Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: chcemy i możemy!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Jeszcze nie opadł kurz po porażce z Cracovią, a już przyglądamy się kolejnemu rywalowi, bo w tym tygodniu zmierzymy się z do niedawna liderującą Ekstraklasie Wisłą Płock. Los zgotował nam dwumecz z Nafciarzami, bo najpierw w Katowicach powalczymy o awans w Pucharze Polski, a potem pojedziemy do Płocka, by zagrać o ligowe punkty. Przed tymi pojedynkami  porozmawialiśmy z Michałem Sosnowskim – najbardziej znanym w środowisku piłkarskim płockim radnym, ale przede wszystkim wieloletnim kibicem Wisły, który z niejednej klatki dopingował swoich ulubieńców (dowód na to widzicie w ilustrującej materiał fotografii z 2007 r., bo to jego dłoń ściska przy Bukowej Maciej Bagrowski, jeden z członków płockiego sztabu).

„Karny jest jak sędzia gwiźnie”, „Fatalny to ty jesteś”, „Ch**a grają, opier**limy ich”. Jest kilka cytatów w uniwersum polskiej piłki, które zna chyba każdy kibic. Można cię dopisać do tej listy z pamiętnym „Chcemy i możemy”?
Mocne pytanie na rozgrzewkę. Faktycznie, sformułowanie po piłkarskim uniwersum (szczególnie tym twiterrowym) dość mocno się rozeszło. Użyłem tego zwrotu, gdy w zeszłym roku na jednej z sesji Rady Miasta przeznaczaliśmy dodatkowe cztery miliony złotych na Wisłę Płock, która od 2008 roku jest jedną z miejskich spółek. Wiedziałem, że będzie to różnie odbierane, ale należy jasno podkreślić, że piłkarska Wisła to duma naszego miasta i nam naszych lokalnych podatków na klub nie szkoda. Czas pokazał, że była to decyzja słuszna – wspomniane środki miały pomóc w powrocie do elity i to się udało.

Zarówno GieKSa, jak i Wisła Płock to kluby zarządzane przez samorządy, które niejednokrotnie zbierają cięgi za wydawanie milionów na zawodowców w krótkich spodenkach. Jak odnosisz się do tych zarzutów?
Sytuacja każdego z samorządów jest inna. My w Płocku mamy stabilną sytuację budżetową, ok. 1,5-miliardowy budżet, więc na utrzymanie klubu możemy sobie pozwolić. Podobnie jak na utrzymywanie za miejskie środki orkiestry symfonicznej, chóru, ZOO czy finansowanie festiwali muzycznych. Wisła Płock jest klubem miejskim i przez wiele lat nikomu to nie przeszkadzało, a zaczęło dopiero wtedy, gdy staliśmy się jednym z kontrkandydatów do awansu do Ekstraklasy dla pewnego klubu, którego właściciel lubi tłumaczyć własne porażki czynnikami zewnętrznymi. Moje podejście jest takie, że samorządy – jak sama nazwa wskazuje – same się rządzą. Dopóki mieszkańcom Płocka nie przeszkadzają wydatki na klub, a wyrażają to poprzez głosy swoich przedstawicieli w Radzie Miasta, to będziemy ten klub utrzymywać. Celem był jak najszybszy powrót do ESA – to się udało i dziś kapitalizacja z miasta to już mniej niż 50% budżetu klubu. Wbrew opiniom wszystkich „fachowców”, pieniądze samorządowe i spółek Skarbu Państwa, które zasilają kluby, również przyczyniają się do rozwoju polskiej piłki, a przede wszystkim Ekstraklasy. Jest to widoczne choćby w europejskich rankingach czy we frekwencji na polskich stadionach. To nie pochodzenie kapitału decyduje o tym, czy klub jest dobrze czy źle zarządzany, ale wiele różnych aspektów. I warto o tym pamiętać.

Zarówno w tym, jak i poprzednim sezonie Wisła może być przykładem, jak mądrze wydawać publiczne pieniądze z efektem w postaci wyników sportowych. W czym tkwi tajemnica sukcesu Nafciarzy?
Myślę, że złożyło się na to wiele spraw, ale kluczowe były dwie kwestie: uporządkowanie finansów klubu, bo różnie z tym w ostatnich latach bywało (choćby w tym nieszczęsnym sezonie spadkowym) i zatrudnienie w klubie trenera Mariusza Misiury. Wielu trenerów pamiętam, ale Mariusz to zdecydowanie top, zarówno pod kątem merytorycznym, jak i typowo ludzkim. Dobre słowo mogę też powiedzieć o dyrektorach sportowych – Darku Sztylce czy Radku Kucharskim. Obaj przeprowadzili jakościowe transfery. Do tego dochodzi trafienie z formą naszych wychowanków, bo np. Łukasz Sekulski czy Krystian Pomorski budowali zespół i jego mental w kluczowych momentach. Generalnie od pewnego czasu większość spraw wygląda tak, jak tego oczekiwaliśmy od wielu lat: solidne podstawy, dobry trener, elegancka drużyna i nowy stadion z ponad 10 tysiącami średniej frekwencji. Nie ukrywam, że po ponad 20 latach działalności kibicowskiej i „gabinetowej” z satysfakcją patrzę dziś na to, w jakim miejscu jest Wisła. Młodzi kibice w Płocku mają gdzie i na kim łapać zajawkę i budować kolejne pokolenia Nafciarzy.

Patrząc na początek rozgrywek Ekstraklasy, nie nawiedzają was koszmary z sezonu 2022/23, kiedy spektakularna forma zakończyła się spektakularną klapą? Jak wspominasz tamten sezon?
Wspominam tragicznie – wiadomo. Wisła Płock przeszła swego czasu długą i trudną drogę od 2. ligi wschodniej i meczów z takimi klubami jak Pelikan Łowicz, Kolejarz Stróże czy Sokół Kleczew, do pamiętnego awansu do Ekstraklasy, po kapitalnej wygranej 5:0 u siebie z Zawiszą Bydgoszcz w 2016 roku. To było 9 lat mozolnej pracy wielu ludzi nad odbudowaniem klubu. Na tamten spadek złożyło się – jak to zwykle bywa – wiele aspektów. Oprócz indywidualnych błędów ówczesnego prezesa, dyrektora sportowego, trenera czy złej postawy piłkarzy – bo przede wszystkim to oni grają – w mojej ocenie wpływ na wydarzenia miała również zła sytuacja finansowa klubu (być może zabrakło w tamtym momencie jakiegoś kibola w Radzie Miasta, który przeforsowałby dodatkowe środki 😉 ), która doprowadziła do sprzedaży kluczowych piłkarzy i problemów z terminowymi płatnościami. Myślę też, że zamieszanie z trwającą wtedy budową stadionu również nie pomagało. Wszystkiego było za dużo jak na jedną głowę i skończyło się jak się skończyło. Całe szczęście to już historia. Dziś mamy zupełnie inną sytuację w klubie, innego trenera, całkowicie inną drużynę z zupełnie innym mentalem i nie wyobrażam sobie w tym sezonie powtórki z rozrywki. Piłka nożna uczy pokory, ale bez przesady. Tym razem oceniam, że spokojnie się utrzymamy, a przy odrobinie szczęścia możemy powalczyć o coś więcej.

Naszym ostatnim rywalem była Cracovia, z którą z kolei wy mieliście się mierzyć tydzień wcześniej. Zadam ci to samo pytanie, co Kamilowi z Krakowa: dobrze, że wasz mecz przełożono? Była jakakolwiek szansa, by rozegrać go w terminie?
Tego dnia spadło w Płocku tyle deszczu, że szczerze wątpię, by jakiekolwiek doraźne zabiegi pomogły doprowadzić boisko do stanu używalności. Nie jestem specjalistą od murawy, ale granie w takich warunkach mogłoby nie tylko zniszczyć stawy chłopakom, ale również całkowicie zryć nawierzchnię, którą w ostatnim czasie udało się doprowadzić do odpowiedniego stanu (pozdrawiam mojego przyjaciela Huberta, który za nią odpowiada). Tak to już jest w sportach outdoorowych, że czasami takie sytuacje się zdarzają. To była wspólna decyzja sędziów, obu sztabów i zarządów. Moim zdaniem słuszna.

W tym sezonie macie już na rozkładzie kilku ligowych potentatów jak Legia czy Raków, a jedyną porażkę zaliczyliście w starciu z innym beniaminkiem w Gdyni (rozmawiamy przed przegranym meczem Wisły z Jagiellonią – przyp. red.). Spadek formy czy wypadek przy pracy?
Pokażą to kolejne mecze, chociaż ta liga jest tak nieprzewidywalna, że każdy może wygrać z każdym. Wbrew pozorom mecze z Legią czy Rakowem nie były jakieś trudne – trener Misiura ma to do siebie, że doskonale rozpracowuje rywali i to na boisku po prostu widać. Legia w Płocku wykonała kilkadziesiąt dośrodkowań i nie stworzyła z nich żadnego większego zagrożenia. To co aktualnie nas martwi to kontuzje – brak Sekula, czy świeża kontuzja Jime. To kluczowi dla nas zawodnicy.

Jak oceniasz okno transferowe w wykonaniu Wisły? Kto jest największym wzmocnieniem, a którego odejścia najbardziej żal?
Moim zdaniem największymi wzmocnieniami są Marcin Kamiński (profesor w obronie) oraz młody Wiktor Nowak, który momentami naprawdę pozytywnie zaskakuje w ofensywie. Z zawodników, którzy odeszli nie mam żadnego, którego jakoś szczególnie byłoby mi żal. Jedynie trochę słabo, że klub nie dogadał się z menadżerem Bartłomieja Gradeckiego i ostatecznie ten bramkarz – nasz wychowanek – opuścił klub, ale na ten moment Rafał Leszczyński wydaje się solidniejszym golkiperem.

Zrządzeniem losu GieKSa i Wisła zmierzą się dwukrotnie w ciągu tygodnia – raz w lidze, a raz w Pucharze Polski. To co, puchar za ligę? Co jest dla was ważniejsze?
Jednym z największych sukcesów klubu, który widziałem na własne oczy, było zdobycie Pucharu Polski po wygranej z Zagłębiem Lubin w 2006 roku. To już 19 lat temu, więc z jednej strony chciałbym, żeby młodsi fani Nafciarzy mieli okazję coś takiego przeżyć i żebyśmy w końcu w tym Pucharze Polski o coś powalczyli, a z drugiej strony – podchodząc pragmatycznie do tematu – bardzo potrzebujemy kolejnych punktów w lidze, więc jeśli miałbym wybierać – walczcie dalej w Pucharze, a w lidze poprosimy trzy punkty!

Zerkając na wasze wyniki w lidze, większe szanse mamy chyba w Pucharze, bo na wyjazdach gracie w kratkę, a u siebie jesteście bezlitośni? Z czego to twoim zdaniem wynika?
Myślę, że nowe Ł34 stało się prawdziwą twierdzą Nafciarzy. Frekwencja po awansie wzrosła, cały stadion żyje meczem i piłkarze to z pewnością czują. Po gorszych momentach trybuny nie przestają wierzyć, co już kilkukrotnie było im wynagradzane. Ultrasi z sektora D robią dobrą robotę, zarówno jeśli chodzi o oprawy, jak o i doping. To wszystko składa się na to, że faktyczne w domu Nafciarzom gra się zwyczajnie łatwiej.

Ostatni raz spotkaliśmy się w sezonie 2023/24, kiedy to sprawiedliwie podzieliliśmy się punktami – za każdym razem wygrywali gospodarze. Jak wspominasz tamte pojedynki?
Taki układ jest zdecydowanie lepszy niż dwa remisy, więc nie mam nic przeciwko, żeby sytuacja się powtórzyła. Szczerze mówiąc, akurat te dwa nasze pojedynki jakoś szczególnie mi w pamięć nie zapadły pod kątem piłkarskim, za to pamiętam że szczelnie wypełniliście klatkę i zrobiliście fajną oprawę – dopasowaną idealnie do sektora.

Masz jakieś szczególne wspomnienia z innych pojedynków z GieKSą?
Tak, ale też bardziej kibicowskie niż piłkarskie. Miło wspominam wyjazd do Was w 2007 roku, kiedy kibice Górnika Zabrze w liczbie ok. 600 zasiedli jeszcze z nami w starym sektorze gości przy Bukowej. Jeden z moich kolegów z Grupy Ultras N@fciarze zawiesił wtedy jedną z naszych flag bardzo wysoko na sektorze, wdrapując się po jakichś blachach niczym czlowiek-pająk (pozdro Pawcio!). Wygraliśmy ten mecz na boisku 3:1, ale przede wszystkim kibicowsko dobrze się pokazaliśmy, bo wyjazd w ponad 200 głów na tamte czasy to było dla nas coś, plus solidne wsparcie zgody.

Jakie wyniki typujesz w naszych meczach?
1:1 w Pucharze (i niech w karnych wygra lepszy) i 2:1 u nas w lidze. Dziękuję za rozmowę i pozdrawiam wszystkich kibiców GKS-u, szczególnie tych, z którymi mam kontakt prywatny. Życzę wam powodzenia na każdym froncie. 

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Betonowy Urban

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Nie doczekaliśmy się powołania dla Bartka Nowaka. Nie wystarczy, że od samego początku sezonu wiążesz krawaty w tej lidze, indywidualnie piłkarsko jesteś jednym z najlepszych zawodników w ostatnich latach. Że masz liczby, jesteś równy, a twoja drużyna dzięki tobie co mecz ma gola.

Ani to, że potrafisz znaleźć taką mysią dziurę na zatłoczonym boisku i wykorzystać ją do ultraprecyzyjnego podania, że partnerowi wystarczy tylko dołożyć nogę. Że stałe fragmenty bijesz tak, że koledzy tylko dostawiają głowę i jest gol.

Nie, to panu Urbanowi nie wystarczy. Dlatego plecie banialuki o tym, jak to Bartek rozgrywa „znakomity sezon, znakomity. Ale to tylko polska ekstraklasa”. Chłopie, to po kiego grzyba ty w ogóle w ostatnim czasie się kilka razy pojawiałeś na Nowej Bukowej? Właśnie po to, żeby zobaczyć kapitalnego zawodnika i go nie powołać? A może po prostu chodziło o to, żeby poskubać słonecznik i obejrzeć meczyk?

Nie wiem, co jeszcze miałby Nowak zrobić, żeby to powołanie dostać. Stanąć na (…) i zatańczyć breakdance’a?

Nie mówimy o zawodniku, który ma dobry miesiąc. Mówimy o piłkarzu, który od ponad pół roku tydzień w tydzień pokazuje naprawę bardzo wysoki poziom, przerastający na ten moment większość reprezentantów. I tak – można powiedzieć, że to tylko ekstraklasa. Tyle, że przecież po pierwsze nie jest to żadna ujma, a po drugie przez całe lata do polskiej kadry powoływane były te wszystkie Kapustki, Wszołki i inne piłkarskie wynalazki.

Mimo mojej całej sympatii do Grosika, to teraz mam pytanie, jakim prawe on jest w kadrze, a Nowak nie? Co niby takiego specjalnego robi Wiśniewski, żeby w tej kadrze się znajdować? Drągowski to co prawda bramkarz, ale… bramkarz, który na początku wiosny puszczał każdy celny strzał do bramki.

Jakim prawem w kadrze jest wiecznie kontuzjowany Moder, który poza jedną bramką strzeloną Anglii nie dał reprezentacji kompletnie nic? W czym lepsze są te wszystkie Rózgi czy Slisze? Poza tym, że – jak w przypadku tego ostatniego – przyklejony został do kadry niczym rzep i nie da się go odkleić. Jak mniemam, tylko dlatego, że grał w Legii, bo gdyby nie pograł kilka lat u Wojskowych, to pewnie nikt by w Polsce o nim nie pamiętał.

I tu nawet nie chodzi o to, że Bartosz Nowak miałby grać, wyjść w pierwszej jedenastce. To kwestia symboliki, sygnału dla piłkarskiej polski. Że to właśnie to powołanie pokazuje, że jak zawodnik przez tyle miesięcy gra nie tylko bardzo dobrze, ale wręcz kapitalnie, to logiczną nagrodę jest powołanie do reprezentacji Polski. Choć swoją drogą, uważam, że piłkarz w takiej formie realnie mógłby pomóc tej drużynie.

W mediach padały jeszcze od niektórych ekspertów argumenty typu, że Nowak nie powinien być powołany, bo „gdzie niby wcisnąć Nowaka?”. Tyle, że jak przez wiele lat do kadry były powoływane różne wynalazki, to nikt się o to nie pytał. To jest tak z dupy argument, że szkoda nawet strzępić języka.

Trudno nie odnieść wrażenia, że Urban ma po prostu mentalność typowo polskiego piłkarskiego betonu. Jak mu wszyscy truli, że powinien powołać Pietuszewskiego, to gadał jakieś swoje dziwne argumenty. Teraz w końcu powołał. O co najmniej jedno zgrupowanie za późno, ale dobrze, że w ogóle.

Pamiętam, jak kiedyś w szkole graliśmy trochę w piłkę ręczną. Zawsze byłem zwinny i w tę ręczną dobrze grałem. Przyszedł jakiś turniej międzyszkolny, nauczyciel WF wybrał zawodników do reprezentacji szkoły. Mnie nie „powołał” – bo według niego byłem za niski. Tak się wkurwiłem, że gdy na następnej lekcji graliśmy jakiś krótki mecz „niepowołani vs reprezentacja szkoły” moja drużyna wygrała 5:4, a ja strzeliłem wszystkie 5 bramek. Gdy potem nauczyciel wychodził z roboty, minął mnie tylko na korytarzu i rzucił „Michał, dobrze grałeś”. Pamiętam to do dziś. Widział najwidoczniej, jak mi zależy i że byłem zły. Ale decyzji nie zmienił. Więc gdzieś mógł sobie wsadzić swoje pochwały, tak jak gdzieś Urban może wsadzić swoje zdanie, że Nowak gra „niesamowity, sezon, niesamowity”.

Nie wiem, czy to jakiś osobisty uraz selekcjonera czy właśnie wspomniana betonowa mentalność rodem Zdziśków Kręcinów czy innych tzw. leśnych dziadków z PZPN. Fajnie, że trener taki zabawny, taki śmieszny i taki wyluzowany jest na swoich konferencjach, a nie bucowaty jak Czesiu Michniewicz. Ma jednak w sobie coś z tego PRL-owskiego betonu.

Bartek zapytany przy okazji meczu z Jagą przez Kubę Jeleńskiego o kadrę powiedział, że „jak dostanie powołanie to będzie najszczęśliwszy, a jak nie dostanie – to też będzie najszczęśliwszy”. Chciałbym, żeby tak było, bo nie tylko na boisku, ale i poza nim pokazuje, że to jest po prostu znakomity facet, skromny, a jeśli chodzi o grę – piekielnie dobry.

Od lat nie było w Katowicach piłkarza, który doczekałby się skandowania swojego nazwiska nie przy okazji gola czy dopingowania bramkarza przy rzucie karnym. Kibiców GieKSy niełatwo zachwycić. A Bartek to usłyszał po hat-tricku z Wisłą Płock, słyszał to po zmianie w Lubinie oraz przed meczem z Lechią, gdy dostawał nagrodę Piłkarza Miesiąca.

Osobiście nie mam nic do trenera Urbana. Choć uważam, że był przehajpowany jeśli chodzi o wybór na stanowisko selekcjonera, to z drugiej strony z polskich szkoleniowców nie było nikogo specjalnie lepszego. Jeśli chodzi o Górnik – uważam, że skandalem było zwolnienie go. Osobiście go w sumie nawet lubię.

Ale tu mnie wkurwił niemożebnie. Swoim uporem, swoim sztywnym trzymaniem się nie wiadomo czego.

Grosika powołał kuźwa jego mać…

Oczywiście to nie jest sprawa życia i śmierci. Życzę polskiej reprezentacji bardzo dobrych meczów barażowych i awansu na Mundial. Nie widzę powodu, dlaczego nie miałby się tak stać – ostatecznie poziom tej kadry jest dobry, więc nic nie stoi na przeszkodzie, choć – jeśli przejdziemy Albanię – to finał na wyjeździe ze Szwecją czy Ukrainą będzie wyrównany. Szanse oceniam 50/50, no może lekko na korzyść Polaków.

A za Bartka niesamowicie trzymamy kciuki. To piękne, że dożyliśmy czasów, kiedy piłkarz potrafi tak zachwycać i rozkochać w sobie katowicką publiczność. Tak jak napisałem, Bartek robi dobrą minę do złej gry, ale nie wierzę, że gdzieś go wewnętrznie to nie zabolało. Masz poczucie, że jesteś aktualnie jednym z najlepszych polskich piłkarzy, jeśli chodzi o formę i musisz obejść się smakiem. Życzyłbym sobie, żeby zawodnik wyszedł z tego po prostu silniejszy. I jak nie w kadrze, to w GieKSie miał swoje momenty radości.

A Panu Panie Urban zacytuję słowa piosenki:

„W domach z betonu nie ma wolnej miłości”

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Plusy i minusy po Lechii

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

GieKSa pokonała Lechię Gdańsk 2:0 i dopisała kolejne zwycięstwo w lidze. Zapraszam na plusy i minusy.

Plusy:

+ Bartosz Nowak

Dobre wyjście z piłką już w pierwszej minucie, wywalczony rzut wolny, z którego zaczęła się akcja bramkowa, świetne wyprowadzenie przy golu Wdowiaka i podanie do Szkurina przy drugim trafieniu. Do tego dośrodkowania po stałych fragmentach i ciągła aktywność przez cały mecz.

+ Rafał Strączek

Kluczowa interwencja w 20. minucie po strzale z wolnego Zhelizko, który był zupełnie niepilnowany. Gdyby ta piłka wpadła, mecz mógłby potoczyć się inaczej. Do tego pewne wyjście w 69. minucie i spokojne łapanie w końcówce pierwszej połowy.

+ Skuteczność przy niskim posiadaniu

38% posiadania piłki i prowadzenie 1:0 po pierwszej połowie mówi samo za siebie. Lechia więcej kreowała, ale to my byliśmy konkretniejsi. Warto zauważyć też to, że znowu strzeliliśmy bramkę prawie, że do szatni.

Minusy:

– Zmarnowane okazje

Nowak nie wykorzystał błędu bramkarza Lechii, który zagrał mu piłkę dosłownie w nogi. Do tego zmarnowana szybka kontra w 32. minucie. Przy lepszym wykończeniu wynik mógł być wyższy dużo wcześniej.

Podsumowanie:

2:0 z Lechią i trzy punkty w lidze. Pierwsza połowa wyrównana, Lechia miała więcej z gry, ale to my byliśmy konkretniejsi. Druga połowa to sprawniejsze zarządzanie wynikiem, choć nie bez nerwowych momentów.

GieKSiarz

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Oczko po oczku utkana sieć

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za chwilę to wygrywanie stanie się nudne… Moglibyśmy powiedzieć. Ale, no nie. To się chyba nie ma prawa znudzić. Faktem jest, że rok 2026 przynosi nam tyle radości, że naprawdę nie bylibyśmy sobie tego w najśmielszych marzeniach na Gwiazdkę wyobrazić. Przecież wchodziliśmy w niego będąc w strefie spadkowej, mając w perspektywie bardzo trudne mecze. Tymczasem minęło kilka kolejek, GieKSa wygrywa seryjnie i już niemal podwoiła swój dorobek z jesieni!

Sam staram się za bardzo nie marzyć. Tego mnie GieKSa nauczyła przez wiele lat, choć na różne sposoby. Przez większość z ostatnich dwóch dekad realizm pokazywał, że marzyć nie ma za bardzo sensu, bo i tak nici będą z tych pięknych wizji. Teraz jest inaczej. Nie wychylam się za bardzo z myślami do przodu, bo po prostu w ten zespół wierzę – wierzę w ten projekt, który ma w sobie tak niezliczone pokłady dobrych rzeczy, ale który przecież nie jest jeszcze doskonały. Ufając więc ludziom w zespole – zarówno piłkarzom, jak i sztabowi – cieszę się po prostu z każdego kolejnego progresu. Z każdego dobrego meczu, punktu, zwycięstwa. Szczerze mówiąc nie zaprzątam sobie głowy tym, gdzie nas to zaprowadzi. Jeśli do spokojnego utrzymania, to fajnie. Jeśli do górnej połówki tabeli – jeszcze lepiej. A może do pucharów? A może do Mistrzostwa Polski? Po meczu z Lechią i patrząc na układ tabeli, żaden z tych scenariuszy nie jest nierealny. Ale to czyste teoretyzowanie. Bo i tak na koniec wszystko zależy od utrzymania dobrej formy, realizowania ciągle i konsekwentnie tego samego, co mecz. Na ekstraklasę wystarcza. GieKSa nie wygrywa meczów nie wiadomo jakimi cudami. GieKSa wygrywa stałością i powtarzalnością. Jak Francja w 2018, kiedy to nie grała jakiegoś wybitnie efektownego futbolu (no, może poza meczem z Argentyną), ale grała najrówniej z wszystkich drużyn i to dało jej tytuł. Nie sztuką jest mieć jeden czy dwa efektowne wyskoki i kogoś rozgromić. Prawdziwa siła tkwi w konsekwencji.

No dobra, z tym brakiem cudów trochę przesadziłem. Bartek Nowak. Powiedziałbym, że nie mam słów na to, co wyczynia ten zawodnik. Ale przecież już to pisałem. Gdy wydaje się, że nie jest możliwe, by znów – w kolejnym meczu z rzędu – coś wyczarował, on i tak to robi. Przy obu golach znów zachował się jak piłkarski artysta. Odegranie w punkt do Sebastiana Milewskiego, który wypuścił Mateusza Wdowiaka. A potem Bartek zagrał taką piłę, niczym precyzyjnym uderzeniem kijem bilardowym – po ziemi, mocno, ale precyzyjnie, że Ilja Szkurin mógł dać golkiperowi rywali piękną podcinkę. Wiem, że się powtarzam, ale obawiam się tych powołań na najbliższe zgrupowanie kadry. Przyznam, że sprawa ta wywołuje u mnie bardzo dużo emocji i po prostu nie wyobrażam sobie, żeby Bartek tego powołania nie dostał. A wiemy, że selekcjoner ma jakieś swoje poglądy, choćby odnośnie Pietuszewskiego…

Trener GKS nieraz wspomina o korygowaniu w przerwie. Naprawdę należy cenić nasz sztab za to, że taktycznie – może nie zjada tę ligę, bo to by było przesadą – ale tak dostosowują sposób gry w każdym kolejnym meczu, że wyciskają z potencjału drużyny naprawdę bardzo dużo. A właśnie przerwa jest tym czasem, gdzie coś można pozmieniać, widząc pewne błędy i niuanse w pierwszej połowie. I zazwyczaj odnosi to skutek, bo choćby z Legią, w lidze z Widzewem czy wczoraj, po przerwie zdecydowanie spokojniej i lepiej wyglądały poczynania drużyny.

Druga połowa otarła się o perfekcję. Przed przerwą jeszcze to trochę wyglądało cios za cios, na taką piłkarską (nie fizyczną) wojnę, a nawet z pewną przewagą Lechii. Przy czym nic z tej przewagi nie wynikało, bo gdańszczanie oddali tylko jeden celny strzał – po fenomenalnym uderzeniu Żelizki z dystansu. I na tym jednym uderzeniu w światło bramki zakończyli cały mecz. Zbliżali się po pole karne, mieli posiadanie piłki, ale konkretów z tego większych nie było. Czyli coś, co dobrze znamy z innych meczów. Za to w drugiej połowie z gry Lechia nie miała już w ogóle nic. GieKSa pewnie i spokojnie wybraniała – czy to w polu karnym czy już dużo wcześniej tłumiąc w zarodku akcje przeciwnika. To nie był „mecz obronny”, tak jak w Radomiu. To był absolutnie bardzo dobry mecz w destrukcji, a i konstrukcja była niczego sobie – choć tu już tak doskonale nie było. Ale summa summarum – nie wiem, czy ta druga połowa taktycznie i realizacyjnie nie była najlepsza w tym sezonie. Jak zawsze – gdybym znał się na taktyce, zostałbym taktykiem, a na analizie – analitykiem. Opieram się jednak na swojej intuicji i poczuciu stresu/spokoju – a tutaj nie miałem poczucia zagrożenia, że cokolwiek złego GieKSie może się wydarzyć. I nie mówię tu o tym, że czasem coś przeciwnikowi w takiej sytuacji jednak wpadnie, bo to jest piłka. Mówię o swoim intuicyjnym przeżyciu tej pewności drużyny, braku strachu, dobrych pewnych ruchach i decyzjach. To wszystko było na bardzo wysokim poziomie.

Wiadomo, że we wspomnianej konstrukcji w końcówce meczu mogło być lepiej. Marcel Wędrychowski musi ciągle pracować nad głową, bo jego żwawość i dynamika jest nam potrzebna, ale mając kapitalne możliwości do odegrania piłki i lepszego rozwiązania sytuacji – kilka akcji zepsuł. Ale też nie jest tak, że wszystkie – bo w kilku zachował się bardzo dobrze. Piłkarz ma potencjał, kibicuję mu bardzo mocno, więc niech się chłopak rozwija – jeśli opanuje głowę, będziemy mieli z niego duży pożytek.

Mateusz Kowalczyk staje się coraz lepszy. Chłopak młody, a momentami wygląda na bardzo doświadczonego. Tu zastawienie, obrót, balans ciała, dziubnięcie – i piłka ciągle jest pod jego nogami. Przychodził do GKS jako zawodnik dość anonimowy (choć dla nas nie do końca, bo przecież w ŁKS strzelił nam bramkę), a teraz jest jednym z najlepszych zawodników na tej pozycji w lidze. Sebastian Milewski w zaskakujący sposób wywalczył sobie miejsce w składzie i go nie oddaje. Raz na jakiś czas jeszcze zdarzy mu się strata, gdy pójdzie z piłką „na raz”, ale w zdecydowanej większości jest bardzo skuteczny. A to podanie zewnętrzną częścią stopy z pierwszej piłki – no, Panie Sebastianie, mama znowu może być dumna. Asysta była pierwszej klasy.

Zastanawialiśmy się, jak wprowadzi się do GieKSy Mateusz Wdowiak. Wiele osób powątpiewało, ja też przyznam, że nie byłem pewien. Niepotrzebnie. Zawodnik wygląda na skrojonego pod GieKSę idealnie – z marszu wszedł do pierwszego składu, miejsca nie oddaje i jest po prostu dobry. Charakterologicznie – pasuje jak ulał. Druga bramka strzelona, wchodzi momentami praktycznie na „dziewiątkę”, zresztą w dogrywce z Widzewem tak był ustawiony.

No i doczekał się debiutu młody Kokosiński, pograł swoje minuty i najlepsze jest to, że nie była to zła zmiana. U takiego debiutującego zawodnika sukcesem jest, jeśli udźwignie ciężar. Jakub zaprezentował się dobrze, kilka razy celnie odegrał, praktycznie nic nie zepsuł. Fajnie.

Oczywiście to co nam zaprzątało głowę i napawało niepokojem przed meczem to zestawienie obrony, które jak stwierdził trener Górak było „wywrócone do góry nogami”. Oglądaliśmy więc w środku Martena Kuuska i Wasyla, a Borja i Erik musieli się podzielić wahadłami. Efektem był wspomniany jeden celny strzał rywali i bardzo dobra neutralizacja poczynań najlepszej ofensywy w lidze. Reprezentant Estonii spisał się bardzo dobrze i pewnie, a Wasyl… cóż, Wasyla można dać wszędzie i wszędzie sobie poradzi. Jestem przekonany, że gdyby Marcin grał w ataku, to również parę bramek by strzelił. Taki to zawodnik, wszechstronny, który może zagrać na różnych pozycjach. Ale nie jako „zapchajdziura”, czyli takie niezbyt fajne określenie, którego ongiś się używało na jakiegoś przeciętnego zawodnika, którego rzucało się po całym boisku w zależności od potrzeb. Wasyl po prostu ma taką jakość. No i ostatecznie przez tę pauzę Arka i Alana przeszliśmy suchą stopą.

Jeszcze jedno słowo o tej bramce na 1:0, bo to przecież była przepiękna kontra. Zaczęło się od Wasyla, jeszcze podbił piłkę głową Wodwiak, powalczył Ilja, ale tam jeszcze przeciwnik zdołał zagłówkować. No ale potem to już była perfekcja, Milewski zgarnął piłkę sprzed nosa Kapićowi i pognał do przodu, Nowak z gracją przyjął na klatkę i z pierwszej odegrał do Milusiego, a ten wspomnianym zagraniem z pierwszej piłki wypuścił Wdowiaka. Mateusz też pokazał inteligencję, bo przecież jakby szedł na prawą nogę, to nici by z tego były. Przepiękna akcja.

Oj Lechia nie znosi przyjeżdżać do Katowic. W pierwszej lidze – w pamiętnym meczu – Katowiczanie wygrali 1:0 po golu w doliczonym czasie Arkadiusza Jędrycha. A poprzedni sezon i obecny to wygrane GieKSy 2:0. Tak jak pisałem przed meczem – o ile w Gdańsku wiedzie nam się średnio (ale nie tak beznadziejnie), to na starej i nowej Bukowej bardzo lubimy grać z tym rywalem.

Od początku tego roku GKS szedł łeb w łeb z poprzednim sezonem. Ale na teraz – po 24 meczach – Katowiczanie mają już 3 punkty więcej niż rok temu. Trzy wygrane z rzędu mają swój wydźwięk, a wiemy, że rok temu nasz zespół też sporo meczów rozstrzygał na swoją korzyść.

Zabawa w utrzymanie? Czemu nie. Trzymając się naszej granicy 38 punktów, do utrzymania wystarczą już bilanse: 0-2-8 lub 1-0-9. Jak się okazuje w tym chorym sezonie ta granica może się nieco przesunąć, ale nie sądzę, by powyżej 40 oczek. Faktem jest, że statystycznie GieKSa jest już bardzo, bardzo blisko tego utrzymania. Potem będziemy liczyć matematykę.

Teraz jesteśmy bliżej samej czołówki tabeli. Na ten moment, do drugiej Jagiellonii mamy 2 punkty straty. Wiadomo, że Lech i Raków, które są nad nami, dzisiaj jeszcze grają. Do liderującego Zagłębia na ten moment tracimy 5 punktów. Absolutny kosmos.

I zobaczcie sobie teraz – trochę nie patrząc na obecną formę różnych drużyn – co GieKSa zrobiła już w tym roku. Dwa razy odprawiliśmy z kwitkiem Widzew, wygraliśmy Śląski Klasyk, nie daliśmy sobie strzelić gola ekipie mającej na koncie pół setki strzelonych bramek, pokonaliśmy na wyjeździe obecnego lidera ekstraklasy, nie przegraliśmy z zawsze „wielką” Legią, a do tego awansowaliśmy do półfinału Pucharu Polski. Piękna ta wiosna. A jeszcze nawet się nie zaczęła.

Przed nami kolejne wyzwania. Już pojutrze Katowiczanie podejmą trzecią próbę rozegrania meczu w Białymstoku. Na papierze Jaga jest faworytem, ale patrząc na obecne dyspozycje obu drużyn, nasz zespół nie musi być na straconej pozycji. Drużyna Rafała Góraka jest rozpędzona piłkarsko i mentalnie, więc nie ma co się Jagi bać – co zresztą pokazał Piast Gliwice. Po prostu grajmy swoją grę, nie zapominajmy o zadaniach, miejmy tak mocny mental – jak z Lechią – a powinno być dobrze.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga