Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Dwie trzecie planu wykonane

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Jesteśmy w dwóch trzecich drogi w tym końcówkowo-październikowym maratonie trzech meczów w ciągu siedmiu dni. Za katowiczanami dwa spotkania w cyklu sobota – wtorek, teraz czekają nas dwa dni oddechu i już pojutrze kolejna batalia o ligowe punkty – tym razem w Niecieczy.

Piłkarze Rafała Góraka mieli swoje zadanie do wykonania w starciu z drużyną z niższej ligi. I choć ŁKS nie jest w tym sezonie jakąś wybitnie grającą ekipą, to zespół znajdujący się w środku pierwszoligowej stawki nie jest też jakimś słabeuszem – zwłaszcza u siebie podopieczni Szymona Grabowskiego notują całkiem przyzwoite rezultaty. Piłkarze z Łodzi potrafili rozgromić Polonię Bytom 5:0, zostawić w pokonanym polu Stal Mielec czy GKS Tychy, zremisowali 0:0 z zawsze groźną Wieczystą. W poprzedniej rundzie Pucharu Polski strzelili pięć bramek Chrobremu, który też obecnie jest w czołówce tabeli. Nasz zespół więc – mimo że był faworytem – nie przystępował do rywalizacji z ułomkami.

GieKSa rozegrała do pewnego momentu bardzo dobre spotkanie. Była o dwie klasy lepsza od rywala, nasz zespół stworzył sobie niezliczoną liczbę sytuacji bramkowych, Bartosz Nowak ponownie co rusz wypuszczał naszych piłkarzy do bardzo korzystnych okazji, tak że pisząc relację, zaczynało mi brakować synonimów na tę okoliczność. Sam też swoje strzały oddawał. GKS dwa razy do siatki trafił, a tych bramek mogło być i cztery, i pięć. Zawodziła skuteczność, co czasem wynikało z braku odrobiny precyzji, dozy szczęścia (słupek Wędrychowskiego), a czasem jednak z nonszalancji – mam na myśli szansę Ilji Szkurina z pierwszej połowy (lob?) czy Bartka Nowaka, który nawinął Krykuna i oddał strzał, który z tego kąta nie miał zbyt wielkich szans powodzenia. Ale Bartkowi wybaczmy, bo to Pan Piłkarz i sam najlepiej wie, co robi.

To trochę wybrzydzanie, bo przecież i tak dwa gole GieKSa zdobyła. Arkadiusz Jędrych pewnie wykorzystał pierwszy od niepamiętnych czasów rzut karny podyktowany dla naszej drużyny. Naprawdę – 28 meczów bez rzutu karnego dla GKS to lekka przesada… Ostatnią jedenastkę mieliśmy na początku roku w Częstochowie i wówczas nie wykorzystał jej właśnie nasz kapitan. Tym razem nie dał szans młodemu golkiperowi rywali. W końcu też trafił do siatki Ilja. I choć możemy narzekać na te niewykorzystane sytuacje, to napastnik ma już na koncie cztery gole w GKS – po dwa w lidze i Pucharze Polski – i jest to całkiem niezły rezultat. Zawodnik gra i strzela, nie ma już tej zapaści, którą przeżywał przez pewien okres w Legii Warszawa. U nas trafia i miejmy nadzieję, że Katowice będą jego piłkarskim miejscem na ziemi.

GieKSa nie byłaby sobą, gdyby czegoś nie zmajstrowała w końcówce meczu. Fazy meczu są różne, jednak znów daliśmy się w niekontrolowany sposób zepchnąć do defensywy aż za bardzo. Tak było w Lublinie, to się powtórzyło – choć nie aż w takim wymiarze – z eŁKSą. Sama stracona bramka to kiks, pech, trudno tu w ogóle jakoś szczególnie winić zawodnika, może w kontekście niefrasobliwości, ale to czepianie się na siłę. Zagrał niefortunnie, ale żeby piłka po takim nieczystym kopnięciu idealnie wpadła w długi róg, to trzeba być… piłkarzem GieKSy. Po prostu się zdarzyło. Sam irytowałem się wiele razy w tym czy poprzednim sezonie za nieogarnięcie naszych obrońców w wielu sytuacjach, po których traciliśmy bramki. Tutaj jedynie można było wzruszyć ramionami, tak jak to Arek zrobił, gdy zorientował się, że piłka wpadła do siatki.

Problemem nie była ta interwencja, tylko niewykorzystane sytuacje plus utrata kontroli w końcówce. GieKSa już nie grała swojej gry, oczywiście też zmiany zrobiły swoje, bo w końcówce nasz zespół grał rzeczywiście w jakimś dziwnym zestawieniu. Mimo to, nawet po utracie bramki, można było ten mecz domknąć szybciej, bo Rejczyk miał znakomitą okazję.

Fakt jest taki, że GKS awansował do 1/8 finału po raz pierwszy od… 10 lat. Naprawdę ostatnie dwie dekady to była seria kompromitacji. Teraz wygląda na to, że w końcu traktujemy ten puchar poważnie. Cieszy to, że trener deklaruje, że choć rotowanie składem ma miejsce i trzeba się tego spodziewać, to zmiany w jedenastce są na poziomie czterech-pięciu, a nie np. dziewięciu. Wiemy, jak się na tym sparzyli w ostatnim czasie choćby trenerzy Lecha czy Legii. GieKSa gra dalej i dzięki temu znów będziemy mogli przeżywać emocje z wtorkowym losowaniem, a potem samą rywalizacją. To, co piękne w tych rozgrywkach to to, że nie wiemy, czy los przydzieli nam czołową ekipę z naszej ekstraklasy czy jakiegoś rywala z trzeciej ligi. Różnorodność jest ogromna. Cokolwiek by się nie działo – czekają nas grudniowe emocje na (niemal) zakończenie piłkarskiego roku.

Choć ta końcówka zszargała znów nasze nerwy, to nie ma co narzekać, choć widzę, że niektórzy kibice to robią. Tak, jakby zapomnieli, że do meczu z Motorem GKS wygrał zaledwie dwa spotkania w lidze i jedno w Pucharze. A od meczu z drużyną z Lublina podwoiliśmy ten dorobek. Obecnie GKS ma serię (tak, już można tak powiedzieć) trzech zwycięstw z rzędu, w tym dwóch wyjazdowych. Wygraliśmy ze średnim Motorem, mocną Koroną i nieco słabszym ŁKS. GieKSa w końcu gra swoje i choć jeszcze nieraz zapewne przyjdzie porażka, to widać tendencję rosnącą.

Dodatkowo patrząc na szerszy kontekst – jest naprawdę inaczej, niż kiedyś. W ostatnich wielu latach taki mecz jak z ŁKS, GieKSa by przegrała. Wyglądałoby to tak, że od początku mamy przewagę, stwarzamy kilka dobrych sytuacji (ale nie tak dużo) i mamy 0:0 do przerwy. W końcówce gospodarze orientują się, że mogą wygrać, więc przypuszczają frontalny atak, strzelają gola i do widzenia. Takich spotkań rozegraliśmy dużo, to był nieszczęsny piłkarski vibe GieKSy. Teraz przewaga została udokumentowana dwiema bramkami, więc nawet ofensywa ŁKS w końcówce nie dała im doprowadzenia do remisu.

Za chwilę Termalica. Miejsce w tabeli i dorobek punktowy są, jakie są, ale musimy też pamiętać o jednym. Nie lekceważąc rywala z Niecieczy, to to jak słabo, a wręcz beznadziejnie ostatnio prezentują się podopieczni Marcina Brosza, a także ekipa Piasta – to fakt, że my z nimi nie graliśmy, a inni tak – również determinuje, że jesteśmy w dolnych rejonach. Oczywiście nie ma żadnej pewności, że wygramy zarówno z Termaliką, jak i Piastem, ale jeśli GKS zagra swoje, a te drużyny… „swoje”, to szansa na trzy, cztery czy sześć punktów na pewno się pojawi. W tabeli już po dwóch ostatnich wygranych poprawiliśmy swoją sytuację. W przypadku sensownego zapunktowania w piątek i za tydzień w sobotę nasza sytuacja może nagle i nieoczekiwanie zrobić się po prostu bardzo dobra.

Do tego jednak daleka droga. Najpierw skupmy się na Niecieczy, bo oprócz tego antyfutbolu prezentowanego przez tę drużynę, trzeba patrzeć na to, że muszą się oni kiedyś odbić. Ciut lepiej to wyglądało w drugiej połowie ich meczu z Zagłębiem Lubin. Ale nadal to nie było nic niezwykłego na tyle, by nie jechać tam walczyć o trzy punkty. GieKSa jest lepsza od kilku drużyn w tej lidze, ale to trzeba systematycznie udowadniać na boisku i nie powielać tych błędów związanych choćby z nadmiernym daniem się zepchnąć do defensywy. Trener nieraz mówi o obronie niskiej, ale niech ta obrona niska nie będzie na linii szesnastki, bo to zawsze pachnie utratą bramki. Wrzutka, odbicie, przebitka i rywal już ma sytuację bramkową. Przerabialiśmy to nieraz.

Jeśli jednak GKS zagra solidnie w defensywie, tak jak to miało miejsce z Koroną i – mimo wszystko z ŁKS również, bo przecież rywale nie doszli do nie wiadomo jakich sytuacji – to będzie już połowa sukcesu. Druga połowa – jakkolwiek by to nie zabrzmiało „łatwiejsza” – to wykreowanie sobie sytuacji bramkowych. Piszę „łatwiejsza”, bo GieKSa to ostatnio robi w każdym meczu i po prostu to potrafi. Wielu kibiców zarzucało wcześniej, że gra GKS jest do bólu przewidywalna. Jednak jak się okazuje, nie jest tak do końca, bo tych sytuacji ostatnio jest bardzo dużo, a i bramki nasz zespół potrafi strzelać. Gdyby w Łodzi skończyło się – tak jak wspomniałem – nawet i pięcioma trafieniami, nikt nie mógłby mieć zastrzeżeń czy opinii, że było to dziełem przypadku.

W tym ligowym przerywniku, jakim jest puchar, znów doświadczyliśmy sporo radości. Teraz jeszcze przez chwilę możemy poemocjonować się rundą, w której to inni muszą się spiąć i walczyć o awans. Katowiczanie natomiast mogą się skupić na meczu ligowym, ale przede wszystkim regeneracji. Dwa z trzech zadań wykonali wyśmienicie. Teraz chodzi o to, żeby z tym kopem dać z wątroby w Niecieczy i zakończyć ten trójmecz już naprawdę z wyśmienitymi humorami. W rozpisce zamieszczonej przez klub po meczu z Niecieczy piłkarze będą mieli dwa dni wolnego. Kolejne spotkanie dopiero w przyszłą sobotę, będzie więc dużo czasu na odpoczynek i zebranie sił.

Za Łódź – dziękujemy. Dobra robota!

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    Malkontent

    29 października 2025 at 15:43

    Jak na rezerwowy skład i warunki atmosferyczne zawodnicy zagrali dobry mecz strzelili 3 bramki szkoda ze jedną do swojej bramki.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna Wywiady

Jędrych: Stempel mocnej wiary

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po wygranym meczu z Termalicą porozmawialiśmy z kapitanem GieKSy Arkadiuszem Jędrychem, który podkreślił znaczenie procesu i stabilności w klubie dla osiągania sukcesów, a także docenił doping ponad 13 tysięcy fanów.

Wszystko w porządku po tych dwóch sytuacjach?
Arkadiusz Jędrych: Tak. Trochę mi gdzieś wygięło nogę, później dostałem w brzuch, ale na gorąco myślę, że tak. Wiadomo, adrenalina jeszcze musi opaść i wtedy zobaczymy. Na tę chwilę wszystko jest okej i mam nadzieję, że jutro i pojutrze także wszystko będzie dobrze.

Po takich szalonych spotkaniach chyba już możecie powiedzieć, że pojawiają się myśli o europejskich pucharach?
Wiadomo, mając na koncie 47 punktów, czemu mamy nie marzyć? Tak to na razie zostawię.

Eman Marković dzisiaj dwukrotnie przekroczył prędkość przy tych trafieniach.
Jesteśmy świadomi, że Eman w miarę upływu sezonu czuje się coraz lepiej. Zresztą chyba nie tylko my, ale wszyscy, którzy chodzą i oglądają te mecze widzą, że w Emanie drzemią naprawdę ogromne możliwości. Pokusiłbym się wręcz o to, że on jeszcze swoich maksymalnych umiejętności nie pokazał. Zostały nam trzy mecze i życzmy sobie, żeby tymi swoimi wartościami nas jeszcze pozytywnie zaskoczył.

Przyszedłeś do GieKSy w trudnym momencie, wtedy zaraz spadek i druga liga, a niedługo mogą być puchary. Dla ciebie to też długa droga?
Nie da się ukryć, że moja droga w GKS-ie była dosyć kręta. Na chwilę obecną powtarzam, że ja mam takie podejście do tego wszystkiego: to, co się teraz dzieje wokół GieKSy to stempel mocnej wiary w to wszystko, w ten proces w którym tkwimy. Mamy nadzieję, że ten proces dalej będzie się napędzał, rozwijał i wszyscy ludzie wokół GKS-u będą tak ukierunkowani na Klub, na pomaganie, tak jak widzieliśmy dzisiaj na trybunach. Nie idzie o tym nie wspomnieć, jak stanęliśmy sobie chwilę przed meczem, to te trybuny powodują ciarki na całym ciele. Dwunasty zawodnik miał wpływ na to, że wygraliśmy dziś tak okazale.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Wasielewski: Tutaj się odnalazłem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po wysokiej wygranej z Termalicą porozmawialiśmy z Marcinem Wasielewskim, reprezentującym w przeszłości barwy Termalici oraz z Mateuszem Kowalczykiem, wracającym na boisko po kontuzji.

Długo zastanawiałeś się nad przedłużeniem kontraktu?
Marcin Wasielewski: Zależy od punktu widzenia. Fajnie, że się po prostu dogadaliśmy i przedłużyłem kontrakt. Jest mi tutaj dobrze, świetnie się czuję. Fajnie, że będzie więcej o dwa lata.

Po twojej przygodzie z Termalicą dziennikarze mówili, że niekoniecznie się sprawdziłeś, a…
Nie lubię mówić o przeszłości. Są to pewne rzeczy, których wiele osób nie rozumie i nie wie. Tutaj się po prostu odnalazłem, dostałem większą szansę. Byłem w stanie pokazać na co mnie stać i myślę, że teraz nieźle to wygląda.

Teraz wiele osób ocenia cię jako najlepszego wahadłowego ligi.
Czy najlepszy? Znam swoją wartość, każdym meczem próbuję robić swoje i nie odpuszczać. Przede wszystkim nie mieć żadnych pretensji do siebie, robić wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli to tak fajnie wygląda, to się cieszę. Mam nadzieję, że będę to powielał w każdym kolejnym występie.

Fassbender już pewnie widział tę piłkę w siatce, a ty wyskoczyłeś mu zza pleców i wybiłeś za linię końcową.
Taktyka jest na początku trudna do zrozumienia, ale po okresie wdrożenia to są już automatyzmy. Robi się to automatycznie, intuicyjnie, nie zastanawia się nad tym. Po prostu to wychodzi – jeśli gra się ciągle tym systemem, to jest znacznie łatwiej. Mnie on odpowiada, bo mogę pokazać w całej krasie moje umiejętności, w grze do przodu i z tyłu.

Wybiegasz już myślami w europejskie puchary?
Przede wszystkim następny mecz. Piast Gliwice – to jest najważniejsze. Żadne puchary i myślenie gdzieś w przód. Najważniejszy jest zawsze następny rywal.


Pierwsza bramka w tym sezonie, od razu po powrocie po kontuzji.

Mateusz Kowalczyk: Dokładnie. Nie ukrywam, że siedziało mi gdzieś w głowie to, że nie strzeliłem, ale w końcu się udało. Wygraliśmy wysoko, chociaż wydaje mi się, że mecz nie porywał piłkarsko zarówno w moim wykonaniu, jak i drużyny. Cieszę się, że ta bramka przyszła, lekka ulga.

Jaki był plan na ten mecz?

Chcieliśmy zagrać swoje i strzelić jak najszybciej bramkę i cieszy, że to się udało w pierwszej połowie. Termalica naprawdę wyglądała dobrze piłkarsko, ale mieliśmy gdzieś łatwość z dochodzeniem do sytuacji, to był klucz.

Jaki był przekaz w szatni po tym, jak straciliście bramkę, która mogła dać wiatru w żagle rywalowi?

To nie było potrzebne. W szatni sobie powiedzieliśmy, że musimy zacząć lepiej grać w piłkę i więcej się przy niej utrzymywać, bo w pierwszej połowie za szybko się jej pozbywaliśmy, to nie było potrzebne.

Długo byłeś poza grą, jak czułeś się dziś na boisku?

Pogoda nie pomagała. W 60-70. minucie odczuwałem ten mecz, ale miałem dużo ćwiczeń dodatkowych, biegania. Też trenuję z drużyną ostatnie 1,5 tygodnia, fizycznie jest coraz lepiej. Te ostatnie trzy mecze będą jeszcze lepsze fizycznie.

Od początku był taki plan, że grasz te 60-70 minut?

Nie mam pojęcia *śmiech*. Trenera trzeba spytać.

Jesteśmy na trzecim miejscu, chyba możemy o tym mówić głośno, że w tym momencie, na tym etapie sezonu, europejskie puchary to jest cel GKS-u Katowice.

Patrzymy w górę. Teraz wygraliśmy ważne mecz z Termalicą, za tydzień jedziemy na Piasta. Ta liga jest taka, że nie można nic zlekceważyć. Jedna porażka może cię zepchnąć w dół, a jedna wygrana wywindować do góry. Musimy być skupieni na kolejnym zadaniu.

Dzisiaj fantastyczna atmosfera na Arenie Katowice, czuliście to na boisku?

Super było. Mimo tego, że gramy o 12 w niedzielę, to kibice dali radę. To niesie się, doping po każdym wślizgu czy udanym zagraniu pomaga zawodnikowi na boisku.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Marsz ku marzeniom

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

No to nam się ułożyła tabela. Po niedzielnych spotkaniach GieKSa znajduje się na podium. Niepojęte. Wiadomo, że Raków nie rozegrał swojego meczu z Jagiellonią, jednak gdyby pojedynek ten się odbył, to w przypadku zwycięstwa jednej z drużyn Katowiczanie znaleźliby się na czwartym miejscu, a gdyby był remis – na piątym. Zaległości zostaną odrobione 13 maja i będziemy je śledzić z zapartym tchem. Wcześniej natomiast odbędzie się jeszcze cała kolejka ligowa.

Niezależnie jednak od starcia Raków – Jagiellonia, GKS na trzy kolejki przed końcem znalazł się na miejscu premiowanym grą w rozgrywkach europejskich. Wysoka porażka Wisły Płock oraz remis Zagłębia Lubin spowodował, że Wisłę przeskoczyliśmy, a od Lubinian odskoczyliśmy. Ostatecznie ta kolejka jest na wielki plus. I jeszcze ten Widzew przegrał. Nieważne.

Wyświechtany już jest ten termin „logika ekstraklasy”, ale trudno go nie używać, bo ma on swój wielki sens w tym sezonie. Czyli to, że gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w danym meczu jakaś drużyna wygra, to wygrywa drużyna przeciwna. Niektórzy snuli teorię, że i tak może być w pojedynku z Termaliką. Tym razem jednak GieKSa tej „logice” zaprzeczyła. Będąc zdecydowanym faworytem i grając o swoją wysoką stawkę nasz zespół rozbił i dobił rywala zmierzającego prostym traktem do pierwszej ligi. Sensacji czy niespodzianki nie było. Wygrała drużyna z większym potencjałem i w końcu nie musieliśmy do ostatnich sekund drżeć o wynik, co w ostatnich czasach zdarzało nam się bardzo często.

Ale wcale nie musiało być tak różowo. Termalica postawiła wszystko na jedną kartę i na początku meczu przyatakowała znacznie. Nasz zespół trochę się w tej pierwszej fazie pogubił i raz po raz w polu karnym Dawida Kudły było jakieś zamieszanie. Goście wykonywali sporo rzutów rożnych. Raz po interwencji Lukasa Klemenza było blisko bramki samobójczej, a piłka spadła na poprzeczkę. Bardzo czujny był Dawid Kudła, który nie popełnił błędu Bartłomieja Drągowskiego i jakoś tę piłkę poza boisko wybił. Wyglądało na to, że czeka nas ciężkie – wbrew papierowi – spotkanie.

GieKSa jednak po raz kolejny pokazała, że w piłce liczą się konkrety. Piłkarze Marcina Brosza bowiem robili to zamieszanie, ale niedługo potem w ciągu kilku minut GKS zdobył dwie bramki, dał sobie bardzo duży komfort i zwiększył prawdopodobieństwo zwycięstwa. Wrócił Mateusz Kowalczyk do składu i zabawił się w szczypiornistę czy tam koszykarza i wrzucił se piłkę do bramki. A że musnął ją po drodze Kasperkiewicz to już tylko drobny szczegół, ale konieczny, by bramka z autu mogła zostać uznana. Od razu przypomniała mi się taka sytuacja kiedyś z derbów Birmingham, kiedy zawodnik drużyny broniącej wyrzucał z autu do swojego bramkarza (chyba fińskiego), ten chciał przyjąć, ale piłka przeturlała mu się po stopie i to był jeszcze bardziej kuriozalny gol – ale tego typu. Tak więc Kowal już na wstępie zaliczył efekt ze swojego powrotu. I mieliśmy do czynienia z dość zabawną sytuacją, kiedy fetowane i skandowane jest nazwisko nie strzelca bramki, a człowieka, który wyrzucał aut.

Czy Ilja strzelił drugiego gola? Miałem pewne wątpliwości w trakcie meczu, sądziłem, że potrzeba by grona fizyków, którzy skomplikowanymi obliczeniami dowiedliby, że piłka uderzona pod tym kątem, trafiająca w słupek, odbije się tak, że wpadnie do bramki. Na spokojnie jednak patrząc na tę sytuację, na chłopski rozum, wydaje się, że wpadłaby. Bezpośrednio lub właśnie po odbiciu od słupka. Drugiego samobója więc nie było, a Ilja mógł się cieszyć ze swojej bramki. Dodajmy, że jego pierwszy strzał głową przy tym rzucie rożnym też był bardzo dobry i dał szansę na dobitkę.

Trzeci gol to już był majstersztyk naszego zespołu. Jak w meczu z Motorem nasza drużyna robiła atak z siedmioma czy ośmioma uczestniczącymi zawodnikami, to teraz poszło bardzo prosto – Wasyl, Nowak, Szkurin, Marković. Przy czym dwóch naszych zawodników (Milewski, Wasielewski) było w tej akcji znokautowanych, ale to nie przeszkodziło Bartkowi wypuścić Ilję, a Białorusinowi kapitalnie wyłożyć piłkę do Emana. Sprint, jaki w tej sytuacji wykonał Norweg to też było coś niesamowitego. A od strzału Jimeneza do gola minęło 14 sekund. Nie wiem, czy tory kolejowe w Polsce są gotowe na tak szybkie pociągi. Alan Czerwiński z dawnych czasów w GieKSie – kiedy to sam miał swoje „tory kolejowe” i po nich pędził – ma godnych następców. Choć nie powiem – i Alan czasem jak za starych dziejów potrafi się rozpędzić, ale to rzadko, bo z wiekiem postawił na inne atuty.

I brawa dla sędziego Malca za puszczenie tej akcji.

GieKSa miała świetny wynik i naprawdę niepotrzebnie straciła tę bramkę po koniec pierwszej połowy. Z drugiej strony bardzo dobrze w tej sytuacji zachował się Zapolnik i po prostu wymanewrował Arkadiusza Jędrycha. Tak to się zdarza w sporcie.

Nie wiem czy jestem jakimś wrodzonym pesymistą (nie sądzę) czy opieram się na doświadczeniu, ale w związku z tą straconą bramką byłem niezadowolony w przerwie. Oczami wyobraźni już widziałem powtórkę z Motoru, kiedy rywal zaraz po przerwie znów trafia do siatki i robi się kwas. A przecież po trafieniu Zapolnika Fassbender miał zaraz znakomitą sytuację. Za dużo GieKSa w ostatnim czasie tych prowadzeń traciła, żebym był spokojny. Dlatego niezbędna dla mnie była czwarta bramka.

Ta na szczęście w miarę szybko padła, a swój swoisty dublet ustrzelił Kowal. Żarty żartami, zastanawialiśmy się w pierwszej połowie, kiedy ostatnio zawodnik strzelił bramkę. No i w końcu zaliczył swoje premierowe trafienie w tym sezonie, a wynik stał się spokojniejszy. Fantastycznie wypuścił Mateusza Eman, do swojego gola dokładając asystę. Swoje przy tej akcji zrobił oczywiście Szkurin. No a odbiór początkujący tę akcję zaliczył… Kowal.

No a potem mieliśmy kolejny popis Norwega, który indywidualnie popędził, nawinął obrońcę, minął bramkarza i strzelił do pustej bramki.

Różne te wszystkie gole były i świadczące o wszechstronności. GieKSa parła do przodu tak jak nas ostatnio przyzwyczaiła. I strzelała bramkę za bramką.

I najlepsze jest to, że nie był to jakiś wybitny mecz naszej drużyny. Mogło to wyglądać trochę lepiej, bez tej nerwówki na początku czy po golu na 1:3. Ale drugiej strony – efektywność ofensywna w tym meczu to był kunszt. Widziałem kilka lepszych meczów – choćby z Lechią Gdańsk u siebie, gdzie druga połowa ocierała się o perfekcję. Ale jeśli GieKSa gra mecz dobry, a nie wyśmienity, a mimo to gromi przeciwnika, to wiedz, że jest dobrze. Że są jeszcze rezerwy, a i tak jest świetnie. Fajnie, że Mateusz Kowalczyk w pomeczowym wywiadzie też podszedł z pewnym krytycyzmem do postawy drużyny, a jego słowa zabrzmiały na bardzo merytoryczne i stonowane.

Niesamowita jest ta nasza Nowa Bukowa. Bilans GKS Katowice u siebie od otwarcia stadionu to 15-4-5, bramki: 47-30.

Ostatnie 10 meczów to ligowy bilans 7-1-0 plus dwa awanse w Pucharze Polski.

Niepojęte. Twierdza od samego startu.

Z kronikarskiego obowiązku dodam też, że Termalica była jakąś totalną zmorą GieKSy u siebie, choć wszystkie poprzednie mecze odbyły się jeszcze na starej Bukowej. Na dziewięć takich prób, naszemu zespołowi ani razu nie udało się wygrać. Pamiętam debiut trenera Rafała Góraka za pierwszej kadencji – to właśnie piłkarze z Niecieczy pokonali nas w Katowicach po pięknym golu Pawlusińskiego. Niedawno GKS był bliski wygranej, ale grając z przewagą jednego zawodnika przez cały mecz dał sobie wbić trzy gole, w tym na 3:3 w czasie doliczonym. Była porażka po dogrywce w Pucharze Polski. Innym razem rywale również w doliczonym czasie strzelili zwycięskiego gola.

W końcu przeciwnik ten został odczarowany. Ale dziewięć meczów na Bukowej, w których ani razu nie przegrali to swoisty rekord.

Po tym meczu nasz zespół wskoczył na podium. Można się powoli bawić w analizy terminarza. Na ten moment mamy dwa punkty przewagi nad Zagłębiem Lubin i Wisłą Płock oraz lepsze mecze bezpośrednie z oboma tymi ekipami. To mówi, że w przypadku naszej jednej wygranej w trzech ostatnich kolejkach, rywale ci musieliby wygrać dwa swoje mecze.

Zagłębie gra z Górnikiem na wyjeździe, Pogonią u siebie i Jagiellonią na wyjeździe. Wisła z Motorem i Górnikiem u siebie oraz Lechem na wyjeździe. W każdym z tych przypadków dwie wygrane byłyby dużym wyczynem. I choć nie są to scenariusze niemożliwe (zwłaszcza w przypadku Wisły), to zadanie to będzie dla tych ekip piekielnie trudne.

Nie wspominam na razie (wspomniałem na wstępie) o Rakowie i Jagiellonii, bo nikt nie powiedział, że i z tymi zespołami nie możemy rywalizować o miejsce na podium. Tym bardziej, że z Jagą zagramy mecz bezpośredni.

Ale tak jak powiedziałem – swoje punkty trzeba zrobić. A i nasz terminarz do łatwego nie należy. Piast pod wodzą trenera Myśliwca znów zaczął grać bardzo dobrą i skuteczną piłkę. Starcie w Gliwicach będzie niebywale trudne. Staną na siebie dość podobne dwie drużyny i znów będziemy mieli piłkarską wojnę. Później przyjdzie czas na ekipę Adriana Siemieńca, która zawodzi w ostatnim czasie, ale nadal jest to przecież świetna drużyna. I na koniec zawsze mocna u siebie Pogoń.

Rywale więc w tej kolejce nam pomogli, a my to wykorzystaliśmy kapitalnie. Zawsze najlepiej zacząć od siebie i swój mecz wygrać. A co się wydarzy na innych boiskach jest równie ważne – ale lepiej to obserwować mając już spokojną głowę i swoje zadanie wykonane najlepiej jak się potrafi.

A Termalica? To była piękna przygoda. Ktoś musi w lidze zająć ostatnie miejsce, ale grunt, żeby zrobić to z honorem. To nie jest drużyna bardzo słaba. Byle kto nie wygrywa w Białymstoku, Warszawie i Zabrzu. Za dużo jednak potracili punktów w innych meczach. Pewnie Słonie znów gdzieś za dwa lata awansują. Folklor więc spada z tej ligi – pytanie co będzie w zamian. A może Puszcza, która pod wodzą legendarnego Tomasza Tułacza uchwyciła świetną serię i zaczyna się dobijać do baraży?

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga