto był groźny w polu serwisowym. Trener Grzegorz Słaby próbował różnych ustawień, ale nie przyniosło to wymiernych efektów. Gospodarze grali swobodnie i ten rytm utrzymali w kolejnym secie i przewaga jeszcze bardziej była wyraźna. Siatkarze z Zawiercia dysponowali lepszą zagrywką i on w dużej mierze ustawiła tę potyczkę. A ponadto w ważnych momentach ciężar odpowiedzialności brał Kovacević, który kończył trudne piłki. Cieszy również dobry występ Dulskiego, zastąpił Konarskiego i grał już do końca meczu.

Aluron CMC Warta Zawiercie – GKS Katowice 3:0 (29:27, 25:20, 25:19)

 

siatka.org – Bartosz Mariański: W Zawierciu możemy, u siebie z Cuprum Lubin musimy

GKS Katowice w Zawierciu musiał uznać wyższość miejscowych siatkarzy. Podopieczni Grzegorza Słabego przegrali 0:3, ale swoje szanse mieli chociażby w premierowej odsłonie.  – Myślę, że trochę nam podciął skrzydła ten pierwszy set, bo mieliśmy swoje szanse. W drugim secie też graliśmy jak równy z równym, ale tylko do pewnego momentu. W trzeciej partii rywal nam już całkowicie odjechał i nie było co zbierać – powiedział Strefie Siatkówki libero GKS-u, Bartosz Mariański.

W 7. kolejce PlusLigi GKS Katowice przegrał 0:3 z Aluronem CMC Wartą Zawiercie. Goście z Katowic mogą żałować głównie premierowej odsłony, w której ulegli rywalom dopiero po walce na przewagi. W kolejnych partiach zawiercianie wzmocnili swoją zagrywkę czym mocno utrudnili grę ekipie GKS-u. – Na pewno zawiercianie tutaj we własnej hali czują się dobrze i widać to było przede wszystkim w polu zagrywki. Mieliśmy jednak swoje szanse, których nie wykorzystaliśmy. Zabrakło nam też trochę szczęścia, bo piłka, która wpada po taśmie, a Bartek Kwolek pod nią podkłada rękę przy stanie chyba 28:27, zazwyczaj takie coś się kończy błędem przeciwnika. Tu akurat się to nie zdarzyło i zawiercianie wygrali pierwszego seta, a potem cały mecz – skomentował Bartosz Mariański. Kolejne sety nie były już tak wyrównane, a inicjatywę dość szybko przejmowali gospodarze. – Myślę, że trochę nam podciął skrzydła, bo mieliśmy swoje szanse. W drugim secie też graliśmy jak równy z równym, ale tylko do pewnego momentu. W trzeciej partii rywal nam już całkowicie odjechał i nie było co zbierać – podsumował libero katowiczan.

Jego drużynę czekają już kolejne wyzwania. W następnych kolejkach podopieczni Grzegorza Słabego będą o ligowe punkty rywalizować najpierw z Cuprum Lubin, a następnie z BBTS-em Bielsko-Biała – obie te drużyny są niżej notowane w ligowej tabeli. – Myślę, że to są rywale, z którymi będziemy chcieli wygrywać. W Zawierciu możemy, u siebie z Cuprum Lubin musimy. Potem czeka nas pojedynek z BBTS-em Bielsko-Biała i to są dwa mecze, które będziemy chcieli wygrać I wygrać je za trzy punkty – zapowiedział Bartosz Mariański. Pojedynek z Cuprum Lubin zaplanowany został na poniedziałek, o godzinie 20:30.

 

HOKEJ

hokej.net – Rewolucja w Hokejowej Lidze Mistrzów. Miejsce dla Polski zagrożone

Rewolucja w Hokejowej Lidze Mistrzów. Od przyszłego sezonu będzie w niej grało mniej drużyn, a Polska nie dostanie już stałej „dzikiej karty”, choć ciągle będzie szansa na występy dla drużyn z naszego kraju.

Decyzja o rewolucyjnych zmianach w rozgrywkach zapadła podczas dzisiejszego nadzwyczajnego zgromadzenia akcjonariuszy rozgrywek w szwajcarskim Zugu. Zmiany wejdą w życie już od przyszłego sezonu. Przede wszystkim zdecydowano o zmniejszeniu liczby uczestników rozgrywek z 32 do 24. Zlikwidowana zostanie faza grupowa, a zastąpi ją tzw. sezon zasadniczy, w którym wszystkie zespoły stworzą jedną grupę uczestników, ale będą rywalizowały „systemem szwajcarskim”, w którym nie każdy gra z każdym. To rozwiązanie podobne do tego, które po reformie rozgrywek wprowadzi od 2024 roku piłkarska Liga Mistrzów. W niej jednak liczbę uczestników zwiększono, a nie zmniejszono. Każda drużyna biorąca udział w rozgrywkach Hokejowej Ligi Mistrzów zagra w sezonie zasadniczym z 6 rywalami, ale z każdym tylko raz. Nie będzie rewanżów. Na podstawie zdobytych w takich meczach punktów i goli zespoły zostaną sklasyfikowane na miejscach 1-24, a 16 najlepszych awansuje do fazy pucharowej, która zostanie rozegrana w dotychczasowym formacie. Nie będzie jednak losowania par 1/8 finału, ponieważ drużyny zostaną rozstawione wg miejsc po sezonie zasadniczym (1 z 16, 2 z 15, 3 z 14 itd.)

W związku z likwidacją fazy grupowej nie będzie już losowania grup, zastąpi je za to losowanie przeciwników dla każdej z drużyn. W tym celu drużyny zostaną podzielone na 4 koszyki po 6 zespołów według osiągnięć ligowych w poprzednim sezonie. Każdy wylosuje po 2 rywali z 3 pozostałych koszyków.

Zmienia się także liczba uczestników rozgrywek z poszczególnych krajów. Każda z 6 lig założycielskich Hokejowej Ligi Mistrzów otrzyma w niej po 3 miejsca. Mowa o ligach: czeskiej, fińskiej, niemieckiej, szwajcarskiej, szwedzkiej i międzynarodowej ICE Hockey League. W pierwszej kolejności kwalifikować się będą mistrzowie tych lig, następnie zwycięzcy sezonu zasadniczego, 2. drużyna rozgrywek zasadniczych i w razie konieczności 3. zespół w tabeli.

Pewne miejsce w rozgrywkach będzie także miał zwycięzca Hokejowej Ligi Mistrzów. Jego liga otrzyma prawo wystawienia dodatkowego przedstawiciela.

W ten sposób obsadzonych będzie 19 miejsc (obrońca tytułu + 6 x 3 drużyny z lig założycielskich). 5 pozostałych obsadzą drużyny, które otrzymają „dzikie karty”. Organizatorzy rozgrywek ustalili, że minimalna liczba krajów reprezentowanych w HLM ma wynosić 11, a zatem każdą „dziką kartę” dostanie drużyna z innej ligi i nie będzie to żadna z 6 lig założycielskich.

Zespół z Polski będzie mógł więc otrzymać „dziką kartę”, ale przynajmniej na razie nie będzie tak jak w ostatnich latach, gdy byliśmy pewni, że mistrz naszego kraju ma prawo występu po zatwierdzeniu przez zarząd Hokejowej Ligi Mistrzów. Dziś organizatorzy poinformowali jedynie, że przydzielanie „dzikich kart” na każdy sezon będzie podlegało zatwierdzeniu przez zarząd, a decyzja zapadnie w późniejszym terminie.

W obecnym sezonie w HLM występowali przedstawiciele 7 lig „aspirujących”, czyli innych niż założycielskie: duńskiej, francuskiej, norweskiej, polskiej, słowackiej, brytyjskiej i słoweńskiej, tyle że Olimpija Lublana dostała „dziką kartę” w związku z brakiem możliwości występów przedstawiciela Ukrainy. W dwóch ostatnich sezonach wykluczone z rozgrywek były z kolei drużyny z Białorusi.

Na korzyść Polski w staraniach o „dziką kartę” może przemawiać aspekt sportowy, bo w ligowym rankingu Hokejowej Ligi Mistrzów za 4 ostatnie sezony PHL zajmuje 7. miejsce, a więc najwyższe ze wszystkich lig aspirujących.

W nowym formacie rozgrywek nie będzie już także automatycznego miejsca dla zwycięzcy Pucharu Kontynentalnego, z którego w tym sezonie korzystała Comarch Cracovia, choć nie jest wykluczone, że triumfatorzy PK będą otrzymywali „dzikie karty”.

Hokejowa Liga Mistrzów w swoim komunikacie poinformowała, że zmiany nad którymi pracowano przez 2 lata, są podyktowane chęcią zapewnienia większej ekskluzywności rozgrywek, a nowy format zwiększy równowagę konkurencyjną i atrakcyjność rywalizacji.

Najważniejsze zmiany w formacie Hokejowej Ligi Mistrzów od sezonu 2023-24:

– zmniejszenie liczby uczestników z 32 do 24;

– likwidacja fazy grupowej;

– „system szwajcarski” – 6 meczów każdej drużyny z innymi rywalami, brak rewanżów;

– awans do 1/8 finału dla 16 najlepszych drużyn w tabeli sezonu zasadniczego;

– po 3 miejsca dla każdej z 6 lig założycielskich;

– 5 „dzikich kart” dla drużyn z lig aspirujących.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga