Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Prasówka Siatkówka Szachy

Tygodniowy przegląd mediów: Walka godna salonów Europy!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki, hokeja i szachów GieKSy. Prezentujemy naszym zdaniem, najciekawsze z nich.

Piłkarki zakończyły rundę jesienną rozgrywek na pierwszym miejscu w tabeli. Drużyny Orlen Ekstraligi Kobiet do rozgrywek wrócą na początku marca przyszłego roku. Piłkarze kolejne spotkanie rozegrają po przerwie reprezentacyjnej 23 listopada o 17:30 z Lechem na wyjeździe. Czerwona kartka, którą otrzymał Rafał Górak w meczu z Cracovią, została anulowana.

Siatkarze w ubiegłym tygodniu rozegrali dwa spotkania: w poniedziałek ze Stilonem Gorzów i w piątek z Treflem Gdańsk. Niestety drużyna przegrała oba mecze – odpowiednio 2:3 i 1:3. W najbliższą sobotę (23.11) zespół zmierzy się na wyjeździe ze Skrą Bełchatów. Początek meczu o godzinie 17:30. GieKSa zajmuje ostatnie miejsce w tabeli…

Hokeiści zakończyli udział w półfinale Pucharu Kontynentalnego, awansując do finału. Turniej finałowy zostanie rozegrany w dniach 16-19 stycznia 2025 roku. W Aalborg nasza drużyna kolejno wygrała z CSM Corona Brasov 9:2, przegrała z Brûleurs de Loups 2:4 i wygrała z gospodarzami Aalborg Pirates 4:1.

Partyk Cieślak został mistrzem szachowym Mistrzem Świata do lat 14.

PIŁKA NOŻNA

gol24.pl – Komisja Ligi przyznała rację GKS Katowice i Stali Mielec. Kartki trenera Rafała Góraka i Berta Esselinka anulowane

Ważne decyzje zapadły na czwartkowym posiedzeniu Komisji Ligi. Przyznano bowiem rację GKS Katowice i Stali Mielec. Wnioski o anulowanie kartek dla trenera Rafała Góraka (czerwona) i obrońcy Berta Esselinka (żółta) zostało rozpatrzone pozytywnie, przyznając jednocześnie rację, że sędziowie prowadzący mecze 15. kolejki PKO Ekstraklasy pomylili się.

W szalonym meczu Cracovia – GKS Katowice (3:4) Rafał Górak eksplodował z radości po decydującym golu. Prowadzący sędzia Damian Sylwestrzak (Wrocław) z niejasnych wtedy przyczyn pokazał mu w setnej minucie bezpośrednią czerwoną kartkę.

Trener beniaminka nie będzie jednak pauzować w dwóch kolejnych meczach, bo Komisja Ligi przyznała rację nie arbitrowi, lecz klubowi z Katowic. Górak nie eskalował napięcia, jak wynikało z oceny Sylwestrzaka (na murawie doszło do przepychanek między piłkarzami).

SIATKÓWKA

siatka.org – Długie i nierówne zawody. Stilon uniknął sensacji po kontrowersjach

Na zamknięcie 11. kolejki w PlusLiga doszło do tie-breaka. Curpum Stilon Gorzów i GKS Katowice podzieliły się punktami. Katowiczanie zapunktowali po raz drugi w tym sezonie, jednak musieli obejść się smakiem wobec drugiego triumfu. Gorzowianie mimo prowadzenia kropkę nad 'i’ postawili dopiero w piątej partii.

Mocny atak z szóstej strefy Kisiluka otworzył spotkanie. Goście górowali nie tylko na siatce. Gdy asa dołożył Bouguerra, interweniował trener Kowal (3:9). Mimo starań Nevesa Atu dystans pozostawał wyraźny. Dobrze funkcjonował katowicki blok. Goście ryzykowali w polu zagrywki, kończyli kolejne akcje po swoim przyjęciu. Raz za razem punktował Gomułka. Gdy zablokowany został Lorenc, ponownie zawodników do siebie przywołał trener gorzowian (16:20). Choć w szeregach GKS-u pojawiały się błędy, gospodarze tego nie wykorzystali. Atak przez środek Krulickiego dał kolejne piłki setowe. Efektowny kontratak po skosie Gomułki zamknął seta.

Od początku drugiego seta rozgorzała wyrównana walka. Wysoką skuteczność utrzymywał Kisiluk, ale GKS popełniał też sporo błędów. Coraz pewniej atakował Taht. Wynik pozostawał na styku. Na zagrania Kani odpowiadał Usowicz. Po bloku na Kisiluku interweniował trener Słaby (18:16). Gdy kiwką z szóstej strefy zapunktował Taht, gospodarze odskoczyli na 20:17. W końcówce siatkarze obu drużyn psuli zagrywki. Gdy kontratak skończył Kisiluk dystans stopniał i przerwę wykorzystał trener Kowal (21:20). Końcówka potoczyła się jednak po myśli gospodarzy. Dwa ostatnie punkty dla gorzowian padły po błędach rywali.

W trzeciego seta lepiej weszli gospodarze, po ataku Nevesa Atu prowadzili 7:5. Przy zagrywkach Kwasowskiego gorzowianie zaliczyli serię, gdy zrobiło się 11:7, interweniował trener Słaby. Dopiero po przerwie skutecznie zaatakował Bouguerra. Z czasem katowiczanie zaczęli odrabiać straty. Po dwóch zagraniach przez środek Usowicza różnica punktowa stopniała do jednego oczka (15:14). Atak Nevesa Atu i as tego zawodnika skłoniły katowickiego szkoleniowca do kolejnego poproszenia o czas (17:14). Katowiczanie starali się nie odpuszczać. Gdy asa posłał Bouguerra, interweniował trener Kowal (19:18). Atak Tahta i blok na Kisiluku pozwoliły odbudować przewagę, ale dwa zagrania Gomułki ponownie doprowadziły do kontaktu (21:20). Po drugim czasie dla trenera Kowala serię zaliczyli jego podopieczni (24:20). Drugą piłkę setową wykorzystał Neves Atu.

Po autowym kontrataku Kisiluka ponad potrójnym blokiem GKS przegrywał 2:4 w czwartym secie. Sytuacja szybko odmieniła się przy zagrywkach ukraińskiego przyjmującego, bo po jego asie katowiczanie prowadzili 5:4. Uaktywnił się katowicki blok, goście wykorzystywali kontrataki. Po kolejnym bloku GKS-u było już 11:5. W krótkim czasie obie przerwy wykorzystał trener Kowal. Niemoc gospodarzy przerwał dopiero Taht. Skuteczny atak Kwasowskiego i jego celne zagrywki pozwoliły zmniejszyć dystans (12:15). Swoje akcje kończył Taht. Po kontrataku Kani o czas poprosił trener Słaby (15:17). Po przerwie Granieczny obronił atak Krulickiego klatką piersiową i piłka wpadła w boisko GKS-u. W końcówce gospodarze regularnie psuli zagrywki. GKS ostatnie punkty w tej odsłonie zdobył po zagraniach Usowicza i Bouguerra.

Z wysokiego 'c’ w tie-breaka weszli gospodarze, szybko o czas poprosił trener Słaby (3:0). Problemy z dokładną wystawą miał Tuaniga. Gospodarze utrzymywali się na prowadzeniu (8:5). GKS walczył w obronie i po kontrataku Gomułki złapał kontakt punktowy (10:9). Po jednej z akcji weryfikację wygrał GKS, po czym sędzia… ukarał czerwoną kartką katowiczan (12:10). Mariański od razu zgłosił sytuację do protokołu. Przez pewien czas trwała dyskusja. Po tej sytuacji swoje ataki kończył Gomułka. Gdy długą akcję zamknął blok Gomułki, wynik wyrównał się (13:13). Po czasie dla trenera Kowala Domagała zepsuł zagrywkę. Autowy atak Bouguerry zamknął mecz.

Cuprum Stilon Gorzów – GKS Katowice 3:2 (20:25, 25:22, 25:21, 21:25, 15:13)

Stracone szanse będą się śnić po nocach. Gospodarz na kolanach

W meczu 12. kolejki Trefl wygrał 3:1. Mimo dobrego poziomu ofensywy GKSu i wyrównanej gry, to gdańscy siatkarze wyszli obroną ręką ze spotkania na wyjeździe. W czwartym secie pachniało tie-breakiem, jednak zdeterminowany Trefl wygrał za 3 punkty. Z kolei podopieczni Grzegorza Słabego ponownie musieli z frustracją przeboleć stracone szanse.

Początek nie zwiastował dużej dominacji żadnej z ekip. Remis utrzymywał się do stanu 5:5. Później dwa błędy w ataku popełnił Paweł Pietraszko, z czego punktowo skorzystał GKS. Katowiczanie zdobywali punkty przy swojej zagrywce i odskoczyli na 10:6. W ataku rozkręcał się Bartosz Gomułka i jego ekipa długo utrzymywała bezpieczny dystans. Gospodarze jednak zbyt dużo oddawali rywalom błędami w polu serwisowym i sami doprowadzili do nerwowej końcówki – 22:24. Co prawda potem obronili dwie piłki setowe, ale kolejną zagrywkę zepsuł Łukasz Usowicz, a kropkę nad „i” postawił Piotr Orczyk.

Błędów zza dziewiątego metra i dłuższych wymian nie brakowało też w drugiej partii. Tym razem przy stanie 4:4 sprawy w swoje ręce wzięli gdańszczanie. Punkt w ataku zdobył nawet Lukas Kampa, co dało Treflowi dwa „oczka” zapasu. Przyjęcie katowiczan zadrżało, gdy w polu serwisowym stanął Orczyk. Jego seria zapewniła prowadzenie 11:6. Gospodarze zbliżyli się na moment po zagrywce Krzysztofa Gibka (13:14), ale wystarczyło kilka obejść i znów dużo dobrego zrobił Orczyk. Przed decydującą fazą seta ekipa z Pomorza prowadziła 21:16. Sytuację z zaangażowaniem próbował ratować Bartłomiej Krulicki, ale gdańszczanie nie wypuścili już takiej okazji z rąk.

Zmotywowany GKS wszedł pewniej w trzecią odsłonę i po błędzie Alaksieja Nasewicza mieli po swojej stronie wynik 3:1. Świetną grę kontynuował Gomułka. Przyszedł jednak czas dłuższych wymian, które kończyły się zwycięstwem gości – 8:8. Kiedy trzeba było wsparcia, przypominał o sobie Jewgienij Kisiliuk. Po podwójnym bloku na Nasewiczu ekipa z Katowic prowadziła ponownie trzema „oczkami”. Miejscowi przechylali na swoją stronę długie akcje, ale i punktowali przy własnym przyjęciu. Po skutecznym zbiciu Aymena Bouguerry było już 21:16. GKS utrzymał przewagę do końca, tym samym przedłużając to spotkanie.

Przy serwisie Bouguerry katowiczanie kontynuowali swój marsz. Najpierw zbudowali przewagę 4:1. Niemal wszystko kończył Kisiliuk, a do tego dobrą zagrywkę dołożył Joshua Tuaniga i zrobiło się 8:2. Tym bardziej może być im szkoda roztrwonienia tej przewagi. Wówczas wszędzie był Orczyk i to dzięki niemu przyjezdni doprowadzili do remisu. Katowiczanie znajdowali jednak sposoby na utrzymanie niewielkiego dystansu. Na półmetku prowadzili 15:11. Pomoc dobrą zagrywką przyniósł Treflowi Rafał Sobański, a później zaskoczył Kamil Droszyński i po raz kolejny doszło do remisu – 17:17. Gdańszczanie zyskali drugie życie i po chwili odskoczyli na trzy „oczka”, tworząc widowisko w bloku. Tym razem gospodarze już się po tej stracie nie podnieśli i znów stracili szansę na punkty, które mieli na wyciągnięcie ręki.

GKS Katowice – Trefl Gdańsk 1:3 (24:26,  21:25,  25:21, 20:25)

HOKEJ

infokatowice.pl – Puchar Kontynentalny: łatwe zwycięstwo GieKSy na początek turnieju

W swoim pierwszym meczy w turnieju półfinałowym Pucharu Kontynentalnego GieKSa, wspierana przez liczną grupę swoich kibiców, pokonała rumuńską Coronę Brasov 9:2.

GieKSa rozpoczęła zmagania w turnieju półfinałowym Pucharu Kontynentalnego rozgrywanym w duńskim Aalborg z rumuńską Coroną Brasov. Już w 70 sekundzie Trójkolorowi objęli prowadzenie po trafieniu Mroczkowskiego, który z najbliższej odległości dobił odbity przez bramkarza krążek po uderzeniu Dupuy’a. Potem katowiczanie nadal przeważali i momentami można było odnieść wrażenie, że grają z przewagą jednego zawodnika. Pomimo tego nie udawało im się znaleźć sposobu na Toke, a na dodatek w 8 min. po jednej z nielicznych okazji Corona doprowadziła do wyrównania. W 14 min. na ławkę kar powędrował Salituro, ale wicemistrzowie Polski się wybronili, a nawet przeprowadzili szybką kontrę, ale Dupuy strzelił wprost w bramkarza. W 28 min. GieKSa znów wyszła na prowadzenie. Tym razem na bramkę uderzał Mroczkowski, a udaną dobitką popisał się Dupuy. Po pierwszej tercji było więc 2:1 dla GKS-u.

Druga odsłona znów rozpoczęła się od gola dla GieKSy, którego autorem został Koponen, który w swoim stylu huknął z niebieskiej. W 27 min. po faulu na Wronce po raz pierwszy szansę gry w przewadze otrzymali katowiczanie i jej nie zmarnowali, a strzelcem czwartego gola został Pasiut. W 32 min. karę dwóch minut otrzymał Michalski. Chwilę potem z szybką kontrą wyszedł Fraszko, który jednak przegrał w sytuacji sam na sam z Toke. W 33 min. gra Rumunów w przewadze przyniosła rezultat po strzale Van Vormera, który przeleciał pomiędzy parkanami Murraya. W 34 min. podwójną karę mniejszą otrzymał Skaczow. GieKSa długo nie mogła wykorzystać gry pięciu na czterech, w końcu w 37 min. Fraszko otrzymał podanie od Wronki i strzałem z pierwszego krążka zaskoczył golkipera rywali. Po 40 min. podopieczni trenera Jacka Płachty prowadzili więc 5:2.

Trzecia tercja zgodnie z tradycją rozpoczęła się od gola dla Trójkolorowych, którego autorem był Dupuy. W kolejnych minutach katowiczanie dołożyli jeszcze trzy trafienia. Najładniejszym popisał się w 57 min. Wronka, który zakończył świetną dwójkową akcję z Fraszko. W końcówce licznie wspierający katowiczan kibice głośno domagali się dziesiątej bramki, ale hokeistom zabrakło już na to czasu. Ostatecznie GieKSa pokonała więc Coronę Brasov 9:2.

hokej.net – Dublet Malleta i kontrowersyjne decyzje arbitrów zatrzymały GieKSe

GKS Katowice w drugim spotkaniu grupy F Pucharu Kontynentalnego uległ Brûleurs de Loups de Grenoble 2:4. Bohaterem „Wilków” z Grenoble okazał się Alexandre Mallet, który dwukrotnie wpisał się na listę strzelców. Spotkanie prowadzone było na bardzo wysokiej intensywności, a zawodnicy nie szczędzili sobie twardych, fizycznych zagrań. Taki poziom widowiska sportowego okazał się sporym wyzwaniem dla arbitrów, których decyzję w kluczowych momentach należy określić mianem kontrowersyjnych.

Zgodnie z przedmeczowymi przewidywaniami podrażniona inauguracyjną porażką drużyna Brûleurs de Loups de Grenoble od pierwszego wznowienia ruszyła do mocnych ataków. GieKSa wyprowadzając krążek z własnej tercji musiała liczyć się z wysokim forecheckingiem rywala. Gęste zasieki „Wilków” zapuszczone były również w środkowej tercji, przez którą trudno było przebić się podopiecznym Jacka Płachty. Doraźną receptą na tak usposobionego rywala były długie podania z własnej tercji do pozostających w ruchu napastników. Defensorzy GKS-u Katowice próbujący wstrzeliwać krążek spod niebieskiej linii, musieli liczyć się z dużo większą presją ze strony wysoko broniących skrzydłowych. Stąd gra wzdłuż niebieskiej linii w tercji rywala obwarowana była sporą odpowiedzialnością i ryzykiem kontry. W 7. minucie szybką kontrę wyprowadził Jean Dupuy. W skutecznym wykończeniu akcji Kanadyjczykowi przeszkodził faulujący rywal, zatem decyzja arbitrów mogła być tylko jedna- karny. Do najazdu podszedł Christian Mroczkowski, jednak napastnikowi GieKSy zabrakło pomysłu na zaskoczenie Matija Pintarica. W 9. minucie podopieczni Jacka Płachty musieli zmierzyć się z pierwszą grą w osłabieniu, gdy do boksu kar przez arbitrów został skierowany Igor Smal. Choć katowiczanom udało się przetrwać okres dwuminutowego natarcia rywala, to było jasne, że zbyt naiwne wykluczenia mogą mieć opłakane skutki. Na okres intensywnych ataków Brûleurs de Loups de Grenoble, GKS Katowiczanie odpowiedział w najlepszy możliwy sposób. Szybki kontratak prawym skrzydłem zainicjował Patryk Wronka. Dynamiczny skrzydłowy, choć mógł się pokusić o strzał, doskonale nagrał krążek do Bartosza Fraszki, a ten zmieścił gumę przy krótkim słupku. Goście blisko wyrównania byli już w 12. minucie, gdy krążek po strzale Matiasa Bachalety wybrzmiał na słupku. Sędziowie poddali jeszcze tę sytuację jeszcze analizie video, jednak podtrzymali decyzję o tym, że krążek nie przekroczył linii bramkowej. Mocnym atutem Francuzów w dzisiejszym spotkaniu była gra na wznowieniach. Właśnie po wygranej walce na buliku w 14. minucie i sporym zamieszaniu podbramkowym wyrównującą bramkę zdobył Alexandre Mallet. Remis nie utrzymał się jednak zbyt długo w Sparekassen Arenie. W 16. minucie na przebój ruszył Ben Sokay, choć nie zdołał oddać strzału, to krążek padł łupem Marcusa Kallionkieliego, który odwracając się z gumą przy kiju posłał ją poza zasięgiem interweniującego Matija Pintarica. W 17’ minucie wyprowadzającego atak z własnej tercji Grzegorza Pasiuta sfaulował Valentin Grossetete. Okres gry w przewadze katowiczan trwał jedynie 40 sekund, gdy w drugim boksie kar zasiadł Mateusz Michalski. Na domiar złego, na 30 sekund przed końcem drugiej tercji karą mniejszą z gry został wykluczony również Christian Mroczkowski.

W drugiej tercji obraz gry zmienił się diametralnie. Drużyna Grenoble wyjechała na lód z mocnym postanowieniem poprawy i ewidentnie wrzuciła wyższy bieg. Takie tempo gry wprowadziło sporo nerwowości w szeregu GKS-u. Katowiczanie długimi momentami nie potrafili przejąć krążka, a po jego odbiorze brakowało spokoju i precyzji, która pozwoliła by na oddalenie zagrożenia z własnej tercji. W okresie największego naporu ze strony rywali, próbujący przeciwstawić się zawodnicy GieKSy nie wystrzegali się przewinień, które skutkowały kolejnymi wykluczeniami. W 33. minucie karę dwóch minut zmuszony był odsiadywać Kacper Maciaś. W okresie gry w liczebnej przewadze hokeiści z Grenoble z każdym zagraniem krążka podkręcali tempo gry, jednocześnie mocno pracując na Johnie Murrayu, którego świetne interwencje pozwoliły GKS-owi zachować korzystny rezultat. Mrówczą pracę w okolicach bramki wykonywał Pontus Englund, który nie pozwalał rywalom bezkarnie pracować na bramkarzu. Choć i w tym elemencie nie zabrakło kontrowersji, gdy katowicki golkiper dwukrotnie został uderzony przez rywala. Szczególnie zaskakująca była bierność arbitrów, gdy wstający z lodu napastnik Grenoble bez oporów kolanem uderzył Johna Murraya. Twarda walka pod bramką Pontusa Englunda sprawiła niestety, że obrońca GieKSy wdarł się w utarczki z rywalem, po których został wykluczony z gry. Zaskakująca jednak była decyzja o braku nałożonej kary na zawodnika Grenoble. Choć John Murray starał się swoimi interwencjami zaczarować katowicką bramkę, to coraz mocniej niepokojona defensywa katowiczan została przełamana w 36. minucie za sprawą trafienia Aureliena Daira.

Na początku trzeciej tercji to GKS Katowice był stroną mającą okazję grać w przewadze. Nie przyczyniło się to jednak do zdobycia bramki przez wicemistrzów Polski. Co gorsza po wyrównaniu formacji drużyna „Wilków” zadała dwa kolejne ciosy. Drugie trafienie zapisał Alexandre Malleta oraz znanego z występów w drużynie STS-u Sanok Alexisa Binnera. Twarda walka na lodzie przyniosła kolejne wykluczenia. W 54. minucie zakończyło się spotkanie dla Mateusza Michalskiego, który został odesłany przez arbitrów do szatni po nałożeniu kar 5 minut za atak łokciem, oraz 20 minut za niesportowe zachowanie. W 59. minucie podobnym wymiarem kar został wykluczony z gry Kyle Hardy. Należy jednak podkreślić, że defensor Grenoble już wcześniej powinien zostać wykluczony z gry, kiedy wyrwał kij z rąk Dantego Salituro, jednak i tak czytelne przewinienie nie spotkało się z reakcją arbitrów.

Walka godna salonów Europy! GKS Katowice wyrwał przepustkę do turnieju finałowego

Imponującą walką i determinacją zawodnicy GKS-u Katowice odnieśli zwycięstwo, promujące ich do gry w Turnieju Finałowym Pucharu Kontynentalnego. Podopieczni Jacka Płachty pokonali drużynę Aalborg Pirates 4:1. Jednym z architektów efektownego zwycięstwa był Michał Kieler, który zatrzymał 34 strzały rywali.

Szybkie, oparte na rywalizacji czterech zespołów w grupie turnieje mają swoją wyraźne specyfikę. W ostatecznym rozliczeniu na wagę awansu może okazać się każda zdobyta bądź stracona bramka. Po zakończonym spotkaniu Brûleurs de Loups Grenoble z Coroną Braszów było jasne, że nie tylko zdobycie trzech punktów, ale również wypracowanie korzystnego bilansu bramkowego zapewni GieKSie awans do turnieju finałowego. Wynikiem promującym katowiczan, poza wszelką kalkulację było zwycięstwo różnicą trzech bramek.

Podopieczni Jacka Płachta być może wzięli sobie do serca legendarną wypowiedź Kazka Węgrzyna i przysposobili przed rozpoczęciem spotkania wiaderko witamin. Wicemistrzowie Polski wyjechali na taflę Sparekassen Danmark Isareny z pełną świadomością, że jest to ich spotkanie o być albo nie być w Europie. Wejście w spotkanie na najwyższych obrotach przyniosło błyskawiczny efekt. Już po 42 sekundach gry Georga Sorensena zdołał pokonać Pontus Englund. Szwed jakby przyodział na sobie pelerynę niewidkę i pozostawiony bez opieki ze strony rywali swobodnie podjechał pod samą bramkę, gdzie zdołał przy krótkim słupku zmieścić krążek. Jak szybko przyszła katowiczanom radość z objętego prowadzenia, tak prędko nadeszła również gorycz straconej. Niesygnalizowany strzał z okolic niebieskiej linii posłał Julian Jakobsen, krążek choć zbity jeszcze przez Michała Kielera, ostatecznie przekroczył linie bramkową i arbitrzy zasygnalizowali zdobycie wyrównującej bramki. Taki obrót spraw nie podciął skrzydeł zawodnikom GKS-u, którzy w dalszym ciągu wyraźnie chcieli zaakcentować na rywalu chęć przewodzenia na lodzie. Twarda praca w tercji rywala odpłaciła się kolejną zdobytą bramkę. Jean Dupuy przecinając lot krążka po strzale Aleksi Varttinena ponownie wyprowadził katowiczan na prowadzenie.

Tempo prowadzenia spotkania przez obie ekipy powinno zaspokoić nawet najbardziej wygórowane oczekiwania kibiców. Nie brakowało twardej walki, podsycanej prowokacjami. W ferworze walki zawodnicy nie zapomnieli jednak o odpowiedniej jakości gry na krążku. Dogodne sytuacje wypracowywane były po obu stronach i z każdą minutą stawało się jasne, że każda z drużyn weźmie z tego spotkania tyle, ile zdoła wykorzystać. Twarda gra niosła swoje żniwo w postaci wykluczeń, które arbitrzy nakładali na obie strony. Kolejne okresy gry w liczebnych przewagach nie przyczyniły się jednak do zdobycia bramki przez żadną z drużyn.

Druga odsłona spotkania nie przybliżyła GKS-u Katowice do upragnionego wyniku dającego awans. Wydarzenia na lodzie zaostrzały się z każdą akcją, co odczuli między innymi Pontus Englund czy Aleksi Varttinen. Fiński defensor ucierpiał na tyle mocno, że na jego bluzie pojawiła się krew i była potrzeba założenia prowizorycznego opatrunku. Charakter i stawka meczu sprawiła jednak, że Varttinen wymienił koszulkę i wrócił do walki na tafli.

O losach awansu zadecydować zatem miała trzecia tercja. Po wzajemnej walce po obu stronach tafli, kolejny cios udało się zadać katowiczanom. Grzegorz Pasiut wyprowadzając kontrę, w ostatniej fazie podał krążek do Patryka Wronki, który wlał w serca kibiców nadzieję na osiągnięcie korzystnego rezultatu. Momentem, który zapisze się złotymi zgłoskami na kartach historii hokeja w Katowicach okazała się 55. minuta spotkania. Pontus Englund pokusił się o mocny, niesygnalizowany strzał z niebieskiej linii. Gumę odbił przed siebie Sorensen i właśnie na to czekał Bartosz Fraszko, który dobijając krążek do pustej bramki, sprawił, że żółta ściana kibiców GKS-u wybuchła. Pozostałe do końca spotkania 5 minut były próbą odwrócenia losów ze strony zawodników Aalborga. Trener Heiskanen podjął nawet decyzję o wycofaniu bramkarza, lecz heroiczna obrona i przyjęte na ciało strzały sprawiły, że w momencie gdy minęła 60 minuta spotkania na kostce pod dachem Sparekassen Danmark Isareny wciąż wyświetlał się wynik 4:1 na korzyść GKS-u Katowice.

Znamy wszystkich rywali GKS-u Katowice w turnieju finałowym Pucharu Kontynentalnego

Znamy już pełny skład uczestników turnieju finałowego Pucharu Kontynentalnego, w którym weźmie udział GKS Katowice.

Obok turnieju w Aalborgu w grupie F, który wygrałGKS Katowice, w ten weekend równolegle odbywał się taki sam turniej w słowackiej Żylinie. Wczoraj awans do styczniowego finału zapewnił sobie brytyjski zespół Cardiff Devils. A dziś dołączył do niego Arłan Kokczetaw.

Kazachska ekipa, by być pewną awansu, potrzebowała pokonania właśnie „Diabłów” z Cardiff w ostatnim dniu imprezy. I mimo że w połowie drugiej tercji przegrywała 1:3, to odwróciła losy rywalizacji. Najpierw w drugiej odsłonie doprowadziła do remisu, a 3 gole zdobyte w ostatnich 3 minutach spotkania dały jej zwycięstwo 6:3.

Bramkę na wagę awansu zdobył w 58. minucie Rosjanin Stiepan Sannikow, który wcześniej zaliczył także asystę. 2 gole i asystę miał jego rodak Dmitrij Archipow, gola i asystę Władisław Nikulin, a strzelali także Władimir Borowkow i Fiodor Choroszew. Arłan ostatecznie z 7 punktami wygrał grupę E.

W styczniu w turnieju finałowym będzie chciał powtórzyć swój sukces z 2019 roku, gdy w Belfaście sięgnął po puchar kontynentalny. Kazachskie drużyny do tej pory zdobywały to trofeum dwukrotnie. Co ciekawe, w obu przypadkach w Wielkiej Brytanii i w obu, gdy w turnieju finałowym uczestniczył także GKS Katowice. Przed rokiem w Cardiff w takich okolicznościach zwyciężył Nomad Astana.

[…] Turniej finałowy Pucharu Kontynentalnego (16-19 stycznia 2025):

GKS Katowice

Arłan Kokczetaw

Brûleurs de Loups Grenoble

Cardiff Devils

Organizatora turnieju finałowego poznamy w najbliższych tygodniach.

SZACHY

katowice.tvp.pl – Patryk Cieślak z Hetmana GKS Katowice szachowym mistrzem świata do lat 14

Cztery medale wywalczyli młodzi Polacy w mistrzostwach świata juniorów w szachach w brazylijskim Florianopolis. Złoty zdobył Patryk Cieślak (do lat 14), srebrne Wiktoria Śmietańska (do lat 16) i Krzysztof Raczek (U-16), a brązowy Jan Klimkowski (U-18). Reprezentacja Polski zajęła też drugie miejsce w klasyfikacji drużynowej.

Młodzi szachiści znad Wisły potwierdzili tym samym swoją pozycję w rywalizacji międzynarodowej. Przed rokiem we włoskim Montesilvano Polska wygrała bowiem klasyfikację drużynową, Jakub Seemann (U-16) i Paweł Sowiński (U-14) okazali się najlepsi w swoich kategoriach wiekowych, a srebrny medal wywalczył Klimkowski (U-16).

Tym razem Klimkowski i Seemann wystartowali w starszej kategorii – do lat 18. Ten pierwszy zrewanżował się koledze z reprezentacji, zajmując trzecie miejsce z dorobkiem 8 pkt z 11 partii. Seemann zajął ósmą lokatę – 7,5 pkt.

Sowiński był we Florianopolis rozstawiony z numerem 1, ale tę pozycję w klasyfikacji końcowej wywalczył Cieślak – 8,5 pkt, a obrońca tytułu zajął piąte miejsce z dorobkiem o pół punktu mniejszym.

Te wspaniałe informacje dotarły do nas w nocy czasu polskiego. Patryk Cieślak został mistrzem świata, a dwa lata temu był najlepszy w Europie. To jest owoc niesamowitej pracy wykonanej przez Patryka i jego obecnego trenera arcymistrza Daniela Sadzikowskiego, a także poprzez wszystkich wcześniejszych szkoleniowców – skomentował Łukasz Turlej, sekretarz generalny Międzynarodowej Federacji Szachowej (FIDE).

Cieślak wielkim talentem błysnął już w 2022 roku, gdy w Turcji wywalczył tytuł mistrza świata do 12 lat w szachach klasycznych. Rok później w turnieju szachowym Reykjavik Open pokonał… brazylijskiego arcymistrza Alexandra Fiera. Teraz zdobył złoto właśnie w Brazylii.

Patryk pokazał się na wielkiej scenie w Turcji, teraz zdobył złoto w mistrzostwach w Brazylii, to dla nas wielka duma i wszyscy w Katowicach cieszymy się z jego sukcesu – podkreślił trener Sadzikowski, jednocześnie kolega klubowy 14-letniego mistrza świata w Hetmanie GKS Katowice.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Od Krakowa do Warszawy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Poznaliśmy terminarz Ekstraklasy na sezon 2026/27. GKS Katowice rozpocznie zmagania w niedzielę 26 lipca od meczu z Wisłą w Krakowie, a zakończy 22 maja z Legią w Warszawie.

Terminarz pierwszej kolejki zostanie podany po losowaniu europejskich pucharów (17 czerwca), ale już wiemy, że w Krakowie zagramy w niedzielę 26 lipca (do ustalenia została godzina). Z racji tego, że Arena Katowice jest jednym ze stadionów, na których rozgrywane będą Mistrzostwa Świata Kobiet U-20, to jesienią zagramy trzy mecze wyjazdowe z rzędu, z czego dwa bliskie (Zabrze i Gliwice). Nim GieKSa rozpocznie zmagania ligowe to w czwartek 23 lipca czeka nas pierwszy mecz w II rundzie eliminacyjnej do Ligi Konferencji.

Kluby uczestniczące w rozgrywkach UEFA będą mogły przełożyć dwa mecze ligowe: jeden podczas rund kwalifikacyjnych Q1–Q3 oraz jeden w okresie pomiędzy rundą play-off a fazą ligową. Na 5. kolejkę, pomiędzy fazą play-off europejskich pucharów, zaplanowano nasz domowy mecz z Wisłą Płock, który w razie przełożenia odbędzie się najwcześniej 15-16 września. Pozostałe terminy rezerwowe to 15-16 i 19-20 grudnia oraz 2-3 i 9-10 lutego. Przypomnijmy także, że GieKSa jako drużyna reprezentująca Polskę w Europie, rozgrywki Pucharu Polski rozpocznie dopiero od 1/16 finałów, które zaplanowano na 28 października.

Jesienią zostanie rozegranych 18 spotkań, z czego połowa na wyjeździe. Na wiosnę zaplanowano 16 kolejek i tutaj też połowę zagramy w delegacji. Tym razem Wielkanoc (28 marca) wypada w trakcie przerwy na reprezentację. Nie będzie też żadnej kolejki rozgrywanej w środku tygodnia (poza terminami rezerwowymi).

Terminarz GKS Katowice w Ekstraklasie w sezonie 2026/27 (dokładne daty i godziny spotkań zostaną dopiero ustalone):

1. kolejka, 26 lipca 2026 Wisła Kraków – GKS Katowice
2. kolejka, 1 sierpnia 2026 GKS Katowice – Radomiak Radom
3. kolejka, 8 sierpnia 2026 GKS Katowice – Wieczysta Kraków
4. kolejka, 15 sierpnia 2026 Motor Lublin – GKS Katowice
5. kolejka, 22 sierpnia 2026 GKS Katowice – Wisła Płock
6. kolejka, 29 sierpnia 2026 Górnik Zabrze – GKS Katowice
7. kolejka, 5 września 2026 Piast Gliwice – GKS Katowice
8. kolejka, 12 września 2026 KGHM Zagłębie Lubin – GKS Katowice
9. kolejka, 19 września 2026 GKS Katowice – Cracovia
10. kolejka, 10 października 2026 Raków Częstochowa – GKS Katowice
11. kolejka, 17 października 2026 GKS Katowice – Pogoń Szczecin
12. kolejka, 24 października 2026 Korona Kielce – GKS Katowice
13. kolejka, 31 października 2026 GKS Katowice – Widzew Łódź
14. kolejka, 7 listopada 2026 Jagiellonia Białystok – GKS Katowice
15. kolejka, 21 listopada 2026 GKS Katowice – Lech Poznań
16. kolejka, 28 listopada 2026 Śląsk Wrocław – GKS Katowice
17. kolejka, 5 grudnia 2026 GKS Katowice – Legia Warszawa
18. kolejka, 12 grudnia 2026 GKS Katowice – Wisła Kraków
19. kolejka, 30 stycznia 2027 Radomiak Radom – GKS Katowice
20. kolejka, 6 lutego 2027 Wieczysta Kraków – GKS Katowice
21. kolejka, 13 lutego 2027 GKS Katowice – Motor Lublin
22. kolejka, 20 lutego 2027 Wisła Płock – GKS Katowice
23. kolejka, 27 lutego 2027 GKS Katowice – Górnik Zabrze
24. kolejka, 6 marca 2027 GKS Katowice – Piast Gliwice
25. kolejka, 13 marca 2027 GKS Katowice – KGHM Zagłębie Lubin
26. kolejka, 20 marca 2027 Cracovia – GKS Katowice
27. kolejka, 3 kwietnia 2027 GKS Katowice – Raków Częstochowa
28. kolejka, 10 kwietnia 2027 Pogoń Szczecin – GKS Katowice
29. kolejka, 17 kwietnia 2027 GKS Katowice – Korona Kielce
30. kolejka, 23 kwietnia 2027 Widzew Łódź – GKS Katowice
31. kolejka, 1 maja 2027 GKS Katowice – Jagiellonia Białystok
32. kolejka, 8 maja 2027 Lech Poznań – GKS Katowice
33. kolejka, 15 maja 2027 GKS Katowice – Śląsk Wrocław
34. kolejka, 22 maja 2027 Legia Warszawa – GKS Katowice

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Co matematyka mówi o futbolu? Szanse GieKSy na LKE

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Choć Mundial nabiera tempa, my w przyszłym tygodniu bardziej niż zza Wielkiej Wody nasłuchiwać będziemy wieści ze Szwajcarii, bo 17 czerwca w Nyonie odbędzie się losowanie drugiej rundy kwalifikacyjnej Ligi Konferencji, podczas którego swojego rywala pozna GKS Katowice. Czego możemy się spodziewać w tej i kolejnych rundach i jak nasze szanse widzi jeden z najlepszych ekspertów od piłkarskich cyferek na polskim Twitterze? Zapytaliśmy Piotra Klimka o drogę GieKSy do Europy przez pryzmat matematycznych modeli i scenariusze na najbliższe tygodnie w kwalifikacjach do europejskich pucharów.

Twoje konto na Twitterze obserwuje ponad 35 tysięcy ludzi, głównie ze środowiska futbolowego. Tymczasem, jak sam zaznaczasz w opisie konta, nie znasz się na kopaniu piłki.
Faktycznie sądzę, że się nie znam. Przez większą część sezonu uważałem na przykład, że Raków będzie mistrzem Polski, typowałem też, że Motor zakręci się koło miejsc spadkowych, tymczasem praktycznie wcale nie był zagrożony degradacją. „Na czuja” nie udaje mi się trafiać konkretnych rozstrzygnięć skuteczniej niż przeciętnemu twitterowiczowi. Nie jest więc tak, że zarabiam miliony u bukmachera. Jeśli natomiast chodzi o trendy poparte danymi, na pewnym etapie sezonu można było np. zakładać, że Termalica już się nie odkręci i spadnie.

W przeciwieństwie do wielu kibiców patrzących na futbol przez pryzmat emocji, ty próbujesz go definiować za pomocą liczb. Da się wytłumaczyć piłkę nożną językiem matematyki?
Próbuję, ale piłka nożna jest jednym z najbardziej losowych sportów. Zupełnie inny jest na przykład baseball, gdzie rzadko zdarza się, aby niżej notowany zespół pokonywał faworyta. Tymczasem u nas niespodzianki zdarzają się praktycznie w każdej kolejce, np. Termalica wygrywa w Białymstoku albo ktoś niespodziewany awansuje do Ekstraklasy, tak jak Warta Poznań kilka lat temu. W innych sportach nie zdarza się to tak często – czołówka bywa zwykle stabilna i rzadko trafiają się niespodzianki.

O niedawno zakończonym sezonie Ekstraklasy mówiło się jako o szczególnie zwariowanym. Tymczasem cofnąłem się do pierwszej z twoich tabel, publikowanych na Twitterze jeszcze przed pierwszą kolejką. Chciałbym przytoczyć dwa komentarze tego posta. Pierwszy: „Coś Panu styki przegrzało. Motor, Widzew i Lechia będą znacznie wyżej!”. Ty typowałeś je odpowiednio na 12., 13. i 16. miejscu, a sezon zakończyli odpowiednio na 12., 14., i 16. Drugi ciekawy komentarz: „Przewidywanie Widzewa na 13. miejscu pokazuje tylko, że cyferki z komputera są bez sensu”. Jak to skomentować?
Trafił się chyba dobry sezon pod kątem przewidywań. Pamiętam za to, że we wrześniu próg utrzymania wychodził mi na poziomie 35/36 punktów. Ta prognoza skompromitowała się już w okolicach listopada.

Na czym więc opierasz swoje wyliczenia? Na każdym kroku pojawia się tajemnicze słowo Elo, które mnie kojarzy się bardziej z podwórkowym zawołaniem sprzed 15 lat.
Do sporządzenia kalkulacji pobierana jest baza wyników mniej więcej 50 poprzednich meczów każdego zespołu. Na tej podstawie wyliczana jest „moc” poszczególnych klubów. Stąd najsilniejszą drużyną w Polsce jest Lech, dalej Jagiellonia i Raków, a Górnik na drugim miejscu to w tym sezonie pewna anomalia, grający ponad swój potencjał. Z kolei najsłabsze w Ekstraklasie są Termalica i Arka, co znalazło potwierdzenie w tabeli. W ten sposób powstaje baza do procentowych wyliczeń wyników starcia np. GieKSy z Zagłębiem Lubin. Na podstawie pojedynczych meczów powstaje oczekiwane zestawienie ligowe – co by było, gdyby wszyscy grali tak jak do tej pory. Takie zestawienie jest aktualizowane po każdej kolejce. Stąd wspomniane wcześniej trafienia, np. Motor grał dokładnie tak jak do tej pory – nie zrobił ani kroku w przód, ani w tył. Tutaj najwłaściwszym parametrem bardziej niż miejsce w tabeli jest oczekiwana liczba punktów.

Michał Trela z Canal+ robi podobne zestawienie według swojego przekonania, a na koniec sezonu zestawia je z twoimi wyliczeniami. Tym razem zdecydowanie dokładniejszy był model matematyczny.
Michał Trela jako jedyny z ekspertów, których obserwuję, ma odwagę podjąć się takiego typowania. Lubię takie zabawy – na ile bazowanie na rankingu Elo ma sens w porównaniu z obserwacjami ekspertów, którzy na co dzień śledzą i analizują Ekstraklasę. W tym roku wyliczenia były wyjątkowo dokładne, nie jest jednak tak, że mój model wygrywa co sezon. O ile dobrze pamiętam, w ubiegłym roku górą był człowiek. Najlepszym przykładem jest tutaj drużyna awansująca do Ekstraklasy przez baraże – ją maszyna wskazuje zwykle jako najsłabszą. Tymczasem w ostatnich sezonach ekipy z trzecich miejsc w pierwszej lidze radzą sobie całkiem przyzwoicie na najwyższym poziomie. Z kolei zespół gromiący rywali w 1. Lidze często spada potem z Ekstraklasy, jak choćby Arka czy kilka lat temu Miedź Legnica.

Przed sezonem typowałeś GieKSę na 48 oczekiwanych punktów, więc pomyliłeś się niewiele. Dawało to ok. 21% szans na europejskie puchary. W miarę upływu kolejnych tygodni, jak zmieniało się twoje postrzeganie naszego klubu?
Pamiętam, że mieliście bardzo słaby start sezonu. W pewnym momencie byłem wręcz przekonany, że GKS będzie walczył o utrzymanie. Koło października widać było wasz wyraźny dołek i jeśli wtedy nie zaczęlibyście się odkręcać, to mogło być naprawdę gorąco. Tym bardziej nikt w Katowicach nie mówił wtedy o Europie. Tymczasem bardzo udana wiosna w tym dziwnym sezonie z wyjątkowo zagęszczonym środkiem tabeli, po kilku zwycięstwach pozwoliła wyskoczyć do góry. Można było zauważyć, że w pewnym momencie procenty dla GieKSy, szczególnie w kontekście szans na Europę, z kolejki na kolejkę rosły znacząco.

Na Twitterze ukuło się określenie „rankingorze” dla użytkowników śledzących europejskie rozgrywki pod kątem jak najmocniejszej pozycji Polski w rankingu UEFA. Niektórzy z nich ubolewali nad rozstrzygnięciami ostatniej kolejki Ekstraklasy. Jak ty patrzysz na sytuację Polski na progu nowych rozgrywek w Europie?
Śledzę ten ranking intensywnie, co widać na moim Twitterze, a każdy awans Polski jest dla mnie powodem do radości. Przekłada się to na fakt, że wypuszczamy do Europy coraz więcej klubów, dochodzących do coraz dalszych faz. Musimy jednak dostrzec także drugą stronę: ranking nie jest celem samym w sobie. Właśnie po to go nabijamy, aby dać szansę na europejską przygodę właśnie takim klubom jak GieKSa. Innym przykładem jest Jagiellonia, która dwa lata temu niespodziewanie została mistrzem i dzięki temu dostała mecze z FK Bodø/Glimt, a na stulecie klubu grała z Ajaxem. Kolejne karty tej historii zapisali w Lidze Konferencji, zwieńczone ćwierćfinałem z Betisem. Po to rok temu wywalczyliśmy piąty slot dla Polski, aby dać szansę innym klubom napisać podobną historię. Być może i GieKSa w sierpniu zagra z Ajaxem.

W ostatnich latach wiele napisano o rankingowym TOP15, które dało nam piąty slot w Europie. O co gramy w tym sezonie?
Dzięki TOP15 dziś w Europie gra GieKSa, a nie Brøndby, bo m. in. Duńczyków przeskoczyliśmy w rankingu. W tym sezonie osiągnęliśmy miejsce dwunaste, co w kolejnych rozgrywkach pozwoli zwycięzcy Pucharu Polski grać od razu w 4. rundzie kwalifikacji Ligi Europy. Zespół z dobrym współczynnikiem będzie więc miał jeden łatwy krok do tych rozgrywek, a gwarantowana będzie Liga Konferencji. Z kolei Mistrz Polski zacznie od ostatniej rundy kwalifikacji Ligi Mistrzów, z pełną oprawą Champions League, a w razie niepowodzenia ląduje w Lidze Europy. Gdzieś w tle są jeszcze pieniądze – w LE da się zarobić ok 15 mln euro, natomiast w Lidze Mistrzów kasa leje się już strumieniami. Wicemistrz tak jak dziś gra w drugiej rundzie kwalifikacji LM, czwarty w lidze gra w kwalifikacjach Ligi Europy, a piąty bez zmian. Teraz celujemy w miejsce dziesiąte, które dziś jest dla nas wyjściowe. Aby je utrzymać, nie możemy dać się wyprzedzić ani Czechom, ani Grekom, którzy będą większym zagrożeniem niż nasi południowi sąsiedzi. Nawet w przypadku gorszych scenariuszy powinniśmy utrzymać dwunaste miejsce, a piętnaste jest w zasadzie zapewnione na kilka lat do przodu.

Nabicie wysokiego współczynnika umożliwiła nam przede wszystkim reforma europejskich rozgrywek i utworzenie Ligi Konferencji. Dla ciebie są to wartościowe rozgrywki czy – jak mówią niektórzy – „puchar pasztetowej”?
Dla mnie jest to odpowiednie narzędzie do zbudowania siły naszej ligi w Europie. Dotychczas było tak, że o sile ligi nie świadczył hegemon dobrze radzący sobie w pucharach, np. Crvena Zvezda. Musiał być jeszcze równie silny Partizan i kolejne zespoły, które dokładały punkty w rankingu. Liga Konferencji pozwoliła wyrównać te szanse i uwypuklić znaczenie innych niż mocny mistrz zespołów w danych ligach. Nie mamy klubu na tyle silnego, aby regularnie kwalifikował się do Ligi Mistrzów, ale mamy kilka w miarę mocnych drużyn, które są w stanie zostawiać w tyle zespoły drugie, trzecie czy czwarte w swoich ligach. Nie odpadamy już ze słabeuszami, a na europejskich średniaków patrzymy jak na ekipy w naszym zasięgu. W moim odczuciu ten ranking jest dziś bardziej sprawiedliwy niż wcześniej.

Napisałeś niedawno, że druga runda kwalifikacji do Ligi Konferencji to w zasadzie runda amatorska. Co czeka GieKSę na tym etapie? Awans to nasz obowiązek?
Zdecydowanie jest to obowiązek zarówno Rakowa, jak i GieKSy. Potencjalnych rywali jest 44 i są wśród nich zespoły typowo amatorskie, np. z Gibraltaru, Andory, Walii czy Irlandii Północnej. Z drugiej strony są rywale z lig średnich, które mogą nam sprawić trochę kłopotów, ale i tak widzę tu polskie zespoły w roli faworyta. Tutaj wskazałbym np. węgierskie Paksi FC, ukraińskie Polissia Żytomierz i LNZ Czerkasy, rumuńskie Universitatea Cluj, a dalej Dunajska Streda ze Słowacji albo szkockie Motherwell. Gdyby GieKSa nie miała w losowaniu ani pecha, ani szczęścia, to trafiłaby na kogoś pokroju FK Železničar Pančevo – czwarty zespół serbskiej ekstraklasy, co nie brzmi specjalnie groźnie.

Spośród wspomnianych rywali nie będziemy mieli szansy trafić na wszystkich, bo tuż przed losowaniem UEFA dokona czegoś w rodzaju podziału geograficznego. Na czym będzie on polegał?
W dzień losowania UEFA dzieli wszystkie 86 zespołów na kilkanaście koszyków, według kryterium umownie nazywanego geograficznym. Dodatkowe znaczenie ma uniemożliwienie wylosowania się zespołów z tego samego kraju. Czynnik geograficzny teoretycznie też ma znaczenie, dlatego w ostatnich latach często trafialiśmy np. na Kazachstan czy Słowację. UEFA stara się również tak dobierać koszyki, aby ich poziom był względnie wyrównany, ale to wychodzi już różnie.

Nie zakładamy więc innego scenariusza niż zameldowanie się w komplecie w 3. rundzie kwalifikacji. Co nas tam czeka?
W tej rundzie GieKSa na 99% będzie nierozstawiona. Ten jeden procent to szansa trafienia w drugiej rundzie Sheriffa Tyraspol, który startuje od Q1 LE z ogromnym współczynnikiem, ale w tym sezonie jest bardzo słaby i może spaść do nierozstawionych Q2 LKE. Wtedy GieKSa przejęłaby współczynnik Sheriffa w losowaniu Q3. Szansa na to jest jednak marginalna i w trzeciej rundzie traficie na drużynę rozstawioną, z odpowiednim współczynnikiem. W razie pokonania tej przeszkody przejmujecie współczynnik rywala, który może dać rozstawienie w Q4.

Jak oceniasz nasze szanse w Q3?
GieKSa może trafić na rywala z czterech kategorii. Pierwsza to rywal z potężną marką i ogromnym współczynnikiem, którego raczej nie przejdziecie, ale jeśli wydarzy się cud, to w czwartej rundzie będziecie rozstawieni. Przykłady to Braga, Ajax, Kopenhaga albo Panathinaikos. Druga półka to rozstawieni, którzy ostatnimi laty nie radzą sobie najlepiej: Partizan Belgrad mający ogromne problemy finansowe, Rapid Wiedeń, który w zeszłym sezonie był najgorszy w LKE, a Raków i Lech wręcz ich zmiażdżyły, być może także Steaua Bukareszt, która rok temu odpadła z macedońską Shkëndiją Tetowo albo Lugano, choć ostatnio ciężko nam idzie ze Szwajcarami. Trzecia kategoria to zespoły, które nie dadzą rozstawienia w Q4, ale są wyraźnie słabsze od polskich drużyn, np. wspomniana Shkëndija, Żalgiris Wilno, Astana, Ryga czy Zrinjski Mostar. Ich po prostu trzeba przejść, bo nie możemy odpadać z drugim zespołem macedońskiej ekstraklasy.

Kogo jak kogo, ale zespołów z Macedonii w Katowicach lekceważyć nie będziemy, bo mamy do wyrównania pewne rachunki sprzed 23 lat…
Znam tę historię z opowieści, bo z racji wieku nie mam prawa jej pamiętać. Takie to były czasy, że odpadaliśmy wtedy z różnymi egzotycznymi rywalami. Wracając jednak do czekających nas rozgrywek, czwarta kategoria to chyba najgorszy scenariusz, bo są to zespoły na tyle mocne, że nie gwarantujące awansu, a jednocześnie nie dające rozstawienia w kolejnej rundzie. Tutaj wskazałbym Twente Enschede, Beşiktaş, Cluj, Rijekę lub Başakşehir. Z nimi GieKSa się namęczy, a i tak może potem polec w Q4.

Patrząc na te wszystkie zestawienia, którego z rywali byś nam życzył w danej fazie, a który byłby dla nas najgorszym trafem?
W drugiej rundzie jest to w zasadzie obojętne, bo tę przeszkodę po prostu trzeba pokonać. Najsłabszy wydaje się być Vestri Ísafjördur – drugoligowiec z Islandii, który niespodziewanie wygrał krajowy puchar. W trzeciej rundzie życzyłbym wam Partizana lub Rapidu, które są do przejścia i raczej dadzą rozstawienie w Q4. Nie życzyłbym natomiast Bragi, bo nie jest to marka z pierwszych stron gazet, a jednocześnie będzie trudnym do przejścia rywalem. Podobnie z Panathinaikosem nie widziałbym GieKSy w roli faworyta, a to właśnie z Grecją walczymy o TOP10 w rankingu.

W jednym z twitterowych komentarzy wyliczyłeś nam 21% szans, że przebrniemy wszystkie 3 rundy i zakwalifikujemy się do fazy ligowej LKE. Zważywszy, że takie same szanse mieliśmy przed sezonem na awans do Europy, a cel udało się osiągnąć, to nie brzmi to jak mission impossible. Wierzysz, że jesteśmy w stanie dojść do fazy grupowej? I jak będzie z pozostałymi ekipami z Polski?
Bez obrazy, ale nie postawiłbym pieniędzy na awans GieKSy do fazy ligowej. Mimo to nie jest to nierealny wariant. Czasem wystarczy jeden „cudowny” dwumecz i pokonanie rozstawionego rywala, które wprowadzi na łatwiejszą ścieżkę w ostatniej rundzie. Do Ligi Konferencji co roku kwalifikują się zespoły, od których GieKSa na pewno nie jest gorsza. Dwa lata temu grała tam choćby Mlada Boleslav, na której mecze w Czechach przychodzi po 500 widzów. Jeśli los będzie sprzyjał GieKSie, to awans do fazy ligowej może się udać. Obok GieKSy najtrudniejszą sytuację ma Raków, bo nie ma żadnego marginesu błędu. Jest wprawdzie rozstawiony, ale musi być bezbłędny. Szanse Górnika oceniam w miarę wysoko, bo ma do rozegrania sześć spotkań, każde z rywalem mocniejszym od siebie, ale wystarczy, że wyjdzie im jeden dwumecz. Byłoby idealnie, gdyby trafił na Sturm Graz. Jaga, jeśli spadnie do Q4 LKE, to na 90% będzie rozstawiona więc powinna sobie poradzić. Natomiast na wszystkie rozstawione zespoły w Q4 LKE czeka nierozstawione Getafe, które jest największą pułapką i może pokrzyżować nasze plany.

Jaki jest więc scenariusz dla polskich drużyn na te kwalifikacje – minimalny i realny?
Za dobry uznałbym scenariusz, gdy do faz ligowych wprowadzamy cztery zespoły – dwa w Lidze Europy i dwa w Lidze Konferencji. Byłby to kolejny krok do przodu. Minimum to trzy zespoły w Europie, w tym Lech w Lidze Europy, bo ma na tyle dobry współczynnik, że wręcz musi grać co najmniej w LE. W przypadku awansu dwóch zespołów będziemy musieli oglądać się za siebie w walce o TOP12.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga