Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: po meczu z GieKSą trudno było wierzyć w utrzymanie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Niemal dokładnie rok temu jechaliśmy do Trójmiasta po zwycięstwo, które miało nam dać upragniony awans do Ekstraklasy. Tym razem wybieramy się nad morze na mecz o zdecydowanie mniejszym ciężarze gatunkowym, bo oba zespoły, zarówno GieKSa, jak i Lechia, zapewniły już sobie utrzymanie. I tak jak GKS ani przez moment nie był poważnie zagrożony spadkiem, to wielu grzebało już biało-zielonych po nieudanej rundzie jesiennej. W rozmowie z Kajetanem Sawiczem, redaktorem naczelnym serwisu lechia.gda.pl wspominamy emocje z końcówki ubiegłego sezonu oraz analizujemy postawę Lechii w obecnym, zarówno na boisku, jak i w klubowych gabinetach.

Zanim zajmiemy się obecnym sezonem, chciałbym wrócić do poprzedniego. Dokładnie w dniu naszej rozmowy przypada rocznica ostatnich, pamiętnych derbów Trójmiasta. Jak wspominasz tamto spotkanie i ostateczne rozstrzygnięcia ubiegłego sezonu?
Wspomnienia mogą być tylko pozytywne. Nie wiem czy oglądałeś ten mecz…

Nie tylko ja – całe Katowice obgryzały wtedy paznokcie!
Tak jak wy śledziliście nasz mecz z Arką, tak my tydzień później obserwowaliśmy wasz pojedynek w Gdyni. I choć nie powinno się życzyć nikomu źle, to po takim finale nie obeszło się bez drwin i złośliwości w stronę lokalnego rywala. Nasz pojedynek z Arką miał nieprawdopodobny, niezwykle emocjonujący scenariusz. W pierwszej połowie wydawało się, że Lechia kontroluje przebieg gry, a Sezonienko szybko strzelił gola. Niestety, przydarzyła się głupia czerwona kartka Chindrișa, a chwilę później wyrównujący gol Sidibe. Po przerwie Arka nacierała, ale nasz bramkarz Bohdan Sarnawśkyj dwoił się i troił, aby uchronić nas od straty kolejnego gola. W końcówce bohaterem Gdańska i Katowic został Camilo Mena, było wiele radości na stadionie i wielka feta po meczu. Mało który kibic Lechii był w stanie następnego dnia pojawić się w pracy.

Losy swojego awansu rozstrzygnęliście tydzień wcześniej. Jaki ciężar miało dla was to derbowe spotkanie? Mogliście uchylić największemu rywalowi drzwi na salony. Arka jest potrzebna Lechii w Ekstraklasie?
Dla nas stawką tego meczu było zwycięstwo w lidze i dodatkowo upokorzenie lokalnego rywala, który mając wszystko w swoich rękach nie potrafił zdobyć brakującego do awansu punktu. Nie dość, że Arka przegrała, to jeszcze musiała patrzeć, jak odbieramy trofeum. W naszej rywalizacji raczej nie ma sentymentów, ale Arka nigdy nie wygrała z Lechią w Ekstraklasie, więc po ich niedawnym awansie żartowaliśmy, że mamy pewne sześć punktów w kolejnych rozgrywkach.

Radość z awansu dość szybko zmieniła się u was w obawy związane z postawą Lechii w lidze. Przed naszym jesiennym meczem Karolina Jaskulska z Lechia.net postawiła brutalną diagnozę, że Ekstraklasa przerasta Lechię. Co się zmieniło w zimowej przerwie, że sportowo udało się wyskoczyć ponad czerwoną strefę?
Wydaje się, że kluczowa była rola trenera. Kiedy John Carver przychodził do Lechii, mieliśmy mieszane uczucia, bo mówiło się, że kolejny kolega Kevina Blackwella – głównego doradcy Paolo Urfera – dostaje posadę w klubie. CV miał jednak ciekawe i w zasadzie od pierwszego dnia było widać zmiany na lepsze. Po naszym meczu był jeszcze rozgrywany awansem pojedynek ze Śląskiem, który udało się „przepchnąć”. Carver ocenił ten występ jako 2/10, a jedynym pozytywem były wyszarpane 3 punkty. Później przyszła powtórka z 1. ligi, gdy po słabszej jesieni doskonale przepracowano okres przygotowawczy. Lechia pojechała do Turcji, wygrała tam trzy sparingi i złapała pozytywny „flow”. Wiosną od początku zbierała punkty i wydostała się ze strefy spadkowej. Wydaje się, że najwięcej problemów siedziało w głowach, bo ofensywnie Lechia może mierzyć w górną połówkę Ekstraklasy. Gorzej jest z defensywą, ale dużą zasługą trenera jest to, że udało się to poukładać.

Wspomniany Kevin Blackwell prowadził z ławki Lechię w meczu w Katowicach. Wcześniej natomiast pojawiało się wiele zarzutów, że ingeruje w autonomię trenera Grabowskiego. W przypadku Johna Carvera jest inaczej?
Carver zbudował pewnego rodzaju dystans między drużyną a dyrektorem technicznym, który nie ma już takiego wpływu na zespół jak wcześniej. Szymon Grabowski jest człowiekiem z na tyle dużą klasą, że nie mówił o tym otwarcie, ale w kuluarach słyszało się, że Blackwell chciał dyrygować wszystkim. Ogon merdał psem. Carver nie dał sobie wejść na głowę i widzimy tego efekty na boisku.

Zimą transferów w zasadzie nie było, więc trener Carver pracował z tymi samymi zawodnikami, których poprzedni szkoleniowiec miał do dyspozycji jesienią, a którzy wcześniej wywalczyli awans.
Gdy po kontuzji wrócił Tomáš Bobček, zyskała na tym ofensywa. Gdyby nie jego podatność na urazy, mógłby być jednym z najlepszych napastników w Ekstraklasie. Bobček zdobył kilka ważnych goli, poza tym doskonale spisuje się w pressingu na defensywie rywali, często zmuszając ich do błędów. John Carver zmienił ustawienie na „staroangielskie” 4-4-2. Jesienią nienajlepiej w Ekstraklasie odnajdywali się Camilo Mena i Maksym Chłań – zwłaszcza ten drugi, który z uwagi na wyjazd na Igrzyska Olimpijskie opuścił letni okres przygotowawczy. W nowym ustawieniu obaj zostali odrobinę cofnięci, a większą rolę w ofensywie pełnią napastnicy – Bobček i Wjunnyk, którzy bardzo dobrze się rozumieją. Dzięki tym zmianom strzelaliśmy więcej goli, przez co też punktowaliśmy lepiej. Niestety, Bobček zmaga się z kolejną kontuzją i na pewno nie zagra w sobotę.

Kto więc będzie motorem napędowym Lechii? Nasi kibice z pewnością zwrócą szczególną uwagę na Camilo Menę – zdobywcę być może najważniejszego dla GieKSy gola w ostatnim czasie, obok trafienia Adriana Błąda w Gdyni.
Przez cały sezon troche narzekałem na Menę, że brakuje mu decyzyjności, ale w rundzie wiosennej zdarzały się mecze, gdy niemiłosiernie dręczył obrońców rywali. Ma ogromny potencjał motoryczny, entuzjazm i fantazję w grze i to go wyróżnia na tle innych skrzydłowych w Ekstraklasie. Często – czasem może aż za często – wchodzi w dryblingi, choćby w ostatnim meczu z Pogonią mógł strzelać lub podawać, mimo to wikłał się w kolejne pojedynki. Na niego musicie uważać najbardziej. Z kolei Bohdan Wjunnyk jest napastnikiem w typie Filippo Inzaghiego, który potrafi znaleźć się we właściwym miejscu i wykończyć akcję. Tak było w meczu z Jagiellonią, gdzie grał raczej słabo, ale zdobył decydującego o naszym zwycięstwie gola po rzucie rożnym. Maksym Chłań też zaliczył postęp, ale w jego przypadku liczyliśmy na więcej.

Czy na tych zawodnikach będzie można budować drużynę na przyszły sezon? Wiele się mówi o problemach finansowych Lechii, a transfery najlepszych piłkarzy mogą być najprostszą receptą na wypełnienie pustki w klubowej kasie.
Chciałbym, aby ci piłkarze zostali w Gdańsku, ale trzeba się liczyć z ich odejściem. Chłań może nie chcieć przedłużyć wygasającego kontraktu i nie jestem tu optymistą. Z kolei Camilo Mena wydaje się głównym kandydatem do sprzedaży w kontekście podreperowania budżetu. Na Bobčeka i Wjunnyka też mogą znaleźć się chętni, bo to dobrzy napastnicy w skali Ekstraklasy.

Jak więc załatać takie ubytki, skoro Komisja Licencyjna nałożyła na Lechię zakaz transferowy? Patrząc na długofalowy rozwój klubu, jak odbieracie ostatnie decyzje Komisji?
Mimo wszystko lepiej mieć klub w Ekstraklasie, nawet z zakazem transferowym i ujemnymi punktami. Sam zakaz jest obwarowany pewnymi kryteriami, których wypełnienie może skutkować zgodą na transfery. Krótko mówiąc – jeśli Lechia będzie regulować swoje zobowiązania i przedstawi odpowiednie zabezpieczenie finansowe, będzie mogła sprowadzać nowych graczy. Poprzednie okienka naszym włodarzom nie wyszły, głównie ze względu na nakładane zakazy, czeka ich więc sporo pracy w letniej przerwie, aby nie powtórzyć tamych błędów.

Paolo Urfer, właściciel i prezes Lechii, choć w małej części zaskarbił sobie względy kibiców „wywalczeniem” licencji?
Urfer w spektakularny sposób roztrwonił zaufanie kibiców, które dostał obejmując Lechię. Udało mu się to zrobić, mimo że poprzeczka oczekiwań zawieszona była nisko, mając w pamięci to, co z Lechią zrobił poprzedni właściciel Franz-Josef Wernze i jego człowiek Adam Mandziara. To, że obaj byli nielubiani w Gdańsku, to najdelikatniejsze określenie. Wydawało się, że gorzej być nie może, a początkowe działania Urfera zapowiadały się obiecująco. Dziś nie wiadomo, co będzie dalej z klubem, choć z drugiej strony Urfer udowodnił, że stojąc pod ścianą potrafi zorganizować pieniądze. Na dłuższą metę nie można jednak w ten sposób zarządzać klubem.

Wspominając postawę Lechii w jesiennym meczu z GieKSą, niewiele wskazywało na to, że skutecznie powalczycie o ligowy byt.
Pamiętajmy, że w tamtym okresie piłkarze przez wiele tygodni grali za darmo, więc trudno się dziwić, że to zaangażowanie nie zawsze stało na najwyższym poziomie. Mecz na Bukowej był rozgrywany w warunkach wielkiego chaosu, tuż po zwolnieniu trenera Grabowskiego, bez planu, co robić dalej. O przyszłości Grabowskiego zadecydowała porażka 0-3 z Pogonią, na tle której Lechia była bezradna. Podobnie było w Katowicach. Klub był wtedy w naprawdę ciężkiej sytuacji i sam prawdę mówiąc nie wierzyłem, że uda się coś zmienić. Bardzo ważnym impulsem był zwycięski mecz ze Śląskiem tydzień później, który dał promyk nadziei na przyszłość. Po meczu z GieKSą trudno było wierzyć w utrzymanie.

Kiedy ta wiara wróciła?
Było kilka takich momentów. Mówiąc ironicznie, kluczowa była decyzja Komisji Licencyjnej, bo wcześniej kwestie organizacyjne przysłaniały sprawy sportowe. Patrząc jednak na boisko, to od początku rundy nasza gra uległa poprawie. Wywalczony w końcówce remis z Motorem, który podobnie jak GieKSa zaliczył bardzo udany sezon w roli beniaminka, zwycięstwa z Lechem i Jagiellonią pozwalały marzyć o utrzymaniu. Lechia zaczęła punktować u siebie, nawiązując do najlepszych czasów za kadencji trenera Nowaka czy Stokowca, kiedy stadion w Gdańsku był prawdziwą twierdzą. Teraz było podobnie – wygrały tu tylko Puszcza i Górnik w dziwnych okolicznościach. Warto też przypomnieć mecz ze Stalą, w którym do przerwy przegrywaliśmy 0-2. Gdyby nie udało się odwrócić tego wyniku, mielibyśmy problem. Mimo, że nie graliśmy źle, to rywal trafiał do siatki. W samej końcówce piłkarze wzięli się jednak do roboty, a prawdę mówiąc Stal nie utrudniała im specjalnie zadania, zwłaszcza przy trzecim golu. Po takim zwycięstwie morale skoczyło do góry i udało się zakończyć sezon happy-endem.

Przed ostatnią ligową kolejką oba zespoły są więc bezpieczne. W związku z tym temperatura naszego pojedynku będzie co najwyżej letnia. Można liczyć na szczególną mobilizację i dużą frekwencję?
Na takim stadionie jak nasz duża frekwencja to 30 tysięcy widzów. Bądźmy jednak realistami – w sobotę daleko będzie do takiego wyniku. Spodziewam się ponad 10 tysięcy widzów, a będzie dobrze, gdy dobijemy do 15. Warto podziękować zawodnikom za utrzymanie Lechii, która wciąż gra o wyższą lokatę w tabeli, bo dodatkowe środki z Ekstraklasy na pewno przydadzą się właścicielowi. Z kolei piłkarze mogą wykorzystać ten mecz jako okazję do pożegnania z kibicami, bo w letniej przerwie spodziewam się wielu roszad w kadrze.

Jak będzie wyglądał sobotni pojedynek? Lechia u siebie jest zespołem z inicjatywą?
To może wydawać się dziwne, bo im wyższe posiadanie piłki ma Lechia, tym więcej problemów się z tym wiąże – lepiej wygląda, gdy może oddać inicjatywę przeciwnikowi. Mówił o tym John Carver, że lepiej nam idzie gra z kontry, z wykorzystaniem szybkich skrzydłowych. Mimo to u siebie Lechia może być bardziej skora do narzucenia swojego stylu gry. Dużo może zależeć od tego, z jakim nastawieniem wyjdzie na to spotkanie GKS.

Można przypuszczać, że z podobnym jak na mecz z Lechem, gdy momentami trudno było ocenić, która drużyna walczy o mistrzostwo, a która mogłaby być już na wakacjach.
Dlatego Ekstraklasa jest najlepszą ligą świata – nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. GKS wygrał ten sezon solidnością, zarówno w ofensywie, jak i w defensywie. Lechia pokazała bardziej przebojowość, pomysłowość i indywidualne umiejętności poszczególnych zawodników.

Jaki wynik padnie w sobotę?
W dzień meczu mam urodziny, więc życzę sobie zwycięstwa. Obstawiam 2-1.

A kto zdobędzie mistrzostwo – Lech czy Raków?
Kibice Lechii sympatyzują z Rakowem – jesteśmy goszczeni w Częstochowie i kibice Rakowa są mile widziani w Gdańsku. Z tego względu wolałbym, aby mistrzem był Raków, który już wcześniej powinien był zapewnić sobie tytuł, tymczasem na ostatniej prostej wymyka mu się on z rąk. Z drugiej strony Lech ma większe szanse na rozstawienie w kolejnych rundach kwalifikacji europejskich pucharów, a w tych rozgrywkach życzę dobrze każdemu, bez względu na sympatie kibicowskie. Wolałbym Raków, ale świat się nie zawali, gdy mistrzem zostanie Lech.

Od wielu lat nie było sytuacji, by wszyscy beniaminkowie utrzymali się w lidze. Nam i Motorowi to się udało.
Pierwsza liga jest coraz mocniejsza. Obserwowaliśmy ją namiętnie w ubiegłym sezonie i nawet drużyny ze średniej półki potrafią zaskoczyć tych teoretycznie lepszych. Nie jest łatwo się z niej wydostać, co pokazał przykład GieKSy, która utknęła tam na wiele lat. Podobnie było w przypadku Arki czy Wisły, która w tym sezonie będzie walczyć w barażach. Rok temu awansowały trzy ciekawe sportowo projekty, które solidnością i dobrą organizacją gry, a także indywidualnymi umiejętnościami obroniły się w Ekstraklasie. Czy będzie to jednostkowy przypadek? Przekonamy się w przyszłym sezonie.

Nie znamy jeszcze pełnego składu Ekstraklasy. Kto twoim zdaniem awansuje jako trzeci?
Dobre pytanie. Latem Lechia grała sparing z Wisłą Płock, która sprawiła nam wiele problemów. W tym sezonie mieli lepsze i gorsze momenty, ale są bardzo mocni. Generalnie baraże zapowiadają się bardzo ciekawie, bo Wisła Kraków jak co roku ma mocarstwowe plany, jest Miedź, którą sam typowałem jako zwycięzcę 1. ligi, nie można też lekceważyć Polonii. Faworyta upatrywałbym w drużynie, która zajmie trzecie miejsce, bo mecze u siebie dają pewną przewagę. Nie wszystkim jednak udaje się to wykorzystać, co udowodnił poprzedni sezon.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga