Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: po meczu z GieKSą trudno było wierzyć w utrzymanie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Niemal dokładnie rok temu jechaliśmy do Trójmiasta po zwycięstwo, które miało nam dać upragniony awans do Ekstraklasy. Tym razem wybieramy się nad morze na mecz o zdecydowanie mniejszym ciężarze gatunkowym, bo oba zespoły, zarówno GieKSa, jak i Lechia, zapewniły już sobie utrzymanie. I tak jak GKS ani przez moment nie był poważnie zagrożony spadkiem, to wielu grzebało już biało-zielonych po nieudanej rundzie jesiennej. W rozmowie z Kajetanem Sawiczem, redaktorem naczelnym serwisu lechia.gda.pl wspominamy emocje z końcówki ubiegłego sezonu oraz analizujemy postawę Lechii w obecnym, zarówno na boisku, jak i w klubowych gabinetach.

Zanim zajmiemy się obecnym sezonem, chciałbym wrócić do poprzedniego. Dokładnie w dniu naszej rozmowy przypada rocznica ostatnich, pamiętnych derbów Trójmiasta. Jak wspominasz tamto spotkanie i ostateczne rozstrzygnięcia ubiegłego sezonu?
Wspomnienia mogą być tylko pozytywne. Nie wiem czy oglądałeś ten mecz…

Nie tylko ja – całe Katowice obgryzały wtedy paznokcie!
Tak jak wy śledziliście nasz mecz z Arką, tak my tydzień później obserwowaliśmy wasz pojedynek w Gdyni. I choć nie powinno się życzyć nikomu źle, to po takim finale nie obeszło się bez drwin i złośliwości w stronę lokalnego rywala. Nasz pojedynek z Arką miał nieprawdopodobny, niezwykle emocjonujący scenariusz. W pierwszej połowie wydawało się, że Lechia kontroluje przebieg gry, a Sezonienko szybko strzelił gola. Niestety, przydarzyła się głupia czerwona kartka Chindrișa, a chwilę później wyrównujący gol Sidibe. Po przerwie Arka nacierała, ale nasz bramkarz Bohdan Sarnawśkyj dwoił się i troił, aby uchronić nas od straty kolejnego gola. W końcówce bohaterem Gdańska i Katowic został Camilo Mena, było wiele radości na stadionie i wielka feta po meczu. Mało który kibic Lechii był w stanie następnego dnia pojawić się w pracy.

Losy swojego awansu rozstrzygnęliście tydzień wcześniej. Jaki ciężar miało dla was to derbowe spotkanie? Mogliście uchylić największemu rywalowi drzwi na salony. Arka jest potrzebna Lechii w Ekstraklasie?
Dla nas stawką tego meczu było zwycięstwo w lidze i dodatkowo upokorzenie lokalnego rywala, który mając wszystko w swoich rękach nie potrafił zdobyć brakującego do awansu punktu. Nie dość, że Arka przegrała, to jeszcze musiała patrzeć, jak odbieramy trofeum. W naszej rywalizacji raczej nie ma sentymentów, ale Arka nigdy nie wygrała z Lechią w Ekstraklasie, więc po ich niedawnym awansie żartowaliśmy, że mamy pewne sześć punktów w kolejnych rozgrywkach.

Radość z awansu dość szybko zmieniła się u was w obawy związane z postawą Lechii w lidze. Przed naszym jesiennym meczem Karolina Jaskulska z Lechia.net postawiła brutalną diagnozę, że Ekstraklasa przerasta Lechię. Co się zmieniło w zimowej przerwie, że sportowo udało się wyskoczyć ponad czerwoną strefę?
Wydaje się, że kluczowa była rola trenera. Kiedy John Carver przychodził do Lechii, mieliśmy mieszane uczucia, bo mówiło się, że kolejny kolega Kevina Blackwella – głównego doradcy Paolo Urfera – dostaje posadę w klubie. CV miał jednak ciekawe i w zasadzie od pierwszego dnia było widać zmiany na lepsze. Po naszym meczu był jeszcze rozgrywany awansem pojedynek ze Śląskiem, który udało się „przepchnąć”. Carver ocenił ten występ jako 2/10, a jedynym pozytywem były wyszarpane 3 punkty. Później przyszła powtórka z 1. ligi, gdy po słabszej jesieni doskonale przepracowano okres przygotowawczy. Lechia pojechała do Turcji, wygrała tam trzy sparingi i złapała pozytywny „flow”. Wiosną od początku zbierała punkty i wydostała się ze strefy spadkowej. Wydaje się, że najwięcej problemów siedziało w głowach, bo ofensywnie Lechia może mierzyć w górną połówkę Ekstraklasy. Gorzej jest z defensywą, ale dużą zasługą trenera jest to, że udało się to poukładać.

Wspomniany Kevin Blackwell prowadził z ławki Lechię w meczu w Katowicach. Wcześniej natomiast pojawiało się wiele zarzutów, że ingeruje w autonomię trenera Grabowskiego. W przypadku Johna Carvera jest inaczej?
Carver zbudował pewnego rodzaju dystans między drużyną a dyrektorem technicznym, który nie ma już takiego wpływu na zespół jak wcześniej. Szymon Grabowski jest człowiekiem z na tyle dużą klasą, że nie mówił o tym otwarcie, ale w kuluarach słyszało się, że Blackwell chciał dyrygować wszystkim. Ogon merdał psem. Carver nie dał sobie wejść na głowę i widzimy tego efekty na boisku.

Zimą transferów w zasadzie nie było, więc trener Carver pracował z tymi samymi zawodnikami, których poprzedni szkoleniowiec miał do dyspozycji jesienią, a którzy wcześniej wywalczyli awans.
Gdy po kontuzji wrócił Tomáš Bobček, zyskała na tym ofensywa. Gdyby nie jego podatność na urazy, mógłby być jednym z najlepszych napastników w Ekstraklasie. Bobček zdobył kilka ważnych goli, poza tym doskonale spisuje się w pressingu na defensywie rywali, często zmuszając ich do błędów. John Carver zmienił ustawienie na „staroangielskie” 4-4-2. Jesienią nienajlepiej w Ekstraklasie odnajdywali się Camilo Mena i Maksym Chłań – zwłaszcza ten drugi, który z uwagi na wyjazd na Igrzyska Olimpijskie opuścił letni okres przygotowawczy. W nowym ustawieniu obaj zostali odrobinę cofnięci, a większą rolę w ofensywie pełnią napastnicy – Bobček i Wjunnyk, którzy bardzo dobrze się rozumieją. Dzięki tym zmianom strzelaliśmy więcej goli, przez co też punktowaliśmy lepiej. Niestety, Bobček zmaga się z kolejną kontuzją i na pewno nie zagra w sobotę.

Kto więc będzie motorem napędowym Lechii? Nasi kibice z pewnością zwrócą szczególną uwagę na Camilo Menę – zdobywcę być może najważniejszego dla GieKSy gola w ostatnim czasie, obok trafienia Adriana Błąda w Gdyni.
Przez cały sezon troche narzekałem na Menę, że brakuje mu decyzyjności, ale w rundzie wiosennej zdarzały się mecze, gdy niemiłosiernie dręczył obrońców rywali. Ma ogromny potencjał motoryczny, entuzjazm i fantazję w grze i to go wyróżnia na tle innych skrzydłowych w Ekstraklasie. Często – czasem może aż za często – wchodzi w dryblingi, choćby w ostatnim meczu z Pogonią mógł strzelać lub podawać, mimo to wikłał się w kolejne pojedynki. Na niego musicie uważać najbardziej. Z kolei Bohdan Wjunnyk jest napastnikiem w typie Filippo Inzaghiego, który potrafi znaleźć się we właściwym miejscu i wykończyć akcję. Tak było w meczu z Jagiellonią, gdzie grał raczej słabo, ale zdobył decydującego o naszym zwycięstwie gola po rzucie rożnym. Maksym Chłań też zaliczył postęp, ale w jego przypadku liczyliśmy na więcej.

Czy na tych zawodnikach będzie można budować drużynę na przyszły sezon? Wiele się mówi o problemach finansowych Lechii, a transfery najlepszych piłkarzy mogą być najprostszą receptą na wypełnienie pustki w klubowej kasie.
Chciałbym, aby ci piłkarze zostali w Gdańsku, ale trzeba się liczyć z ich odejściem. Chłań może nie chcieć przedłużyć wygasającego kontraktu i nie jestem tu optymistą. Z kolei Camilo Mena wydaje się głównym kandydatem do sprzedaży w kontekście podreperowania budżetu. Na Bobčeka i Wjunnyka też mogą znaleźć się chętni, bo to dobrzy napastnicy w skali Ekstraklasy.

Jak więc załatać takie ubytki, skoro Komisja Licencyjna nałożyła na Lechię zakaz transferowy? Patrząc na długofalowy rozwój klubu, jak odbieracie ostatnie decyzje Komisji?
Mimo wszystko lepiej mieć klub w Ekstraklasie, nawet z zakazem transferowym i ujemnymi punktami. Sam zakaz jest obwarowany pewnymi kryteriami, których wypełnienie może skutkować zgodą na transfery. Krótko mówiąc – jeśli Lechia będzie regulować swoje zobowiązania i przedstawi odpowiednie zabezpieczenie finansowe, będzie mogła sprowadzać nowych graczy. Poprzednie okienka naszym włodarzom nie wyszły, głównie ze względu na nakładane zakazy, czeka ich więc sporo pracy w letniej przerwie, aby nie powtórzyć tamych błędów.

Paolo Urfer, właściciel i prezes Lechii, choć w małej części zaskarbił sobie względy kibiców „wywalczeniem” licencji?
Urfer w spektakularny sposób roztrwonił zaufanie kibiców, które dostał obejmując Lechię. Udało mu się to zrobić, mimo że poprzeczka oczekiwań zawieszona była nisko, mając w pamięci to, co z Lechią zrobił poprzedni właściciel Franz-Josef Wernze i jego człowiek Adam Mandziara. To, że obaj byli nielubiani w Gdańsku, to najdelikatniejsze określenie. Wydawało się, że gorzej być nie może, a początkowe działania Urfera zapowiadały się obiecująco. Dziś nie wiadomo, co będzie dalej z klubem, choć z drugiej strony Urfer udowodnił, że stojąc pod ścianą potrafi zorganizować pieniądze. Na dłuższą metę nie można jednak w ten sposób zarządzać klubem.

Wspominając postawę Lechii w jesiennym meczu z GieKSą, niewiele wskazywało na to, że skutecznie powalczycie o ligowy byt.
Pamiętajmy, że w tamtym okresie piłkarze przez wiele tygodni grali za darmo, więc trudno się dziwić, że to zaangażowanie nie zawsze stało na najwyższym poziomie. Mecz na Bukowej był rozgrywany w warunkach wielkiego chaosu, tuż po zwolnieniu trenera Grabowskiego, bez planu, co robić dalej. O przyszłości Grabowskiego zadecydowała porażka 0-3 z Pogonią, na tle której Lechia była bezradna. Podobnie było w Katowicach. Klub był wtedy w naprawdę ciężkiej sytuacji i sam prawdę mówiąc nie wierzyłem, że uda się coś zmienić. Bardzo ważnym impulsem był zwycięski mecz ze Śląskiem tydzień później, który dał promyk nadziei na przyszłość. Po meczu z GieKSą trudno było wierzyć w utrzymanie.

Kiedy ta wiara wróciła?
Było kilka takich momentów. Mówiąc ironicznie, kluczowa była decyzja Komisji Licencyjnej, bo wcześniej kwestie organizacyjne przysłaniały sprawy sportowe. Patrząc jednak na boisko, to od początku rundy nasza gra uległa poprawie. Wywalczony w końcówce remis z Motorem, który podobnie jak GieKSa zaliczył bardzo udany sezon w roli beniaminka, zwycięstwa z Lechem i Jagiellonią pozwalały marzyć o utrzymaniu. Lechia zaczęła punktować u siebie, nawiązując do najlepszych czasów za kadencji trenera Nowaka czy Stokowca, kiedy stadion w Gdańsku był prawdziwą twierdzą. Teraz było podobnie – wygrały tu tylko Puszcza i Górnik w dziwnych okolicznościach. Warto też przypomnieć mecz ze Stalą, w którym do przerwy przegrywaliśmy 0-2. Gdyby nie udało się odwrócić tego wyniku, mielibyśmy problem. Mimo, że nie graliśmy źle, to rywal trafiał do siatki. W samej końcówce piłkarze wzięli się jednak do roboty, a prawdę mówiąc Stal nie utrudniała im specjalnie zadania, zwłaszcza przy trzecim golu. Po takim zwycięstwie morale skoczyło do góry i udało się zakończyć sezon happy-endem.

Przed ostatnią ligową kolejką oba zespoły są więc bezpieczne. W związku z tym temperatura naszego pojedynku będzie co najwyżej letnia. Można liczyć na szczególną mobilizację i dużą frekwencję?
Na takim stadionie jak nasz duża frekwencja to 30 tysięcy widzów. Bądźmy jednak realistami – w sobotę daleko będzie do takiego wyniku. Spodziewam się ponad 10 tysięcy widzów, a będzie dobrze, gdy dobijemy do 15. Warto podziękować zawodnikom za utrzymanie Lechii, która wciąż gra o wyższą lokatę w tabeli, bo dodatkowe środki z Ekstraklasy na pewno przydadzą się właścicielowi. Z kolei piłkarze mogą wykorzystać ten mecz jako okazję do pożegnania z kibicami, bo w letniej przerwie spodziewam się wielu roszad w kadrze.

Jak będzie wyglądał sobotni pojedynek? Lechia u siebie jest zespołem z inicjatywą?
To może wydawać się dziwne, bo im wyższe posiadanie piłki ma Lechia, tym więcej problemów się z tym wiąże – lepiej wygląda, gdy może oddać inicjatywę przeciwnikowi. Mówił o tym John Carver, że lepiej nam idzie gra z kontry, z wykorzystaniem szybkich skrzydłowych. Mimo to u siebie Lechia może być bardziej skora do narzucenia swojego stylu gry. Dużo może zależeć od tego, z jakim nastawieniem wyjdzie na to spotkanie GKS.

Można przypuszczać, że z podobnym jak na mecz z Lechem, gdy momentami trudno było ocenić, która drużyna walczy o mistrzostwo, a która mogłaby być już na wakacjach.
Dlatego Ekstraklasa jest najlepszą ligą świata – nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. GKS wygrał ten sezon solidnością, zarówno w ofensywie, jak i w defensywie. Lechia pokazała bardziej przebojowość, pomysłowość i indywidualne umiejętności poszczególnych zawodników.

Jaki wynik padnie w sobotę?
W dzień meczu mam urodziny, więc życzę sobie zwycięstwa. Obstawiam 2-1.

A kto zdobędzie mistrzostwo – Lech czy Raków?
Kibice Lechii sympatyzują z Rakowem – jesteśmy goszczeni w Częstochowie i kibice Rakowa są mile widziani w Gdańsku. Z tego względu wolałbym, aby mistrzem był Raków, który już wcześniej powinien był zapewnić sobie tytuł, tymczasem na ostatniej prostej wymyka mu się on z rąk. Z drugiej strony Lech ma większe szanse na rozstawienie w kolejnych rundach kwalifikacji europejskich pucharów, a w tych rozgrywkach życzę dobrze każdemu, bez względu na sympatie kibicowskie. Wolałbym Raków, ale świat się nie zawali, gdy mistrzem zostanie Lech.

Od wielu lat nie było sytuacji, by wszyscy beniaminkowie utrzymali się w lidze. Nam i Motorowi to się udało.
Pierwsza liga jest coraz mocniejsza. Obserwowaliśmy ją namiętnie w ubiegłym sezonie i nawet drużyny ze średniej półki potrafią zaskoczyć tych teoretycznie lepszych. Nie jest łatwo się z niej wydostać, co pokazał przykład GieKSy, która utknęła tam na wiele lat. Podobnie było w przypadku Arki czy Wisły, która w tym sezonie będzie walczyć w barażach. Rok temu awansowały trzy ciekawe sportowo projekty, które solidnością i dobrą organizacją gry, a także indywidualnymi umiejętnościami obroniły się w Ekstraklasie. Czy będzie to jednostkowy przypadek? Przekonamy się w przyszłym sezonie.

Nie znamy jeszcze pełnego składu Ekstraklasy. Kto twoim zdaniem awansuje jako trzeci?
Dobre pytanie. Latem Lechia grała sparing z Wisłą Płock, która sprawiła nam wiele problemów. W tym sezonie mieli lepsze i gorsze momenty, ale są bardzo mocni. Generalnie baraże zapowiadają się bardzo ciekawie, bo Wisła Kraków jak co roku ma mocarstwowe plany, jest Miedź, którą sam typowałem jako zwycięzcę 1. ligi, nie można też lekceważyć Polonii. Faworyta upatrywałbym w drużynie, która zajmie trzecie miejsce, bo mecze u siebie dają pewną przewagę. Nie wszystkim jednak udaje się to wykorzystać, co udowodnił poprzedni sezon.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

21 sekund mistrzowskich akcji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.

No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.

Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.

Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.

Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.

I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.

Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.

Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.

To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.

Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.

Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.

Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.

W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.

Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.

W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.

No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…

Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.

Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Trudność w podejściu do średniawki

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Aaaa qrwa jego mać…

To moja reakcja na gola Rakowa w doliczonym czasie gry w Gdańsku. Bo zaczynam pisać zaraz po. I tak, jak kolejka zaczęła się dobrze, bo Termalica wygrała w Lubinie, to potem pewnie lepszy byłby dla nas remis z Białymstoku, ale OCZYWIŚCIE Górnik musiał strzelić w doliczonym, lepszy byłby remis lub porażka Rakowa, ale OCZYWIŚCIE Raków musiał strzelić w doliczonym. I luj Bobcki strzelił, bo dwie drużyny się od nas oddaliły w tabeli.

Ktoś powie – trzeba było wygrać w Kielcach. No pewnie, że trzeba było, ale nie wygraliśmy. A nasze zdobywane punkty – zwłaszcza w tej fazie sezonu – mają taką samą wagę jak straty punktów przez przeciwników.

Przechodząc do naszego meczu. Nie wiem, jak to ugryźć szczerze mówiąc. Bo mam wrażenie, że Korona była do zdobytej bramki po prostu słaba. Potem się rozkręcili i w końcówce mogli strzelić zwycięskiego gola. Więc summa summarum remis jest sprawiedliwy. Bo gdy piszę, że Korona była słaba, to trzeba zaznaczyć, że my nie byliśmy jakoś specjalnie lepsi. Uważam, że do straconej bramki trochę lepsi byliśmy. Ale tylko trochę, to nie był jakiś wielce dobry mecz GKS Katowice. Był średni.

O ile defensywa tym razem dała radę i dopuściła do utraty tylko jednej bramki, to w ofensywie byliśmy bezbarwni. Niby kilka razy podeszliśmy pod bramkę przeciwnika, niby jakieś sytuacje się pojawiły, ale tym razem wykończenie czy ostatnie podanie były słabe. I tu mam pretensje do naszych zawodników, bo zalążki tych akcji były znowuż bardzo dobre. Naprawdę potrafimy pod to pole karne podchodzić i wszystko tkwi w tym, czy dobrze wykończymy akcję – najlepiej celnym strzałem. W poprzednich meczach wyglądało to kapitalnie. Tym razem – mizernie.

Znowu będę się czepiał. Bartka Nowaka. Znów nasz najlepszy zawodnik ligi, mając dobre sytuacje wyglądał, jakby chciał wykończyć czy zagrać ostatnie podanie „pięknie”. Czasem tej zabawy jest po prostu za dużo. Oczywiście te niekonwencjonalne zagrania dały kilka wspaniałych asyst. Ale jeśli chodzi o gole, to już tak nie było. Przecież z tej wyjątkowej techniki naprawdę idzie skorzystać, jednocześnie zachowując prostotę. Uderzyć po długim rogu temu Dziekońskiemu, gdy praktycznie cała bramka jest odsłonięta. Ewentualnie nawinąć przeciwnika i strzelić. Bartek wysoko zawiesił poprzeczkę, dlatego mam uwagi. Przecież on krawaty potrafi wiązać na tym boisku, ale w związku z tym zdarza mu się przedobrzyć.

Ale tak jak napisałem – cała ofensywa była jakaś niemrawa. Ilja znów zmarnował jedną kapitalną sytuację. I czasem sam już nie wiem, co sądzić o tym zawodniku. Bo mało strzela goli i sporo sytuacji marnuje. Znów doceniam jego pracę w środku boiska, przy rozegraniu. Z Koroną choćby kapitalnie wypuścił Nowaka. Z Motorem też miał wielki udział przy rozprowadzeniu akcji bramkowej. Ale tak jak mówię, nie mam uwag co do gry w środku boiska. Problem pojawiał się przed i w polu karnym.

Korona w tym czasie frustrowała raz po raz swoich kibiców. Psioczyli oni dość mocno na piłkarzy. Kielczanie raz po raz bowiem tracili piłki i nie potrafili rozegrać dobrej ofensywnej akcji zakończonej strzałem. Nie wyglądali jak swoja wersja z jesieni.

Cieszy kolejny gol Arkadiusza Jędrycha. Capitano – wzorem Radomiaka – asystował sam sobie od słupka. Chyba lubi halówkę i grę od bandy. Po raz kolejny trafił do siatki i myśleliśmy, że ten gol da nam zwycięstwo, a najlepiej gdybyśmy potem strzelili drugą bramkę.

Patrząc na to z drugiej strony, to znów trzeba powiedzieć, że stara GieKSa taki mecz by przegrała w końcówce. Można powiedzieć, że w Krakowie – z mega słabą Cracovią – nie ugraliśmy nawet punktów. Aż tak słaba jak Pasy Korona wczoraj nie była. Więc remis na wyjeździe z solidną drużyną z ekstraklasy oczywiście nie jest złym wynikiem. Oczywiście należy wziąć pod uwagę też nasze osłabienia kadrowe. Przecież nie było Strączka, Klemenza, Kowalczyka, Galana, Zrelaka. Trener musi odkrywać i dostosowywać szerszą kadrę. I znowuż jak na to, że mamy tyle osłabień – wyniki są bardzo w porządku.

Tylko ten niedosyt. Naprawdę można było w tym spotkaniu ugrać więcej i poprawić swoją sytuację w tabeli dopisując trzy punkty. Tak dopisujemy jeden. Co oczywiście też jest zdobyczą. Każdy punkt jest na wagę złota.

Po tej fatalnej porażce z Cracovią GieKSa rozegrała cztery mecze – dwukrotnie u siebie wygrywając i dwa razy remisując na wyjeździe. Ostatecznie jest to układ bardzo dobry. Grając w taki sposób przez cały sezon zdobywa się 68 punktów. W obecnych rozgrywkach wystarczyłoby do mistrzostwa. Ostatecznie więc ostatnia tzw. forma katowiczan jest bardzo dobra.

Każdy był po tym meczu niepocieszony. Jacek Zieliński – znany ze swojego marudzącego tonu – tak właśnie trochę pomarudził na konferencji prasowej. Rafał Górak też nie był przeszczęśliwy, ale też mówił, żeby nie utyskiwać aż tak bardzo na ten remis. No i te nastroje szkoleniowców chyba oddają, to co widzieliśmy w Kielcach. Każdy był trochę rozczarowany po tym remisie, a jednocześnie wiedział, że można było ten mecz przegrać. Więc nie narzekam aż tak bardzo, ale trochę narzekam.

Patrząc teraz na perspektywę gry w pucharach – myślę, że Raków i Górnik znajdą się w czwórce. Jeśli tak, to piąte miejsce da przepustkę do Europy, bo obie ekipy zagrają w finale Pucharu Polski w najbliższą sobotę. Wychodzi więc na to, że o to piąte miejsce w pucharach rywalizować będzie GieKSa, Wisła Płock i Zagłębie. Lubinianie dali ciała z ekipą z Niecieczy i wygląda jakby spuchli, choć lekceważyć ich nie można. Dzisiaj z zapartym tchem będziemy obserwować mecz Wisła – Radomiak i musimy kibicować gościom – od wyniku tego spotkania będzie zależeć bardzo, bardzo wiele. Natomiast żadna z wymienionych trzech drużyn kompletu punktów raczej nie zdobędzie, więc trzeba zminimalizować punktowe straty. Na plus jest to, że i z Zagłębiem, i z Płockiem mamy lepsze bilanse bezpośrednie.

Świat się nie zawali, jeśli GieKSa do pucharów nie wejdzie. Przecież jeszcze niedawno walczyliśmy o utrzymanie. Ale nie ma się co oszukiwać, matematyka mówi, że udział w Europie jest po prostu realny. Jeśli na przykład GieKSa zdobyłaby w ostatnich czterech kolejkach 7-8 punktów, to gra w eliminacjach Ligi Konferencji będzie bardzo możliwa. To jest bonus, szansa, która się nadarza. I grzechem byłoby nie powalczyć.

Jest jednak jeden warunek. Z Termalicą za tydzień trzeba bezwzględnie wygrać. Jakkolwiek nie jest to typowy outsider prezentujący się beznadziejnie, to jednak jest to ostatnia drużyna ligi, którą będziemy podejmować. W kolejnych trzech spotkaniach o punkty będzie dużo trudniej. Trzeba więc sobie ustawić sytuację tak, żeby z 47 punktami startować do trzech ostatnich kolejek.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.

Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.

Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.

Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga