Felietony Piłka nożna
Wąska kadra GKS Katowice
To co pocieszające po spotkaniu z Unią Skierniewice to fakt, że GieKSa notowała w historii nieco większe kompromitacje. Co prawda można je policzyć na palcach jednej ręki. W ostatnim dwudziestoleciu, kiedy tak naprawdę dostajemy w dupę w Pucharze Polski, notorycznie, regularnie i cały czas, zdarzyły się wpadki, o których zaraz napiszę. Jednak chyba najbardziej przerażające jest to, że przez cholerne dwadzieścia lat tylko dwa razy udało nam się przejść na szczeblu centralnym dwie rundy. Kilka razy udało się przejść jedną i najwięcej razy po prostu odpadaliśmy w samych przedbiegach w koszmarny sposób z drużynami z niższych lig. Niestety aż za dobrze pamiętamy Zdzieszowice, Słubice, Radomiak (wówczas drugoligowy), Niepołomice, Siarkę Tarnobrzeg. Do tego przegrane z innymi zespołami tej samej ligi (także będąc drugoligowcem). I oprócz Unii tylko raz zdarzyło nam się przegrać z trzecioligowcem – kolejny „słynny” mecz w Luboniu, z drużyną która w omawianym sezonie zajęła pierwsze bezpieczne miejsce nad strefą spadkową relegującą do czwartej ligi. No i nawiasem mówiąc, nie zapominajmy o przegranej z A-klasowymi rezerwami AKS Mikołów. Wtedy jednak sami byliśmy w czwartej lidze (wówczas czwarty poziom rozgrywkowy, podobnie jak Unia obecnie).
Najgorsze jest to, że doświadczeni przez tyle lat tymi pucharowymi traumami kibice wcale nie uważali, że zwycięstwo w Skierniewicach jest pewne. Oczywiście głośno mówili, że jest to obowiązek, bo trzeba byłoby być chyba bez krzty ambicji, żeby tak nie sądzić. Wiedzieliśmy jednak, że różne rzeczy w historii GieKSy się działy i tutaj przeprawa wcale może nie być łatwa.
Umówmy się jednak… Nikt nie dopuszczał myśli o porażce.
Niektórzy kibice już używają słowa „kryzys”. Trudno jednak rozpatrywać obecną sytuację GieKSy w takich kategoriach. No bo przecież przed przerwą reprezentacyjną były efektowne zwycięstwa z Pogonią i Puszczą, a teraz na razie „tylko” zremisowaliśmy z rozpędzającym się wicemistrzem Polski Śląskiem Wrocław oraz przegraliśmy z już rozpędzoną Legią Warszawa. Z Unią zagraliśmy pół-rezerwowym składem, więc też ciężko wyciągać sumaryczne wnioski. Problem na ten moment leży gdzie indziej. O zaczątkach kryzysu będziemy mogli mówić w przypadku ewentualnej porażki z Koroną Kielce. Oby nie…
Oczywiście, że indywidualnie zawodników również oceniamy przez pryzmat gry całego zespołu. Niemoc w drugiej połowie ze Śląskiem i totalna bezradność przez godzinę z Legią sprawiła wrażenie, że praktycznie wszyscy zawodnicy obniżyli loty, a niektórzy już w szczególności – w porównaniu z dyspozycją sprzed przerwy na kadrę. Nadal jednak są to tylko dwa spotkania ligowe dla niektórych zawodników. Plus kilku zawodników, który wystąpili także w środowym meczu.
Trener trochę zaskoczył składem, bo o ile w Niecieczy mieliśmy niemal całą jedenastkę złożoną z dublerów, to z Unią już było takie pół na pół, z lekką przewagą jednak „niewyjściowych” zawodników. Cieszyć mogło, że w jedenastce są Jędrych, Kuusk, Czerwiński czy Repka. To miało już na wstępie podnieść jakość zespołu.
Niestety jakkolwiek Oskar Repka rozwinął się bardzo piłkarsko, co było widać już na wiosnę, ale i w obecnym sezonie ekstraklasy, to nadal po prostu czasem totalnie odcina mu prąd i logiczne myślenie. Zdarza mu się „raz na mecz” zaliczyć jakąś poważną piłkarską wtopę, nawet gdy gra bardzo dobre zawody. Wiosną w Niecieczy otrzymał beznadziejną czerwoną kartkę za uderzenie przeciwnika. I o ile z Unią można by któregokolwiek zawodnika nawet wytłumaczyć z czerwonej kartki na przykład w wyniku akcji ratunkowej i faulu na rywalu wychodzącym sam na sam, to tak doświadczony zawodnik łapiący żółtko już w trzeciej minucie spotkania, a potem drugie w czterdziestej – to totalne nieporozumienie i nietrzymanie napięcia. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że druga kartka była mocno dyskusyjna, to zawodnik sam sobie podłożył minę na samym początku spotkania.
Nadal jednak grając w dziesiątkę nie mamy prawa przegrać z trzecioligowcem. No ale właśnie. Tutaj zaczynają się schody.
To że GKS stracił dwa gole, to kwestia indywidualnych błędów. Rafał Strączek dał się w dość prosty sposób zaskoczyć z rzutu wolnego. Ustawił dwuosobowy mur – okej, niech już mu będzie – natomiast musi brać pod uwagę, że zawodnik będzie uderzał na bramkę, a nie dośrodkowywał. Spóźnił się i nie obronił strzału. Druga bramka to Arkadiusz Jędrych odbijający się od rywala w indywidualnym pojedynku. Też trzeba to uznać za pewnego rodzaju kiks kapitana – nie powinno się to absolutnie zdarzyć takiemu zawodnikowi.
Dalej jednak uważam, że to nie czerwona kartka czy te dwie głupio stracone bramki zadecydowały o klęsce. Problem był zgoła inny, choć wspomniane sytuacje znacząco utrudniły zadanie.
Kłopot polegał na tym, że w starciu z listonoszami, piekarzami czy ogrodnikami (przepraszam, to zabieg stylistyczny nawiązujący do potyczek polskich drużyn z egzotycznymi drużynami w pucharach) nie potrafiliśmy po prostu grać w piłkę. Przecieraliśmy oczy ze zdumienia, jak zawodnicy aspirujący do pierwszej jedenastki ekstraklasowego zespołu nie potrafią skonstruować składnej akcji, przegrywają przebitki i drugie piłki, podają niedokładnie, nieprecyzyjnie, są wolniejsi od żwawych przeciwników. Przykro się na to patrzyło.
No i tu dochodzimy do sedna. Sedna, którego pierwszą odsłonę mieliśmy w poprzedniej rundzie w Niecieczy. Z dużo mocniejszym rywalem. Wówczas od 13. minuty to my graliśmy z przewagą jednego zawodnika i śmiem twierdzić, że gdyby nie to – nie awansowalibyśmy. Do czerwonej kartki rywala gospodarze mieli trzy wywrotki w polu karnym, po których sędzia nie dyktował jedenastek, ale ta postawa piłkarzy Marcina Brosza była zapowiedzią rzucenia się na GieKSę. Dzięki Bogu wówczas Jaroszek strzelił bramkę, bo potem Nieciecza w dziesiątkę cisnęła nas niemiłosiernie i mieliśmy masę szczęścia, że straciliśmy tylko jedną bramkę. Dopiero po poczwórnej zmianie i wprowadzeniu zawodników pierwszego składu gra w końcu była taka, jaka miała być.
W Skierniewicach piłkarze pierwszego składu w liczbie trzech byli w linii obrony plus wspomniany Repka i drugi napastnik w hierarchii – Bergier. Za rozgrywanie odpowiedzialni byli zawodnicy, którzy nie są podstawowymi. Piłkarzami, którzy aspirują do jedenastki są Marzec, Milewski, Antczak czy Galan. Wyszli na boisko i mieli szansę naprawdę efektownie się pokazać trenerowi i kibicom, a dali kompletną plamę. Nie zmienia tego faktu nawet to, że jedną bramkę strzeliliśmy, a do siatki w końcu trafił Hiszpan. Jeszcze tego by brakowało, żeby nawet gola nie zdobyć…
Tak jak wspomniałem wcześniej, ci piłkarze nie potrafili w żaden sposób zdominować przeciwnika czy raz po raz stwarzać zagrożenia pod polem karnym rywala. Były straty, niedokładność i przegrane pojedynki. Napędzeni rywale wyprowadzali lepsze akcje, lepsze kontry i stwarzali większe zagrożenie pod bramką Strączka. Drużyna, która w hierarchii ligowej jest 44 miejsca niżej niż GKS Katowice, była zespołem zdecydowanie lepszym.
I to jest problem – nie mamy szerokiej kadry. Kompletnie. Do gry w pierwszym składzie w ekstraklasie nadaje się 11-12 zawodników, którzy może nie gwarantują super poziomu, ale dają na to dużą nadzieję – co przecież już w ekstraklasie nieraz pokazali. Nie można jednak wymagać od podstawowych piłkarze znakomitej dyspozycji w każdym meczu. To jest liga, długa liga i czasem ktoś po prostu zagra słabszy mecz lub złapie lekki kryzys. Najnormalniejsza sprawa na świecie. Tylko wówczas musimy mieć w odwodzie solidnych rezerwowych, którzy zluzują danego piłkarza i dadzą jakość naszemu zespołowi.
Niestety ściągani jako wzmocnienia Sebastian Milewski czy Borja Galan jakości tej nie dają kompletnie. Mateusz Marzec wygląda nieco lepiej, bo przynajmniej ma liczby. Ale z Unią zagrał bardzo słabo. Jakub Antczak na razie to melodia przyszłości, a i tak pewnie go za niedługo w GieKSie nie będzie. Sebastian Bergier to napastnik zagdaka – gdy wydawało się, że od składu jest już bardzo daleko (czyt. Zrelak będzie grał całe mecze), strzelił dwie bramki i wydatnie pomógł zespołowi. No ale potem miał kontuzję i w obliczu urazów obu napastników musiał grać Galan, który na razie boleśnie zderza się z najwyższą klasą rozgrywkową
Co do piłkarzy podstawowej jedenastki to jeszcze jakoś się broni Alan Czerwiński, ale to nie jest zawodnik, na którym można opierać ofensywną grę na skrzydłach w dużej mierze. Turbodoładowanie, które piłkarz miał w dalszej fazie swojego pierwszego pobytu w GieKSie to już przeszłość. Zawodnik postawił na inne aspekty niż rajdy na skrzydle. Na razie jeszcze daje zespołowi wartość, ale czy tak będzie cały czas? Tego mu życzę. Z Unią niestety też zagrał bardzo słabo. Lukas Klemenz bywa elektryczny i też dobrze byłoby mieć w odwodzie jakościowych stoperów.
Tacy piłkarze jak Milewski czy Galan powinni być gwiazdami tego spotkania i pokazywać trzecioligowemu rywalowi, na czym polega poważna piłka. Ustawieniem, minięciem, mądrym, czasem niekonwencjonalnym rozegraniem. Tymczasem poziom niektórych zawodników był iście trzecioligowy, ale tak trzecioligowy, że przegrywają z inną drużyną z tej klasy rozgrywkowej.
Dwa mecze – Nieciecza i Skierniewice – plus wejścia niektórych ze wspomnianych zawodników na swoje minuty w ekstraklasie pokazują, że na ten moment nie mamy ustabilizowanej i pewnej szerokiej kadry. Trener musi dość twardo i sztywno trzymać się pierwszej jedenastki i nie ma za bardzo możliwości rotacji.
Nie wiedzieć czemu szkoleniowiec zdecydował się na zmiany tak późno. Dopiero na ostatni kwadrans na boisku pojawili się Nowak i Zrelak, pięć minut wcześniej Błąd i Wasielewski. Za późno. To już jest kwestia prawdopodobieństwa, czy w 15-20 minut, grając w dziesiątkę, nawet podstawowi zawodnicy strzelą bramkę. Może się to wydarzyć, ale nie musi. Tym razem się nie wydarzyło.
Niestety też dość zasmucającą kwestią jest to, że jednak nie możemy zagrać dwóch meczów co trzy dni podstawowym składem. Nie wystawia to najlepszego świadectwa szerokiej kadrze jako takiej. Tym bardziej, że kolejny mecz mamy dopiero w poniedziałek. Taka Legia się nie bawi w jakieś drugie składy, tylko grając w czwartek, niedzielę i środę w trzech różnych rozgrywkach wystawia swoją podstawową jedenastkę i wygrywa mecze. I to – oprócz meczu ligowego w Warszawie – świadczy o jednak póki co przepaści między oboma klubami.
Wzmocnienia w zimie są więcej niż konieczne. Nie możemy się opierać tylko na jedenastu zawodnikach. Kontuzje Zrelaka i Bergiera pokazały, że zostajemy bez napastnika i trzeba rzeźbić Galanem. Póki wszyscy są zdrowi – wszystko jest dobrze. Ale przyjdą kolejne urazy oraz pauzy za kartki – nie daj Boże na przykład absencja dwóch zawodników w jednym meczu i naprawdę wtedy możemy być zgubieni.
Ktoś powie, że skreślam tych zawodników. To nie tak. Wierzę, że wezmą się oni za siebie i w końcu zaczną dawać jakość. Już nie w Pucharze Polski, ale wchodząc z ławki w meczach ligowych. Natomiast oceniając, jak to wygląda obecnie – to obraz mamy, jaki mamy. To poważna piłka i ciężko czekać dwa lata, aż ktoś zaskoczy. Trzeba działać na tu i teraz albo przynajmniej… zaraz.
To miał być łączony felieton dotyczący Unii i Korony, ale jednak spotkanie w Skierniewicach pokazało szerszy problem. Tak więc w niedzielę pojawi się tekst już dotyczący ligowego spotkania – już w bardziej optymistycznym tonie. Na teraz mogę powiedzieć tylko – choć mecz z Unią to blamaż – stonujmy z inwektywami pod kątem trenera i zawodników, bo jakby nie patrzeć, w tym roku dali nam tyle radości, że po prostu należy im zaufać i wierzyć, że widzą i diagnozują problemy. Krytyka być musi – ale z głową.
A w zimie – wzmocnienia.
Felietony Piłka nożna
Betonowy Urban
Nie doczekaliśmy się powołania dla Bartka Nowaka. Nie wystarczy, że od samego początku sezonu wiążesz krawaty w tej lidze, indywidualnie piłkarsko jesteś jednym z najlepszych zawodników w ostatnich latach. Że masz liczby, jesteś równy, a twoja drużyna dzięki tobie co mecz ma gola.
Ani to, że potrafisz znaleźć taką mysią dziurę na zatłoczonym boisku i wykorzystać ją do ultraprecyzyjnego podania, że partnerowi wystarczy tylko dołożyć nogę. Że stałe fragmenty bijesz tak, że koledzy tylko dostawiają głowę i jest gol.
Nie, to panu Urbanowi nie wystarczy. Dlatego plecie banialuki o tym, jak to Bartek rozgrywa „znakomity sezon, znakomity. Ale to tylko polska ekstraklasa”. Chłopie, to po kiego grzyba ty w ogóle w ostatnim czasie się kilka razy pojawiałeś na Nowej Bukowej? Właśnie po to, żeby zobaczyć kapitalnego zawodnika i go nie powołać? A może po prostu chodziło o to, żeby poskubać słonecznik i obejrzeć meczyk?
Nie wiem, co jeszcze miałby Nowak zrobić, żeby to powołanie dostać. Stanąć na (…) i zatańczyć breakdance’a?
Nie mówimy o zawodniku, który ma dobry miesiąc. Mówimy o piłkarzu, który od ponad pół roku tydzień w tydzień pokazuje naprawę bardzo wysoki poziom, przerastający na ten moment większość reprezentantów. I tak – można powiedzieć, że to tylko ekstraklasa. Tyle, że przecież po pierwsze nie jest to żadna ujma, a po drugie przez całe lata do polskiej kadry powoływane były te wszystkie Kapustki, Wszołki i inne piłkarskie wynalazki.
Mimo mojej całej sympatii do Grosika, to teraz mam pytanie, jakim prawe on jest w kadrze, a Nowak nie? Co niby takiego specjalnego robi Wiśniewski, żeby w tej kadrze się znajdować? Drągowski to co prawda bramkarz, ale… bramkarz, który na początku wiosny puszczał każdy celny strzał do bramki.
Jakim prawem w kadrze jest wiecznie kontuzjowany Moder, który poza jedną bramką strzeloną Anglii nie dał reprezentacji kompletnie nic? W czym lepsze są te wszystkie Rózgi czy Slisze? Poza tym, że – jak w przypadku tego ostatniego – przyklejony został do kadry niczym rzep i nie da się go odkleić. Jak mniemam, tylko dlatego, że grał w Legii, bo gdyby nie pograł kilka lat u Wojskowych, to pewnie nikt by w Polsce o nim nie pamiętał.
I tu nawet nie chodzi o to, że Bartosz Nowak miałby grać, wyjść w pierwszej jedenastce. To kwestia symboliki, sygnału dla piłkarskiej polski. Że to właśnie to powołanie pokazuje, że jak zawodnik przez tyle miesięcy gra nie tylko bardzo dobrze, ale wręcz kapitalnie, to logiczną nagrodę jest powołanie do reprezentacji Polski. Choć swoją drogą, uważam, że piłkarz w takiej formie realnie mógłby pomóc tej drużynie.
W mediach padały jeszcze od niektórych ekspertów argumenty typu, że Nowak nie powinien być powołany, bo „gdzie niby wcisnąć Nowaka?”. Tyle, że jak przez wiele lat do kadry były powoływane różne wynalazki, to nikt się o to nie pytał. To jest tak z dupy argument, że szkoda nawet strzępić języka.
Trudno nie odnieść wrażenia, że Urban ma po prostu mentalność typowo polskiego piłkarskiego betonu. Jak mu wszyscy truli, że powinien powołać Pietuszewskiego, to gadał jakieś swoje dziwne argumenty. Teraz w końcu powołał. O co najmniej jedno zgrupowanie za późno, ale dobrze, że w ogóle.
Pamiętam, jak kiedyś w szkole graliśmy trochę w piłkę ręczną. Zawsze byłem zwinny i w tę ręczną dobrze grałem. Przyszedł jakiś turniej międzyszkolny, nauczyciel WF wybrał zawodników do reprezentacji szkoły. Mnie nie „powołał” – bo według niego byłem za niski. Tak się wkurwiłem, że gdy na następnej lekcji graliśmy jakiś krótki mecz „niepowołani vs reprezentacja szkoły” moja drużyna wygrała 5:4, a ja strzeliłem wszystkie 5 bramek. Gdy potem nauczyciel wychodził z roboty, minął mnie tylko na korytarzu i rzucił „Michał, dobrze grałeś”. Pamiętam to do dziś. Widział najwidoczniej, jak mi zależy i że byłem zły. Ale decyzji nie zmienił. Więc gdzieś mógł sobie wsadzić swoje pochwały, tak jak gdzieś Urban może wsadzić swoje zdanie, że Nowak gra „niesamowity, sezon, niesamowity”.
Nie wiem, czy to jakiś osobisty uraz selekcjonera czy właśnie wspomniana betonowa mentalność rodem Zdziśków Kręcinów czy innych tzw. leśnych dziadków z PZPN. Fajnie, że trener taki zabawny, taki śmieszny i taki wyluzowany jest na swoich konferencjach, a nie bucowaty jak Czesiu Michniewicz. Ma jednak w sobie coś z tego PRL-owskiego betonu.
Bartek zapytany przy okazji meczu z Jagą przez Kubę Jeleńskiego o kadrę powiedział, że „jak dostanie powołanie to będzie najszczęśliwszy, a jak nie dostanie – to też będzie najszczęśliwszy”. Chciałbym, żeby tak było, bo nie tylko na boisku, ale i poza nim pokazuje, że to jest po prostu znakomity facet, skromny, a jeśli chodzi o grę – piekielnie dobry.
Od lat nie było w Katowicach piłkarza, który doczekałby się skandowania swojego nazwiska nie przy okazji gola czy dopingowania bramkarza przy rzucie karnym. Kibiców GieKSy niełatwo zachwycić. A Bartek to usłyszał po hat-tricku z Wisłą Płock, słyszał to po zmianie w Lubinie oraz przed meczem z Lechią, gdy dostawał nagrodę Piłkarza Miesiąca.
Osobiście nie mam nic do trenera Urbana. Choć uważam, że był przehajpowany jeśli chodzi o wybór na stanowisko selekcjonera, to z drugiej strony z polskich szkoleniowców nie było nikogo specjalnie lepszego. Jeśli chodzi o Górnik – uważam, że skandalem było zwolnienie go. Osobiście go w sumie nawet lubię.
Ale tu mnie wkurwił niemożebnie. Swoim uporem, swoim sztywnym trzymaniem się nie wiadomo czego.
Grosika powołał kuźwa jego mać…
Oczywiście to nie jest sprawa życia i śmierci. Życzę polskiej reprezentacji bardzo dobrych meczów barażowych i awansu na Mundial. Nie widzę powodu, dlaczego nie miałby się tak stać – ostatecznie poziom tej kadry jest dobry, więc nic nie stoi na przeszkodzie, choć – jeśli przejdziemy Albanię – to finał na wyjeździe ze Szwecją czy Ukrainą będzie wyrównany. Szanse oceniam 50/50, no może lekko na korzyść Polaków.
A za Bartka niesamowicie trzymamy kciuki. To piękne, że dożyliśmy czasów, kiedy piłkarz potrafi tak zachwycać i rozkochać w sobie katowicką publiczność. Tak jak napisałem, Bartek robi dobrą minę do złej gry, ale nie wierzę, że gdzieś go wewnętrznie to nie zabolało. Masz poczucie, że jesteś aktualnie jednym z najlepszych polskich piłkarzy, jeśli chodzi o formę i musisz obejść się smakiem. Życzyłbym sobie, żeby zawodnik wyszedł z tego po prostu silniejszy. I jak nie w kadrze, to w GieKSie miał swoje momenty radości.
A Panu Panie Urban zacytuję słowa piosenki:
„W domach z betonu nie ma wolnej miłości”
…
Felietony Piłka nożna
Plusy i minusy po Lechii
GieKSa pokonała Lechię Gdańsk 2:0 i dopisała kolejne zwycięstwo w lidze. Zapraszam na plusy i minusy.
Plusy:
+ Bartosz Nowak
Dobre wyjście z piłką już w pierwszej minucie, wywalczony rzut wolny, z którego zaczęła się akcja bramkowa, świetne wyprowadzenie przy golu Wdowiaka i podanie do Szkurina przy drugim trafieniu. Do tego dośrodkowania po stałych fragmentach i ciągła aktywność przez cały mecz.
+ Rafał Strączek
Kluczowa interwencja w 20. minucie po strzale z wolnego Zhelizko, który był zupełnie niepilnowany. Gdyby ta piłka wpadła, mecz mógłby potoczyć się inaczej. Do tego pewne wyjście w 69. minucie i spokojne łapanie w końcówce pierwszej połowy.
+ Skuteczność przy niskim posiadaniu
38% posiadania piłki i prowadzenie 1:0 po pierwszej połowie mówi samo za siebie. Lechia więcej kreowała, ale to my byliśmy konkretniejsi. Warto zauważyć też to, że znowu strzeliliśmy bramkę prawie, że do szatni.
Minusy:
– Zmarnowane okazje
Nowak nie wykorzystał błędu bramkarza Lechii, który zagrał mu piłkę dosłownie w nogi. Do tego zmarnowana szybka kontra w 32. minucie. Przy lepszym wykończeniu wynik mógł być wyższy dużo wcześniej.
Podsumowanie:
2:0 z Lechią i trzy punkty w lidze. Pierwsza połowa wyrównana, Lechia miała więcej z gry, ale to my byliśmy konkretniejsi. Druga połowa to sprawniejsze zarządzanie wynikiem, choć nie bez nerwowych momentów.
GieKSiarz
Felietony Piłka nożna
Oczko po oczku utkana sieć
Za chwilę to wygrywanie stanie się nudne… Moglibyśmy powiedzieć. Ale, no nie. To się chyba nie ma prawa znudzić. Faktem jest, że rok 2026 przynosi nam tyle radości, że naprawdę nie bylibyśmy sobie tego w najśmielszych marzeniach na Gwiazdkę wyobrazić. Przecież wchodziliśmy w niego będąc w strefie spadkowej, mając w perspektywie bardzo trudne mecze. Tymczasem minęło kilka kolejek, GieKSa wygrywa seryjnie i już niemal podwoiła swój dorobek z jesieni!
Sam staram się za bardzo nie marzyć. Tego mnie GieKSa nauczyła przez wiele lat, choć na różne sposoby. Przez większość z ostatnich dwóch dekad realizm pokazywał, że marzyć nie ma za bardzo sensu, bo i tak nici będą z tych pięknych wizji. Teraz jest inaczej. Nie wychylam się za bardzo z myślami do przodu, bo po prostu w ten zespół wierzę – wierzę w ten projekt, który ma w sobie tak niezliczone pokłady dobrych rzeczy, ale który przecież nie jest jeszcze doskonały. Ufając więc ludziom w zespole – zarówno piłkarzom, jak i sztabowi – cieszę się po prostu z każdego kolejnego progresu. Z każdego dobrego meczu, punktu, zwycięstwa. Szczerze mówiąc nie zaprzątam sobie głowy tym, gdzie nas to zaprowadzi. Jeśli do spokojnego utrzymania, to fajnie. Jeśli do górnej połówki tabeli – jeszcze lepiej. A może do pucharów? A może do Mistrzostwa Polski? Po meczu z Lechią i patrząc na układ tabeli, żaden z tych scenariuszy nie jest nierealny. Ale to czyste teoretyzowanie. Bo i tak na koniec wszystko zależy od utrzymania dobrej formy, realizowania ciągle i konsekwentnie tego samego, co mecz. Na ekstraklasę wystarcza. GieKSa nie wygrywa meczów nie wiadomo jakimi cudami. GieKSa wygrywa stałością i powtarzalnością. Jak Francja w 2018, kiedy to nie grała jakiegoś wybitnie efektownego futbolu (no, może poza meczem z Argentyną), ale grała najrówniej z wszystkich drużyn i to dało jej tytuł. Nie sztuką jest mieć jeden czy dwa efektowne wyskoki i kogoś rozgromić. Prawdziwa siła tkwi w konsekwencji.
No dobra, z tym brakiem cudów trochę przesadziłem. Bartek Nowak. Powiedziałbym, że nie mam słów na to, co wyczynia ten zawodnik. Ale przecież już to pisałem. Gdy wydaje się, że nie jest możliwe, by znów – w kolejnym meczu z rzędu – coś wyczarował, on i tak to robi. Przy obu golach znów zachował się jak piłkarski artysta. Odegranie w punkt do Sebastiana Milewskiego, który wypuścił Mateusza Wdowiaka. A potem Bartek zagrał taką piłę, niczym precyzyjnym uderzeniem kijem bilardowym – po ziemi, mocno, ale precyzyjnie, że Ilja Szkurin mógł dać golkiperowi rywali piękną podcinkę. Wiem, że się powtarzam, ale obawiam się tych powołań na najbliższe zgrupowanie kadry. Przyznam, że sprawa ta wywołuje u mnie bardzo dużo emocji i po prostu nie wyobrażam sobie, żeby Bartek tego powołania nie dostał. A wiemy, że selekcjoner ma jakieś swoje poglądy, choćby odnośnie Pietuszewskiego…
Trener GKS nieraz wspomina o korygowaniu w przerwie. Naprawdę należy cenić nasz sztab za to, że taktycznie – może nie zjada tę ligę, bo to by było przesadą – ale tak dostosowują sposób gry w każdym kolejnym meczu, że wyciskają z potencjału drużyny naprawdę bardzo dużo. A właśnie przerwa jest tym czasem, gdzie coś można pozmieniać, widząc pewne błędy i niuanse w pierwszej połowie. I zazwyczaj odnosi to skutek, bo choćby z Legią, w lidze z Widzewem czy wczoraj, po przerwie zdecydowanie spokojniej i lepiej wyglądały poczynania drużyny.
Druga połowa otarła się o perfekcję. Przed przerwą jeszcze to trochę wyglądało cios za cios, na taką piłkarską (nie fizyczną) wojnę, a nawet z pewną przewagą Lechii. Przy czym nic z tej przewagi nie wynikało, bo gdańszczanie oddali tylko jeden celny strzał – po fenomenalnym uderzeniu Żelizki z dystansu. I na tym jednym uderzeniu w światło bramki zakończyli cały mecz. Zbliżali się po pole karne, mieli posiadanie piłki, ale konkretów z tego większych nie było. Czyli coś, co dobrze znamy z innych meczów. Za to w drugiej połowie z gry Lechia nie miała już w ogóle nic. GieKSa pewnie i spokojnie wybraniała – czy to w polu karnym czy już dużo wcześniej tłumiąc w zarodku akcje przeciwnika. To nie był „mecz obronny”, tak jak w Radomiu. To był absolutnie bardzo dobry mecz w destrukcji, a i konstrukcja była niczego sobie – choć tu już tak doskonale nie było. Ale summa summarum – nie wiem, czy ta druga połowa taktycznie i realizacyjnie nie była najlepsza w tym sezonie. Jak zawsze – gdybym znał się na taktyce, zostałbym taktykiem, a na analizie – analitykiem. Opieram się jednak na swojej intuicji i poczuciu stresu/spokoju – a tutaj nie miałem poczucia zagrożenia, że cokolwiek złego GieKSie może się wydarzyć. I nie mówię tu o tym, że czasem coś przeciwnikowi w takiej sytuacji jednak wpadnie, bo to jest piłka. Mówię o swoim intuicyjnym przeżyciu tej pewności drużyny, braku strachu, dobrych pewnych ruchach i decyzjach. To wszystko było na bardzo wysokim poziomie.
Wiadomo, że we wspomnianej konstrukcji w końcówce meczu mogło być lepiej. Marcel Wędrychowski musi ciągle pracować nad głową, bo jego żwawość i dynamika jest nam potrzebna, ale mając kapitalne możliwości do odegrania piłki i lepszego rozwiązania sytuacji – kilka akcji zepsuł. Ale też nie jest tak, że wszystkie – bo w kilku zachował się bardzo dobrze. Piłkarz ma potencjał, kibicuję mu bardzo mocno, więc niech się chłopak rozwija – jeśli opanuje głowę, będziemy mieli z niego duży pożytek.
Mateusz Kowalczyk staje się coraz lepszy. Chłopak młody, a momentami wygląda na bardzo doświadczonego. Tu zastawienie, obrót, balans ciała, dziubnięcie – i piłka ciągle jest pod jego nogami. Przychodził do GKS jako zawodnik dość anonimowy (choć dla nas nie do końca, bo przecież w ŁKS strzelił nam bramkę), a teraz jest jednym z najlepszych zawodników na tej pozycji w lidze. Sebastian Milewski w zaskakujący sposób wywalczył sobie miejsce w składzie i go nie oddaje. Raz na jakiś czas jeszcze zdarzy mu się strata, gdy pójdzie z piłką „na raz”, ale w zdecydowanej większości jest bardzo skuteczny. A to podanie zewnętrzną częścią stopy z pierwszej piłki – no, Panie Sebastianie, mama znowu może być dumna. Asysta była pierwszej klasy.
Zastanawialiśmy się, jak wprowadzi się do GieKSy Mateusz Wdowiak. Wiele osób powątpiewało, ja też przyznam, że nie byłem pewien. Niepotrzebnie. Zawodnik wygląda na skrojonego pod GieKSę idealnie – z marszu wszedł do pierwszego składu, miejsca nie oddaje i jest po prostu dobry. Charakterologicznie – pasuje jak ulał. Druga bramka strzelona, wchodzi momentami praktycznie na „dziewiątkę”, zresztą w dogrywce z Widzewem tak był ustawiony.
No i doczekał się debiutu młody Kokosiński, pograł swoje minuty i najlepsze jest to, że nie była to zła zmiana. U takiego debiutującego zawodnika sukcesem jest, jeśli udźwignie ciężar. Jakub zaprezentował się dobrze, kilka razy celnie odegrał, praktycznie nic nie zepsuł. Fajnie.
Oczywiście to co nam zaprzątało głowę i napawało niepokojem przed meczem to zestawienie obrony, które jak stwierdził trener Górak było „wywrócone do góry nogami”. Oglądaliśmy więc w środku Martena Kuuska i Wasyla, a Borja i Erik musieli się podzielić wahadłami. Efektem był wspomniany jeden celny strzał rywali i bardzo dobra neutralizacja poczynań najlepszej ofensywy w lidze. Reprezentant Estonii spisał się bardzo dobrze i pewnie, a Wasyl… cóż, Wasyla można dać wszędzie i wszędzie sobie poradzi. Jestem przekonany, że gdyby Marcin grał w ataku, to również parę bramek by strzelił. Taki to zawodnik, wszechstronny, który może zagrać na różnych pozycjach. Ale nie jako „zapchajdziura”, czyli takie niezbyt fajne określenie, którego ongiś się używało na jakiegoś przeciętnego zawodnika, którego rzucało się po całym boisku w zależności od potrzeb. Wasyl po prostu ma taką jakość. No i ostatecznie przez tę pauzę Arka i Alana przeszliśmy suchą stopą.
Jeszcze jedno słowo o tej bramce na 1:0, bo to przecież była przepiękna kontra. Zaczęło się od Wasyla, jeszcze podbił piłkę głową Wodwiak, powalczył Ilja, ale tam jeszcze przeciwnik zdołał zagłówkować. No ale potem to już była perfekcja, Milewski zgarnął piłkę sprzed nosa Kapićowi i pognał do przodu, Nowak z gracją przyjął na klatkę i z pierwszej odegrał do Milusiego, a ten wspomnianym zagraniem z pierwszej piłki wypuścił Wdowiaka. Mateusz też pokazał inteligencję, bo przecież jakby szedł na prawą nogę, to nici by z tego były. Przepiękna akcja.
Oj Lechia nie znosi przyjeżdżać do Katowic. W pierwszej lidze – w pamiętnym meczu – Katowiczanie wygrali 1:0 po golu w doliczonym czasie Arkadiusza Jędrycha. A poprzedni sezon i obecny to wygrane GieKSy 2:0. Tak jak pisałem przed meczem – o ile w Gdańsku wiedzie nam się średnio (ale nie tak beznadziejnie), to na starej i nowej Bukowej bardzo lubimy grać z tym rywalem.
Od początku tego roku GKS szedł łeb w łeb z poprzednim sezonem. Ale na teraz – po 24 meczach – Katowiczanie mają już 3 punkty więcej niż rok temu. Trzy wygrane z rzędu mają swój wydźwięk, a wiemy, że rok temu nasz zespół też sporo meczów rozstrzygał na swoją korzyść.
Zabawa w utrzymanie? Czemu nie. Trzymając się naszej granicy 38 punktów, do utrzymania wystarczą już bilanse: 0-2-8 lub 1-0-9. Jak się okazuje w tym chorym sezonie ta granica może się nieco przesunąć, ale nie sądzę, by powyżej 40 oczek. Faktem jest, że statystycznie GieKSa jest już bardzo, bardzo blisko tego utrzymania. Potem będziemy liczyć matematykę.
Teraz jesteśmy bliżej samej czołówki tabeli. Na ten moment, do drugiej Jagiellonii mamy 2 punkty straty. Wiadomo, że Lech i Raków, które są nad nami, dzisiaj jeszcze grają. Do liderującego Zagłębia na ten moment tracimy 5 punktów. Absolutny kosmos.
I zobaczcie sobie teraz – trochę nie patrząc na obecną formę różnych drużyn – co GieKSa zrobiła już w tym roku. Dwa razy odprawiliśmy z kwitkiem Widzew, wygraliśmy Śląski Klasyk, nie daliśmy sobie strzelić gola ekipie mającej na koncie pół setki strzelonych bramek, pokonaliśmy na wyjeździe obecnego lidera ekstraklasy, nie przegraliśmy z zawsze „wielką” Legią, a do tego awansowaliśmy do półfinału Pucharu Polski. Piękna ta wiosna. A jeszcze nawet się nie zaczęła.
Przed nami kolejne wyzwania. Już pojutrze Katowiczanie podejmą trzecią próbę rozegrania meczu w Białymstoku. Na papierze Jaga jest faworytem, ale patrząc na obecne dyspozycje obu drużyn, nasz zespół nie musi być na straconej pozycji. Drużyna Rafała Góraka jest rozpędzona piłkarsko i mentalnie, więc nie ma co się Jagi bać – co zresztą pokazał Piast Gliwice. Po prostu grajmy swoją grę, nie zapominajmy o zadaniach, miejmy tak mocny mental – jak z Lechią – a powinno być dobrze.


Najnowsze komentarze