Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Mecz najpiękniejszych goli

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania GKS Katowice – Radomiak Radom 3:2 (2:2).

ekstraklasa.org – GKS Katowice 3:2 Radomiak Radom – Mecz najpiękniejszych goli

Za nami jeden z najbardziej efektownych meczów ostatnich miesięcy. W 6 ostatnich spotkaniach GKS Katowice padły 24 gole (śr. 4/mecz)!

27 punktów w 13 ostatnich meczach w roli gospodarza GKS Katowice (śr. 2,01/mecz; 8 zwycięstw, 3 remisy, 2 porażki). W każdym z 5 ostatnich spotkań tej drużyny zwycięzcy strzelali minimum 3 gole i nie inaczej było tym razem. Mecz ten zapamiętamy przede wszystkim z absolutnie pięknych trafień po obu stronach. Trudno wybrać najbardziej efektowne, ale trafienie Nowaka z rzutu wolnego z ponad 30 metrów zrobiło na kibicach wyjątkowe wrażenie.

dziennikzachodni.pl – Nieprawdopodobne emocje na Arenie Katowice i zwycięstwo GKS na pożegnanie wakacji. Wielka radość kibiców katowiczan

W rozegranym 29 sierpnia meczu 7. kolejki PKO Ekstraklasy GKS Katowice pokonał Radomiaka 3:2. Piłkarze trenera Rafała Góraka zrehabilitowali się za ostatnią porażkę z Górnikiem i dostarczyli swoim fanom wiele radości zwyciężając w lidze na koniec wakacji.

Mecz w Katowicach w I połowie był świetnym widowiskiem i dostarczył kibicom zasiadającym na trybunach nieprawdopodobnych emocji. Spotkanie rozpoczęło się od uczczenia minutą ciszy pamięci tragicznie zmarłego w katastrofie lotniczej w Radomiu majora Macieja „Slaba” Krakowiana. Początek pojedynku należał do GKS. Po stronie gospodarzy groźnie strzelał Bartosz Nowak, a Adam Zrelak w dobrej sytuacji w polu karnym posłał piłkę wysoko nad bramką.

Radomiak swojej szansy szukał w kontrach i po przejęciu piłki na własnej połowie w 14 minucie wyprowadził szybki atak, w którym trójka zawodników gości popędziła na bramkę katowiczan mając przed sobą tylko dwóch obrońców GieKSy. Vasco Lopez podał na lewą stronę do Elvesa Balde i 25-letni napastnik z Gwinei Bissau precyzyjnym uderzeniem z narożnika pola karnego w długi róg pokonał Dawida Kudłę.

Podopieczni trenera Rafała Góraka głośno dopingowani z trybun przez ponad 10 tysięcy kibiców ruszyli do odrabiania strat. Filip Majchrowicz poradził sobie z rykoszetem po uderzeniu Mateusza Kowalczyka. Po główce Zrelaka piłkę z linii bramkowej wybił Jan Grzesik. W końcu po kolejnej centrze Nowaka do wyrównania strzałem głową doprowadził Arkadiusz Jędrych.

Katowiczanie poszli za ciosem i kilkanaście minut później wyszli na prowadzenie. Nowak idealnie przymierzył z rzutu wolnego z 30 m w okienko, zaskakując spodziewającego się dośrodkowania bramkarza. Odpowiedź radomian była jednak błyskawiczna. Chwilę później po akcji Lopesa do remisu doprowadził Rafał Wolski. Tuż przed przerwą świetne okazje po stronie GKS mieli jeszcze Nowak i Kowalczyk, ale tym razem Majchrowicz zachował się bez zarzutu broniąc ich groźne uderzenia.

Po zmianie stron emocji było nieco mniej, choć obie drużyny starały się przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Udało się to katowiczanom po strzale Marcina Wasielewskiego. Goście nie bardzo mogli się pogodzić z takim obrotem sprawy i raz po raz karani byli żółtymi kartkami.

GKS mógł wygrać wyżej, ale Nowak z Adrianem Błądem nie potrafili skutecznie wykończyć kontry dwa na jeden. Niewiele brakowało, żeby niewykorzystanie tej okazji zemściło się na piłkarzach Góraka. W samej końcówce piłkę do bramki Kudły skierował Abdoul Tapsoba, ale po długiej analizie VAR sędzia nie uznał tego gola, bo wcześniej jeden z graczy Radomiaka był na minimalnym spalonym. Katowiczanie odnieśli zwycięstwo na pożegnanie wakacji i była to ich druga wygrana w tym sezonie PKO Ekstraklasy.

sportowefakty.wp.pl – Gol za golem w Katowicach. I to jakiej urody!

Takie mecze nie zdarzają się często. W Katowicach GKS pokonał Radomiaka Radom 3:2. Niemal wszystkie gole w spotkaniu były niezwykłej urody.

GKS Katowice, po słabym starcie, potrzebował w PKO Ekstraklasie punktów. Radomiak to z kolei zespół dość nieobliczalny, który nie wygrał od trzech kolejek.

Od początku to gospodarze utrzymywali się przy piłce. Mieli jednak problemy z kreowaniem okazji. W 10. minucie Bartosz Nowak uderzył z ok. 17 metrów. Filip Majchrowicz sparował piłkę.

Goście wyczekali rywala i w 14. minucie zadali cios. Rajd przeprowadził Elves Balde. Uderzenia z ok. 16 metrów Dawid Kudła nie był w stanie odbić. Niezrażeni utratą gola gospodarze szukali wyrównania.

Pod bramką Majchrowicza sporo się działo. W 23. minucie strzał Mateusza Kowalczyka po rykoszecie na korner sparował bramkarz. Po chwili Adrian Dieguez wybił sprzed linii strzał głową Marcela Wędrychowskiego. Wyrównał w 25. minucie Arkadiusz Jędrych, wykorzystując dośrodkowanie z prawej strony Bartosza Nowaka.

Wspomniany Nowak ze świetnej strony pokazał się po niespełna kwadransie, kiedy popisał się kapitalnym uderzeniem z rzutu wolnego z ok. 30 metrów. Spodziewający się dośrodkowania Majchrowicz nie był w stanie wybić piłki, która wpadła w okienko.

Odpowiedź radomian była błyskawiczna. W 40. minucie do odbitej piłki w polu karnym dopadł Rafał Wolski i popisał się kapitalnym strzałem z pierwszej piłki do bramki. Minęły dwie minuty i mogło być 3:2. Majchrowicz tym razem świetnie interweniował po strzale z rzutu wolnego Nowaka. Po dograniu z rzutu rożnego strzał z bliska Kowalczyka odbił golkiper gości, poprawka głową była niecelna.

W 2. części mniej działo się pod bramkami. Sporo było walki w środku pola, ale niewiele konkretów w polach karnych. Kibice jednak doczekali się trzeciego gola dla katowiczan. W 74. minucie do uderzenia z ok. 17 metrów doszedł Marcin Wasielewski. Majchrowicz był bez szans przy kolejnych kapitalnym strzale w meczu.

Po emocjach powinno być pięć minut później. Po kontrze katowiczanie wyszli 2 na 1. Nowak zagrał do Adriana Błąda, ale ten przestrzelił z pola karnego.

W 88. minucie Radomiak wyrównał. Piłkę w polu karnym otrzymał Abdoul Tapsoba. Zdołał znaleźć miejsce do oddania strzału i między nogami Kudły trafił do siatki. Radość gości trwała krótko. Po analizach sędzia gola nie uznał, dopatrując się spalonego.

GKS dowiózł skromne prowadzenie i mógł cieszyć się z drugiego w sezonie zwycięstwa.

weszlo.com – Sędzia Kwiatkowski zabił fajny mecz w Katowicach. Szkoda

Bardzo przyjemnie oglądało się mecz w Katowicach, dopóki w rolach głównych występowali Bartosz Nowak i Rafał Wolski. Niestety, w pewnym momencie zazdrosny o ich koncerik Tomasz Kwiatkowski wziął gitarę w swoje ręce. I zaczęło się rzępolenie.

Jeśli Polski Związek Piłki Nożnej ma w głębokim poważaniu to, co dzieje się w Kolegium Sędziów, to, kto nimi kieruje i to, jak przekłada się to na decyzje arbitrów, to ciężko się dziwić, że co kolejkę panowie z gwizdkiem zaprzeczają sobie nawzajem i irytują każdego, kto akurat przebywa wraz z nimi na murawie.

[…] Wszystko to sprawiło, że fajny mecz, który oglądaliśmy przez, powiedzmy, godzinę, zamienił się w próbę opanowania wściekłych zawodników przez Tomasza Kwiatkowskiego, co oznaczało kartki, kartki i jeszcze raz kartki. Ten sposób na budowanie autorytetu nie okazał się skuteczny, więc gdy sędziowie w końcu podjęli decyzję właściwą i anulowali wyrównującego gola Radomiaka, bo Maurides — mimo że nie dotknął piłki — był ewidentnie zaangażowany w akcję, blokując rywala, co poprzedziło bramkę Abdoula Tapsoby po podaniu Jana Grzesika, nikt już nie wierzył, że arbiter ma pojęcie, co robi.

[…] Frustrację postronnego kibica można zrozumieć jeszcze bardziej niż wściekłość piłkarzy Radomiaka. Bo ten postronny widz naprawdę po prostu liczył na to, że będzie dyskutował o tym, kto czaruje lepiej — Rafał Wolski czy Bartosz Nowak. Jeden i drugi miał talię argumentów, którymi próbowali wygrać tę wojnę. Owoce ziemi radomskiej (Wolski pochodzi z Głowaczowa, Nowak z Radomia) pokazały, że nawet w tłumie południowców to oni mogą przypiąć sobie ordery najlepszego technika.

Nowak cudnie dograł piłkę na głowę Arkadiusza Jędrycha, który z piątki wpakował ją do siatki. Tak GieKSa wyrównała, bo wcześniej ładnie, elegancko, z dystansu przymierzył Elves Balde. To jednak nic w porównaniu z uderzeniem z dalszej odległości lidera GKS Katowice. Nowak ustawił piłkę daleko, mniej więcej na trzydziestym piątym metrze i postanowił zaskoczyć bramkarza, dokręcając piłkę tak, że zdjął pajęczynę z siatki. Filip Majchrowicz nie miał co z tym zrobić, ustawił się dobrze, liczył na dośrodkowanie. Po prostu tego nie dało się sięgnąć.

gol24.pl – GKS Katowice pokonał Radomiak Radom. Piękne gole i kontrowersje sędziowskie

Ależ to był mecz. GKS Katowice pokonał Radomiaka Radom 3:2 (2:2) w piątkowym hicie 7. kolejki PKO Ekstraklasy. Goście mieli pretensje z powodu uznania decydującej bramki i odwołaniu tej, która po niej nastąpiła. Sędzia Tomasz Kwiatkowski przekonywał jednak, że błędów nie popełnił. W każdym razie ozdobą spotkania z pewnością był gol Bartosza Nowaka z rzutu wolnego.

Dzięki wygranej GieKSa opuściła strefę spadkową. Odbyło się to jednak w dość kontrowersyjnych okolicznościach, a przynajmniej to sugerowali przyjezdni. Radomiak reklamował choćby faul na Rafale Wolskim, po którym padła decydująca bramka. Potem sędzia anulował tę wyrównującą Abdoula Tapsoby, bo na VAR dostrzeżono spalony (słusznie). Były też pretensje o brak karnego po rzekomym faulu na Mauridesie.

– Mnie jest szkoda, że nadchodzi przerwa na reprezentację. Ja taką Ekstraklasę chciałbym co trzy dni, tak jak europejskie puchary. „Meczycho!”. Wspaniałe gole, interwencje, dużo też złych emocji, a to jest część futbolu. Ogromne gratulacje dla GieKSy za transformację. Brawa też dla Radomiaka, bo tam jest mnóstwo jakości – podsumował w Canal+ Sport Kamil Kosowski.

To był festiwal pięknych goli. GieKSa decydującą strzeliła po urokliwym woleju Marcina Wasielewskiego. Wcześniej prosto z wolnego trafił Bartosz Nowak. Była też tradycyjna już główka Arkadiusza Jędrycha. Przepiękna była też bramka dla Radomiaka, autorstwa Elvesa Balde, która rozpoczęła strzelanie przy Nowej Bukowej.

sportowy24.pl – GKS Katowice lepszy od Radomiaka w drugim piątkowym meczu Ekstraklasy

Tydzień wcześniej katowiczanie doznali bolesnej derbowej porażki, przegrywając na wyjeździe z Górnikiem Zabrze 0:3. W piątkowy wieczór trener Rafał Górak dokonał kilku zmian w podstawowym składzie. Po wyleczeniu urazu do wyjściowej „jedenastki” wrócił obrońca Alan Czerwiński. Z trybun obserwował nowych kolegów norweski pomocnik Eman Marković, pozyskany w piątek ze szwedzkiego IFK Goeteborg.

Goście przyjechali do Katowic po remisie z Bruk-Betem Termalicą Nieciecza 1:1, jako piąty zespół tabeli. Katowiczanie chcieli uciec ze strefy spadkowej i w lepszych humorach spędzić reprezentacyjną przerwę.

W podstawowym składzie GKS było dwóch obcokrajowców, u rywali – czterech Polaków.

Sytuacjami podbramkowymi z pierwszej połowy można byłoby obdzielić kilka ligowych spotkań. Zdecydowanie więcej stworzyli ich gospodarze, ale – głównie dzięki postawie Filipa Majchrowicza w radomskiej bramce – po 45 minutach był remis 2:2.

Katowiczanie zaatakowali od początku i… stracili gola po niespełna kwadransie. Szybką kontrę gości z własnej połowy zakończył precyzyjnym strzałem w długi róg Elves Balde.

Potem nadal trwał napór GKS, bramkarz rywali obronił potężne uderzenie Mateusza Kowlaczyka, a po „główce” Adama Zrelaka z bliska piłkę z linii bramkowej wybił Adrian Dieguez. Te ataki przyniosły wyrównanie. Po dośrodkowaniu Bartosza Nowaka niemal z narożnika boiska głową do siatki trafił Arkadiusz Jędrych.

Miejscowi kibice mieli kolejny powód do radości w 38. minucie, kiedy Nowak przymierzył w „okienko” z rzutu wolnego i wyprowadził GKS na prowadzenie. Radość trwała krótko, gdyż koronkowa akcja Radomiaka zakończyła się uderzeniem z pierwszej piłki niepilnowanego w polu karnym Rafała Wolskiego.

To nie był koniec emocji w tej części, bowiem Majchrowicz obronił jeszcze kolejne uderzenie Nowaka z rzutu wolnego i strzał Kowalczyka z trzech metrów.

Po zmianie stron początkowo nie było już tylu okazji do zmiany wyniku, trwała za to ostra walka na całym boisku, co przyniosło sporo fauli i przerw w grze.

W 60. minucie Dawid Kudła poradził sobie z uderzeniem Capity Capemby. 12 minut później golkipera przyjezdnych widowiskowym strzałem zza linii pola karnego pokonał Marcin Wasielewski. Chwilę potem mogło być 4:2, gdyby Adrian Błąd trafił w bramkę z bardzo dobrej pozycji.

Goście nie rezygnowali, atakowali i 86. minucie rezerwowy Abdoul Tapsoba pokonał nawet Kudłę, jednak – po analizie VAR gol nie został uznany, z racji „spalonego”.

Do końca jeszcze kilka razy było bardzo „gorąco” na polu karnym gospodarzy, którzy jednak obronili korzystny wynik i wygrali drugi mecz w sezonie.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga