Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Mecz najpiękniejszych goli

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania GKS Katowice – Radomiak Radom 3:2 (2:2).

ekstraklasa.org – GKS Katowice 3:2 Radomiak Radom – Mecz najpiękniejszych goli

Za nami jeden z najbardziej efektownych meczów ostatnich miesięcy. W 6 ostatnich spotkaniach GKS Katowice padły 24 gole (śr. 4/mecz)!

27 punktów w 13 ostatnich meczach w roli gospodarza GKS Katowice (śr. 2,01/mecz; 8 zwycięstw, 3 remisy, 2 porażki). W każdym z 5 ostatnich spotkań tej drużyny zwycięzcy strzelali minimum 3 gole i nie inaczej było tym razem. Mecz ten zapamiętamy przede wszystkim z absolutnie pięknych trafień po obu stronach. Trudno wybrać najbardziej efektowne, ale trafienie Nowaka z rzutu wolnego z ponad 30 metrów zrobiło na kibicach wyjątkowe wrażenie.

dziennikzachodni.pl – Nieprawdopodobne emocje na Arenie Katowice i zwycięstwo GKS na pożegnanie wakacji. Wielka radość kibiców katowiczan

W rozegranym 29 sierpnia meczu 7. kolejki PKO Ekstraklasy GKS Katowice pokonał Radomiaka 3:2. Piłkarze trenera Rafała Góraka zrehabilitowali się za ostatnią porażkę z Górnikiem i dostarczyli swoim fanom wiele radości zwyciężając w lidze na koniec wakacji.

Mecz w Katowicach w I połowie był świetnym widowiskiem i dostarczył kibicom zasiadającym na trybunach nieprawdopodobnych emocji. Spotkanie rozpoczęło się od uczczenia minutą ciszy pamięci tragicznie zmarłego w katastrofie lotniczej w Radomiu majora Macieja „Slaba” Krakowiana. Początek pojedynku należał do GKS. Po stronie gospodarzy groźnie strzelał Bartosz Nowak, a Adam Zrelak w dobrej sytuacji w polu karnym posłał piłkę wysoko nad bramką.

Radomiak swojej szansy szukał w kontrach i po przejęciu piłki na własnej połowie w 14 minucie wyprowadził szybki atak, w którym trójka zawodników gości popędziła na bramkę katowiczan mając przed sobą tylko dwóch obrońców GieKSy. Vasco Lopez podał na lewą stronę do Elvesa Balde i 25-letni napastnik z Gwinei Bissau precyzyjnym uderzeniem z narożnika pola karnego w długi róg pokonał Dawida Kudłę.

Podopieczni trenera Rafała Góraka głośno dopingowani z trybun przez ponad 10 tysięcy kibiców ruszyli do odrabiania strat. Filip Majchrowicz poradził sobie z rykoszetem po uderzeniu Mateusza Kowalczyka. Po główce Zrelaka piłkę z linii bramkowej wybił Jan Grzesik. W końcu po kolejnej centrze Nowaka do wyrównania strzałem głową doprowadził Arkadiusz Jędrych.

Katowiczanie poszli za ciosem i kilkanaście minut później wyszli na prowadzenie. Nowak idealnie przymierzył z rzutu wolnego z 30 m w okienko, zaskakując spodziewającego się dośrodkowania bramkarza. Odpowiedź radomian była jednak błyskawiczna. Chwilę później po akcji Lopesa do remisu doprowadził Rafał Wolski. Tuż przed przerwą świetne okazje po stronie GKS mieli jeszcze Nowak i Kowalczyk, ale tym razem Majchrowicz zachował się bez zarzutu broniąc ich groźne uderzenia.

Po zmianie stron emocji było nieco mniej, choć obie drużyny starały się przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Udało się to katowiczanom po strzale Marcina Wasielewskiego. Goście nie bardzo mogli się pogodzić z takim obrotem sprawy i raz po raz karani byli żółtymi kartkami.

GKS mógł wygrać wyżej, ale Nowak z Adrianem Błądem nie potrafili skutecznie wykończyć kontry dwa na jeden. Niewiele brakowało, żeby niewykorzystanie tej okazji zemściło się na piłkarzach Góraka. W samej końcówce piłkę do bramki Kudły skierował Abdoul Tapsoba, ale po długiej analizie VAR sędzia nie uznał tego gola, bo wcześniej jeden z graczy Radomiaka był na minimalnym spalonym. Katowiczanie odnieśli zwycięstwo na pożegnanie wakacji i była to ich druga wygrana w tym sezonie PKO Ekstraklasy.

sportowefakty.wp.pl – Gol za golem w Katowicach. I to jakiej urody!

Takie mecze nie zdarzają się często. W Katowicach GKS pokonał Radomiaka Radom 3:2. Niemal wszystkie gole w spotkaniu były niezwykłej urody.

GKS Katowice, po słabym starcie, potrzebował w PKO Ekstraklasie punktów. Radomiak to z kolei zespół dość nieobliczalny, który nie wygrał od trzech kolejek.

Od początku to gospodarze utrzymywali się przy piłce. Mieli jednak problemy z kreowaniem okazji. W 10. minucie Bartosz Nowak uderzył z ok. 17 metrów. Filip Majchrowicz sparował piłkę.

Goście wyczekali rywala i w 14. minucie zadali cios. Rajd przeprowadził Elves Balde. Uderzenia z ok. 16 metrów Dawid Kudła nie był w stanie odbić. Niezrażeni utratą gola gospodarze szukali wyrównania.

Pod bramką Majchrowicza sporo się działo. W 23. minucie strzał Mateusza Kowalczyka po rykoszecie na korner sparował bramkarz. Po chwili Adrian Dieguez wybił sprzed linii strzał głową Marcela Wędrychowskiego. Wyrównał w 25. minucie Arkadiusz Jędrych, wykorzystując dośrodkowanie z prawej strony Bartosza Nowaka.

Wspomniany Nowak ze świetnej strony pokazał się po niespełna kwadransie, kiedy popisał się kapitalnym uderzeniem z rzutu wolnego z ok. 30 metrów. Spodziewający się dośrodkowania Majchrowicz nie był w stanie wybić piłki, która wpadła w okienko.

Odpowiedź radomian była błyskawiczna. W 40. minucie do odbitej piłki w polu karnym dopadł Rafał Wolski i popisał się kapitalnym strzałem z pierwszej piłki do bramki. Minęły dwie minuty i mogło być 3:2. Majchrowicz tym razem świetnie interweniował po strzale z rzutu wolnego Nowaka. Po dograniu z rzutu rożnego strzał z bliska Kowalczyka odbił golkiper gości, poprawka głową była niecelna.

W 2. części mniej działo się pod bramkami. Sporo było walki w środku pola, ale niewiele konkretów w polach karnych. Kibice jednak doczekali się trzeciego gola dla katowiczan. W 74. minucie do uderzenia z ok. 17 metrów doszedł Marcin Wasielewski. Majchrowicz był bez szans przy kolejnych kapitalnym strzale w meczu.

Po emocjach powinno być pięć minut później. Po kontrze katowiczanie wyszli 2 na 1. Nowak zagrał do Adriana Błąda, ale ten przestrzelił z pola karnego.

W 88. minucie Radomiak wyrównał. Piłkę w polu karnym otrzymał Abdoul Tapsoba. Zdołał znaleźć miejsce do oddania strzału i między nogami Kudły trafił do siatki. Radość gości trwała krótko. Po analizach sędzia gola nie uznał, dopatrując się spalonego.

GKS dowiózł skromne prowadzenie i mógł cieszyć się z drugiego w sezonie zwycięstwa.

weszlo.com – Sędzia Kwiatkowski zabił fajny mecz w Katowicach. Szkoda

Bardzo przyjemnie oglądało się mecz w Katowicach, dopóki w rolach głównych występowali Bartosz Nowak i Rafał Wolski. Niestety, w pewnym momencie zazdrosny o ich koncerik Tomasz Kwiatkowski wziął gitarę w swoje ręce. I zaczęło się rzępolenie.

Jeśli Polski Związek Piłki Nożnej ma w głębokim poważaniu to, co dzieje się w Kolegium Sędziów, to, kto nimi kieruje i to, jak przekłada się to na decyzje arbitrów, to ciężko się dziwić, że co kolejkę panowie z gwizdkiem zaprzeczają sobie nawzajem i irytują każdego, kto akurat przebywa wraz z nimi na murawie.

[…] Wszystko to sprawiło, że fajny mecz, który oglądaliśmy przez, powiedzmy, godzinę, zamienił się w próbę opanowania wściekłych zawodników przez Tomasza Kwiatkowskiego, co oznaczało kartki, kartki i jeszcze raz kartki. Ten sposób na budowanie autorytetu nie okazał się skuteczny, więc gdy sędziowie w końcu podjęli decyzję właściwą i anulowali wyrównującego gola Radomiaka, bo Maurides — mimo że nie dotknął piłki — był ewidentnie zaangażowany w akcję, blokując rywala, co poprzedziło bramkę Abdoula Tapsoby po podaniu Jana Grzesika, nikt już nie wierzył, że arbiter ma pojęcie, co robi.

[…] Frustrację postronnego kibica można zrozumieć jeszcze bardziej niż wściekłość piłkarzy Radomiaka. Bo ten postronny widz naprawdę po prostu liczył na to, że będzie dyskutował o tym, kto czaruje lepiej — Rafał Wolski czy Bartosz Nowak. Jeden i drugi miał talię argumentów, którymi próbowali wygrać tę wojnę. Owoce ziemi radomskiej (Wolski pochodzi z Głowaczowa, Nowak z Radomia) pokazały, że nawet w tłumie południowców to oni mogą przypiąć sobie ordery najlepszego technika.

Nowak cudnie dograł piłkę na głowę Arkadiusza Jędrycha, który z piątki wpakował ją do siatki. Tak GieKSa wyrównała, bo wcześniej ładnie, elegancko, z dystansu przymierzył Elves Balde. To jednak nic w porównaniu z uderzeniem z dalszej odległości lidera GKS Katowice. Nowak ustawił piłkę daleko, mniej więcej na trzydziestym piątym metrze i postanowił zaskoczyć bramkarza, dokręcając piłkę tak, że zdjął pajęczynę z siatki. Filip Majchrowicz nie miał co z tym zrobić, ustawił się dobrze, liczył na dośrodkowanie. Po prostu tego nie dało się sięgnąć.

gol24.pl – GKS Katowice pokonał Radomiak Radom. Piękne gole i kontrowersje sędziowskie

Ależ to był mecz. GKS Katowice pokonał Radomiaka Radom 3:2 (2:2) w piątkowym hicie 7. kolejki PKO Ekstraklasy. Goście mieli pretensje z powodu uznania decydującej bramki i odwołaniu tej, która po niej nastąpiła. Sędzia Tomasz Kwiatkowski przekonywał jednak, że błędów nie popełnił. W każdym razie ozdobą spotkania z pewnością był gol Bartosza Nowaka z rzutu wolnego.

Dzięki wygranej GieKSa opuściła strefę spadkową. Odbyło się to jednak w dość kontrowersyjnych okolicznościach, a przynajmniej to sugerowali przyjezdni. Radomiak reklamował choćby faul na Rafale Wolskim, po którym padła decydująca bramka. Potem sędzia anulował tę wyrównującą Abdoula Tapsoby, bo na VAR dostrzeżono spalony (słusznie). Były też pretensje o brak karnego po rzekomym faulu na Mauridesie.

– Mnie jest szkoda, że nadchodzi przerwa na reprezentację. Ja taką Ekstraklasę chciałbym co trzy dni, tak jak europejskie puchary. „Meczycho!”. Wspaniałe gole, interwencje, dużo też złych emocji, a to jest część futbolu. Ogromne gratulacje dla GieKSy za transformację. Brawa też dla Radomiaka, bo tam jest mnóstwo jakości – podsumował w Canal+ Sport Kamil Kosowski.

To był festiwal pięknych goli. GieKSa decydującą strzeliła po urokliwym woleju Marcina Wasielewskiego. Wcześniej prosto z wolnego trafił Bartosz Nowak. Była też tradycyjna już główka Arkadiusza Jędrycha. Przepiękna była też bramka dla Radomiaka, autorstwa Elvesa Balde, która rozpoczęła strzelanie przy Nowej Bukowej.

sportowy24.pl – GKS Katowice lepszy od Radomiaka w drugim piątkowym meczu Ekstraklasy

Tydzień wcześniej katowiczanie doznali bolesnej derbowej porażki, przegrywając na wyjeździe z Górnikiem Zabrze 0:3. W piątkowy wieczór trener Rafał Górak dokonał kilku zmian w podstawowym składzie. Po wyleczeniu urazu do wyjściowej „jedenastki” wrócił obrońca Alan Czerwiński. Z trybun obserwował nowych kolegów norweski pomocnik Eman Marković, pozyskany w piątek ze szwedzkiego IFK Goeteborg.

Goście przyjechali do Katowic po remisie z Bruk-Betem Termalicą Nieciecza 1:1, jako piąty zespół tabeli. Katowiczanie chcieli uciec ze strefy spadkowej i w lepszych humorach spędzić reprezentacyjną przerwę.

W podstawowym składzie GKS było dwóch obcokrajowców, u rywali – czterech Polaków.

Sytuacjami podbramkowymi z pierwszej połowy można byłoby obdzielić kilka ligowych spotkań. Zdecydowanie więcej stworzyli ich gospodarze, ale – głównie dzięki postawie Filipa Majchrowicza w radomskiej bramce – po 45 minutach był remis 2:2.

Katowiczanie zaatakowali od początku i… stracili gola po niespełna kwadransie. Szybką kontrę gości z własnej połowy zakończył precyzyjnym strzałem w długi róg Elves Balde.

Potem nadal trwał napór GKS, bramkarz rywali obronił potężne uderzenie Mateusza Kowlaczyka, a po „główce” Adama Zrelaka z bliska piłkę z linii bramkowej wybił Adrian Dieguez. Te ataki przyniosły wyrównanie. Po dośrodkowaniu Bartosza Nowaka niemal z narożnika boiska głową do siatki trafił Arkadiusz Jędrych.

Miejscowi kibice mieli kolejny powód do radości w 38. minucie, kiedy Nowak przymierzył w „okienko” z rzutu wolnego i wyprowadził GKS na prowadzenie. Radość trwała krótko, gdyż koronkowa akcja Radomiaka zakończyła się uderzeniem z pierwszej piłki niepilnowanego w polu karnym Rafała Wolskiego.

To nie był koniec emocji w tej części, bowiem Majchrowicz obronił jeszcze kolejne uderzenie Nowaka z rzutu wolnego i strzał Kowalczyka z trzech metrów.

Po zmianie stron początkowo nie było już tylu okazji do zmiany wyniku, trwała za to ostra walka na całym boisku, co przyniosło sporo fauli i przerw w grze.

W 60. minucie Dawid Kudła poradził sobie z uderzeniem Capity Capemby. 12 minut później golkipera przyjezdnych widowiskowym strzałem zza linii pola karnego pokonał Marcin Wasielewski. Chwilę potem mogło być 4:2, gdyby Adrian Błąd trafił w bramkę z bardzo dobrej pozycji.

Goście nie rezygnowali, atakowali i 86. minucie rezerwowy Abdoul Tapsoba pokonał nawet Kudłę, jednak – po analizie VAR gol nie został uznany, z racji „spalonego”.

Do końca jeszcze kilka razy było bardzo „gorąco” na polu karnym gospodarzy, którzy jednak obronili korzystny wynik i wygrali drugi mecz w sezonie.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Hokej

Czy możemy narzekać na najlepszą drużynę ostatnich pięciu lat?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.

Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.

Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.

Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?

Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.

Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.

Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?

Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Brzmi jak marzenie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jutro przyjdzie nam się zmierzyć w jednym z najważniejszych pojedynków w nowej historii GieKSy. Równać się może z tym chyba tylko pojedynek z Arką w Gdyni, który choć co prawda był zwykłym pojedynkiem ligowym – to fakt grania w ostatniej kolejce i zależności pomiędzy wynikiem, a awansem jednej z tych drużyn sprawiał, że był to po prostu istny finał sezonu. Arka była wówczas jak Brazylia w 1950, kiedy to w finale na Maracanie wystarczał Kanarkom remis. GieKSa wcieliła się w rolę Urugwaju, który musiał wygrać. I wygrał.

Od tamtego czasu GieKSa gra z dobrym skutkiem w ekstraklasie. I mimo, że jest to „nasza Liga Mistrzów”, to jednak rozgrywamy w niej powszednie mecze ligowe. Fakt, że wiele z nich to są piłkarskie i kibicowskie święta, ale pod względem ważności – są one zwykłymi meczami w najbliższej lidze. Jutro czeka nas mecz niezwykły. Mecz decydujący o czymś, o czym jeszcze niedawno jedynie mogliśmy marzyć w jakichś iluzorycznych majakach. Teraz Katowiczanie stają przed realną szansą. Szansą gry na Stadionie Narodowym o jedno z dwóch najważniejszych trofeów w polskiej piłce.

Zadanie jawi się z jednej strony jako bardzo trudne. Zagramy w końcu z jedną z najlepszych drużyn w ekstraklasie, z ekipą, która świetnie sobie radziła w europejskich pucharach. Stworzony przez Marka Papszuna Raków, pokonując podobne szczeble co GKS, stał się niespodziewanie klubem i drużyną na regularne podium. Byli mistrzem i zdobywcą pucharu.

Z drugiej strony jednak patrząc na ostatnią formę Rakowa, nie jest to drużyna nie do pokonania. Dalej ma bardzo dobrych zawodników, ale coś w tym zespole na wiosnę nie gra. Drużyna nie punktuje należycie, gra jest niemrawa. Na ten moment trener Tomczyk nie wniósł do tego zespołu czegoś mocnego i widocznego. Zadanie po Marku Papszunie miał trudne, ale mimo wszystko – Raków gra przeciętnie.

Dlatego jakbym miał zakwalifikować ten mecz, to powiedziałbym, że Raków jest faworytem, ale nie murowanym. Dałbym w szansach takie 65-35. Pamiętajmy też, że może być remis, a o wszystkim mogą decydować rzuty karne.

Od czasu awansu do ekstraklasy z Rakowem rozegraliśmy cztery mecze, z czego trzy przegraliśmy po 0:1. Nie był to jednak jakieś bardzo słabe spotkania w wykonaniu GieKSy. Najsłabszy był chyba mecz z 1. kolejki obecnego sezonu na Nowej Bukowej. Ale już w poprzednim sezonie u siebie i w grudniu w bieżącym na wyjeździe – to był już spotkania, które porażkami wcale się zakończyć nie musiały.

No dali nam przykład Katowiczanie, jak w Częstochowie zwyciężać mamy, w poprzednim sezonie. Po bardzo dobrym meczu GieKSa wygrała wówczas przy Limanowskiego 2:1. A Raków przecież wtedy był w dużo lepszej formie.

Mamy nadzieję, że zespół już się oswoił z meczami na wyjeździe z wielkimi. Dotychczas wyjąwszy wspomniany mecz z Rakowem, przegrywaliśmy. Na Legii, Lechu czy Jadze. Czas ten trend odwrócić, a szansa ku temu jest bardzo dobra, bo oprócz Rakowa, za chwilę gramy przecież przy Bułgarskiej.

Półfinał Pucharu Polski… Brzmi jak marzenie. Na razie nie ma co myśleć, co dalej. Trzeba się mocno skupić na czwartkowym meczu i po prostu realizować swój plan jak najlepiej. GieKSa to potrafi – pokazała to z Wisłą Płock. Niezależnie czy jest to oddanie piłki czy gra z nią. Ważne, żeby taktyka była dobrze dobrana i realizowana.

Ostatnim raz na tym szczeblu graliśmy 22 lata temu. Ponad dwie dekady. Tyle czasu nie znaczyliśmy nic w Pucharze Polski. Teraz GieKSa jest w najlepszej czwórce. Z nadzieją na więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga