Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Tygodniowy przegląd mediów: Próba generalna przed Pucharem Kontynentalnym zaliczona

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatnich sześciu dni, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja na lodzie. Prezentujemy najciekawsze z nich.

Drużyna kobieca i męska wznowiły treningi przed startem rundy rewanżowej. Obie rozegrały po jednym sparingu: piłkarki w Katowicach z 1. FC Slovácko (przegrany 1:2), a piłkarze w trakcie obozu w Turcji z Petrolul Ploeszti (wygrany 3:0). W tym tygodniu panie rozegrają test-mecz ze Slovanem Liberec (w sobotę 17 stycznia), a panowie z FK Jablonec (14 stycznia) oraz z FC Atert Bissen (w sobotę 17 stycznia). Klub podpisał  kontrakty z Mateuszem Wdowiakiem i Erikiem Jirką.

Siatkarze pokonali MKS Będzin 3:0. Kolejne spotkanie drużyna rozegra na wyjeździe z Mickiewiczem Kluczbork w sobotę 17 stycznia o 18:00.

Hokeiści rozegrali dwa wygrane spotkania ligowe – w piątek pokonali na wyjeździe KH Energę Toruń 3:2 (po rzutach karnych), a w niedzielę w Satelicie Cracovię 3:0. Następne mecze rozegramy w ramach Pucharu Kontynentalnego w Nottingham: 15 stycznia o 20:00 z HK Mogo i 16 stycznia o 20:00 z Nottingham Panters. W sobotę 17 stycznia przewidziane są finały – o 12:00 o 5. miejsce, o 16:00 o brąz i o 20:00 o złoto.

PIŁKA NOŻNA

tylkokobiecyfutbol.pl – Pierwszy test i zagraniczny sprawdzian. GieKSa zaczął zimę od wymagającego sparingu

W sobotę 10 stycznia 2026 roku piłkarki GKS Katowice rozegrały pierwszy sparing w zimowym okresie przygotowawczym. Na obiekcie OS „Rapid” katowiczanki zmierzyły się z 1. FC Slovácko, przegrywając 1:2.

Początek spotkania miał wyrównany charakter i przez kilkanaście minut gra toczyła się głównie w środkowej strefie boiska. Z czasem inicjatywę zaczęły przejmować zawodniczki z Czech, które skutecznie stosowały wysoki pressing i ograniczały GKS-owi możliwość spokojnego rozegrania piłki. W 17. minucie Slovácko wykorzystało błąd w rozegraniu w pobliżu pola karnego, a dośrodkowanie z bocznego sektora zakończyła celnym strzałem Katarina Buckova.

Do przerwy wynik nie uległ zmianie, choć przyjezdne częściej utrzymywały się przy piłce. W jednej z groźniejszych sytuacji dobrą interwencją popisała się Oliwia Macała, która uchroniła GieKSę przed stratą kolejnej bramki.

Na drugą połowę GKS Katowice wyszedł w zmienionym składzie. Między słupkami pojawiła się Marzec, a na boisku zameldowały się m.in. Posiewka oraz Malesa. Tuż po wznowieniu gry Slovácko podwyższyło prowadzenie. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego jedna z czeskich zawodniczek uderzyła pod poprzeczkę, a piłka wpadła do siatki w 47. minucie.

Strata drugiego gola nie zatrzymała katowiczanek, które w kolejnych fragmentach grały odważniej i częściej pojawiały się pod bramką rywalek. W 55. minucie kontaktowego gola zdobyła Julia Włodarczyk. Akcja rozpoczęła się dynamicznym wejściem w pole karne i zagraniem wzdłuż bramki, po którym piłka, odbita od jednej z defensorek, znalazła drogę do siatki. W dalszej części meczu GKS próbował doprowadzić do wyrównania, dokonując kolejnych zmian personalnych. Na murawie pojawiły się m.in. Michalczyk, Thamm, Baumert oraz Grzegorczyk. Slovácko skupiło się jednak na kontrolowaniu gry i kontratakach, nie dopuszczając do zmiany wyniku.

Spotkanie zakończyło się zwycięstwem zespołu z Czech 2:1. Był to pierwszy sprawdzian drużyny prowadzonej przez trenerkę Karolina Koch w zimowym okresie przygotowawczym i punkt wyjścia do dalszej pracy przed kolejnymi meczami kontrolnymi.

dziennikzachodni.pl – GKS Katowice ma nowego zawodnika. Przyszedł z Piasta Gliwice. Grał też w Górniku Zabrze

Erik Jirka przeniósł się do GKS-u Katowice na zasadzie transferu definitywnego z Piasta Gliwice. Zawodnik podpisał z GieKSą kontrakt obowiązujący przez 2,5 roku, który zawiera opcję przedłużenia. W rundzie jesiennej PKO Ekstraklasy wystąpił w 17 meczach i zdobył pięć goli. Miał też jedną asystę. Słowak był najlepszym strzelcem Piasta. Według portalu Weszło.com kwota transferu to 400 tys. euro.

Jirka pochodzi z Trnavy, gdzie rozpoczynał swoją piłkarską karierę w tamtejszym Spartaku. Z macierzystym klubem sięgnął po mistrzostwo kraju oraz Puchar Słowacji. W 2019 roku przeniósł się do Crvenej Zvezdy Belgrad, skąd był wypożyczany do FK Radnički Niš, Górnika Zabrze (wiosna sezonu 2019/2020) oraz CD Mirandés. Po zakończeniu ostatniego wypożyczenia kolejny sezon spędził w Hiszpanii, reprezentując Real Oviedo.

W latach 2022–2024 był zawodnikiem Viktorii Pilzno. Z czeskim klubem występował m.in. w rozgrywkach Ligi Mistrzów UEFA, rywalizując z FC Barceloną, Interem Mediolan oraz Bayernem Monachium. Jirka ma również na koncie występy w młodzieżowej oraz seniorskiej reprezentacji Słowacji.

W Piaście był od początku 2025 roku, a w tym czasie wystąpił łącznie w 36 spotkaniach.

sportowefakty.wp.pl – Z Dolnego Śląska na Górny. Ciekawy transfer wewnątrz Ekstraklasy

Nowym zawodnikiem GKS-u Katowice został Mateusz Wdowiak. 29-letni skrzydłowy przeniósł się na Górny Śląsk z Zagłębia Lubin, gdzie występował przez ostatnie dwa i pół roku.

Jak dotąd zima w Katowicach była bardzo spokojna. W medialnych spekulacjach przewijały się kolejne nazwiska zawodników, natomiast na oficjalny komunikat trzeba było czekać do 9 stycznia.

Nowym zawodnikiem GKS-u został Mateusz Wdowiak. Podpisał kontrakt do 30 czerwca 2027 roku i wkrótce dołączy do drużyny, która od czwartku przebywa na zgrupowaniu w Turcji.

Wdowiak miał jeszcze przez pół roku ważny kontrakt z Zagłębiem Lubin, ale rozwiązał go za porozumieniem stron. W obecnym sezonie nie potrafił wywalczyć sobie miejsce w wyjściowym składzie „Miedziowych”. Zagrał w dwunastu meczach, lecz w rubryce gole/asysty widnieje okrągłe zero.

Karierę zaczynał w Cracovii, w 2021 roku trafił do Rakowa Częstochowa, z którym zdobył mistrzostwo Polski, dwa razy Puchar Polski i dwa razy Superpuchar. Latem 2023 roku przeniósł się do Zagłębia.

Na boiskach Ekstraklasy rozegrał – jak dotąd 273 mecze.

Dołącza do GKS-u Katowice, który w pierwszej kolejności stawia na polskich zawodników.

weszlo.com – GieKSa zaczęła rok od zwycięstwa. „Wszystko zgodnie z planem”

GKS Katowice bardzo udanie zainaugurował tegoroczne zmagania. Piłkarze Rafała Góraka w pierwszym sparingu podczas obozu przygotowawczego zmierzyli się z rumuńskim Petrolulem Ploeszti, któremu nie pozostawili najmniejszych złudzeń. W tym meczu nieoficjalny debiut zaliczył najnowszy nabytek GieKSy. Zespół z Katowic od 8 stycznia przygotowuje się do wznowienia rozgrywek w tureckiej Larze. Spędzi tam równe dwa tygodnie i w tym czasie rozegra cztery sparingi. Właśnie pierwszy z nich już dobiegł końca. Rumuński Petrolul Ploeszti musiał uznać wyższość przeciwnika, schodząc z boiska po porażce 0:3.

– Pierwsze dni upłynęły pod znakiem wytężonej pracy, ale także walki z warunkami atmosferycznymi, bo w Larze mocno wieje. To jednak nie wpływa na jakość treningów zespołu. Jak dotąd wszystko odbywa się dla GKS-u Katowice zgodnie z planem. Do drużyny w sobotę dołączył Mateusz Wdowiak i już w pierwszym sparingu z Petrolulem Ploeszti zadebiutował. Odnieśliśmy w pełni zasłużone zwycięstwo po trafieniach Borjy Galána, Emana Markovicia oraz Adama Zreláka. W dwóch częściach zagrały dwie różne jedenastki. Przed nami jeszcze trzy mecze kontrolne w Turcji. Kolejny zagramy 14 stycznia z czeskim FK Jablonec – mówi w komentarzu dla Weszło, rzecznik prasowy GKS-u Katowice, Michał Kajzerek.

Rafał Górak na pierwszą połowę meczu towarzyskiego zdecydował się na skład zbliżony do takiego, jaki mógłby wystawić w pierwszym wiosennym meczu Ekstraklasy – przede wszystkim nie zabrakło w nim Bartosza Nowaka, Arkadiusza Jędrycha czy Borjy Galana. To właśnie akcja tuż przed przerwą drugiego najlepszego ofensywnego polskiego pomocnika, według rankingu Weszło oraz hiszpańskiego wahadłowego pozwoliła GKS-owi zdobyć pierwszą bramkę w tym roku.

Nowak wykorzystał warunki atmosferyczne – niezwykle mocno wiejący wiatr – i po wysoko zawieszonym dośrodkowaniu z rzutu rożnego piłka nabrała rotacji, z którą rumuńscy piłkarze nie byli w stanie sobie poradzić. Najsprytniejszy w całym zamieszaniu okazał się Galan, który z najbliższej odległości głową pokonał bramkarza rywala.

Na drugą część rywalizacji piłkarze z Katowic wyszli w kompletnie odmienionym zestawieniu. Szansę dostali pozostali zwodnicy, w tym kilku juniorów. To jednak nie przeszkodziło GieKSie, by dołożyć do swojego dorobku kolejne trafienia. Zaledwie kilka minut po przerwie podopieczni Rafała Góraka przejeli piłkę na połowie przeciwnika. Akcję napędził Marcel Wędrychowski, a ładnym technicznym uderzeniem sfinalizował ją Eman Markovic.

To jeszcze nie był koniec strzelania w wykonaniu Katowiczan. Po godzinie gry było już 3:0, a to za sprawą Adama Zrelaka. W walce w powietrzu bramkarza przeciwnika wyprzedził Lukas Klemenz, a Słowak z najbliższej odległości wpakował piłkę do siatki i tym samym ustalił wynik pierwszego sparingu w trakcie przygotowań w Turcji.

Końcowe minuty więcej trafień nie przyniosły, jednak katowickim kibicom w dwóch sytuacjach mogło nieco podnieść się ciśnienie. Na kwadrans przed końcem brutalnie wycięty równo z murawą przez przeciwnika został Eman Markovic. Norweg przez dłuższy czas nie podnosił się z boiska i potrzebna mu była pomoc medyczna, jednak na szczęście po dłuższej chwili był w stanie wrócić do gry. Jak potwierdziło u źródła Weszło z piłkarzem wszystko jest w porządku.

Kilka minut przed końcem groźna sytuacja miała miejsce z udziałem Rafała Strączka. Bramkarz przy próbie interwencji zderzył się ze słupkiem swojej bramki. Po pomocy służb medycznych również bez przeszkód wrócił do gry. W końcówce jednak miało też miejsce pozytywne wydarzenie z perspektywy fanów GKS-u. Na kilkanaście na placu gry zameldował się Mateusz Wdowiak, dla którego był to nieoficjalny debiut w nowych barwach.

SIATKÓWKA

pls1liga – Sobota z PLS 1. Ligą: GKS Katowice – Nowak-Mosty MKS Będzin 3:0

GKS Katowice pokonał Nowak-Mosty MKS Będzin 3:0 (27:25, 25:16, 25:21) w meczu 18. kolejki PLS 1. Ligi. W rundzie zasadniczej Katowiczanie po raz drugi okazali się lepsi od Będzinian. Pierwsze spotkanie tych drużyn zakończyło się wygraną zespołu z Katowic 3:1. MVP tego sobotniego starcia został Grzegorz Pająk.

Gospodarze w swoim ostatnim spotkaniu rozegranym na wyjeździe w Augustowie ulegli Necku Augustów 0:3. Od początku spotkania dało się zauważyć problemy Katowiczan w ofensywnych elementach gry. Drużyna trenera Emila Siewiorka, pomimo walki na przewagi w trzecim secie, nie zdołała przedłużyć rywalizacji.

– Sport jest nieprzewidywalny. Szkoda, że pojechaliśmy w tak daleką podróż i przegraliśmy 0:3, nawet nie urywając punktów. Oczywiste jest, że każdy rywal wychodzi na mecz z nami nabuzowany, żeby wygrać spotkanie i dzisiaj to się zdarzyło. Mieliśmy sporo błędów w różnych elementach. Zawsze jest coś, czego możemy się zaczepić, jednak dzisiaj nie pomogliśmy sobie zagrywką, mieliśmy problemy z obroną prostych piłek kiwanych i nie mieliśmy żadnego punktu zaczepienia. W ostatnim secie, coś ruszyło, ale było już za późno – tak ocenił spotkanie szkoleniowiec GKS-u.

Będzinianie w tym sezonie zmagali się z wahaniami formy, a ich gra momentami była dość nierówna, jednak w swoich ostatnich ligowych spotkaniach MKS prezentował bardzo dobrą dyspozycję. Drużyna trenera Radosława Kolanka nie przegrała meczu od sześciu kolejek, a wśród pokonanych przez nią zespołów są m.in. Anioły Toruń czy Stal Nysa.

Pierwsza partia lepiej rozpoczęła się dla Będzinian, którzy dość szybko wyszli na prowadzenie 3:1. Dobrze serwował Artur Ratajczak oraz Patryk Szwaradzki 5:2. Katowiczanie starali się dotrzymać kroku rywalom. W ataku na środku dobrze spisywał się Bartłomiej Krulicki 10:11. Od tego momentu gra po obu stronach siatki się wyrównała 15:15. Do końca już tej premierowej  odsłony spotkania żadnej z ekip nie udało się wypracować bezpiecznej przewagi 20:20. Seta zakończyła nerwowa gra na przewagi. Nerwy na wodzy utrzymali gospodarze. Ostatnie dwa punkty dla GKS-u zdobył Gonzalo Quiroga 27:25.

W secie drugim tylko pierwsze akcje były równe 5:4. Z każdą kolejną akcją coraz lepiej na parkiecie spisywali się zawodnicy z Katowic 8:5. Rywale mieli problemy z utrzymaniem dobrego przyjęcia przy serwisach Grzegorza Pająka 10:7. W ataku nie zawodził Damian Domagała 15:9.  Podopieczni Emila Siewiorka do końca dyktowali warunki gry. Pewnie wygrali w tym secie 25:16. Tę partię zakończył punktowy atak Wojciecha Włodarczyka.

Nowak-Mosty MKS nie miał zamiaru składać broni. W trzeciej odsłonie spotkania dobrą dyspozycją w polu serwisowym odpowiedział Mariusz Połyński 6:5. Chwilę później równie dobrym serwisem odpowiedział Pająk 9:6 ora Quiroga 15:11. Będzinianie walczyli do końca. W drugiej części seta zmniejszyli dystans do jednego oczka 16:17. Ważne punkty zdobywał Szwaradzki. Jednak ostatnie słowo w tym meczu należało do gospodarzy. Mecz skuteczną kiwką zakończył Pająk 25:21.

GKS Katowice – Nowak-Mosty MKS Będzin 3:0 (27:25, 25:16, 25:21)

tylkoslask.pl – MKS Będzin: Koniec zwycięskiej passy

[…] Siatkarze z Będzina przystępowali do tego spotkania w doskonałej formie. Ich zwycięska seria trwała nieprzerwanie od 17 listopada ubiegłego roku, co czyniło ich jedną z najlepiej spisujących się drużyn w lidze w ostatnim czasie. Niestety dla kibiców MKS-u, właśnie w Katowicach ta passa dobiegła końca.

[…] Najbardziej wartościowym zawodnikiem meczu został uznany Pająk z GKS Katowice. To właśnie jego gra w dużej mierze przyczyniła się do pewnego zwycięstwa gospodarzy. Spotkanie obserwowało 722 widzów, którzy byli świadkami zakończenia imponującej serii będzińskiej drużyny.

HOKEJ

hokej.net – GKS Katowice pierwszy raz w sezonie triumfuje po rzutach karnych!

W 33. kolejce TAURON Hokej Ligi zmierzyły się ze sobą drużyny KH Energii Toruń i GKS-u Katowice. Po zaciętym boju o wyniku zdecydowały rzuty karne, w których złą serię przełamali goście.

Mecz w Toruniu był bardzo intensywnym i wyrównanym widowiskiem, w którym oba zespoły miały swoje momenty. Od pierwszych minut widać było wysokie tempo, z którego próbowały skorzystać oba zespoły. Już w pierwszej tercji katowiczanie stworzyli kilka groźnych sytuacji, jednak znakomicie między słupkami spisywał się Anton Svensson, który wygrał pojedynki oko w oko z Dupuyi Jonaszem Hofmanem. Przełamanie nastąpiło w 16. minucie. Długo rozgrywana przewaga gospodarzy zakończyła się mocnym strzałem Laitinena spod niebieskiej, przy którym zasłonięty Michał Kieler był bez szans.

Druga tercja rozpoczęła się od dalszej kontroli tempa przez Energę. Torunianie skutecznie neutralizowali ataki GKS-u, a gdy rywale dochodzili do głosu, na posterunku był świetnie dysponowany Svensson. Kluczowy moment tej odsłony nastąpił w 28. minucie, gdy gospodarze wyprowadzili kapitalną kontrę, zakończoną skuteczną dobitką Worony, co dało Toruniowi dwubramkowe prowadzenie. Katowiczanie nie podłamali się, coraz częściej strzelali z dystansu i szukali dobić, ale albo brakowało precyzji, albo świetnie interweniował szwedzki bramkarz. Do przerwy gospodarze utrzymali prowadzenie, choć gra była momentami bardzo fizyczna i okraszona licznymi karami.

Trzecia tercja przyniosła zupełnie inny obraz spotkania. GKS Katowice zdecydowanie podkręcił tempo i zepchnął Toruń do głębokiej defensywy. Wpierw strzelając gola autorstwa Iana McNulty’ego, którą sędziowie liniowi anulowali po analizie wideo. Następnie świetną zespołową akcję wykończył efektownym strzałem z bekhendu Joona Monto, dając sygnał do odrabiania strat. Nie minęła minuta i goście dopięli swego. Po podaniu zza bramki Patryka Wronki Jonasz Hofman zachował zimną krew i doprowadził do wyrównania 2:2.

W końcówce regulaminowego czasu gry obie drużyny miały szanse na rozstrzygnięcie spotkania. Toruń naciskał po kontratakach, a Kieler kilkukrotnie ratował GKS przed utratą gola. Z kolei katowiczanie groźnie atakowali w przewagach, lecz ponownie na wysokości zadania stawał Svensson. Dogrywka była niezwykle nerwowa. Blisko zapewnienia zwycięstwa był Patryk Wronka, a chwilę później Jakub Lewandowski, jednak oba zespoły w grze utrzymali świetnie dysponowani bramkarze.

W rzutach karnych mieliśmy ciąg dalszy popisów obu bramkarzy, jednak jedną gumę mniej wpuścił Michał Kieler, a karnego decydującego pewnym najazdem wykorzystał Stephen Anderson.

Próba generalna przed Pucharem Kontynentalnym zaliczona. GieKSa zgarnia komplet punktów

W ramach 34. kolejki TAURON Hokej Ligi zmierzyły się ze sobą drużyny GKS-u Katowice i Comarch Cracovii. Od początku spotkania tempo gry dyktowali gospodarze, ostatecznie zgarniając komplet punktów za sprawą skutecznie rozegranych gier w przewadze.

GKS Katowice rozegrał bardzo solidne spotkanie i w pełni zasłużenie sięgnął po komplet punktów w starciu z Comarch Cracovią. Od pierwszych minut gospodarze narzucili swoje warunki gry, dominując pod względem intensywności, liczby sytuacji bramkowych oraz kontroli krążka. Katowiczanie byli zespołem lepiej zorganizowanym, konsekwentnym i skutecznym w kluczowych momentach meczu.

Już początek spotkania wyraźnie należał do GieKSy. Gospodarze agresywnie forecheckowali, długo utrzymywali się w tercji ofensywnej i szybko doprowadzili do pierwszej bramki. W 4. minucie, podczas gry w przewadze, Juho Koivusaari oddał potężny strzał spomiędzy bulików, nie dając żadnych szans Santeriemu Lipiainenowi. Zdobyty gol tylko napędził katowiczan, którzy nie zdejmowali nogi z gazu. Bliski podwyższenia prowadzenia był m.in. Mateusz Bepierszcz, Patryk Wronka oraz Bartosz Fraszko, jednak świetnie między słupkami spisywał się fiński bramkarz Cracovii. Pierwsza tercja zakończyła się jednobramkowym prowadzeniem GieKSy, choć przewaga gospodarzy była znacznie wyraźniejsza niż wskazywał na to wynik.

Druga odsłona przyniosła jeszcze większą dominację katowiczan. GKS długo rozgrywał krążek w tercji rywala, tworząc kolejne sytuacje strzeleckie i zmuszając Cracovię do częstych przewinień. W 37. minucie gospodarze dopięli swego —Grzegorz Pasiut precyzyjnym strzałem z prawego bulika podwyższył prowadzenie. Kulminacja przyszła tuż przed końcem drugiej tercji. W 40. minucie Joona Monto przymierzył z lewego bulika, zapewniając GKS-owi trzybramkowe prowadzenie.

W trzeciej tercji GKS Katowice skupił się przede wszystkim na kontroli wyniku. Gospodarze grali dojrzale, skutecznie bronili dostępu do własnej bramki i nie pozwalali Cracovii rozwinąć skrzydeł. Choć krakowianie próbowali atakować i momentami podkręcili tempo, ich wysiłki rozbijały się o dobrze dysponowaną defensywę oraz bezbłędnego dzisiaj Michała Kielera, który do końcowej syreny zachował pełną koncentrację.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga