Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Tygodniowy przegląd mediów: Próba generalna przed Pucharem Kontynentalnym zaliczona

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatnich sześciu dni, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja na lodzie. Prezentujemy najciekawsze z nich.

Drużyna kobieca i męska wznowiły treningi przed startem rundy rewanżowej. Obie rozegrały po jednym sparingu: piłkarki w Katowicach z 1. FC Slovácko (przegrany 1:2), a piłkarze w trakcie obozu w Turcji z Petrolul Ploeszti (wygrany 3:0). W tym tygodniu panie rozegrają test-mecz ze Slovanem Liberec (w sobotę 17 stycznia), a panowie z FK Jablonec (14 stycznia) oraz z FC Atert Bissen (w sobotę 17 stycznia). Klub podpisał  kontrakty z Mateuszem Wdowiakiem i Erikiem Jirką.

Siatkarze pokonali MKS Będzin 3:0. Kolejne spotkanie drużyna rozegra na wyjeździe z Mickiewiczem Kluczbork w sobotę 17 stycznia o 18:00.

Hokeiści rozegrali dwa wygrane spotkania ligowe – w piątek pokonali na wyjeździe KH Energę Toruń 3:2 (po rzutach karnych), a w niedzielę w Satelicie Cracovię 3:0. Następne mecze rozegramy w ramach Pucharu Kontynentalnego w Nottingham: 15 stycznia o 20:00 z HK Mogo i 16 stycznia o 20:00 z Nottingham Panters. W sobotę 17 stycznia przewidziane są finały – o 12:00 o 5. miejsce, o 16:00 o brąz i o 20:00 o złoto.

PIŁKA NOŻNA

tylkokobiecyfutbol.pl – Pierwszy test i zagraniczny sprawdzian. GieKSa zaczął zimę od wymagającego sparingu

W sobotę 10 stycznia 2026 roku piłkarki GKS Katowice rozegrały pierwszy sparing w zimowym okresie przygotowawczym. Na obiekcie OS „Rapid” katowiczanki zmierzyły się z 1. FC Slovácko, przegrywając 1:2.

Początek spotkania miał wyrównany charakter i przez kilkanaście minut gra toczyła się głównie w środkowej strefie boiska. Z czasem inicjatywę zaczęły przejmować zawodniczki z Czech, które skutecznie stosowały wysoki pressing i ograniczały GKS-owi możliwość spokojnego rozegrania piłki. W 17. minucie Slovácko wykorzystało błąd w rozegraniu w pobliżu pola karnego, a dośrodkowanie z bocznego sektora zakończyła celnym strzałem Katarina Buckova.

Do przerwy wynik nie uległ zmianie, choć przyjezdne częściej utrzymywały się przy piłce. W jednej z groźniejszych sytuacji dobrą interwencją popisała się Oliwia Macała, która uchroniła GieKSę przed stratą kolejnej bramki.

Na drugą połowę GKS Katowice wyszedł w zmienionym składzie. Między słupkami pojawiła się Marzec, a na boisku zameldowały się m.in. Posiewka oraz Malesa. Tuż po wznowieniu gry Slovácko podwyższyło prowadzenie. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego jedna z czeskich zawodniczek uderzyła pod poprzeczkę, a piłka wpadła do siatki w 47. minucie.

Strata drugiego gola nie zatrzymała katowiczanek, które w kolejnych fragmentach grały odważniej i częściej pojawiały się pod bramką rywalek. W 55. minucie kontaktowego gola zdobyła Julia Włodarczyk. Akcja rozpoczęła się dynamicznym wejściem w pole karne i zagraniem wzdłuż bramki, po którym piłka, odbita od jednej z defensorek, znalazła drogę do siatki. W dalszej części meczu GKS próbował doprowadzić do wyrównania, dokonując kolejnych zmian personalnych. Na murawie pojawiły się m.in. Michalczyk, Thamm, Baumert oraz Grzegorczyk. Slovácko skupiło się jednak na kontrolowaniu gry i kontratakach, nie dopuszczając do zmiany wyniku.

Spotkanie zakończyło się zwycięstwem zespołu z Czech 2:1. Był to pierwszy sprawdzian drużyny prowadzonej przez trenerkę Karolina Koch w zimowym okresie przygotowawczym i punkt wyjścia do dalszej pracy przed kolejnymi meczami kontrolnymi.

dziennikzachodni.pl – GKS Katowice ma nowego zawodnika. Przyszedł z Piasta Gliwice. Grał też w Górniku Zabrze

Erik Jirka przeniósł się do GKS-u Katowice na zasadzie transferu definitywnego z Piasta Gliwice. Zawodnik podpisał z GieKSą kontrakt obowiązujący przez 2,5 roku, który zawiera opcję przedłużenia. W rundzie jesiennej PKO Ekstraklasy wystąpił w 17 meczach i zdobył pięć goli. Miał też jedną asystę. Słowak był najlepszym strzelcem Piasta. Według portalu Weszło.com kwota transferu to 400 tys. euro.

Jirka pochodzi z Trnavy, gdzie rozpoczynał swoją piłkarską karierę w tamtejszym Spartaku. Z macierzystym klubem sięgnął po mistrzostwo kraju oraz Puchar Słowacji. W 2019 roku przeniósł się do Crvenej Zvezdy Belgrad, skąd był wypożyczany do FK Radnički Niš, Górnika Zabrze (wiosna sezonu 2019/2020) oraz CD Mirandés. Po zakończeniu ostatniego wypożyczenia kolejny sezon spędził w Hiszpanii, reprezentując Real Oviedo.

W latach 2022–2024 był zawodnikiem Viktorii Pilzno. Z czeskim klubem występował m.in. w rozgrywkach Ligi Mistrzów UEFA, rywalizując z FC Barceloną, Interem Mediolan oraz Bayernem Monachium. Jirka ma również na koncie występy w młodzieżowej oraz seniorskiej reprezentacji Słowacji.

W Piaście był od początku 2025 roku, a w tym czasie wystąpił łącznie w 36 spotkaniach.

sportowefakty.wp.pl – Z Dolnego Śląska na Górny. Ciekawy transfer wewnątrz Ekstraklasy

Nowym zawodnikiem GKS-u Katowice został Mateusz Wdowiak. 29-letni skrzydłowy przeniósł się na Górny Śląsk z Zagłębia Lubin, gdzie występował przez ostatnie dwa i pół roku.

Jak dotąd zima w Katowicach była bardzo spokojna. W medialnych spekulacjach przewijały się kolejne nazwiska zawodników, natomiast na oficjalny komunikat trzeba było czekać do 9 stycznia.

Nowym zawodnikiem GKS-u został Mateusz Wdowiak. Podpisał kontrakt do 30 czerwca 2027 roku i wkrótce dołączy do drużyny, która od czwartku przebywa na zgrupowaniu w Turcji.

Wdowiak miał jeszcze przez pół roku ważny kontrakt z Zagłębiem Lubin, ale rozwiązał go za porozumieniem stron. W obecnym sezonie nie potrafił wywalczyć sobie miejsce w wyjściowym składzie „Miedziowych”. Zagrał w dwunastu meczach, lecz w rubryce gole/asysty widnieje okrągłe zero.

Karierę zaczynał w Cracovii, w 2021 roku trafił do Rakowa Częstochowa, z którym zdobył mistrzostwo Polski, dwa razy Puchar Polski i dwa razy Superpuchar. Latem 2023 roku przeniósł się do Zagłębia.

Na boiskach Ekstraklasy rozegrał – jak dotąd 273 mecze.

Dołącza do GKS-u Katowice, który w pierwszej kolejności stawia na polskich zawodników.

weszlo.com – GieKSa zaczęła rok od zwycięstwa. „Wszystko zgodnie z planem”

GKS Katowice bardzo udanie zainaugurował tegoroczne zmagania. Piłkarze Rafała Góraka w pierwszym sparingu podczas obozu przygotowawczego zmierzyli się z rumuńskim Petrolulem Ploeszti, któremu nie pozostawili najmniejszych złudzeń. W tym meczu nieoficjalny debiut zaliczył najnowszy nabytek GieKSy. Zespół z Katowic od 8 stycznia przygotowuje się do wznowienia rozgrywek w tureckiej Larze. Spędzi tam równe dwa tygodnie i w tym czasie rozegra cztery sparingi. Właśnie pierwszy z nich już dobiegł końca. Rumuński Petrolul Ploeszti musiał uznać wyższość przeciwnika, schodząc z boiska po porażce 0:3.

– Pierwsze dni upłynęły pod znakiem wytężonej pracy, ale także walki z warunkami atmosferycznymi, bo w Larze mocno wieje. To jednak nie wpływa na jakość treningów zespołu. Jak dotąd wszystko odbywa się dla GKS-u Katowice zgodnie z planem. Do drużyny w sobotę dołączył Mateusz Wdowiak i już w pierwszym sparingu z Petrolulem Ploeszti zadebiutował. Odnieśliśmy w pełni zasłużone zwycięstwo po trafieniach Borjy Galána, Emana Markovicia oraz Adama Zreláka. W dwóch częściach zagrały dwie różne jedenastki. Przed nami jeszcze trzy mecze kontrolne w Turcji. Kolejny zagramy 14 stycznia z czeskim FK Jablonec – mówi w komentarzu dla Weszło, rzecznik prasowy GKS-u Katowice, Michał Kajzerek.

Rafał Górak na pierwszą połowę meczu towarzyskiego zdecydował się na skład zbliżony do takiego, jaki mógłby wystawić w pierwszym wiosennym meczu Ekstraklasy – przede wszystkim nie zabrakło w nim Bartosza Nowaka, Arkadiusza Jędrycha czy Borjy Galana. To właśnie akcja tuż przed przerwą drugiego najlepszego ofensywnego polskiego pomocnika, według rankingu Weszło oraz hiszpańskiego wahadłowego pozwoliła GKS-owi zdobyć pierwszą bramkę w tym roku.

Nowak wykorzystał warunki atmosferyczne – niezwykle mocno wiejący wiatr – i po wysoko zawieszonym dośrodkowaniu z rzutu rożnego piłka nabrała rotacji, z którą rumuńscy piłkarze nie byli w stanie sobie poradzić. Najsprytniejszy w całym zamieszaniu okazał się Galan, który z najbliższej odległości głową pokonał bramkarza rywala.

Na drugą część rywalizacji piłkarze z Katowic wyszli w kompletnie odmienionym zestawieniu. Szansę dostali pozostali zwodnicy, w tym kilku juniorów. To jednak nie przeszkodziło GieKSie, by dołożyć do swojego dorobku kolejne trafienia. Zaledwie kilka minut po przerwie podopieczni Rafała Góraka przejeli piłkę na połowie przeciwnika. Akcję napędził Marcel Wędrychowski, a ładnym technicznym uderzeniem sfinalizował ją Eman Markovic.

To jeszcze nie był koniec strzelania w wykonaniu Katowiczan. Po godzinie gry było już 3:0, a to za sprawą Adama Zrelaka. W walce w powietrzu bramkarza przeciwnika wyprzedził Lukas Klemenz, a Słowak z najbliższej odległości wpakował piłkę do siatki i tym samym ustalił wynik pierwszego sparingu w trakcie przygotowań w Turcji.

Końcowe minuty więcej trafień nie przyniosły, jednak katowickim kibicom w dwóch sytuacjach mogło nieco podnieść się ciśnienie. Na kwadrans przed końcem brutalnie wycięty równo z murawą przez przeciwnika został Eman Markovic. Norweg przez dłuższy czas nie podnosił się z boiska i potrzebna mu była pomoc medyczna, jednak na szczęście po dłuższej chwili był w stanie wrócić do gry. Jak potwierdziło u źródła Weszło z piłkarzem wszystko jest w porządku.

Kilka minut przed końcem groźna sytuacja miała miejsce z udziałem Rafała Strączka. Bramkarz przy próbie interwencji zderzył się ze słupkiem swojej bramki. Po pomocy służb medycznych również bez przeszkód wrócił do gry. W końcówce jednak miało też miejsce pozytywne wydarzenie z perspektywy fanów GKS-u. Na kilkanaście na placu gry zameldował się Mateusz Wdowiak, dla którego był to nieoficjalny debiut w nowych barwach.

SIATKÓWKA

pls1liga – Sobota z PLS 1. Ligą: GKS Katowice – Nowak-Mosty MKS Będzin 3:0

GKS Katowice pokonał Nowak-Mosty MKS Będzin 3:0 (27:25, 25:16, 25:21) w meczu 18. kolejki PLS 1. Ligi. W rundzie zasadniczej Katowiczanie po raz drugi okazali się lepsi od Będzinian. Pierwsze spotkanie tych drużyn zakończyło się wygraną zespołu z Katowic 3:1. MVP tego sobotniego starcia został Grzegorz Pająk.

Gospodarze w swoim ostatnim spotkaniu rozegranym na wyjeździe w Augustowie ulegli Necku Augustów 0:3. Od początku spotkania dało się zauważyć problemy Katowiczan w ofensywnych elementach gry. Drużyna trenera Emila Siewiorka, pomimo walki na przewagi w trzecim secie, nie zdołała przedłużyć rywalizacji.

– Sport jest nieprzewidywalny. Szkoda, że pojechaliśmy w tak daleką podróż i przegraliśmy 0:3, nawet nie urywając punktów. Oczywiste jest, że każdy rywal wychodzi na mecz z nami nabuzowany, żeby wygrać spotkanie i dzisiaj to się zdarzyło. Mieliśmy sporo błędów w różnych elementach. Zawsze jest coś, czego możemy się zaczepić, jednak dzisiaj nie pomogliśmy sobie zagrywką, mieliśmy problemy z obroną prostych piłek kiwanych i nie mieliśmy żadnego punktu zaczepienia. W ostatnim secie, coś ruszyło, ale było już za późno – tak ocenił spotkanie szkoleniowiec GKS-u.

Będzinianie w tym sezonie zmagali się z wahaniami formy, a ich gra momentami była dość nierówna, jednak w swoich ostatnich ligowych spotkaniach MKS prezentował bardzo dobrą dyspozycję. Drużyna trenera Radosława Kolanka nie przegrała meczu od sześciu kolejek, a wśród pokonanych przez nią zespołów są m.in. Anioły Toruń czy Stal Nysa.

Pierwsza partia lepiej rozpoczęła się dla Będzinian, którzy dość szybko wyszli na prowadzenie 3:1. Dobrze serwował Artur Ratajczak oraz Patryk Szwaradzki 5:2. Katowiczanie starali się dotrzymać kroku rywalom. W ataku na środku dobrze spisywał się Bartłomiej Krulicki 10:11. Od tego momentu gra po obu stronach siatki się wyrównała 15:15. Do końca już tej premierowej  odsłony spotkania żadnej z ekip nie udało się wypracować bezpiecznej przewagi 20:20. Seta zakończyła nerwowa gra na przewagi. Nerwy na wodzy utrzymali gospodarze. Ostatnie dwa punkty dla GKS-u zdobył Gonzalo Quiroga 27:25.

W secie drugim tylko pierwsze akcje były równe 5:4. Z każdą kolejną akcją coraz lepiej na parkiecie spisywali się zawodnicy z Katowic 8:5. Rywale mieli problemy z utrzymaniem dobrego przyjęcia przy serwisach Grzegorza Pająka 10:7. W ataku nie zawodził Damian Domagała 15:9.  Podopieczni Emila Siewiorka do końca dyktowali warunki gry. Pewnie wygrali w tym secie 25:16. Tę partię zakończył punktowy atak Wojciecha Włodarczyka.

Nowak-Mosty MKS nie miał zamiaru składać broni. W trzeciej odsłonie spotkania dobrą dyspozycją w polu serwisowym odpowiedział Mariusz Połyński 6:5. Chwilę później równie dobrym serwisem odpowiedział Pająk 9:6 ora Quiroga 15:11. Będzinianie walczyli do końca. W drugiej części seta zmniejszyli dystans do jednego oczka 16:17. Ważne punkty zdobywał Szwaradzki. Jednak ostatnie słowo w tym meczu należało do gospodarzy. Mecz skuteczną kiwką zakończył Pająk 25:21.

GKS Katowice – Nowak-Mosty MKS Będzin 3:0 (27:25, 25:16, 25:21)

tylkoslask.pl – MKS Będzin: Koniec zwycięskiej passy

[…] Siatkarze z Będzina przystępowali do tego spotkania w doskonałej formie. Ich zwycięska seria trwała nieprzerwanie od 17 listopada ubiegłego roku, co czyniło ich jedną z najlepiej spisujących się drużyn w lidze w ostatnim czasie. Niestety dla kibiców MKS-u, właśnie w Katowicach ta passa dobiegła końca.

[…] Najbardziej wartościowym zawodnikiem meczu został uznany Pająk z GKS Katowice. To właśnie jego gra w dużej mierze przyczyniła się do pewnego zwycięstwa gospodarzy. Spotkanie obserwowało 722 widzów, którzy byli świadkami zakończenia imponującej serii będzińskiej drużyny.

HOKEJ

hokej.net – GKS Katowice pierwszy raz w sezonie triumfuje po rzutach karnych!

W 33. kolejce TAURON Hokej Ligi zmierzyły się ze sobą drużyny KH Energii Toruń i GKS-u Katowice. Po zaciętym boju o wyniku zdecydowały rzuty karne, w których złą serię przełamali goście.

Mecz w Toruniu był bardzo intensywnym i wyrównanym widowiskiem, w którym oba zespoły miały swoje momenty. Od pierwszych minut widać było wysokie tempo, z którego próbowały skorzystać oba zespoły. Już w pierwszej tercji katowiczanie stworzyli kilka groźnych sytuacji, jednak znakomicie między słupkami spisywał się Anton Svensson, który wygrał pojedynki oko w oko z Dupuyi Jonaszem Hofmanem. Przełamanie nastąpiło w 16. minucie. Długo rozgrywana przewaga gospodarzy zakończyła się mocnym strzałem Laitinena spod niebieskiej, przy którym zasłonięty Michał Kieler był bez szans.

Druga tercja rozpoczęła się od dalszej kontroli tempa przez Energę. Torunianie skutecznie neutralizowali ataki GKS-u, a gdy rywale dochodzili do głosu, na posterunku był świetnie dysponowany Svensson. Kluczowy moment tej odsłony nastąpił w 28. minucie, gdy gospodarze wyprowadzili kapitalną kontrę, zakończoną skuteczną dobitką Worony, co dało Toruniowi dwubramkowe prowadzenie. Katowiczanie nie podłamali się, coraz częściej strzelali z dystansu i szukali dobić, ale albo brakowało precyzji, albo świetnie interweniował szwedzki bramkarz. Do przerwy gospodarze utrzymali prowadzenie, choć gra była momentami bardzo fizyczna i okraszona licznymi karami.

Trzecia tercja przyniosła zupełnie inny obraz spotkania. GKS Katowice zdecydowanie podkręcił tempo i zepchnął Toruń do głębokiej defensywy. Wpierw strzelając gola autorstwa Iana McNulty’ego, którą sędziowie liniowi anulowali po analizie wideo. Następnie świetną zespołową akcję wykończył efektownym strzałem z bekhendu Joona Monto, dając sygnał do odrabiania strat. Nie minęła minuta i goście dopięli swego. Po podaniu zza bramki Patryka Wronki Jonasz Hofman zachował zimną krew i doprowadził do wyrównania 2:2.

W końcówce regulaminowego czasu gry obie drużyny miały szanse na rozstrzygnięcie spotkania. Toruń naciskał po kontratakach, a Kieler kilkukrotnie ratował GKS przed utratą gola. Z kolei katowiczanie groźnie atakowali w przewagach, lecz ponownie na wysokości zadania stawał Svensson. Dogrywka była niezwykle nerwowa. Blisko zapewnienia zwycięstwa był Patryk Wronka, a chwilę później Jakub Lewandowski, jednak oba zespoły w grze utrzymali świetnie dysponowani bramkarze.

W rzutach karnych mieliśmy ciąg dalszy popisów obu bramkarzy, jednak jedną gumę mniej wpuścił Michał Kieler, a karnego decydującego pewnym najazdem wykorzystał Stephen Anderson.

Próba generalna przed Pucharem Kontynentalnym zaliczona. GieKSa zgarnia komplet punktów

W ramach 34. kolejki TAURON Hokej Ligi zmierzyły się ze sobą drużyny GKS-u Katowice i Comarch Cracovii. Od początku spotkania tempo gry dyktowali gospodarze, ostatecznie zgarniając komplet punktów za sprawą skutecznie rozegranych gier w przewadze.

GKS Katowice rozegrał bardzo solidne spotkanie i w pełni zasłużenie sięgnął po komplet punktów w starciu z Comarch Cracovią. Od pierwszych minut gospodarze narzucili swoje warunki gry, dominując pod względem intensywności, liczby sytuacji bramkowych oraz kontroli krążka. Katowiczanie byli zespołem lepiej zorganizowanym, konsekwentnym i skutecznym w kluczowych momentach meczu.

Już początek spotkania wyraźnie należał do GieKSy. Gospodarze agresywnie forecheckowali, długo utrzymywali się w tercji ofensywnej i szybko doprowadzili do pierwszej bramki. W 4. minucie, podczas gry w przewadze, Juho Koivusaari oddał potężny strzał spomiędzy bulików, nie dając żadnych szans Santeriemu Lipiainenowi. Zdobyty gol tylko napędził katowiczan, którzy nie zdejmowali nogi z gazu. Bliski podwyższenia prowadzenia był m.in. Mateusz Bepierszcz, Patryk Wronka oraz Bartosz Fraszko, jednak świetnie między słupkami spisywał się fiński bramkarz Cracovii. Pierwsza tercja zakończyła się jednobramkowym prowadzeniem GieKSy, choć przewaga gospodarzy była znacznie wyraźniejsza niż wskazywał na to wynik.

Druga odsłona przyniosła jeszcze większą dominację katowiczan. GKS długo rozgrywał krążek w tercji rywala, tworząc kolejne sytuacje strzeleckie i zmuszając Cracovię do częstych przewinień. W 37. minucie gospodarze dopięli swego —Grzegorz Pasiut precyzyjnym strzałem z prawego bulika podwyższył prowadzenie. Kulminacja przyszła tuż przed końcem drugiej tercji. W 40. minucie Joona Monto przymierzył z lewego bulika, zapewniając GKS-owi trzybramkowe prowadzenie.

W trzeciej tercji GKS Katowice skupił się przede wszystkim na kontroli wyniku. Gospodarze grali dojrzale, skutecznie bronili dostępu do własnej bramki i nie pozwalali Cracovii rozwinąć skrzydeł. Choć krakowianie próbowali atakować i momentami podkręcili tempo, ich wysiłki rozbijały się o dobrze dysponowaną defensywę oraz bezbłędnego dzisiaj Michała Kielera, który do końcowej syreny zachował pełną koncentrację.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Post scriptum do meczu z Pogonią

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mecz w Szczecinie był ostatnim w tym sezonie. Oczywiście jako redakcja pojawiliśmy się na każdym z 34 meczów ligowych i 5 spotkań Pucharu Polski. Nie będziemy tym razem pisać, że zamykamy temat meczu, bo będzie on w naszych sercach jeszcze bardzo długo. Ale post scriptum musi być.

1. Tym razem pojechaliśmy aż w 5 osób: Misiek, Flifen, Kazik, Marcin i moja skromna osoba. Mieliśmy więc bardzo mocny skład na ten daleki wyjazd. Po meczu więc mieliście okazję obejrzeć m.in. trzy galerie.

2. Wyjazd mieliśmy zaplanowany wcześnie, bo chcieliśmy jeszcze w Szczecinie mieć czas na Ziemniaka. Jak to mówi Misiek – od mojego powrotu trochę zmieniły się zwyczaje – wcześniej redakcja na wyjazdach była o kanapkach, a teraz stołujemy się w knajpach 😊

3. Na mecz wziąłem amulet. Akredytację z Gryfa Wejherowo, czyli pierwszego meczu wyjazdowego w drugiej kadencji Rafała Góraka. GKS wygrał wtedy 2:0. Siedem lat odbudowy. Doprowadziło nas to do europejskich pucharów.

4. Droga była długa, bardzo długa. Zarówno tam i powrót subiektywnie wydawał się dużo bardziej mozolny niż droga do Białegostoku czy Trójmiasta.

5. Oczywiście w tamtą stronę nie brakowało ultraabsurdalnych rozmów. Musiał nam jakoś ten czas zlatywać, w końcu późnym popołudniem już miała być pełna powaga i skupienie.

6. Mogliśmy podziwiać górującą nad Dolnym Śląskiem Ślężę, która zawsze pięknie prezentuje się z autostrady. No i przejeżdżaliśmy obok Świebodzina, gdzie posąg Jezusa jest wyższy niż w Rio.

7. Gdzieś tam po drodze mini postój na mini jedzenie. Pogoda była ładna, wszystko zapowiadało piękną aurę podczas tej ostatniej kolejki na polskich stadionach.

8. Do Szczecina dojechaliśmy nieco przed piętnastą. Mieliśmy już upatrzoną knajpę, w której byliśmy rok temu, czyli „Ziemniak i spółka”. Już wiele miesięcy wcześniej mówiliśmy, że w ostatniej kolejce to będzie obowiązkowy punkt programu.

9. No właśnie – rok temu byliśmy w niedzielę, więc była duża kolejka. Tym razem kolejki nie było żadnej, do tego chłopaki zgadali się z dwoma ziomkami, którzy zajęli nam miejsce. Wszystko więc poszło szybko i sprawnie.

10. Zamówienie też przebiegło sprawnie. Dostaliśmy swoje ziemniaki, względnie inne dania, jak Misiek, który miał piramidkę z placków ziemniaczanych i schabowych. Wyglądało wybitnie, więc to chyba będzie mój wybór w następnym sezonie.

11. Naprawdę wszystko przebiegło bardzo szybko. Dzięki temu nic nam się nie opóźniło, a też do stadionu mieliśmy niedaleko. Ponownie więc przejechaliśmy przez Plac Wolności Platz, czyli Platz, który do złudzenia przypomina nasz Plac Wolności w Katowicach.

12. Po chwili byliśmy pod stadionem Pogoni Szczecin. Tym razem wiedzieliśmy już, gdzie się kierować, więc od razu wjechaliśmy na parking. Obok oczywiście było boczne boisko, na którym GieKSa grała kilka lat temu mecz Pucharu Polski z Pogonią II. Ale o tym już pisaliśmy. Ten mecz pamiętają Arkadiusz Jędrych, Marcin Wasielewski i Adrian Błąd.

13. Tym razem akredytacje były do odbioru w innym miejscu. Rok temu odbieraliśmy je w takim czarnym budynku. Teraz normalnie były w kasie. Wszystko dużymi literami, dlatego poszło szybko i znów bardzo sprawnie.

14. Kibice zbierali się na mecz. Sympatycy Pogoni zadowoleni, że w poprzednim spotkaniu udało im się zapewnić ligowy byt. Chcieli godnie pożegnać swój zespół po tych – niezbyt udanych – rozgrywkach.

15. No i już też wiedzieliśmy, gdzie kierować się do wejścia na stadion. Rok temu pobłądziliśmy – z naszej winy, bo nie przeczytaliśmy informacji na akredytacjach. Teraz więc wszystko było wiadomo, co, jak i gdzie.

16. Weszliśmy, przetrzepali nas i się rozdzieliliśmy, każdy poszedł w swoją stronę. Ja najpierw zakupiłem proporczyk Pogoni. Na różnych stadionach czasem mają, a czasem nie. Udało mi się kupić na Arce czy Cracovii, ale na większości nie było.

17. Poszedłem na dół, znaczy najpierw na górę, bo popierniczyły mi się kierunki, do Sali konferencyjnej. Zazwyczaj podczas meczu wypijam kilka herbat, ale tym razem po tym jedzeniu, nie miałem za bardzo ochoty. Wziąłem więc składy i udałem się na prasówkę.

18. Gdy zobaczyłem, że prawie wszystkie miejsca są oklejone nazwami poszczególnych redakcji, trochę się zirytowałem. Zobaczyłem jednak, że po drugiej stronie też są miejsca ze stolikami, nawet wygodniejsze. Tam więc usiadłem, myśląc, że to nadal są miejsca prasowe.

19. Ku mojemu zdziwieniu przyszedł pan starszy z panem średnim i powiedzieli, że mają na te miejsca bilety. Moja irytacja się zwiększyła, no ale skoro mieli bilety, to co miałem zrobić. Sympatyczni byli. Mimo więc, że byłem już porozkładany i podłączony – musiałem się ewakuować.

20. Wróciłem na pierwotne miejsca i jednak dostrzegłem wolne, więc je zająłem. W takim najniższym rzędzie, przed barierką. To jeszcze jednak nie było problemem, bo widoczność była okej. Większym kłopotem było to, że przed stanowiskiem dosłownie było przejście, którym chodzili kibice i – co gorsza – stali se przy barierkach. Na szczęście podczas meczu się usunęli i nie zasłaniali.

21. I pewnie dobrze, bo był kilka miejsc dalej taki furiat, który, jak ktoś z rzędów już zwykłych kibicowskich przed nim wstawał, to darł się na niego i mocno przeklinał. Z jednej strony rozumiałem złość, ale z drugiej tak łatwo dać się podpalać to zdeczko niefajne.

22. Ten sam jegomość w pewnym momencie odwalił już mega słabą akcję. Jeszcze przed meczem chodził sobie jakiś długowłosy człowiek w tym miejscu. Jakiś chłopak poprosił go o zdjęcie, więc akurat selfiak był robiony dokładnie przed stanowiskiem tego furiata. I ten normalnie walnął tego długowłosego.

23. Nie rozpoznałem go wcześniej, ale po meczu na socialach Pogoni zobaczyłem, że to był Alex Gorgon, czyli były piłkarz Portowców, który zresztą w poprzednim sezonie strzelił nam bramkę na starej jeszcze Bukowej. No i wyobraźcie sobie to – przyjeżdża były piłkarz, lubiany piłkarz, a jakiś facet go wali po plecach, bo ten sobie robi zdjęcie z młodym kibicem.

24. Do meczu było coraz bliżej. Ostatecznie warunki do pracy nieidealne, ale dobre. Prąd jest, stolik wystarczający jest, widoczność okej. Pozostawało tylko czekać na rozpoczęcie spotkania.

25. Pierwsza połowa jaka była – każdy widział. Beznadziejna w naszym wykonaniu. Pogoń objęła prowadzenie. Kibice gospodarzy bardzo głośno dopingowali, kompletnie nie odpuścili ostatniego meczu. Sektor gości też głośno wspierał swoich zawodników.

26. W przerwie był niepokój. GKS przegrywał, Legia wygrywała, więc to piłkarze ze stolicy byli w pucharach. Czekało nas ciężkie 45 minut. Takie, w których trzeba było zagrać dużo lepiej.

27. Minuty mijały. Nadzieja była, ale czasu coraz mniej. Świetnych sytuacji nie wykorzystał Mateusz Wdowiak. Lukas trafił w poprzeczkę. Trener robił już ostateczne roszady w ustawieniu.

28. Czerwona kartka dla Kamińskiego wlała trochę nadziei. Gdyby do końca pozostawało pół godziny, ta nadzieja byłaby wielka. Tu mieliśmy 7-8 minut do końca, więc tliła się. Ale gospodarze grali w dziesiątkę i mieli napastnika w bramce. My też mieliśmy kontuzjowanego bramkarza.

29. Potem to już była tylko historia. Borja Galan przeprowadził kapitalną akcję, podał do Marcela, a ten z 16 metrów strzelił tak, że Cuić nie wiedział czy bronić ręką czy nogą. Ostatecznie w pewnym sensie to był strzał perfekcyjny, bo totalnie zdezorientował bramkarza.

30. Wybuch radości, ekstaza, na boisku i na trybunach. Kilka minut jeszcze przetrwaliśmy bez większego problemu i sędzia zakończył mecz.

31. Nie będę się powtarzał z felietonu z tym, że nie wiedziałem, w co ręce włożyć. Plus ten kontekst emocjonalny. Zrobiłem więc swoją robotę, Flifen wrzucił relację i można było udać się na konferencję prasową.

32. Zadziwiająco było na niej mało dziennikarzy. Znaczy większość to byliśmy my, z Katowic i tylko kilku Szczecinian. Wśród regionalnych mediów, w przeciwieństwie do kibiców, ten mecz jak widać nie wzbudził większego zainteresowania.

33. Co ciekawe – istnieje taka obiegowa opinia, że Szczecin był/jest dla nas bardzo trudnym terenem. Uwielbiam tę opinię, bo jest powielana z dawnych czasów, jeszcze z lat 90. A przecież w nowej historii GKS Katowiczanie wcześniej wygrali tam raz i przegrali dwa razy. Więc nie aż tak źle. Bardzo trudnym terenem to jest dla nas Widzew, gdzie na ileś prób nie wygraliśmy meczu, zaliczając jedynie dwa remisy.

34. No i po raz drugi przeżyliśmy euforię w doliczonym czasie gry. Pamiętamy słynne 4:3 z 2010 roku i remontadę z 1:3 na 4:3 w końcówce. To było jeszcze na starym stadionie. Teraz – już na nowym – znów to mieliśmy okazję przeżyć.

35. Porobiliśmy swoje na salce, oczekiwanie na konferencję się bardzo przedłużało. Wróciliśmy do auta i ruszyliśmy do Katowic. Po drodze jeszcze oczywiście Maczek 😊

36. W drodze powrotnej byliśmy radośni i zmęczeni. Snuliśmy plany. Zastanawialiśmy się, jak ogarniemy puchary, jako redakcja, głównie jeśli chodzi o mecze wyjazdowe. Wyzwania przed nami. Radosne wyzwania. Możemy być dumni.

37. W stolicy Górnego Śląska byliśmy już, gdy było jasno. Po piątej rano. Mogliśmy wrócić do domu i w radości położyć się spać.

38. GieKSa w Europie!

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga